19.10.13

DLA DWUDZIESTOPAROLATKÓW

O niniejszej zabawie wspominałem dwa wpisy temu (tutaj). Nie mogłem się powstrzymać i oto są mego niepowstrzymywania się efekty:


Śpiąca Królewna po raz kolejny nie mogła dobudzić się na poranne zajęcia. Koleżanki z grupy znały jej problem, więc telefon Królewny raz za razem zaczynał wygrywać smętną melodię, którą dziewczyna ustawiła sobie jako dzwonek. Stary szlagier Billie Holiday. Królewna słyszała to, ale nie reagowała, tak samo jak dzień wcześniej, tak samo, jak zawsze. Gdzieś w środku, poczuła ukłucie goryczy... znowu zawodzi. Lekarz mówił, że w jej stanie to naturalne, ale czy jej stan był naturalny? Nienawidziła tego stanu, nienawidziła siebie za ten stan. 

Leki, które przepisał jej lekarz miały pomóc, a tymczasem jedyna rzecz, która się po nich zmieniła, to fakt, że teraz całymi dniami chodzi ospała, że jeszcze bardziej zawodzi... tabletki szczęścia - akurat. 

Kiedy wreszcie się doczołga do łazienki, z półki przy lustrze uśmiechać się do niej będzie całe opakowanie wściekłożółtych pigułek. I znów sięgnie po jedną z nich, żeby przetrwać to wszystko do wieczora, wyłączyć mózg, wyłączyć czucie, wyłączyć serce. 

To byłoby rozwiązanie, wyłączyć serce. Nie na cały dzień, ale hurtem - raz na zawsze. Nie jedną pigułką, ale wszystkimi. Śpiąca Królewna podeszła do lustra... wszystkie na raz. Jeden krok. Jedna decyzja. Korowód żółtych tabletek powoli prześlizgnie się przez przełyk, żeby za chwilę rozpuścić się w żołądku, a potem bezszelestnie przeniknąć do jej krwi. Ona stanie się Śpiącą Królewną, śpiącą na wieki wieków... i wszystko ucichnie, wszystko zamilknie, cały ból, wściekłość, rozpacz, nawet Billie Holiday. 

Jednym zdecydowanym ruchem wychyliła opakowanie i zlew zapełnił się podskakującymi w panice żółtymi pigułkami. Jak hurtem, to hurtem. Być może nie mogła liczyć na zbyt wiele od życia, ale mogła liczyć na pewno na jedno... że ból, jej ból jest prawdziwy. Bez znieczulenia. Przeszywający jak ostrze brzytwy, jak głos Billie Holiday. 


***

Na wszelki wypadek kończę. Choć teksty temu podobne będą czasem wracały na bloga.
A tak poza tym, to ilustrację do dzisiejszego wpisu sponsoruje Benjamin Lacombes.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz