30.10.13

KIPLING I KRUGER



Szanowni. Niezmiernie się cieszę, że mogę umieścić ten akurat wpis na swoim blogu. A to dlatego, że jest on odpowiedzią na pierwszy list, jaki otrzymałem od czytelnika, a dokładnie czytelniczki. 

Zostałem zapytany o tropy adaptacyjne opowiadania Rudyarda Kiplinga, "Słoniątko", "Dar rzeki Fly" Marii Krüger i jedno z opowiadań Sat-okha, czyli najbardziej polskiego z Indian, albo może raczej najbardziej indiańskiego z Polaków.

Zacznijmy od Kiplinga.


Samo opowiadanie pochodzi ze zbioru "Just so stories" wydanego w roku 1902. Opowiada ona historię o tym, skąd u słonia trąba. W wersji angielskiej brzmi to tak: 

To nagranie pochodzi z roku 1987 a jego wykonawcami są Jack Nicholson i Bobby McFerrin. Do szczęścia nic więcej nie potrzeba, niemniej nie koniec na tym mojej biblotekarskiej roboty: 

W 1967 roku powstała animacja z niezastąpionego pod względem animacji Związku Radzieckiego. 

W 1984 roku natomiast powstał musical "Just So", na motywach kiplingowskich opowiadań. 


Jeśli natomiast chodzi o polskie adaptacje, to nie tak dawno temu, bo dokładnie 10 dni, we Wrocławskim Teatrze Lalek, miała miejsce premiera spektaklu "Co krokodyl jada na obiad", które swój tytuł zaczerpnęło właśnie z opowiadania "Słoniątko".


Biegła Dandai do Starej Bluinuh... 



Gdyby ktoś miał wątpliwości, kim była Maria Kruger, śpieszę z wyjaśnieniami. Była autorką kilku książek dla dzieci, z czego bohaterem najbardziej znanego jej utworu był mały niebieski koralik, spełniający życzenia. Jego właścicielem stała się przez przypadek dziewczynka o imieniu Karolcia. Kto "Karolci" nie czytał, powinien, bo to jedna z najlepszych książek dla dzieci, jakie napisano (na marginesie - pamiętam, że czytając ją doznałem językowego olśnienia, że można robić przymiotniki od imion, bo koralik wisiał na karolcinej szyi). 

Wracając do "Daru rzeki fly". Nie ma co streszczać, lepiej posłuchać: 


Nagranie pochodzi z winyla z 1972 roku. Wydane było przez wydawnictwo Ton press.  Niestety, kiedy byłem mały, nie miałem tego winyla w domu. Nie ma też animacji Radzieckiej Animacji w tym temacie... 
Za to w zeszłym roku Białostocki teatr Arkadia wystawił przedstawienie oparte na tej opowieści. Wciąż jest w repertuarze. 

Po indiańsku



Sprawa Supłatowicza, czyli Sat-Okha jest bardziej skomplikowana. Wyszedł "Wojownik z urodzenia" jako film. Co zaś się tyczy "Niedźwiedzia starej Mookhason", niewiele. Sat-okh brał udział częstokroć w programach młodzieżowych swojej epoki czyli "Teleranku", albo "Ekranie z bratkiem", ale z materiałów, które znalazłem raczej mówiła tam o indianach różne dyrdymalątka, opowieści zaś było jak na lekarstwo. 

I na tym skończymy na dzisiaj.

Kłaniam się nisko, życzę nocy miłej.

Z poważaniem

SwS

***

Materiał ilustracyjny tradycyjnie sponsorował pan Google.
Materiał dźwiękowy pochodzi zaś od pana Youtube'a 




24.10.13

PRZYSZŁOŚĆ



Constantly driven by the future ahead of you and the unknown.
(Wciąż napędzany przez przyszłość, która jest przed tobą i przez nieznane).

To podpis, jaki mój znajomy umieścił pod jednym ze swoich zdjęć na fejsie. Zdecydowanie piękne motto, czuć w nim wiatr, czuć to coś, co ciągnie w nieznanym, co ciągnie w nieznane. Motto, jak lipcowa noc, tuż przed wyjazdem w wielką podróż. Pełne ekscytacji i oczekiwania.

Nieznane


Zawsze lubiłem takie teksty, dawały mi poczucie, że zaraz wyruszam (czy to naprawdę, czy w wyobraźni). Tym razem jednak pojawiła się myśl, że przychodzi w życiu taki moment, kiedy patrzenie w przyszłość znaczy patrzenie prosto do grobu.

Myślę, że ten moment następuje wraz z tym, jak w metryce przybywa nam krzyżyków. Może nie dzieje się to kiedy mamy dwadzieścia lat, może nawet nie, kiedy mamy trzydzieści, ale może dzieje się to, kiedy na karku przysiada czterdziestka, albo sześćdziesiątka. Gdzieś w głębi pojawia się uczucie, że przyszłość jest limitowana. Że nasze „wciąż” prędzej czy później się skończy.


I my nie mamy wiele do gadania. Możemy się na to zgodzić bądź nie. Zgodzić się na to, żeby z przyszłości, stać się przeszłością. Zostawić pole dla tych, którzy przyjdą po nas i dla których wiadoma granica nie jest jeszcze tak oczywista. Można to nazwać przekazaniem pałeczki albo zostawianiem pola tym, których kolej nadeszła. Przytrzymując się za długo przyszłości, okradamy z niej tych, do których ona należy. Tych, którzy przychodzą nie po nas, ale za nas.

Co mają do tego baśnie?


W zasadzie wszystko. Przygoda baśniowego bohatera ma przeprowadzić go przez pewien proces, po to, żeby potem mógł żyć długo i szczęśliwie, aż do samej śmierci. Proces ten ma miejsce, kiedy bohater nie jest jeszcze ukształtowany, kiedy kamień, jakim jest, musi nabrać szlifu. Kiedy już oszlifuje się w przygodzie, jest oszlifowany. Może żyć długo i szczęśliwie. Być może w jego życiu pojawią się jeszcze smoki, pojawią się potwory, ale zabiwszy pierwszego, wie jak sobie z nimi poradzić. Nie wolno mu jednak polować na smoki, które do niego nie należą. Nie wolno mu się za smokami uganiać. Nie wolno mu chcieć zabijać smoków. Bo szukać smoków, to zapraszać je do swojego życia.

Nie zrozumcie mnie źle – nie chodzi mi o to, żeby się nie rozwijać. Chodzi mi o to, żeby nie przesadzać. Mój mistrz tai chi zawsze powtarza, że w życiu stacza się jedną, może dwie prawdziwe walki. Nie więcej. Reszta, to życie „długo i szczęśliwie”.



Co jeszcze mają do tego baśnie – sieroctwo. Zanim bohater wyrusza w swoją podróż, bardzo często zdarza się tak, że musi zostać sierotą. Umierając, rodzic oddaje swój czas dziecku. Zrzeka się swojej roli w świecie, żeby ten, który przychodzi za niego, mógł wypełnić swoje człowieczeństwo - nabrać szlifu. 
Dziecko nie zostaje samo, ma ciągłe wsparcie od tego, co już przeminęło (pisałem o tym w tekście Grób matki)… najważniejsze jest jednak, że teraz jego kolej… nie „wciąż”… tylko na chwilę.

***

Dzisiejsze ilustracje sponsorują: Tom Seideman-Freud, Alenka Sottler oraz internet. 

20.10.13

Rozbójnik/Prymus/Słuchacz



Czyli kilka strategii przetrwania warsztatów z dzieciakami.

Dziś o jednym z narzędzi, które przydają się w pracy z dzieciakami. Każdy, komu zdarzyła się taka praca, wie dobrze, że złapanie uwagi całej grupy jest wyzwaniem równie trudnym, jak zatrzymanie czołgu przy pomocy pistoletu na wodę. Zwłaszcza jeżeli opowiadanie trwa ponad 20 minut. Na początku swojej pracy z dziećmi łudziłem się, że jest to możliwe, ale rzeczywistość szybko zweryfikowała moje błędne mniemania. Konieczność ustawienia sobie grupy stała się więc zadaniem priorytetowym.


1. Minimalizacja strat

Nie ma co się oszukiwać, że grupa w całości za mną pójdzie. Dzieciaki (zwłaszcza dzisiaj) są rozkojarzone i często zamiast słuchać tego, co aktualne, żyją w widzianych dzień wcześniej kreskówkach. Można próbować zagonić wszystkich do słuchania, zmusić, żeby siadły na tyłkach i uważały, ale warto najpierw zapytać, czy gonienie za garstką nie zabije to entuzjazmu i nie rozproszy energii całej grupy. Jeśli rozproszy, niech garstka sobie biega - lepiej mówić, do tych, które słuchają. Jeśli natomiast mam szansę ustawić całość grupy w mało inwazyjny sposób, grzechem byłoby z takiej szansy nie skorzystać. 


2. Segregacja

Zasadniczo dzielę dzieci na trzy grupy. Pierwsza, to te, które mogą mi rozbić opowiadanie. Głównie przez swoje nastawienie. Albo ci, o których wspomniałem wyżej (biegają, biegają, biegają), albo też te dzieciaki, które przychodzą z nastawieniem, że to, co robię jest głupie i nie chcą się w to bawić. Tę grupę nazywam Rozbójnikami. Druga grupa to te dzieci, które od początku buzują entuzjazmem. To takie prymusy, które chcą tworzyć, całe chodzą, żeby dokończyć zdanie, odpowiedzieć na zadane pytanie, wykonać zadanie. Z nimi nie ma najmniejszego problemu, bo niezależnie od tego, co się będzie robiło i tak będą ze mną. To są Prymusi. Trzecia grupa to ci, którzy słuchają (zresztą nazywam ich Słuchaczami). Nie są ani specjalnymi Rozbójnikami, ani specjalnymi Prymusami. Po prostu są. Trzeba bardzo uważać na tę grupę, bo ona idzie za większością... albo za najmocniejszymi. Jeśli większość rozrabia, oni też rozrabiają. I wtedy jest koniec gry. Gdy opowiadam, chodzi mi przede wszystkim o nich.


3. Sprzymierzeniec

Jeżeli w grupie jest jedno szczególnie niezadowolone dziecko, staram się budować opowieść na nie. Poświęcam mu najwięcej uwagi, zadaję najwięcej pytań, staram się sprawić, żeby takie dziecko poczuło się naprawdę ważne. Nie wiem, czy to reguła, ale najwięksi Rozbójnicy są zazwyczaj bardzo inteligentni i na tej inteligencji można wiele wygrać. Przy odpowiednim podejściu, przekonanie do siebie takiego dziecka daje nam nie tylko większy spokój w grupie (bo spokojny Rozbójnik uspokaja Słuchaczy), ale czasem wyciąga na wierzch takie skarby, o jakich nawet nie śniliśmy. Skarby ukryte w dziecku.

4. Entuzjazm

Ta strategia wykorzystuje entuzjazm Prymusów. Opowiada się albo na Prymusów, albo na Słuchaczy, podbijając ich entuzjazm dzięki pomocy Prymusów. Strategia psychologiczna jest taka: „skoro wszyscy tak fajnie się bawią, to znaczy, że to naprawdę jest fajne. Więc dlaczego się w to nie bawić?”. Im bardziej uda się nakręcić grupę, tym bardziej sama będzie chciała działać. Nie można zapomnieć tylko o jednej rzeczy – przygotowaniu miejsca dla Rozbójnika. Jeśli nie chce zacząć warsztatów z nami, to trudno. Dajmy im wolną rękę. Nie wykluczajmy ich jednak. Tutaj nie działa zasada, skoro nie chcesz się z nami bawić, to nie będziesz. Raczej, skoro nie chcesz się z nami bawić, to może za chwilę zachcesz, a jeśli zachcesz, będzie super. Ja staram się zostawić dla takiego dziecka przygotowane stanowisko pracy. Mówię wtedy: „jeśli przyjdzie ci ochota, dołącz do nas”. Zazwyczaj działa.



5. Tyły


To w zasadzie zdarzyło mi się raz, ale nauka była bezcenna i bez zabezpieczenia tyłów zginąłbym marnie. Pracowaliśmy w zoo. Że grupa była duża, a teren zabaw dość otwarty, dzieciaki rozpierzchały się jak płoszone gołębie. Zabawy przygotowane były na dość restrykcyjnym scenariuszu, a grupy przekraczały trochę ponad 30 osób. Perspektywy były optymistyczne niczym widok nadchodzącej tsunami. Na szczęście pracowałem wtedy z koleżanką, z którą świetnie się dogadywaliśmy. Podział był taki, że ja dbam o entuzjazm grupy, ona zabezpiecza tyły. Ja dbałem o entuzjazm, a jej zadaniem było po prostu temperowanie Rozbójników. Wrzucaniem ich z powrotem do grupy. Była w tym pierwszorzędna, i dzięki niej, te spłoszone gołąbki mogły wrócić do grupy. Niektóre nawet złapały się na falę entuzjazmu i już zostały.


19.10.13

DLA DWUDZIESTOPAROLATKÓW

O niniejszej zabawie wspominałem dwa wpisy temu (tutaj). Nie mogłem się powstrzymać i oto są mego niepowstrzymywania się efekty:


Śpiąca Królewna po raz kolejny nie mogła dobudzić się na poranne zajęcia. Koleżanki z grupy znały jej problem, więc telefon Królewny raz za razem zaczynał wygrywać smętną melodię, którą dziewczyna ustawiła sobie jako dzwonek. Stary szlagier Billie Holiday. Królewna słyszała to, ale nie reagowała, tak samo jak dzień wcześniej, tak samo, jak zawsze. Gdzieś w środku, poczuła ukłucie goryczy... znowu zawodzi. Lekarz mówił, że w jej stanie to naturalne, ale czy jej stan był naturalny? Nienawidziła tego stanu, nienawidziła siebie za ten stan. 

Leki, które przepisał jej lekarz miały pomóc, a tymczasem jedyna rzecz, która się po nich zmieniła, to fakt, że teraz całymi dniami chodzi ospała, że jeszcze bardziej zawodzi... tabletki szczęścia - akurat. 

Kiedy wreszcie się doczołga do łazienki, z półki przy lustrze uśmiechać się do niej będzie całe opakowanie wściekłożółtych pigułek. I znów sięgnie po jedną z nich, żeby przetrwać to wszystko do wieczora, wyłączyć mózg, wyłączyć czucie, wyłączyć serce. 

To byłoby rozwiązanie, wyłączyć serce. Nie na cały dzień, ale hurtem - raz na zawsze. Nie jedną pigułką, ale wszystkimi. Śpiąca Królewna podeszła do lustra... wszystkie na raz. Jeden krok. Jedna decyzja. Korowód żółtych tabletek powoli prześlizgnie się przez przełyk, żeby za chwilę rozpuścić się w żołądku, a potem bezszelestnie przeniknąć do jej krwi. Ona stanie się Śpiącą Królewną, śpiącą na wieki wieków... i wszystko ucichnie, wszystko zamilknie, cały ból, wściekłość, rozpacz, nawet Billie Holiday. 

Jednym zdecydowanym ruchem wychyliła opakowanie i zlew zapełnił się podskakującymi w panice żółtymi pigułkami. Jak hurtem, to hurtem. Być może nie mogła liczyć na zbyt wiele od życia, ale mogła liczyć na pewno na jedno... że ból, jej ból jest prawdziwy. Bez znieczulenia. Przeszywający jak ostrze brzytwy, jak głos Billie Holiday. 


***

Na wszelki wypadek kończę. Choć teksty temu podobne będą czasem wracały na bloga.
A tak poza tym, to ilustrację do dzisiejszego wpisu sponsoruje Benjamin Lacombes.

18.10.13

DŁUGIE KUDŁY DO TEGO BLOND


Na warsztacie: Roszpunka

Dziś ilustracje do baśni, której serdecznie nie lubię (co może być świetnym pretekstem do tego, żeby zająć się jej  przeanalizowaniem). Niemniej, ilustracje do Roszpunki są niczego sobie, a nawet są więcej - długi blond warkocz to niezwykle wdzięczny graficznie obiekt. Poniżej przedstawiam tylko małą próbkę tego, co można znaleźć przy użyciu gugla: 















Dzisiejsze ilustracje sponsorują: Ellyn Lusis, Ernst Liebermann, Trina Schart Hyman, Joyce Crick, Arthur Rackham, Deena Freel, Jamie Fales, Patrick Wolf, Betto, Majali oraz interent

15.10.13

BAŚNIE DLA DWUDZIESTOPAROLATKÓW


W związku z tym, że zapowiada się całkiem intensywny tydzień, zacząłem grzebać w sieci w poszukiwaniu jakiejś dobrej ilustracji dotyczącej pracy. Efekt był taki, że natknąłem się po pierwsze na dobrą ilustrację do Kopciuszka, a po drugie na zabawę o nazwie Fairy Tales for Twentysomethings - czyli baśnie, dla dwudziestoparolatków... jeśli dobrze tłumaczę. 

Zabawa jest banalnie prosta. Piotruś Pan dorósł, trzy świnki również... i co dalej. co działo się z bohaterami, kiedy dorosną. Wszystko zaczęło się od fanpejdża na fejsbuku (link tutaj), a potem przeniosło w szeroki net,  stając się swego rodzaju sposobem kodowania (wybieramy ilustrację z baśni, dodajemy do niej podpis, będący ciągiem dalszym). Historie umieszczane na fanpejdżu doczekały się nawet wydania książkowego. "Nowe baśnie dla nowego pokolenia", głosi podtytuł. 

Więc jak wyglądają nowe baśnie dla nowego pokolenia. Ano wyglądają tak: 


The tortoise and the hare met for coffee. They each casually mentioned their recent successes, secretly hoping to appear better than the other. As they walked their separate ways home it hit them at the same time: There never was a race. There is no destination. There is no winner.

(Żółw i zając spotkali się na kawie. Każdy opowiadał o swoich niedawnych sukcesach i każdy skrycie liczył na to, że wypadnie lepiej od drugiego. Kiedy spotkanie dobiegło końca i każdy z nich ruszył w swoją stronę, nagle obu dopadła ta sama myśl - nigdy nie było żadnego wyścigu. Nigdy nie było celu. Nie było zwycięzcy). 

Historia dla dwudziestoparolatków... nie ma wyścigu szczurów, więc nie mogło być zwycięzców, nigdy nie było rywalizacji pomiędzy bohaterami opowieści. Każdy miał swoje projekty, tak samo ważne, tak samo wartościowe. Takie potrzebne. 

Być może i jest to potrzebne, być może trzeba budować swoją wizję rzeczywistości, w której akcent kładziony jest na inne aspekty historii i robić z baśni coachingowe opowiastki, ale nie możemy zapominać, że nie bez powodu zając przegrał z żółwiem wyścig. Wyścig w baśni jest po coś, po coś ściga się bardzo szybki zając z bardzo wolnym żółwiem. 

Koniec wątpliwości, czas się zabawić. wybieram ilustrację z Czerwonego Kapturka: 


 Wilk napadł na Czerwonego Kapturka, podczas gdy dziewczyna uprawiała jogging w parku. 
Początkowo miał to być zwykły gwałt rabunkowy, ale Czerwony Kapturek zamiast panikować, zaczęła z Wilkiem 
rozmawiać. Na początku z przestrachem, ale gdy udało się nawiązać z napastnikiem nic porozumienia, 
rozmowa stała się ciepła, może nawet przyjacielska. Wilk zrozumiał, że robi to, co robi, ponieważ w głębi duszy jest zagubionym, przestraszonym chłopcem, który szuka w przemocy potwierdzenia swojej męskości.
Kapturek namówiła Wilka na wizytę u terapeuty. Obiecała też, że o zajściu nie powiadomi policji.
Od tamtego zdarzenia, czasem spotykają się na kawie. 

Problem w tym, że to już nie ten Wilk... ani ten Czerwony Kapturek... ani ta baśń...

10.10.13

FASOLA JACKA


Na warsztacie: Jack i łodyga fasoli

Jack po fasolowej łodydze wędrował trzykrotnie. Ze swojej pierwszej wyprawy przyniósł worek ze złotem, druga z wypraw skończyła się zdobyciem kury znoszącej złote jajka. Ostatnia zdobycz Jacka jest najbardziej niezwykła i najbardziej zagadkowa. Jack z krainy ludojada przynosi harfę, która gra, kiedy jej właścicielowi jest smutno na duszy. Dźwięki takiej harfy, sprawiały, że cokolwiek smuciło słuchającego, znikało jak koszmar po przebudzeniu. Ale od początku…

Przygoda zaczyna się od ryzyka


Nie wiem dokładnie, dlaczego Jack dostał od starca zaczarowaną fasolę. Być może powodem było to, że Jack już był gotowy na swoją przygodę, a może po prostu urzekł starca poczuciem humoru.  
Być może zasłużył na pięć magicznych ziaren dlatego, że zapłacił za nie wszystkim, czym mógł zapłacić – oddał starcowi krowę, która była żywicielką jego rodziny, oddał więc utrzymanie swoje i swojej matki.

Cała podróż Jacka zaczęła się od biedy - musiał sprzedać krowę. On postanowił zaryzykować, dzięki czemu zyskał metodę, by dostać się do nieba, gdzie łatwo o worek złota. Jednak worek złota był tylko sposobem na chwilowe zaspokojenie podstawowych potrzeb chłopca i jego matki. Przetrwać, nie umrzeć z głodu, przeżyć. W końcu pieniądze musiały się jednak skończyć i znów trzeba było wędrować do domu ludojada.


Ta fasola kosztowała chłopca niezłą awanturę. Matka wyrzuciła ziarna za okno, a Jackowi złoiła za całe przedsięwzięcie skórę. Jack musiał z nosem w kwintę iść do swojego pokoju, bez perspektyw na dzień następny, bez nadziei na przyszłość. Tymczasem zaczarowana fasola nie miała zamiaru zostawiać chłopca bez pomocy. Wylądowała za oknem, by nocą wystrzelić w niebo poskręcanymi pędami, a tym samym odpowiedzieć na potrzeby chłopca, który postanowił jej zaufać. Jednak rozwiązanie, jakie dawała fasola nie było jasne. Niknęło w chmurach, tam gdzie biała droga prowadziła do domu pełnego niebezpieczeństw.


Przygoda to ludzie wkoło nas


Gdybym miał powiedzieć, o czym jest ta baśń, bez wahania powiedziałbym, że przede wszystkim o zaufaniu. Dwukrotnie Jack trafia na ludzi, którym musi powierzyć swoje życie. Pomimo, że wygląd ich raczej nie wzbudza zaufania, a propozycje jakie od nich otrzymuje są raczej… dziwne. Pierwszy był starzec, z którym Jack przehandlował krowę za ziarna fasoli. Za drugim razem była to żona ludojada, kobieta o aparycji zgoła koszmarnej, do tego opryskliwa i grubiańska. Żeby uratować życie Jacka, ukrywa go przed swoim mężem w piecu. To piec staje się miejscem, w którym Jack jest w stanie przetrwać spotkania z ludojadem – schowany „za żelaznymi drzwiami”. Wystarczyło jednak podłożyć ogień i z bezpiecznego schronienia, piec stałby się śmiertelną pułapką. Jack musiał o tym wiedzieć, kiedy ludojadowa zaproponowała mu w piecu schronienie. A jednak zgodził się, poddając całkowicie niebezpieczeństwu. Do przeanalizowania tej sceny przyjdzie mi jeszcze wrócić w innym tekście, dziś wspominam o niej, bo była przykładem ekstremalnego zaufania. Co ważne, Jack wchodził do pieca dwukrotnie.

Ziarna kiełkujące za domem 


Druga wyprawa całkowicie rozwiązała problemy finansowe rodziny. Kura znosząca złote jajka to przecież zabezpieczenie od wszelkiej biedy i ustawienie rodziny Jacka na zawsze. Warto zwrócić uwagę na taki drobny szczegół, że przez cały czas pomiędzy jedną a drugą wędrówką, fasola stała za domem. Wrosła w krajobraz życia Jacka i kiedy tylko pojawiły się problemy, Jack od razu wiedział co robić. Wspinać się, wspinać wspinać, do samego nieba.


Co ciekawe, cud, którym była fasola na początku i obietnica przygody, jaką niosła za sobą roślina bardzo szybko wrosły w normalność chłopca. Ot badyl stojący za domem. Badyl, z którego można było skorzystać, gdy tylko przyjdzie taka potrzeba. Zastanawia mnie, czy Jack był wyjątkowy pod tym względem. Czy ta jego fasola nie pochodzi z ziaren, które kiedyś, dawno temu otrzymaliśmy wszyscy. Może podobnie jak w przypadku naszego bohatera jakaś matka, albo ojciec wyrzucili je za okno, gdzie zaczęły wzrastać bez naszej wiedzy. I bez naszej wiedzy, może też fasolowa łodyga dosięgła nieba, z którego może przyjść do nas bogactwo, ale mogą też zejść ludojady. Gdzieś w naszej codzienności, być może na każdym podwórku są fasole sięgające nieba. Jack dostrzegł wyraźnie możliwość jaką daje mu roślina. W jego przypadku ziarna trafiły na doskonały grunt, bo w jedną noc wykiełkowały, sięgając samego nieba. W jedną noc.


I Jack to wykorzystał i zaczął piąć się, i piąć, i piąć.
Aż wreszcie przyniósł do na ziemię zaczarowaną harfę.

To, co najważniejsze


No właśnie, co z tą harfą? Co to za nagroda za wszystkie niebezpieczeństwa? Po drugiej wyprawie Jack ma już przecież wszystko… a może właśnie teraz idzie po najważniejsze? Nie potrzeba mu już pieniędzy. Za to potrzebne jest coś, co ukoi jego serce. Potrzebuje całkowitego spełnienia i tego, co można byłoby najprościej nazwać szczęściem. Coś, co stoi ponad bogactwami  i, co bardzo ważne w tej opowieści, jest od nich odrębne. Baśń przedstawia to jako samogrającą harfę. Jack rusza po nią, ponieważ czuje wewnętrzne wołanie jakiejś niezrozumiałej dla siebie samego siły. Po prostu musi wejść po fasoli jeszcze raz. Zauważmy, odbywa tę podróż dopiero po tym, jak jego sytuacja materialna została uregulowana. Pewnie gdyby zdobył taką harfę na samym początku, zamiast działać, zapadłby w letarg – za każdym razem, gdyby Jackowi było źle, po prostu mówiłby do niej „graj”, podnosiłby się na duchu. W ten sposób mydląc sobie oczy, konając w biedzie. Muzyka instrumentu, byłaby jak zanurzenie się w wirtualną rzeczywistość, rzeczywistość narkotyków,  alkoholu, telewizji, magazynów i portali plotkarskich –  dałaby mu iluzję szczęścia oderwaną od jego faktycznego położenia. Ten typ przyjemności zarezerwowany jest na sam koniec. Trzeba przetrwać spotkanie z ludojadem, trzeba przechytrzyć go kilkukrotnie i zapewnić swojej rodzinie środki do życia, żeby na nią zasłużyć.



Wyprawa po harfę, to najniebezpieczniejsza z podróży Jacka. Bohater nie ma już wsparcie żony ludojada, a olbrzym wie, że Jack przybył do niego, żeby coś zabrać. Będzie więc przygotowany, rzuci się w pogoń za intruzem aż do miejsca, w którym fasola łączy jego królestwo z ziemią. I znajdzie drogę ze swojego świata na nasz. Zrobi wszystko, by dorwać Jacka. A kiedy to mu się uda, zabije chłopca, pożre go i… zostanie na ziemi, żeby siać tu spustoszenie.

"Dosyć"


Jack do tego nie dopuści, woli zniszczyć fasolę niż pozwolić na to, żeby świat ludojada i jego świat się połączyły. Jack wie, że z krainy na szczycie fasoli można wydzierać skarby, ale wie też, że pomiędzy jednym a drugim światem zgody być nie może. Zresztą, fasola przestaje mu być potrzebna. Ma już wszystko, czego potrzeba mu na ziemi, w jego własnym świecie.


William Blake pisał, że nie wiesz ile to jest „Dosyć”, dopóki nie dowiesz się ile to jest „Za dużo”.
Jack wiedział ile to jest „Dosyć”. Dlatego chwyta za siekierę i bez mrugnięcia oka kończy swoją przygodę z krainą ludojada, gdzie można było dotrzeć jedynie po fasolowej łodydze.




***

Dziś towarzyszą nam ilustracje następujących autorów: Pietari Posti, Francesca Asirelli, RMBDarkmyth, Tom Monster oraz niezastąpiony Internet. 

7.10.13

WSPINAMY SIĘ PO FASOLI - BAŚNIE W likeKoniku




W niedzielę 20 października zapraszam na warsztaty dla dzieci od lat 4 do wspaniałej klubokawiarni dla dzieci likeKonik.

KRAKÓW - plac Wszystkich Świętych 2 (w Pawilonie Wyspiańskiego) 
startujemy o 10.00

Wspólnie z Jackiem, będziemy po fasoli wędrować do samego nieba, gdzie czekają nas olbrzymy, wielkie niebezpieczeństwa i wielkie skarby.

Warsztaty zawierają lekcję rysunku, zabawy ruchowe i warsztaty ze współpracy grupowej.

Zapisy i kupno biletów na stronie likeKonika

6.10.13

BABOJAGOWE BAŚNIE DLA DOROSŁYCH

Baba Jaga to dziwna baba. Nie wiadomo czy jest zła, czy dobra. Nie wiadomo nawet czym jest - demon to paskudny, czy mądra kobieta? Czasem może pomóc zagubionemu wędrowcy w jego podróży przez ciemny las, innym razem woli takiego wędrowca wpakować do pieca i zjeść. Czasem jej się to udaje, a czasem przy tej okazji sama kończy w piecu. 

Baba zmienną jest, przynajmniej Baba Jaga. 

Zmianom tej postaci przyjrzymy się na następnym spotkaniu, wędrując przez baśnie braci Grimm, podania rosyjskie, a także nasze rodzime baśnie (dokładnie spod Gorców). 

Wszystkie osoby spragnione Baby, zapraszamy wraz z Klubem Herbacianym „Nie Lubię Poniedziałków” na kolejne spotkanie z baśniami. W niedzielę, 20 października o godzinie 20.00. 

Będzie miło, sympatycznie i do tego BAŚNIE!



3.10.13

BAŚNIE W WEKTORZE




Na warsztacie: Violeta Dabija

To chyba moja ulubiona ilustratorka baśni dla dzieci, a na pewno ulubiona używająca do pracy techniki wektorowej.
Ilustrowane: Czerwony kapturek, Jack na pnączu fasoli, trzy małe świnki i Szczurołap z Hamelin.














więcej prac znajdziecie tutaj: http://www.violetadabija.com/index.html