28.4.18

Rozbójnicy

Baśnie na warsztacie, Muzykanci z Bremy, , Baśnie o zbójach, Narzeczona Zbójnika, Zbójnicki narzyczony, Ali Baba, zbójnicy, męskość, dorastanie, Mateusz Świstak,


Na warsztacie: Alibaba i 40 rozbójników, Muzykanci z Bremy, Narzeczona Zbójnika



Jakiś czas temu pisałem o tym, co może się wydarzyć, kiedy mężczyzna, pomimo swojego wieku  pozostanie, chłopcem. Zamiast zmieniać świat na lepsze, zaczyna dbać tylko o swoje zadowolenie własne, stając się rozbójnikiem. Popychany do działania jest jedynie przez egoistyczne popędy, a wszystko, co przeszkadza zaspokojeniu tych popędów jest przez takiego mężczyznę-chłopca siłą usuwane. Rozwijam ten temat w artykułach Zagubieni chłopcy i Czego w życiu powinniśmy się bać, do których przeczytania zachęcam. Dziś jednak chciałbym przyjrzeć się krótko psychice zbója. Do rozpatrzenia tego zagadnienia będą nam potrzebne trzy baśnie: Muzykanci z Bremy, Alibaba i 40 rozbójników oraz Narzeczona Zbójnika.

Przypadek 1: Muzykanci z Bremy

Po swojej brawurowej ucieczce z domów stary osioł, stary pies, stary kot i stary kogut docierają do chaty w lesie. Chata ta należy do zbójców, ale dla zwierząt nie wydaje się to być wielkim problemem.  Postanawiają przepędzić jej mieszkańców, a potem tam zamieszkać. Wykonując swój słynny manewr "pies na osła, kot na psa, a na kota kogut" wpadają z jazgotem do izby. Zaskoczeni zbóje uciekają w las, gdzie drżą przed intruzami. W związku z tym, że nie do końca wiedzą, co się dokładnie wydarzyło, przypisują napastnikom siły nadprzyrodzone i nikt nie kwapi się do tego, by zrobić rekonesans. Wreszcie herszt bandy postanawia sprawdzić, czy ten przedziwny napastnik zniknął. W czasie swojego zwiadu zostaje podrapany przez kota, pogryziony przez psa, kopnięty przez osła, a na koniec słysząc "Kukuryku" koguta, myśli, że to sędzia krzyczy "dawaćgodu!". Zmyka więc i już więcej się nie pojawia, a reszta zbójów idzie jego śladem.

Przypadek 2: Ali-baba

Ta baśń zasługuje na większe omówienie i kilka osobnych artykułów. Pozwólcie jednak, że tutaj przytoczę tylko jeden epizod. Kiedy Ali-baba kradnie skarby rozbójników, ci poprzysięgają mu zemstę i w różnorakich przebraniach próbują dostać się do jego domu. Za każdym razem, gdy wpadają na nowy koncept, wywodzi ich w pole Mardżana - niewolnica Ali-baby. Żebyście mnie jednak źle nie zrozumieli: przez wywiedzenie w pole przeważnie rozumiem tutaj bardzo bolesną śmierć (poderżnięte gardła czy ugotowanie w oliwie).

Przypadek 3: Narzeczona zbójnika

Zbójnik zostaje mężem dziewczyny. Podczas uczty weselnej panna młoda opowiada swój sen, a dokładniej wszystko to, czego świadkiem była w domu swojego męża (morderstwo dziewczyny, jej poćwiartowanie i kanibalska uczta). Na zakończenie swojej mowy rzuca na stół palec zamordowanej dziewczyny. Wtedy zgromadzeni goście rzucają się na świtę pana młodego i zabijają wszystkich złoczyńców.


Zło przegrywa


Każda z tych historii ma trochę inny ton. Muzykanci z Bremy należą do grupy baśni oscylujących w przestrzeniach humorystycznie absurdalnych. Podobnie jest w przypadku opowieści o Ali-babie, choć tutaj wszystko jest odrobinę bardziej na poważnie - zbójnicy krążą wokół domu głównego bohatera, więc strach o niego ma już swoje dość solidne podstawy. W ostatnim przypadku przez większość czasu klimat baśni jest mroczny i nieprzyjemnie drażniący. Niemniej, we wszystkich tych ujęciach jest kilka podobieństw.

Po pierwsze zbójcy zawsze przegrywają. Bo oczywiście zło musi przegrać, niezależnie od tego, czy zwierzęta same włamują się do domu (kradną zbójom dom), a Ali-baba sam jest złodziejem (kradnie skarby Sezamu), ale w ludowej moralności zło wyrządzane złemu to cnota.

Baśnie na warsztacie, Muzykanci z Bremy, , Baśnie o zbójach, Narzeczona Zbójnika, Zbójnicki narzyczony, Ali Baba, zbójnicy, męskość, dorastanie, Mateusz Świstak,


Po drugie w przytoczonych opowieściach zbój zawsze świadom jest tego, że jego życie skręciło w złą ścieżkę. I w każdym jego działaniu jest strach przed karą. Pan młody w każdej chwili mógł przerwać małżonce opowieść. Ten strach nie jest jedną z motywacji zbójnickich bohaterów, leży obok niej, sprawiając, że akcje zbójnika dryfują ku niepowodzeniu. Być może kiedy zbójuje, to zbójuje i nie myśli o niczym innym. Jednak, kiedy kończy się zbójowanie, gdzieś na karku każdy z antybohaterów dzisiejszej historii czuł ciepły oddech sprawiedliwości. 

A sprawiedliwość wiele ma twarzy. Niemniej - nie o samej sprawiedliwości chciałbym tutaj pisać, ale o czymś innym - o sile zbójnika. Postawmy więc jedno pytanie: 

Kto pokonał zbója


Sprawiedliwość przychodzi czasem z niespodziewanej strony. Może przyjść w postaci czwórki zramolałych zwierząt domowych, które musiały uciekać, bo w swoich obejściach do niczego się już nie nadawały. Cztery nieprzydatne do niczego zwierzęta! Tyle wystarczyło.  To nie jest reprezentatywny przeciwnik, przyznajcie sami? Ani razu nie ma tu starcia tytanów, Achilles nie pokonuje Hektora. Ba, to nawet nie jest pojedynek Dawida z Goliatem. To osioł ze słabym wzrokiem  i prawie bezzębny pies.Albo sztuczki niewolnicy, albo opowiastka żony.

Zbój, którego największym atrybutem jest brutalna siła, ani razu nie może jej wykorzystać, a pozbawiony swojego największego atutu, staje się... głupcem. Do tego przerażonym. Baśń o Ali-babie jest najlepszym tego przykładem - pomimo tego, że przestępcy giną jeden po drugim, nie wyciągają z tego żadnej nauki, tylko dają się eliminować jak w wyliczance o 99 butelkach piwa, albo piosence o 40 małych pszczółkach. Zbój bez swej siły to zbój bez mocy. 

Baśnie na warsztacie, Muzykanci z Bremy, , Baśnie o zbójach, Narzeczona Zbójnika, Zbójnicki narzyczony, Ali Baba, zbójnicy, męskość, dorastanie, Mateusz Świstak,


A kiedy zbój traci swoją moc, nie potrafi sobie z tym poradzić. I tym różni się od bohatera. Wpada w nocy do swojej własnej chaty i myli kota z szatanem, psa z potworem, a osła z olbrzymem. Kogut, który jest zwieńczeniem jego strachów uosabia sędziowską sprawiedliwość. Zwróćcie uwagę na jedno - wyobrażenia, które pojawiają się w głowie zbója, to nie wyobrażenia mężczyzny. To wyobrażenia chłopca. Zagubionego chłopca. 

Pamiętam taką sytuację ze swojego życia - zdarzyła mi się kiedyś bójka. Nie jakaś groźna, ale zgubiłem przy okazji komórkę. I chyba tylko przez tę stratę poszedłem na policję. Policjanci zabrali mnie na patrol i wypatrzyłem jednego z gości, którzy chcieli mnie pobić. Znaleźliśmy się na tylnej kanapie radiowozu - ja i ten gość od bójki - i wtedy mój kompan się rozleciał. Trochę popłakiwał, opowiadał, że uczy się grać na pianinie, nawet próbował się ze mną zakolegować. I pamiętam, że poczułem do gościa pogardę, że tak się wije, podlizuje i traci animusz. Cała odwaga wyparowała z niego, jak tylko podjechał radiowóz. Od tamtego czasu wszelkich zadymiarzy widzę trochę, jak tamtego gościa - nie biegnących z pięściami, ale skulonych na tylnym siedzeniu radiowozu. Zamiast siejących terror, raczej trzęsących się przed kogutem, w pianiu którego słyszą tylko "Dawaćgotu!"

Siła, która pochodzi z egoistycznych pobudek, to nie siła, to popisywanie się. Może da nam to, czego chcemy, ale w dłuższej perspektywie, będzie tylko skorupką, ukrywającą, że w środku nie ma nic. Nic poza przestraszonym dzieckiem, który nie stanowi wyzwania ani dla niewolnicy, ani zezowatego kota. 

Nie chcę zbytnio generalizować, bo wśród zadymiarzy zdarzają się i tacy, którzy nie mają żadnych skrupułów. Myślę jednak, że zbój to przeważnie ktoś, kto w zderzeniu z wartością, dojrzałą wartością wykruszy się i z brutala stanie się nieporadnym dzieckiem. Włączcie wiadomości i posłuchajcie niedorzecznych wymówek mężów bijących żony. Posłuchajcie gości, którzy pijani rozbili samochód i  próbują to wyjaśnić policji (albo posłuchajcie ich matek, które próbują usprawiedliwić swoich synusiów - to jeszcze bardziej pasuje do historii), albo przejdźcie się po imprezowych ulicach miasta w sobotni wieczór. Na każdym rogu spotkacie biednych, zaginionych chłopców. Biednych, ale wciąż niebezpiecznych. Albo w drugą stronę - niebezpiecznych, ale biednych. 

Baśnie na warsztacie, Muzykanci z Bremy, , Baśnie o zbójach, Narzeczona Zbójnika, Zbójnicki narzyczony, Ali Baba, zbójnicy, męskość, dorastanie, Mateusz Świstak,


Ci, którzy pokonują zbójów w dzisiejszych baśniach wiedzą zazwyczaj, że poza brutalną siłą i groźnym wyglądem zbój to wydmuszka i wystarczy wiedzieć, gdzie nacisnąć. Wystarczy zaufać swojej inteligencji, jak panna młoda i Mardżuna, a do tego korzystać z porządku, jaki wytwarza społeczeństwo (tak zrobiły zwierzęta). Jeśli zrobimy to dobrze, nie będziemy musieli obawiać się brutalnej, męskiej, ale zupełnie niedojrzałej siły.

*** 

Po wszystkich słowach, które padły mam jeszcze jedno zastrzeżenie. Bo przecież zbójnik, to także pewien etos bohatera pozytywnego - to Robin Hood, to Janosik i Ondraszek? Co z nimi? Czy i oni są takimi wydmuszkami? Nie do końca. Pozwólcie jednak, że o tym będzie już w innym tekście. 


Ilustracje: Gauther Allaire, Brush-n-gogo, Germano Ovani

5.4.18

Czas święty/czas baśniowy

Baśniowy czas, święty czas, Wielkanoc, Zbawienie, Jan 3.16, Szabat, Mateusz Świstak, Baśnie na Warsztacie


Na warsztacie: Baśniowy czas, święty czas, Wielkanoc, Zbawienie, Jan 3.16, Szabat

Od niedzieli Wielkanocnej chodzi za mną pewna myśl. Już nawet chciałem machnąć na nią ręką, ale biorąc pod uwagę, że to było kilka dni temu, a myśl nadal nie daje mi spokoju, czuję się zobligowany, żeby spróbować ją ująć w kilku słowach. Muszę jednak uprzedzić, że niniejsza notatka może być trochę chaotyczna. 

Problem z codziennością


Ci, którzy od dłuższego czasu śledzą Baśnie na warsztacie pewnie zdążyli się zorientować, że w swoich poglądach jestem chrześcijaninem, w dodatku protestantem. Bóg jest mi potrzebny do powszedniego życia jak powietrze, jedzenie a czasem jak poranna kawa (może dałoby się obejść, ale jednak lubię jej smak, a taka przyjemność też jest niezbędna). Staram się, żeby Bóg był moją codziennością. 

I ta codzienność czasem stanowi problem. Na przykład w te święta. Bo jak przeżywać w sposób wyjątkowy coś, co zdarza się codziennie. Śmierć Jezusa na krzyżu nie zmieniła jednego dnia, jednej pory roku, nie ma żadnego związku ze świętem wiosny, króliczkami, jajkiem, Esterą, Aszterą, Ostarą i innymi pogańskimi zwyczajami. Jest aktualna każdego dnia. Najbardziej klasyczne zdanie z ewangelii Jana o tym właśnie mówi (jak 3.16) Bóg raz dał syna, żebyśmy ci, którzy w niego uwierzyli mieli cały czas życie wieczne. Piękna koncepcja, która w zasadzie przekreśla wszystkie spekulacje związane z porównaniem czynu Chrystusa do pogańskiej obrzędowości. Bo jedno do drugiego się nie odnosi. 

Problem w tym, że codzienne przeżywanie tego wydarzenia, przekreśla jego wyjątkowość. Nam ludziom wszystko powszednieje. Tracimy poczucie czasu świętego, przez co nie potrafimy przeżywać w sposób uświęcony. I mówię to jako ktoś, kogo obrzędowość zawsze doprowadzała do pasji... i komu bardzo jej brakuje. Brakuje, bo granica miedzy sacrum i profanum się zatarła. Straciła znaczenie. Szczególnie to osobiste. Dziś jest czwartek, a ja mam poczcie, że przejechałem przez te święta ani razu nie naciskając na hamulec (pytanie: gdzie podział się wtorek i środa?).

No właśnie - hamulec. Święto zawsze było czymś, co zmuszało do wciśnięcia hamulca. A przynajmniej powinno być. Nie po to, żeby się najeść i napić, ale po to, żeby móc spojrzeć w górę. Tam gdzie mieszka nasz Bóg. Życie bez takiego świętego czasu jest jałowe, duchowo wycieńczające. I nie chodzi tylko o święta kalendarzowe. Chodzi o poczucie tego czasu innej jakości. Chodzi o poczucie życia innej jakości. 

Problem ze świętem


Potrzeba wydzielania świętego czasu zawsze towarzyszyła człowiekowi i w tym katolicy są o wiele lepsi niż protestanci. Wszystko jest u nich dobrze wyliczone i przygotowane do przeżywania według ściśle określonych procedur. Jest liturgia, jest pewna myśl, ale nie ma przeżywania. Za każdym razem, kiedy w święta (Boże Narodzenie i Wielkanoc) odwiedzam z rodziną kościół katolicki, mam to samo wrażenie - jakby ktoś publicznie odczytywał instrukcję obsługi składania mebli z Ikei (każda śrubka na swoim miejscu), często nudnym głosem. Z drugiej strony często jest to skansen - pieśni, które składniowo i melodycznie dawno powinny odejść do lamusa (tegoroczna perełka to "K'niemu" (sic!). Nawet kiedy ksiądz powie coś ważnego, coś co rzeczywiście wystrzeli wiernych w tę inną, świętszą rzeczywistość, tonie to w skostniałych formułkach przy których wyłącza się mózg i, niestety, częstokroć, także dusza. 

Chodzi mi po głowie takie porównanie: o ile protestanci codziennie żywią się kawiorem, co może się przejeść, o tyle częstokroć odnoszę wrażenie, że katolicy zastawiają kunsztownie stół i wyciągają najlepszą zastawę tylko po to, żeby zaserwować wczorajsze śledzie. I choć w obu przypadkach założenia są dobre (poprawa kontaktu z Bogiem), w obu przypadkach tworzy się dysonans. Z jednej strony powszednienie, z drugiej niedopasowanie formy do treści. 

Czas Święty


Myślę, że w obydwu przypadkach problem leży w tym samym - zapominamy, że czas święty powinien pozostać święty. Przykazanie mówi, że mamy obchodzić szabat. A szabat to nie wolna niedziela. To szabat! Czas przeznaczony nie dla ziemi, ale dla nieba. Czas tak odmienny w swojej istocie, jak odmienna jest woda od miodu. Czas, którego musimy się uczyć. My. Ty albo ja. Nie my kolektywnie. To przychodzi później. I nikt nie może nam go narzucić. To czas, na który musimy znaleźć miejsce, czas wydzielony, czas, którego nie ustanawia żadna ustawa, ani nie regulują żadne przepisy. Nasz czas dla naszego Boga. Jedyny czas, w którym nasza dusza może się zatrzymać nad sadzawką i spojrzeć na swoje odbicie. Wiecie, co wtedy zobaczy? Siebie i niebo. 


Nikt nam nie może powiedzieć, kiedy wypada ten czas. My sami musimy go wydzielić i stworzyć. I troszczyć się o niego, jak o bukłak wody na pustyni. W sumie nieprzypadkowo obligatoryjność obchodzenia szabatu znalazła się wśród dziesięciu przykazań. Nie musi to być sobota, nie musi być niedziela, ale szabat musi być. Sam przyznam, że w respektowaniu tego jestem beznadziejny, ale widzę, ile daje posiadanie takiego Świętego dnia dla poprawy jakości życia. I nie mówię tutaj o dniu "dla siebie" mówię tu o dniu, który jest świętem. Dniu, który odwołuje się do naszych najwyższych wartości, a nie komfortu życia (często te dwie rzeczy są mylone). O dniu, który odnosi się do naszego Boga, a nie do tradycji wokół niego. O dniu Świętym, przez duże "Ś". 

Baśniowy czas, święty czas, Wielkanoc, Zbawienie, Jan 3.16, Szabat, Mateusz Świstak, Baśnie na Warsztacie



Zanim przejdę do baśni, jeszcze mała dygresja na temat Szabatu. Parę lat temu wpadła mi w ręce książka Szabat - jego znaczenie dla współczesnego człowieka, Abrahama J. Heschela (wyd. Esprit). Od tamtego czasu, pożyczyłem ją trzy razy... i trzy razy musiałem kupować nowy egzemplarz, bo ktoś komuś pożyczył, a tamten ktoś - komuś innemu, a tamten... i tak dalej. Nie mam nic przeciwko, bo dobre książki powinny wędrować. Ciekawe jest natomiast to, jak ludzie potrzebują o tym czytać. I kończąc dygresję: czy ktoś ma mój Szabat? 

Czas Baśniowy



Czas Baśniowy być może nie jest czasem świętym w znaczeniu w jakim są święta, ale ma w sobie wiele z tego czasu. Po pierwsze jest czasem osobistym. To czas, w którym bohater zawsze zostaje sam ze sobą. Nie jest członkiem społeczności, więc choć społeczne sprawy zawsze ma z tyłu głowy, zajmuje się czymś zupełnie innym. Po drugie - właśnie - bohater baśni zajmuje się czymś zupełnie innym, przede wszystkim zajmuje się czymś innym jakościowo. Wasylisa pracuje u Baby Jagi, a ten, co to w świat wyruszył, żeby poznać czym jest strach, spędza cztery noce w strasznym zamczysku (tekst TUTAJ). Ta inność baśniowego czasu jest innością, w której zaistnieć mogą rzeczy nadprzyrodzone. I dopiero kiedy one zaistnieją, układ sił w zwykłym świecie się zmienia. Innymi słowy, gdyby nie to, co dzieje się w czasie świętym, nie byłoby szans na zmianę tego, co dzieje się w czasie zwykłym. To moment odnowy, miejsce przy źródle. Po trzecie, bohater baśni przebywa w tej magicznej przestrzeni jedynie przez moment. Potem wraca do zwykłych obowiązków. Jest w święcie, czasem strasznym, czasem wręcz bolesnym, ale przede wszystkim - w święcie osobistym. 



Różnica między nami a bohaterami baśni jest taka, że oni zazwyczaj nie mają wyboru. Baśnie się dzieją, przygoda ich porywa i muszą w niej być. My mamy mniej szczęścia. Musimy nauczyć się celebracji. Wydzierać z dni powszednich swoje własne szabaty i bynajmniej nie po to, żeby odpocząć. Raczej po to, żeby skontaktować się z tym, co najważniejsze. Jeśli to się uda - nasza powszedniość zacznie zmieniać swoją jakość. Nabierze sensu nie z perspektywy tradycji, ani nie z perspektywy obietnicy, ale osobistego przeżywania. Z naszym Bogiem. 


Tylko musimy pamiętać, że szabat, to szabat.