5.4.18

Czas święty/czas baśniowy

Baśniowy czas, święty czas, Wielkanoc, Zbawienie, Jan 3.16, Szabat, Mateusz Świstak, Baśnie na Warsztacie


Na warsztacie: Baśniowy czas, święty czas, Wielkanoc, Zbawienie, Jan 3.16, Szabat

Od niedzieli Wielkanocnej chodzi za mną pewna myśl. Już nawet chciałem machnąć na nią ręką, ale biorąc pod uwagę, że to było kilka dni temu, a myśl nadal nie daje mi spokoju, czuję się zobligowany, żeby spróbować ją ująć w kilku słowach. Muszę jednak uprzedzić, że niniejsza notatka może być trochę chaotyczna. 

Problem z codziennością


Ci, którzy od dłuższego czasu śledzą Baśnie na warsztacie pewnie zdążyli się zorientować, że w swoich poglądach jestem chrześcijaninem, w dodatku protestantem. Bóg jest mi potrzebny do powszedniego życia jak powietrze, jedzenie a czasem jak poranna kawa (może dałoby się obejść, ale jednak lubię jej smak, a taka przyjemność też jest niezbędna). Staram się, żeby Bóg był moją codziennością. 

I ta codzienność czasem stanowi problem. Na przykład w te święta. Bo jak przeżywać w sposób wyjątkowy coś, co zdarza się codziennie. Śmierć Jezusa na krzyżu nie zmieniła jednego dnia, jednej pory roku, nie ma żadnego związku ze świętem wiosny, króliczkami, jajkiem, Esterą, Aszterą, Ostarą i innymi pogańskimi zwyczajami. Jest aktualna każdego dnia. Najbardziej klasyczne zdanie z ewangelii Jana o tym właśnie mówi (jak 3.16) Bóg raz dał syna, żebyśmy ci, którzy w niego uwierzyli mieli cały czas życie wieczne. Piękna koncepcja, która w zasadzie przekreśla wszystkie spekulacje związane z porównaniem czynu Chrystusa do pogańskiej obrzędowości. Bo jedno do drugiego się nie odnosi. 

Problem w tym, że codzienne przeżywanie tego wydarzenia, przekreśla jego wyjątkowość. Nam ludziom wszystko powszednieje. Tracimy poczucie czasu świętego, przez co nie potrafimy przeżywać w sposób uświęcony. I mówię to jako ktoś, kogo obrzędowość zawsze doprowadzała do pasji... i komu bardzo jej brakuje. Brakuje, bo granica miedzy sacrum i profanum się zatarła. Straciła znaczenie. Szczególnie to osobiste. Dziś jest czwartek, a ja mam poczcie, że przejechałem przez te święta ani razu nie naciskając na hamulec (pytanie: gdzie podział się wtorek i środa?).

No właśnie - hamulec. Święto zawsze było czymś, co zmuszało do wciśnięcia hamulca. A przynajmniej powinno być. Nie po to, żeby się najeść i napić, ale po to, żeby móc spojrzeć w górę. Tam gdzie mieszka nasz Bóg. Życie bez takiego świętego czasu jest jałowe, duchowo wycieńczające. I nie chodzi tylko o święta kalendarzowe. Chodzi o poczucie tego czasu innej jakości. Chodzi o poczucie życia innej jakości. 

Problem ze świętem


Potrzeba wydzielania świętego czasu zawsze towarzyszyła człowiekowi i w tym katolicy są o wiele lepsi niż protestanci. Wszystko jest u nich dobrze wyliczone i przygotowane do przeżywania według ściśle określonych procedur. Jest liturgia, jest pewna myśl, ale nie ma przeżywania. Za każdym razem, kiedy w święta (Boże Narodzenie i Wielkanoc) odwiedzam z rodziną kościół katolicki, mam to samo wrażenie - jakby ktoś publicznie odczytywał instrukcję obsługi składania mebli z Ikei (każda śrubka na swoim miejscu), często nudnym głosem. Z drugiej strony często jest to skansen - pieśni, które składniowo i melodycznie dawno powinny odejść do lamusa (tegoroczna perełka to "K'niemu" (sic!). Nawet kiedy ksiądz powie coś ważnego, coś co rzeczywiście wystrzeli wiernych w tę inną, świętszą rzeczywistość, tonie to w skostniałych formułkach przy których wyłącza się mózg i, niestety, częstokroć, także dusza. 

Chodzi mi po głowie takie porównanie: o ile protestanci codziennie żywią się kawiorem, co może się przejeść, o tyle częstokroć odnoszę wrażenie, że katolicy zastawiają kunsztownie stół i wyciągają najlepszą zastawę tylko po to, żeby zaserwować wczorajsze śledzie. I choć w obu przypadkach założenia są dobre (poprawa kontaktu z Bogiem), w obu przypadkach tworzy się dysonans. Z jednej strony powszednienie, z drugiej niedopasowanie formy do treści. 

Czas Święty


Myślę, że w obydwu przypadkach problem leży w tym samym - zapominamy, że czas święty powinien pozostać święty. Przykazanie mówi, że mamy obchodzić szabat. A szabat to nie wolna niedziela. To szabat! Czas przeznaczony nie dla ziemi, ale dla nieba. Czas tak odmienny w swojej istocie, jak odmienna jest woda od miodu. Czas, którego musimy się uczyć. My. Ty albo ja. Nie my kolektywnie. To przychodzi później. I nikt nie może nam go narzucić. To czas, na który musimy znaleźć miejsce, czas wydzielony, czas, którego nie ustanawia żadna ustawa, ani nie regulują żadne przepisy. Nasz czas dla naszego Boga. Jedyny czas, w którym nasza dusza może się zatrzymać nad sadzawką i spojrzeć na swoje odbicie. Wiecie, co wtedy zobaczy? Siebie i niebo. 


Nikt nam nie może powiedzieć, kiedy wypada ten czas. My sami musimy go wydzielić i stworzyć. I troszczyć się o niego, jak o bukłak wody na pustyni. W sumie nieprzypadkowo obligatoryjność obchodzenia szabatu znalazła się wśród dziesięciu przykazań. Nie musi to być sobota, nie musi być niedziela, ale szabat musi być. Sam przyznam, że w respektowaniu tego jestem beznadziejny, ale widzę, ile daje posiadanie takiego Świętego dnia dla poprawy jakości życia. I nie mówię tutaj o dniu "dla siebie" mówię tu o dniu, który jest świętem. Dniu, który odwołuje się do naszych najwyższych wartości, a nie komfortu życia (często te dwie rzeczy są mylone). O dniu, który odnosi się do naszego Boga, a nie do tradycji wokół niego. O dniu Świętym, przez duże "Ś". 

Baśniowy czas, święty czas, Wielkanoc, Zbawienie, Jan 3.16, Szabat, Mateusz Świstak, Baśnie na Warsztacie



Zanim przejdę do baśni, jeszcze mała dygresja na temat Szabatu. Parę lat temu wpadła mi w ręce książka Szabat - jego znaczenie dla współczesnego człowieka, Abrahama J. Heschela (wyd. Esprit). Od tamtego czasu, pożyczyłem ją trzy razy... i trzy razy musiałem kupować nowy egzemplarz, bo ktoś komuś pożyczył, a tamten ktoś - komuś innemu, a tamten... i tak dalej. Nie mam nic przeciwko, bo dobre książki powinny wędrować. Ciekawe jest natomiast to, jak ludzie potrzebują o tym czytać. I kończąc dygresję: czy ktoś ma mój Szabat? 

Czas Baśniowy



Czas Baśniowy być może nie jest czasem świętym w znaczeniu w jakim są święta, ale ma w sobie wiele z tego czasu. Po pierwsze jest czasem osobistym. To czas, w którym bohater zawsze zostaje sam ze sobą. Nie jest członkiem społeczności, więc choć społeczne sprawy zawsze ma z tyłu głowy, zajmuje się czymś zupełnie innym. Po drugie - właśnie - bohater baśni zajmuje się czymś zupełnie innym, przede wszystkim zajmuje się czymś innym jakościowo. Wasylisa pracuje u Baby Jagi, a ten, co to w świat wyruszył, żeby poznać czym jest strach, spędza cztery noce w strasznym zamczysku (tekst TUTAJ). Ta inność baśniowego czasu jest innością, w której zaistnieć mogą rzeczy nadprzyrodzone. I dopiero kiedy one zaistnieją, układ sił w zwykłym świecie się zmienia. Innymi słowy, gdyby nie to, co dzieje się w czasie świętym, nie byłoby szans na zmianę tego, co dzieje się w czasie zwykłym. To moment odnowy, miejsce przy źródle. Po trzecie, bohater baśni przebywa w tej magicznej przestrzeni jedynie przez moment. Potem wraca do zwykłych obowiązków. Jest w święcie, czasem strasznym, czasem wręcz bolesnym, ale przede wszystkim - w święcie osobistym. 



Różnica między nami a bohaterami baśni jest taka, że oni zazwyczaj nie mają wyboru. Baśnie się dzieją, przygoda ich porywa i muszą w niej być. My mamy mniej szczęścia. Musimy nauczyć się celebracji. Wydzierać z dni powszednich swoje własne szabaty i bynajmniej nie po to, żeby odpocząć. Raczej po to, żeby skontaktować się z tym, co najważniejsze. Jeśli to się uda - nasza powszedniość zacznie zmieniać swoją jakość. Nabierze sensu nie z perspektywy tradycji, ani nie z perspektywy obietnicy, ale osobistego przeżywania. Z naszym Bogiem. 


Tylko musimy pamiętać, że szabat, to szabat. 

25.3.18

Czego w życiu powinniśmy się bać?

Strach, jak radzić sobie ze strachem, inicjacja, Baśnie braci grimm, Mateusz Świstak, Baśnie na warsztacie,

Na warsztacie: O jednym takim, co w świat wyruszył by poznać strach.


Od jednych z zajęć w Domu Oświatowym Biblioteki Śląskiej rezonuje we mnie kilka myśli dotyczących grimmowskiej baśni o jednym takim, co w świat wyruszył, by poznać strach.  Pozwólcie, że zanim przejdę do tego omówienia tej baśni o przydługim tytule, streszczę interesujący mnie dziś fragment. Posłuchajcie!

Po wielu nieudanych próbach zrozumienia czym jest strach, bohater tej opowieści, którego dla ułatwienia nazwiemy Zygfryd, trafia wreszcie do nawiedzonego zamczyska. Do tej pory każdy kto próbował przetrwać tam chociaż noc, następnego dnia znajdowany był przerażony i całkowicie martwy. Dla Zygfryda - gratka nie lada. Udał się więc do króla panującego na tych ziemiach, by poprosić go o możliwość nocowania w rzeczonym miejscu. Władca nie tylko się zgadza, ale i obiecuje, że jeżeli Zygfrydowi uda się przetrwać w zamczysku noc, dostanie worek złota.

Zamczysko było prawdziwie nieprzyjemne. Zaniedbane, spowite w złowrogie cienie, które śledziły śmiałka oczyma nieistniejącymi. W odległych komnatach słychać jakieś pomruki, w bliższych szepty nieprzyjemne. Ale Zygfryd nie bardzo się przejmował. Po prostu siadł na krześle i czekał na strach. Gdy wybiła dwunasta, ze wszystkich kątów wypełzły potężne kocury i skradać się do śmiałka zaczęły. Prychają przy tym, pokazują zębiska i pazury. Kiedy Zygfryd to zobaczył, tak pomyślał: "Ale zaniedbane", zakasał więc rękawy i chwycił pierwszego kota, pazury obciął, umył, wyczyścił i od tego wszystkiego bestia zdechła. Tak też Zygfryd uczynił ze wszystkimi bestiami. Te kocury, które nie padły podczas kąpieli, bohater najzwyczajniej w świecie dobił. I nie było już kocurów, wybiła pierwsza i zamczysko trochę mniej straszne. się wydało. Biedny Zygfryd niestety nie poznał czym jest strach, więc poprosił króla o możliwość spędzenia jeszcze jednej nocy w tych przerażających murach.

W związku z tym, że koty pozdychały, tym razem Zygfryda nawiedzili nieboszczycy, którzy grali swoimi kończynami i głowami w kręgle. Zygfryd spytał, czy mógłby zagrać z nimi. Owszem, odpowiedziały truposze, ale jeśli przegra, będzie musiał oddać swoje własne kończyny. Zygfryd zgodził się i ku wielkiemu niesmakowi swoich rywali, ani razu nie chybia. Znów wybiła pierwsza i Zygfryd znów został sam i, niestety, znów nie wiedząc czym jest strach. Poprosił zatem o noc trzecią.

Kolejnym straszydłem, które napotkał w zamczysku nasz bohater, były zwłoki w trumnie. Kiedy Zygfryd odnalazł trumnę, a w niej drżącego trupa, pomyślał sobie: "Pewnie mu zimno" i postanowił zmarłego trochę rozgrzać. Niestety, trup, jak to trup, w ogóle nie połapał się, że to dla jego dobra i zamiast podziękować, zaczął wciągać Zygfryda do trumny. Na tę niewdzięczność Zygfryd spuścił trupowi niezły łomot, a potem zatrzasnął go na powrót w trumnie. I nie było już trupa, ale też nie  było wiedzy o tym, co to jest strach.

Kiedy król usłyszał, że Zygfryd chce spędzić na zamku kolejną noc, pomyślał, że takiego bohatera nie widział jeszcze w swoim królestwie. Postanowił więc oddać mu swoją córkę za żonę... jeśli śmiałek przeżyje zbliżającą się noc.

Strach, jak radzić sobie ze strachem, inicjacja, Baśnie braci grimm, Mateusz Świstak, Baśnie na warsztacie,

Tej nocy czekał Zygfryda turniej. Stanął przed nim olbrzym z kowalskim młotem i następującą propozycją: Jeśli Zygfryd pokona go, zamek zostanie odczarowany. Jeśli nie - wiadomo, śmierć i zniszczenie. Konkurs jest prosty. Kto mocniej uderzy młotem w kowadło - wygrywa. Pierwszy uderzał olbrzym i kowadło zapadło się niemal całe w kamiennej posadzce. Zygfryd nie bardzo się przejął - chodził tylko dookoła i przyglądał się powierzchni kowadła. Przyglądał się a przyglądał. Wreszcie zainteresowany olbrzym też zaczął się przyglądać. Kiedy jednak jego broda trafiła na kowadło, Zygfryd żelaznym klinem przybił ją i unieruchomił olbrzyma. Spytał, czy wygrał. Olbrzym na to, że po jego trupie. No to Zygfryd zaczął okładać go raz po raz czymś twardym i wyjątkowo nieprzyjemnym na skórze,, żeby przybliżyć wygraną. Wreszcie zbolała zjawa przyznała, że dobra, że Zygfryd górą i znikła. A wraz z nią znikło wszystko, co na zamku było straszne i przerażające. Została tylko niewiedza, czym jest ten cholerny strach.

Jak król obiecał, tak uczynił. Zygfryd został księciem. Miał piękną żonę księżniczkę i tego wrzoda, co spać nie pozwalał. Czym jest strach? czym jest strach? No czym?
Oczywiście w takich warunkach nie było co liczyć na udane pożycie i księżniczka doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Pewnego dnia chwyciła wiadro, wlała do niego lodowatej wody, wpuściła małych kiełbików, i kiedy Zygfryd spał ona go tą wodą z tymi rybami oblała. 

Zygfryd wyskoczył z łóżka jak porażony. Już wiedział, co to strach.


Brak

Poza tym, że baśń ta ma niemożliwie długi tytuł, sama też jest dość pokaźnych rozmiarów. Wszystkie wydarzenia toczą się wokół motywu poznania strachu, postanowiłem jednak zacząć od scen w zamku z jednego powodu - dopiero tutaj naszemu bohaterowi zaczyna grozić prawdziwe niebezpieczeństwo. Gdyby na zamku poznał czym jest strach, prawdopodobnie już stałoby się to przyczyną jego zgonu. 

Pierwsza więc nauka, jaką możemy wyciągnąć z tej baśni jest następująca - czasem nasze niedomagania są najlepszą ochroną naszego życia. Z pewnymi brakami możemy robić takie rzeczy, do których normalnie nie moglibyśmy się zbliżyć. Pomyślcie o młodych chłopakach, którzy podobnie jak nasz bohater "nie znają strachu". Czasem docierają do takich miejsc, do których ludzie o zdrowych zmysłach nie byliby w stanie nawet się zbliżyć. To dodaję jednak tylko jako dygresję. 

Koty


Kiedy Zygfryd znalazł się na zamku uruchomiony został pewien proces podczas, który przełożony jest na bardzo sugestywne obrazy. Kotów, grających w kręgle nieboszczyków, trumnę ze zwłokami i olbrzyma. I każdy z tych obrazów można przełożyć na inny strach. Koty mogą być zarówno uosobieniem po prostu pecha (bo Zygfryd w gruncie rzeczy jest dość pechowy, nie wiedząc, czym jest strach), ale może też być strachem przed naturą. Tym pierwszym, atawistycznym, z którym każdy z nas się rodzi. Strach przed nocą, strach przed zwierzętami, które z ewolucyjnego automatu są doskonale przygotowane do robienia nam krzywdy. Zygfryd postępuje z przyrodą dość brutalnie, ale dzięki temu jest w stanie zachować swoją autonomię.

Strach, jak radzić sobie ze strachem, inicjacja, Baśnie braci grimm, Mateusz Świstak, Baśnie na warsztacie,


Możecie się ze mną zgodzić lub nie, ale uważam, że choć bardzo nam tęskno do natury i choć jesteśmy w jakiś sposób jej częścią, to jesteśmy zbyt automoniczni i zbyt oddaleni, żeby w niej żyć. Idee powrotu do natury są piękne, ale zgoła niemożliwe. A przynajmniej nie w stopniu jaki dostępny jest zwierzętom. Odnalezienie w sobie tego poczucia i swoiste rozprawienie się z naturą, pozwala nam zająć jedyne, właściwe nam miejsce - ludzi, jako ludzi. 

Społeczeństwo


Kiedy już uporamy się z naturą, pojawia się drugi z naszych wielkich problemów - inni ludzie. Ludzie, ze swoimi ważnymi sprawami i ze swoimi rozrywkami. To właśnie z tą drugą sytuacją społeczną spotyka się Zygfryd drugiej nocy. Nieboszczyki grają, bawią się, a jednocześnie ta zabawa, to niezwykle niebezpieczny hazard, w którym stawką jest życie. Zawsze, gdy myślę o tej scenie przypomina mi się książka pod tytułem "Gry, w które grają ludzie", gdzie autor stara się przełożyć relacje społeczne jako grę. Czasem bardzo skomplikowaną, czasem prostą. Partyjka kręgli  z trupami jest tego typu grą. Zasady są bardzo jasne i w piękny symboliczny sposób oddają one to, w jaki sposób inni ludzie mają na nas wpływ.   Żyjąc wśród ludzi i grając w ich gierki nie raz będziemy mogli stracić głowę. I to jest w porządku. Gdybyśmy bali się społecznych gier (tych czczych i tych śmiertelnie poważnych), bylibyśmy niezdolni do życia.

Strach, jak radzić sobie ze strachem, inicjacja, Baśnie braci grimm, Mateusz Świstak, Baśnie na warsztacie,


Trumna


Po konfrontacji ze społeczeństwem przychodzi jednak czas na samotność, szczególnie ta najbardziej ostateczna, czyli śmierć. Zmierzenie się ze śmiercią, albo z jej widmem jest szczególnie istotne dla młodych mężczyzn. Niestety mamy trochę mniejszy kontakt z wielkim cyklem życia niż kobiety, więc w tym punkcie mamy też straszliwy brak, który staje na przeszkodzie naszego dojrzewania. 

Doświadczenie śmierci, a dokładniej - doświadczenie swojej własnej śmiertelności było jedną z podstawowych celów męskiej inicjacji. Co prawda nie możemy przygotować się na faktyczną śmierć, ale w inicjacyjnym kontakcie ze śmiercią chyba nie o to chodzi. Chodzi raczej o ustalenie naszego stosunku do życia przed śmiercią, a przez to - wzięcia za siebie odpowiedzialności.

O braku tego doświadczenia pisałem w poprzednim artykule: Zagubieni Chłopcy



Test


Po konfrontacji ze śmiercią dzieje się coś niesamowitego. Następna próba jest pierwszą, w której Zygfryd zaczyna działać. Ma szansę nie tylko zarobić złoto, ale i stać się księciem... i odczarować zamek. To już nie jest zadanie dla kogoś, kto patrzył tylko na siebie, ale dla rycerza. Być może jeszcze tego w Zygfrydzie nie widać, ale w tym momencie zyskuje faktyczny wpływ na rzeczywistość. Staje się rycerzem słusznej sprawy. Być może pomaga mu w tym jego wada, a być może po prostu przychodzi na niego czas. I co ważne - nie żeby pozbyć się swojej wady, ale żeby coś dla świata zrobić.

Strach, jak radzić sobie ze strachem, inicjacja, Baśnie braci grimm, Mateusz Świstak, Baśnie na warsztacie,


I tutaj kolejna nauka, jakiej udziela nam Zygfryd - najpierw zmieniaj świat, potem zajmuj się swoimi brakami. Bo nigdy nie wiadomo, która z twoich wad może stać się twoim atutem. I nigdy nie wiadomo, jak wiele życia przecieknie ci przez palce, kiedy ty będziesz siedział/a i zastanawiała się, jak możesz się zmienić. O wiele lepiej brać przykład z Zygfryda - szukać odpowiedzi, ale iść. Zresztą, poszukiwania to zawsze aktywny proces.

Inna sprawa, że szukanie ma też drugą stronę. Mam masę znajomych, którzy zajmują się "poszukiwaniem" tego, kim są. Z tego szukania zrobili główne swoje zajęcie i szukają od lat. I mam wrażenie, że kiedy spotykamy się co jakiś czas, oni dalej są w tym samym miejscu. W ich życiach absolutnie nic się nie zmienia - czasem żyją w innym mieszkaniu, czasem z innym partnerem, ale miejsce, w którym są, jest dokładnie to samo, co przed laty. I jeśli szukanie to proces aktywny, trzeba do tego dodać jeszcze jedną cechę - szukanie to proces pomiędzy szukającym a jego rzeczywistością. Szukając trzeba sięgać do świata.

Ostatnia próba Zygfryda nie rozwiązała jego problemu. Także w konfrontacji z olbrzymem nie znalazł strachu. Być może dlatego, że do tej pory... nic strasznego mu się nie przytrafiło.

Strach


Bo może od początku mowa o czymś całkiem innym niż taki zwykły strach. Może nie powinniśmy pytać: "Czego się bać"? Ale raczej "O co się bać?". To nie straszne straszydła są dla Zygfryda straszne. To relacja z jego żoną. Spotkanie z ostateczną rzeczywistością. Rzeczywistością, która jest ważna dla jego serca. To jest właśnie ten strach, który może go dotknąć. W tym przypadku oba pytania (czego i o co) zlewają się w jedno. I oba dotyczą intymności Zygfryda.

I to jest cenne. Nie strachy, którymi obrzuca nas świat. Owszem mamy je, ale ostatecznie, co z tego? Możecie zrobić taki eksperyment: otwórzcie TVN24, zacznijcie przeglądać nagłówki i odpowiedzcie sobie na pytanie - które Was ruszają. Ale tak naprawdę. Które mają dla Was znaczenie. A teraz wyobraźcie sobie, że ktoś z waszych bliskich miał wypadek. Założę się, że nawet przy wyobrażeniu, doznanie będzie o wiele mocniejsze niż przy nawet najbardziej wstrząsającym nagłówku.

Świat chce naszego strachu, więc będzie go wywoływać najbardziej prymitywnymi metodami. Przez koty, afery społeczne, widmo wojny itd. Ale ten strach w ostatecznym rozrachunku nie ma znaczenia.
Czasem, żeby to zrozumieć musimy zmierzyć się z każdym z nich, tak jak zrobił to Zygfryd, a jeśli to nam się uda, zostanie tylko to, o co naprawdę warto się bać.


Iustracje: Linda Dudaite, Paul Hey, Andrew Lang oraz internet


Specjalne podziękowania dla uczniów gimnazjum nr 6 w Rudzie Śląskiej, którzy zainspirowali mnie do napisania tego tekstu :) 

18.2.18

Zagubieni Chłopcy

Narzeczona Zbójnika, Muzykanci z Bremy, Baśnie o zbójach, inicjacja mężczyzny, Richard Rohr, Piotruś Pan, Berrie, Mateusz Świstak, Baśnie na Warsztacie,

Na warsztacie: Narzeczona Zbójnika, Muzykancie z Bremy, Baśnie o zbójach, inicjacja mężczyzny, Piotruś Pan

W książce Dziewczynka w baśniowym lesie, Pierre Peju zasugerował, że jeśli młoda kobieta zgubi się w lesie i nie odnajdzie drogi powrotnej do społeczeństwa ma wielkie szanse na to, by zostać wiedźmą.  Wszystko, łącznie z jej płciowością zostanie pozbawione punktu odniesienia, a przez to straci całkowicie na znaczeniu. Dziewczynka przekształcać się będzie stopniowo w leśną babę: Pewną siebie, potężną, niebezpieczną, ale z drugiej strony także dość odpychającą (bo to seksualność jest tym, co przyciąga). Myśl poprowadzona jest ładnie i dość przekonująco, więc kiedy pierwszy raz ją przeczytałem z przyjemnością dorzuciłem ten obraz dziewczynki-wiedźmy do puli własnych inspiracji. 

Wczoraj jednak uderzyło mnie to, że taka historia dotyczy jedynie kobiet. Co z kolei zrodziło pytanie, jak wygląda taki motyw dla chłopców. To myślenie zaczęło się od książki Richarda Rohra Tożsamość Mężczyzny i rozdziału  na temat podważania męskiej inicjacji w dzisiejszym społeczeństwie. Pozwólcie zatem, że w kilku poniższych słowach podzielę się z Wami, zarówno wypisami z czytanego przeze mnie tekstu, jak i swoimi przemyśleniami. 

Narzeczona Zbójnika, Muzykanci z Bremy, Baśnie o zbójach, inicjacja mężczyzny, Richard Rohr, Piotruś Pan, Berrie, Mateusz Świstak, Baśnie na Warsztacie,


Droga siły


Chłopiec zagubiony w lesie nie staje się czarnoksiężnikiem, ani magiem, ani czarodziejem (niepotrzebne skreślić), nie - on staje się zbójnikiem. Przypomnijcie sobie chociażby Muzykantów z Bremy. Jedynym światełkiem, jakie znajdują nocą w środku lasu zwierzęta jest właśnie chata zbójników. W Narzeczonej zbójnika sytuacja jest identyczna, najpierw kończy się to, co znane i zaczyna las, a potem, po bardzo długiej podróży w głąb tego lasu, narzeczona trafia na dom zbójców-kanibali. W innej baśni zagubiony bohater trafia do chaty zbójeckiej i żeby przeżyć, zgadza się na przyłączenie do szajki. Za każdym razem dom jest głęboko w lesie i za każdym razem zamieszkują go prawie wyłącznie mężczyźni.  

Zbójnik w przeciwieństwie do wiedźmy, nie traci swojego uroku, przynajmniej nie tego, którym wabić może kobiety. Nie traci on męskiej siły, nie traci brawury. W przeciwieństwie jednak do baśniowego bohatera (i podobnie jak zagubiona dziewczynka) zbójnik nie posiada nic, co łączyłoby go ze społeczeństwem. Nie obowiązują go ani normy, ani społeczna odpowiedzialność. Niech przykładem będzie wymieniany już wyżej bohater Narzeczonej zbójnika. To co robi w tej baśni wraz ze swoimi kamrataki jest przecież łamaniem jednego z najmocniejszych w naszej kulturze tabu - tabu jedzenia ludzkiego mięsa. Zbójnicy urządzają sobie kanibalistyczną ucztę, która bezdyskusyjnie wykreśla ich ze społecznego porządku i podkreśla to jak nieludzcy się stali. 

Narzeczona Zbójnika, Muzykanci z Bremy, Baśnie o zbójach, inicjacja mężczyzny, Richard Rohr, Piotruś Pan, Berrie, Mateusz Świstak, Baśnie na Warsztacie,


Zachowanie takiego zbója na każdym kroku jest przede wszystkim manifestacją siły. Bo to siła jest wartością, która daje mu niezależność. Do tego zbój musi pokazać, że ta niezależność stoi w opozycji do wartości wyznawanych przez regularny świat. Kto wie - być może to właśnie leży u podstaw zbójeckiego kanibalizmu - negacja. 

Siła i nie tylko 


Od razu może pojawić się pewna wątpliwość - przecież baśniowy bohater często tak samo jak zbójnik jest tylko chłopcem zagubionym w lesie. Dlaczego więc on nie rezygnuje z norm społecznych, dlaczego on nie kończy jako zbój? Myślę, że główną różnicę stanowi tutaj podejście do przestrzeni, w której obaj się znaleźli. Dla baśniowego bohatera las jest bowiem jedynie pewnym etapem drogi, miejscem próby, utrwalenia wartości, a czasem walki i śmierci. Zbój zaś w lesie swoją podróż kończy. Bohater płynie, zbój zaś dryfuje. Bohater używa swojego topora do walki o sprawiedliwość, zbój do zdobywania skarbów. 

Dodatkowo dla bohatera las to miejsce inicjacji. A zbój to ktoś, kto inicjacji unika. W tym miejscu pozwolę sobie do odwołania się do wspomnianej wyżej książki. Autor przytacza w niej przykład jednej z grup Australijskich Aborygenów, którzy szereg prób inicjacyjnych zamykali samodzielnym wykonaniem kamiennego topora. Ten topór był ich narzędziem, którym służyć mogli własnej społeczności. Wychodzili jako niedojrzali chłopcy, wracali jako odpowiedzialni mężczyźni - uposażeni do pracy dla swojego ludu. A potem przybyli Brytyjczycy, którzy jako dar przywieźli ze sobą stalowe siekiery. Lepsze i całkowicie za darmo. Rozdawano je wszystkim, nawet tym chłopcom, którzy nie przeszli jeszcze inicjacji. Okazało się, że chłopcy tacy byli odpowiedzialni za wzmożone akty przemocy. Otrzymali siłę, z którą nie wiedzieli jak sobie poradzić, moc bez potrzeby służenia tą mocą. I choć dysponowali dużo lepszym sprzętem niż ich ojcowie przed nimi ich męskość przez brak inicjacji została bardzo dotkliwie podkopana. Nie wiedzieli co ze sobą zrobić, więc zajęli się niszczeniem... stali się zbójami. 

I wiecie co - to ich bycie zbójem oznaczało słabość. Każda forma egoizmu jest w gruncie rzeczy oznaką słabości. Politycy, którzy nie potrafią dbać o swoje państwo, ojcowie, którzy olewają własne dzieci, mężowie, którzy nie potrafią zadbać o własne małżeństwa, czy wreszcie szereg facetów, którzy nawet nie wiedzą ,jak wesprzeć kumpla w potrzebie (czasem może to oznaczać pożyczenie stówy, czasem chwila uwagi, a czasem stanowcze zrobienie lub niezrobnienie czegoś). Oni wszyscy są być może silni, ale na pewno nie robią tego, czego się od nich wymaga - nie zmieniają świata na lepsze. 

Coraz więcej facetów po prostu się wycofuje. I może ociekają przy tym samczością, pokazują jacy to oni męscy nie są, ale w ostatecznym rozrachunku, ta cała ich męskość pozostaje niewiele warta. są zbójami, którzy po swoim życiu pozostawią jedynie pasmo wypalonej ziemi i płaczących bliźnich.

Zbóje i piraci


Chyba jeden z najlepszych przykładów tego, jak działają tacy mężczyźni, którym nie udało się przejść inicjacji możemy znaleźć w Piotrusiu Panu. I bynajmniej tym razem nie chcę przytaczać tu Piotrusia jako najbardziej niedojrzałego z niedojrzałych mężczyzn (bynajmniej nie - mam do niego o wiele za dużo szacunku), ale zwrócić uwagę na to, w jaki sposób skonstruowane są relacje na wyspie. 

Zagubieni chłopcy toczą zażarte boje z dzikimi bestiami, czerwonoskórymi i oczywiście piratami. Piraci tropią zaginionych chłopców, a jak się zdarzy to i czerwonoskórych, o bestiach nie wspominając. Czerwonoskórzy zaś gonią tak jednych, jak drugich i trzecich. Wszyscy ze wszystkimi się naparzają i gdyby nie to, że w ogrodach Kensingtońskich wciąż nieuważne nianie upuszczają niesfornych chłopców, populacja Nibylandii byłaby w ciągłym zagrożeniu. To jest świat brutalnej walki, w której trup ściele się gęsto. Zdarza się jednak tak, że na wyspę przybywa dziewczynka. Zagubieni chłopcy od razu upatrują w niej... matkę. Nie kochankę, nie siostrę, ale właśnie matkę. Wendy jest odpowiedzią na ich największą potrzebę. Jeszcze ciekawsze jest to, że kiedy piraci dowiadują się o dziewczynce, chcą ją porwać po to, żeby również mieć mamę. Cała ta książka jest opowieścią rozgrywającą się pomiędzy niedojrzałymi mężczyznami (nieważne czy dużymi, czy małymi) i dopiero kiedy docieramy do ostatnich rozdziałów, w których Wendy wyrosła widzimy, jak piękny, ale jednocześnie jak mało warty jest świat chłopięcych intryg. 

Narzeczona Zbójnika, Muzykanci z Bremy, Baśnie o zbójach, inicjacja mężczyzny, Richard Rohr, Piotruś Pan, Berrie, Mateusz Świstak, Baśnie na Warsztacie,


Sam lubię do tego świata wracać. Kiedy żona już śpi, lubię patrzeć w sufit i wspominać chwilę, do których wrócić już można jedynie dzięki pamięci. Jednak te chwilę mają smak jedynie jako przeszłość i tak jest dobrze. O wiele gorzej, kiedy rano, włączając wiadomości, albo przeglądając prasę, widzę, że trwa tam wojna pomiędzy zaginionymi chłopcami a piratami, którzy o wiele bardziej niż władzy potrzebują matki. Ktoś rozdał lekkomyślnie stalowe siekiery zapominając nauczyć ich wszystkich do czego te siekiery służą. I wszędzie tylko krzyki, chłopięce i wyjątkowo zbójeckie. 

Do tematu zbójników jeszcze z pewnością wrócę, ale na dziś, chciałbym już zakończyć. Pozwólcie zatem, że zakończę życzeniami. Życzę Wam smakowania wspomnień, kiedy byliście dziewczynkami i chłopcami i solidnego stania w Waszej dorosłości. Dziś i każdego dnia. 

pozdrawiam
Mateusz


ilustracje do wpisu sponsorują: Mable Lucie Attwell, serena malyon, Ernest Thesiger


7.2.18

Opowieść myszy

Baśnie polskie, Baśnie łużyckie, kot i mysz, Szeherezada, storytelling, Prawda, Baśnie na Warsztacie, Mateusz Świstak, baśnie 1001 nocy, Edmund Dulac,


Na warsztacie: Baśnie Łużyckie, Baśnie 1001 nocy, 


W zbiorze Baśnie Łużyckie, trafiłem na taką oto opowieść:

Kot złapał mysz. Mysz próbując ratować skórę wpadła na taki sam pomysł, na jaki ongiś wpadła Szeherezada, a mianowicie postanowiła opowiedzieć kotu bajkę. Zaczęła ją opowiadać i wszystko szło pięknie, aż do momentu, gdy myszka nie rzuciła frazą, że baba z chłopem zaczęli szukać mięsa. Kiedy to powiedziała, kotu przypomniało się o tym, jakie relacje zwyczajowo panują między nim a myszą... więc zjadł mysz. 

Bajka ta, choć zajmowała niecałe pół strony od kilku dni wraca do mnie jak bumerang. Drzemie w niej niepokojąca prawda o komunikacji międzyludzkiej. Napięcie w relacji władza - poddany, łowca - ofiara i ofiara-kat. Mówi o tym, że ofiara, nawet jeśli nie przemawiają za nią żadne konkretne argumenty, zawsze ma jedną linię obrony - opowieść. 


Najsłynniejszą ofiarą opowiadaczką jest oczywiście Szeherezada, która w swojej próbie uratowania skóry trwała przez tysiąc i jedną noc, a jej praca doprowadziła do zmiany charakteru samego kalifa i de facto - do zmiany w całym królestwie.

Jak działał jej mechanizm obronny najlepiej chyba opisał Jacek Kaczmarski w "Wyznaniu Kalifa":
"Mów dalej - błagam, wstrzymany wędrowiec, /pan twego losu i więzień twych powiek, /nad życie zdrowie/ spragniony twych darów".

Szeherezada była jednak Mistrzynią, którą można podziwiać, ale którą trudno przeskoczyć. Jeśli jesteśmy mistrzami, zawsze zajdziemy odpowiednie argumenty, zawsze słowa będą uderzać w te struny, które rozmiękczą serce nawet najbardziej zatwardziałego tyrana. Niestety większość z nas nie jest Szeherezadą i zazwyczaj sztuką opowieści posługujemy się ciut słabiej.

Baśnie polskie, Baśnie łużyckie, kot i mysz, Szeherezada, storytelling, Prawda, Baśnie na Warsztacie, Mateusz Świstak, baśnie 1001 nocy, Edmund Dulac,


I wtedy musimy pamiętać o tym, że jeśli dobra sztuka opowieści ratuje życie, to zła sztuka opowieści może go nas pozbawić. Wracając do naszej myszy - jej przede wszystkich chodziło o to, żeby uratować skórę. Może przez to właśnie nie potrafiła stworzyć przekonującej historii, a w konsekwencji poległa. Nie myślała o opowieści, ale o tym, że za chwile może dostać się w kocią paszczę. Wątek mięsa nawija się w takich sytuacjach jakby automatycznie (kiedy ktoś każe nie myśleć nam o lisicy ze srebrnym ogonem - o czym będziemy myśleć?). Wątek mięsa niestety, zbyt bliski był rzeczywistości myszy. Zbyt bliski jest temu kontekstowi, jaki konkretyzuje się w relacji łowca-ofiara. 

Możemy się więc od myszy nauczyć pewnej bardzo ważnej rzeczy - opowiadacza zawsze obowiązuje kontekst. A kontekst składa się z pewnych dróg, które mają zielone światło i z pewnych, które mają światło czerwone. Jeśli wjedziemy w złą ulicę, będzie po nas. Niestety czerwone światła są zwykle lepiej widoczne, szczególnie, kiedy ma się nóż na gardle. I myślę tak: kiedy faktycznie mamy nóż na gardle, ratujmy skórę w każdy możliwy sposób. W momencie śmiertelnego zagrożenia, kombinujmy jak się da, ale uważajmy na czerwone światła. W sytuacjach zagrożenia chodzi tylko o drogę ucieczki. Samoobronę. 

Sytuacja Szeherezady jest diametralnie inna. Ona też miała nóż na gardle. Różnica między nią a myszą polegała jednak na tym, że jej od początku nie zależało na własnym życiu. Jej przede wszystkim zależało na prawdzie. A prawdą było to, że kalif był potworem i prawdą było też to, że coś z trzeba z tym zrobić. I Szeherezada była tą właśnie, która postanowiła coś z tym zrobić (kolejna prawda). 

Dopiero, kiedy zrezygnujemy z ratowania własnej skóry, możemy snuć naprawdę mocne opowieści. Nie ograniczają nas czerwone światła, nie ma zakazu wjazdu. Bo wtedy nic nas nie ogranicza. Nawet nie mamy czego tracić. Bo przecież życie już odpuściliśmy. I wiecie co? Dopiero wtedy opowieść staje się najpiękniejsza. Nieograniczona jak wyobraźnia, potężna jak życie. 


Ilustracje: Eva Vazquez, Edmund Dulac

1.2.18

Złe pytania złe odpowiedzi


Baśnie skandynawskie, dziewczyna w beczce, Hobbit, internet baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak


Na warsztacie: Dziewczyna wychowana w beczce

Macie tak czasem, że najgorętsze tragedie w ogóle was nie interesują, albo macie do nich zgoła odmienne podejście niż większość znajomych, a nie daj Boże internautów. Nie chce wam się reagować na kolejne doniesienie o zamachu, nie potraficie wyobrazić sobie potworności spowodowanych przez ostatnie tsunami i tak dalej. Jeśli kiedyś w takim położeniu się znaleźliście, pewnie zrodziła się w Was ochota dopasowania, choćby udawanego do ogólnie panującego nastroju, albo zgadzaliście się na pewne formy ostracyzmu. Mnie w takich razach, za każdym razem przychodzi do głowy baśń o dziewczynie wychowanej w beczce. 

Baśń ta pochodzi ze Skandynawii i opowiada o dziewczynie, która, jak wskazuje na to tytuł, wychowała się w beczce. W ogóle nie znała świata, więc nie wiedziała jak na świat zareagować. Kiedy już więc wyszła z beczki, co rusz więc chlapnęła coś niewłaściwego. Ludzie oczywiście uczyli ją jak powinna odpowiadać, ale ona wszystko przekręcała. Do proboszcza powiedziała "Rusz się kobyło". A kiedy ten nauczył ją, że mówi się "Niech będzie pochwalony" ona odpowiedziała tak do zdechłej świni. A kiedy przechodzień nauczył ją, że o świni mówi się "Niech leży i gnije" dziewczyna użyła tej frazy w stosunku do zacnej damy, która akurat się potknęła... wiecie, na czym to polega. Dziewczyna skończyła bardzo źle, bo ileż można z taką wytrzymać. 

Uwielbiam tę historię, bo za pokazuje, w jaki sposób my zachowujemy się w sytuacjach społecznych. A jak się zachowujemy, to bardzo proste - zachowujemy się tak, jak nas wytresowano. I nie mówię tu o wychowaniu. Mówię o tresurze. Szczególnie w odniesieniu do internetu. Klikamy w clickbaity, oburzamy się kiedy mamy się oburzać, plujemy, kiedy autor tekstu oczekuje, żebyśmy pluli i oczywiście szerujemy, kiedy trzeba szerować. 

Dziewczyna z naszej baśni jest niezdarna. Bardzo, źle jej wychodzi reagowanie na bodziec, a przez to rozkłada system na kawałki. Rozmija się z oczekiwaniami, za co nie raz dostaje w skórę. Niestety my często nie mamy w sobie tej niezdarności. I dajemy się wodzić za nos. Nie chcemy klikać, ale klikamy, mamy dość czytania o kolejnym dramacie, tragedii, czy kompromitacji, a jednak nie przestajemy czytać. Godziny spędzamy na kwejku, albo śmiejemy się z kabaretowych dowcipów, o puentach tak oczywistych jak styczniowy smog nad Krakowem. Znamy każde pytanie i każdą oczekiwaną odpowiedź. Każdy bodziec i każdą reakcję. I Idziemy za tym w ciemno. 

Tymczasem nikt nie zastanawia się, czy pytania są właściwie postawione. Czy bodźce, które uruchamiają reakcję to te właściwe bodźce. Bo jeśli nie, to na takie pytania nie ma na nie dobrej odpowiedzi, to reakcja jest już u podstaw pomyłką. Baśń o dziewczynie w beczce, to baśń o nieudanej próbie odnalezienia swojego miejsca w społeczeństwie. I choć bohaterka ponosi klęskę, to jednak może być dla nas wzorem. 

Myślę, że czasem, kiedy postawione są złe pytania, udzielanie złych odpowiedzi może być dla nas jedynym ratunkiem. By nie tracić czasu, by nie marnować życia. I choć czasem przyjdzie nam za to dostać w skórę, może uda nam się doczekać chwili, w której złych pytań będzie mniej, a my wreszcie będziemy mogli spróbować zastanowić się... o co tak naprawdę warto pytać. 


Fotka: oczywiście z Hobbita.


25.1.18

O dzikich łabędziach i milczeniu


Dzikie Łabędzie, Bajka o dwunastu braciach, bajka o siedmiu krukach, Andersen, Grimm, baśnie, interpretacje baśni, Baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak,


Na warsztacie: Dzikie Łabędzie, Bajka o dwunastu braciach, bajka o siedmiu krukach, Andersen, Grimm, milczenie

W pierwszym tekście 2018 roku wracam do Dzikich łabędzi.

Jest to trzeci tekst poświęcony temu typowi baśni. Poprzednie dwa teksty możecie znaleźć tutaj:



Dziś naszym tematem będzie zadanie, jakie dostała siostra, kiedy jej bracia zostali przemienieni w ptaki. Niezależnie od wersji w jakiej przytoczymy tę opowieść pierwszy warunek, który zostaje  postawiony przed siostrą jest zawsze taki sam - milczenie. Dziewczyna nie może odezwać się słowem dopóki jej praca nie zostanie zakończona, lub nie minie odpowiednia ilość czasu. Drugi warunek to przygotowanie dla swoich braci koszul, dzięki którym odzyskają ludzką postać. W jednej z wersji musi utkać je z astrów, a w Dzikich Łabędziach Andersena koszule muszą być wykonane ze zbieranych na cmentarzu pokrzyw.

O ile dziewczyny, którym przyjdzie tkać koszule przynajmniej mają czym zająć ręce, o tyle ta, której przypada tylko milczenie jest w najtrudniejszej sytuacji. Zwłaszcza, że w międzyczasie życie toczy się dalej swoimi normalnymi torami. A normalne tory życia to sinusoida - od szczytów radości, po dna rozpaczy. To chwile, w których chciałoby się śpiewać, śmiać, protestować, albo wyć ze smutku.

Co więc się dzieje, kiedy normalność spotka się z prawdziwą misją? Po lekturze baśni możemy dojść do wniosku, że bohaterka musi zmagać się z dwiema największymi przeciwnościami - swoją emocjonalności i opinią publiczną. Zacznijmy od emocji: 

Emocje i spółka


Grimowska siostra (Bajka o dwunastu braciach), podczas pracy nad koszulami zostaje nie tylko księżniczką, ale i matką... z czego matką trzykrotnie. Niestety żaden z połogów nie przynosi jej ani radości, ani ulgi od ciężkiej pracy. Wprost przeciwnie. Zła akuszerka, która tak naprawdę jest czarownicą, za każdym razem kradnie dziewczynie dzieci, smaruje usta matki krwią i opowiada księciu, że dziewczyna zjadła własne potomstwo. Za pierwszym i drugim razem ojciec dzieci nie daje wiary, że jego żona mogłaby dopuścić się takiej zbrodni. Za trzecim razem, być może też ma wątpliwości, ale jednak naciski dworu (i podszepty wiedźmy) każą mu skazać żonę na śmierć.



Dzikie Łabędzie, Bajka o dwunastu braciach, bajka o siedmiu krukach, Andersen, Grimm, baśnie, interpretacje baśni, Baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak,


U Andersena rzecz jest trochę bardziej uproszczona, nie ma tu niecnych akuszerek, zamiast tego jest dziewczyna, która nocami udaje się na cmentarze, by tam wykopywać chwasty. Jej wizyty nie uchodzą uwadze samego biskupa. A biskup plus dziewczyna zbierająca zioła pomiędzy mogiłami równa się oskarżenie o czary, a to z kolei równa się skazanie dziewczyny na stos.

Co się tyczy emocji, myślę, że te zmiany, które raz za razem spadały na dziewczynę, jakkolwiek złe, by nie były, pozwalały jej na utrzymanie kontaktu z rzeczywistością. Miał swoje do zrobienia, ale jednocześnie, musiała po prostu żyć. Trudne sytuacje jakie otrzymujemy od losu, kiedy już jesteśmy w innych trudnych sytuacjach to wbrew pozorom wielki dar. Nie pozwalają zapomnieć o tym, że nasze życie jest czymś więcej niż naszą misją. Czymś więcej niż naszą pracą, czymś więcej niż pasją i powołaniem. I nie zrozumcie mnie źle, nie chodzi o to, że zawsze może być gorzej, a raczej o to, że te zwyczajne twórczości, przywracają proporcje... i pełnię. Dwa przykłady: 

Każdy rodzic spotkał się kiedyś z taką sytuacją: kiedy akurat przed bardzo ważnym spotkaniem biznesowym, na które mieliśmy przygotować bardzo poważną prezentację, okazuje się, że dzieciak się rozchorował i nie dość, że i tak trzeba zrobić to, co do nas należy, to dodatkowo trzeba jeszcze dziecku zmierzyć temperaturę i gile powycierać. I czasem jest tak, że choć sił brakuje, to wtedy dochodzi do nas to, że nasze życie to i jedno (prezentacja), i drugie (wycieranie gilów). Czasem z najgorszego zmęczenia i z najtrudniejszych sytuacji wyłania się to, co w życiu najważniejsze - intensywność i smak chwil, których nie da się przegapić.

Dzikie Łabędzie, Bajka o dwunastu braciach, bajka o siedmiu krukach, Andersen, Grimm, baśnie, interpretacje baśni, Baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak,


Przypomina mi się pewien projekt, w którym brałem udział. Była nas trójka, mieliśmy tydzień roboty (jako malarze, scenografowie, reżyserzy, aktorzy, dziennikarze, fotografowie, etnografowie, graficy komputerowi, edukatorzy i jeszcze parę innych funkcji), a na to wszystko zdarzyło się jeszcze tak, że relacje w naszej trójce były z tych najgorszych. Urobiliśmy się po łokcie i pod koniec tygodnia ledwieśmy żyli. Wszystko było jedną wielką próbą wytrzymałości - tej fizycznej i tej emocjonalnej. I powiem Wam, że choć od tamtego czasu minęło już kilka dobrych lat i mam za sobą całkiem sporo fantastycznych projektów, żaden inny nie siedzi we mnie tak głęboko jak tamten. Być może właśnie dlatego, że nie pozwalał zapomnieć o tym, że życie to całość i nie można sobie zrobić od życia przerwy... 

Opinia publiczna


Kiedy już pamiętamy o tym, że życie to całość, nie możemy zapomnieć o tym, w którą stronę po tym życiu wędrujemy. I to jest drugi punkt, o którym chciałbym dziś kilka zdań skreślić. Rzecz jest nad wyraz prosta:

Okoliczności będą nas czasem wgniatać w ziemię i kręcić obcasem. I my możemy chcieć protestować i krzyczeć, że boli, że niesprawiedliwe, że veto i, że "niech ktoś zatrzyma wreszcie świat, ja wysiadam". To zresztą bardzo naturalny i zdrowy odruch. Kiedy ktoś nas bije, mówimy "ej nie bij", kiedy boli nas ząb, idziemy do dentysty, a kiedy pęka rura pod zlewem, naprawiamy ją. Czasem jednak jest tak, że te małe sprawy całkiem nas pochłoną, a my zamiast raz a porządnie się wyleczyć, albo wreszcie zabrać się do tego, co zawsze chcieliśmy robić, po prostu łatamy dziury codzienności. W tym właśnie punkcie wiele do powiedzenia mają ci, którzy nas otaczają. Nasi bliscy, trendsetterzy, ci wszyscy, którzy wiedzą co my mamy robić. Jeśli ich nie posłuchamy, będą na nas wieszać psy, a nawet zaprowadzą nas na stos. 

Bohaterka dzisiejszej historii jest tą, której nie wolno łatać dziur codzienności. Ona musi gnać do przodu, do celu, który ma jasno postawiony. Jest w tej komfortowej sytuacji, że trochę nie ma wyboru. Może nie na jej gardle spoczywa nóż, ale na gardle jej braci już na pewno. Na początku opowieści decyduje się uratować braci, a potem raz za razem musi utwierdzać się w tej decyzji. Zarówno kiedy jest jej dobrze, jak i wtedy, kiedy chciałoby się wyć z bólu - tego fizycznego, gdy pokrzywy parzą ręce i tego emocjonalnego, kiedy pada na nią oskarżenie o morderstwo własnych dzieci. 

Dzikie Łabędzie, Bajka o dwunastu braciach, bajka o siedmiu krukach, Andersen, Grimm, baśnie, interpretacje baśni, Baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak,


Wokół dziewczyny zawsze ktoś będzie mówił, że jest taka, albo owaka, ale to nie zmieni faktu, że jej postępowania mają kogoś uratować. I ona nie może tego brać pod uwagę, nie może protestować. Musi milczeć. Dlaczego?

Moja teoria jest taka: rozwiązania są często tam, gdzie nas jeszcze nie ma. Trzeba być gdzie indziej, albo być kimś innym, żeby osiągnąć to, co chcemy, albo co musimy osiągnąć. I nie ma taryfy ulgowej. Świat będzie nas doświadczał rzeczami, które mają nas usadzić na miejscu, a opinia publiczna będzie się od nas domagała, żebyśmy zajęli jakieś stanowisko. Tu i teraz. Problem w tym, że przygotowane dla nas stanowisko jest gdzieś indziej i dopiero z tego miejsca "gdzieś indziej" my będziemy w stanie odpowiedzieć, prawdę i tylko prawdę. Dla dziewczyny tym miejscem jest stos. To dopiero tam wszystkie klocki wskakują na właściwe miejsce i prawda jest prawdą, a nie tylko opinią. Nikt nie może jej zaprzeczyć. Ci, którzy mają przeżyć, przeżywają, a ci którzy nie - giną. Ale to dopiero tam, kiedy siostra dotrze do końca. 

Podsumowując


Nie wiem, od której strony powinno się zaczynać. Od życia ze wszystkimi jego aspektami, czy od posiadania celu i dążenia tam, gdzie prowadzi nas przygoda naszego życia. Wiem natomiast, że te dwie sprawy splatają się w całość tak ściśle, że ostatecznie - nie sposób ich rozdzielić.

***

Po więcej obrazów z baśni zapraszam TUTAJ
Ilusracje: Barefoot books, Nika Goltz, T.A. Mamguire