16.8.18

Bajek pisanie





Już po raz trzeci Baśnie na warsztacie objęły swym patronatem Akcję Pisania Bajek. I jak co roku, oddaję głos Pani Monice Ostrowskiej-Chichy, koordynującej projekt: 

Tym razem w inicjatywie wzięły udział dzieci ze Świetlicy Środowiskowej „Nikisz” prowadzonej przez Polskie Towarzystwo Kulturalne. Powstało ponad dwadzieścia różnych bajek. Założeniem projektu jest wspieranie dzieci poprzez tworzenie dla nich personalnych bajek. Bajki  zostały napisane  przez studentów pracy socjalnej z Kolegium Pracowników Służb Społecznych w Czeladzi. Dzieci wykonały ilustracje, które zamieszczono są w książce z bajkami pt. „Nikisz Bajki”. Uroczysty finał akcji odbył się w Galerii Szyb Wilson. Przyszli pracownicy socjalni tym razem w roli kolorowych elfów i wróżek przeczytali bajki oraz wręczyli dzieciom książeczki. Z tej okazji powstał również Elf Oli wykonany przez jedną ze studentek pracy socjalnej. Nie obyło się również bez autografów, o które prosiły dzieci autorów bajek.


„Akcja Pisania Bajek” to projekt społeczno-artystyczny realizowany przez nauczycieli oraz studentów pracy socjalnej od roku 2013. Patronat nad inicjatywą objął min. Rzecznik Praw Dziecka Marek Michalak oraz Unicef Polska.
I jeszcze kilka fotek: 




15.8.18

Sztuka Opowieści w działaniu - Strach (cz. IV)


Shaun Taunt


To będzie przedostatnia część cyklu o strachu. Na chwilę chciałbym jeszcze wrócić do zagadnienia
jump scare, o którym pisałem poprzednim razem (TUTAJ). 

Mechanizm wykorzystywany w tej technice, jest o wiele bardziej uniwersalny i może służyć do czegoś więcej niż tylko straszenia. Niech więc będzie to suplement, traktujący o tym, jak wykorzystywać najprostszą z technik straszenia do wzbudzania śmiechu i zainteresowania. 

Zabawa ze stresem

A teraz do rzeczy. Zadaniem techniki jump scare jest wytworzenie atmosfery napięcia i zainteresowania, które w ostatnim etapie, poprzez niespodziewany krzyk, głośny dźwięk itd. (cokolwiek jeszcze przyjdzie Wam do głowy) zostaje rozerwane, doprowadzając słuchacza do skoku z przestrachu. Jest jak nadmuchiwanie balonika, tylko po to, żeby na końcu go przekłuć. 

Jeśli pominiemy element przekłuwania balonika i zastąpimy go czym innym, jump scare nie będzie już jump scare'm, za to stanie się potężnym narzędziem do akumulowania uwagi naszych słuchaczy. Budowanie grozy zaczyna się od budowania niepewności w naszych słuchaczach. Z jednej strony jest to dla nich sytuacja intrygująca, z drugiej zaś, na poziomie czysto fizjologicznym, chcą oni jak najszybciej z niej wyjść, bo w większym lub mniejszym stopniu każda niepewność wywołuje w ciele reakcje stresowe. Im dłużej więc ze słuchaczami igramy, tym bardziej chcą oni rozwiązania. Boją się go, ale potrzebują, żeby tylko zakończyć stan swojej niepewności. I dla nas, jako opowiadaczy, jest to punkt, w którym możemy zrobić bardzo wiele. 

Edward Gorey


Budowanie napięcia i skupianie uwagi, jeśli zrobione dobrze, działa - niezależnie czy opowiadamy jedną z japońskich legend miejskich, czy opowieść o porannym robieniu jajecznicy. To nie temat, ale sposób, w jaki do tematu podchodzimy tworzy atmosferę. W standardowym jump scare zwieńczeniem historii jest bomba, ale co się stanie, jeśli zamiast bomby podstawimy tam coś innego. Na przykład dowcip. 

Jump śmiech


Ci, którzy mnie widzieli na żywo, wiedzą, że Świstak równa się dużo niekontrolowanych, często niepoprawnych politycznie (w ten najsłodszy sposób) dowcipów. Dowcipów smacznych, niesmacznych, dowcipów błyskotliwych i dowcipów całkowicie "po bandzie". Dowcipów pojawiających się w miejscach spodziewanych i tam, gdzie absolutnie nie pasują. I zazwyczaj działają. Dowcip to mój żywioł, bez którego nie byłbym sobą - jako człowiek i jako opowiadacz. 

I zauważyłem, że kiedy nabuduje się dobrze uwagę słuchacza, to nawet słaby żart działa. To trochę tak, jak przystawienie komuś broni do głowy. Słuchacz czeka, aż pociągniemy za spust, a kiedy już to zrobimy okazuje się, że ze środka wyskakuje chorągiewka z napisem "BANG!". Wszystko działa tak samo, jak w przypadku klasycznego jump scare, ale rozładowanie idzie w śmiech. Ciało potrzebuje spuścić parę, dlatego nawet jeśli żart nie jest najwyższych lotów, zadziała. Oczywiście nie namawiam do robienia słabych żartów (w piekle jest specjalne miejsce dla ludzi opowiadających słabe dowcipy... i większości polskich kabaretów). Im lepszy dowcip, tym wyżej wylądujemy. Niemniej - to działa. Spróbujcie sami. 

Ćwiczenie
Wybierzcie sobie straszną historię. Zacznijcie budować ją, jakby naprawdę była straszna. Zapomnijcie o tym, że chcecie żartować, budujcie, budujcie, budujcie. Pompujcie balonik, do granic, a potem, kiedy poczujecie, że moment jest odpowiedni, kiedy pauza będzie odpowiednio wyczekana, powiedzcie jakieś bezsensowne słowo. 
np. I wtedy spojrzała w bok i zobaczyła tam... kółeczko. 
Kółeczko, kurczaka, Play Station,  czy cokolwiek na tyle absurdalnego, żeby rozbiło nastrój. 

Tu jedna uwaga - to zadziała jedynie wtedy, gdy ogólna atmosfera opowieści na to pozwoli. Jeśli przez cały czas jesteście śmiertelnie poważni efekt może być odwrotny. Jeśli natomiast opowiadacie lekko i potraficie od czasu do czasu mrugnąć okiem do opowiadacza - jump śmiech będzie waszą potężną bronią. 

Patrz tu!


Drugi ze sposobów wykorzystania jump scare jest ciut inny. Budowanego napięcia nie wykorzystujemy ani do przestraszenia kogoś, ani do rozśmieszenia, ale zamiast BUM! podstawiamy istotną dla nas informację. Rozwiązaniem napięcia nie jest strach, ani śmiech - jest nim olśnienie. Na przykład: 
I wtedy spojrzała w bok i zobaczyła tam... starego człowieka, który machał do niej ręką. Podejdź dziecko, mówił. 

Tajemnica doprowadza nas do miejsca, w którym cokolwiek by się nie pojawiło, będzie miało status podwyższonej ważności. Jeśli ta informacja rzeczywiście jest ważna (czyli jeśli my chcemy uczynić ją ważną), mocniej zagnieździ się w świadomości naszego odbiorcy. To jak serial kryminalny, w którym główny bohater odkrywa ważną informację, ale zanim widz ją zobaczy, najpierw widzi plecy bohatera, potem zbliżenie na jego twarz, a potem... reklama. 

Shaun Taunt

Budowanie suspensu oczyszcza przestrzeń przez zaserwowaniem tego, co dla nas najistotniejsze. Czy byłby to jakiś szczegół napędzający fabułę, czy jej rozwiązanie (mordercą jest....), czy może podanie istotnej dla nas nauki etycznej ( Zgromadzeni w salonie Smitha ludzie czekali, aż detektyw otworzy usta. Jeden z nich był mordercą, ale wszyscy czuli się na swój sposób winni. Detektyw spojrzał w oczy Pani Duncan i lekko się uśmiechnął, po czym skierował się do kominka, gdzie stał Hooper wraz z synem. Kiedy podszedł, obaj spuścili wzrok, zbrodnia wisiała w powietrzu jak ciężka mgła, gryząc płuca, szczypiąc w oczy, kradnąc oddech. Detektyw stanął na środku salony i uniósł palec, po czym powiedział. Kto jest winny... - w ci, którzy zostawiają swoich przyjaciół na pastwę wilków). 

Zawsze chodzi o wykorzystnie oczekiwania, w jakie wepchnęliśmy naszego słuchacza. On na coś czeka, ale to my decydujemy o tym, co to jest. Można by rozpisać to tak: 

Klasyczny jump scare - AAAAAAAAAA!

Jump śmiech - HAHAHAHAHAHA!

Patrz tu! - AHA! Więc to o to chodzi!


Pewnie znalazłoby się więcej zastosowań, ale te dwa pochodzą bezpośrednio z mojej praktyki i za nie mogę ręczyć swoim doświadczeniem. Spróbujcie pobawić się z tą techniką, a jeśli znajdziecie jakieś ciekawe permutacje jump scare, podzielcie się nimi. Z przyjemnością wypróbuję je na żywej publiczności. 

Tyle na dziś. W ostatniej części (mam nadzieję) tego cyklu napiszę trochę o brutalności i krwi. 

A jeśli przegapiliście ten cykl to: 
 
O tym dlaczego warto straszyć i czego można się bać piszę w CZĘŚCI I

O budowaniu swojego świata grozy, o poczuciu dyskomfrotu i języku piszę w CZĘŚCI II

O tym, jak budować jump scare i czego się wystrzegać przy tej technice piszę w CZĘŚCI III



11.8.18

NOMINACJE DO SŁONECZNIKÓW!!!




Szanowni,

Niezmiernie miło mi poinformować, że w tegorocznej edycji konkursu Słoneczniki, Tam i Tu, o świecie opowiadanie, czyli mój cykl wykładów podróżniczych, przygotowywany dla Muzeum Etnograficznego w Krakowie, dostał aż dwie nominacje. W kategoriach Język i Przyroda. Już same nominacje to dla mnie wielki sukces i wielkie wyróżnienie, bo oznaczają to, że jako rodzicie z jednej strony ufacie mi, a z drugiej po prostu podoba się Wam to, co robię. A jeszcze fajniejsze jest to, że to już drugi rok z rzędu. Czyli - wciąż udaje mi się nie przynudzać. 

Myślę, że o Tam i Tu przyjdzie mi jeszcze pisać, zwłaszcza, że niemal po każdych zajęciach rodzice dzielili się ze mną własnymi historiami ze wszystkich stron świata. Niektóre weszły już w arsenał moich podręcznych opowieści towarzyskich. Niemniej teraz czas na głosowania. 

Jeśli mogę Was prosić o to, byście poświęcili kilka minut i oddali głos na Tam i tu (w obu kategoriach) byłobym Wam jeszcze bardziej wdzięczny. 

Głosować możecie TUTAJ


Jeszcze raz niezmiernie dziękuję za nominacje. Edek jest w tej chwili na wakacjach, ale powiedział, że jak tylko wróci, to też powie parę słów od siebie. A na koniec jeszcze jedna sprawa.


Konkurs Słoneczniki odbywa się w trzech regionach: Krakowie, Warszawie i na Śląsku. Zajrzyjcie proszę do zestawienia nominowanych w swoim regionie i poodawajcie głosy. To dla nas, pracujących w najmłodszej kulturze znak, że nasza robota jest choć odrobinę doceniana. Nie znam się na inicjatywach w Warszawie, ale jeśli mowa o Śląsku, także przyjaciele Baśni na Warsztacie otrzymali swoje nominacje. spojrzyjcie więc łaskawym okiem na inicjatywy Lufcika na Korbkę, nominowanych w kategorii język i muzyka oraz na Rodzinne spotkania w kinie Muza, organizowane przez fenomenalną panią Agnieszkę (tak przy okazji, podczas swoich zajęć w tym cyklu, pobiłem rekord wielkości grupy do jakiej mówiłem).Głosy na inicjatywy na Śląsku możecie oddać TUTAJ.

Do tego muszę oczywiście wspomnieć osobno o POLACH WIDZENIA KSIĄŻKI, projekcie Domu OŚwiatowego Biblioteki Śląskiej, który mam zaszczyt współtworzyć> Nominację otrzymaliśmy w kategorii JĘZYK.

Duchem Opiekuńczym Pól Widzenia Książki, jest Ewa Kokot, która otrzymała nominację także w kategorii Sztuki Wizualne za wspaniały projekt Future Artist :) Nie krępujcie się więc. 


Niski ukłon i wielkie dzięki po raz trzecie. 


25.7.18

O pewnym Guziku...




... Kubie Guziku. 

Na warsztacie: Kuba Guzik i Maszynista Łukasz, Kuba Guzik i Dzika Trzynastka, Michael Ende


Na ekrany kin jakiś czas temu wszedł film na podstawie książki Michaela Endego "Kuba Guzik na nieznanym lądzie". W związku z tym, że jednak nie jest to produkcja zachwycająca, postanowiłem, że koleją książką, którą chciałbym Wam polecić, jest właśnie Kuba Guzik... gdybyście po obejrzeniu filmu jednak zdecydowali się po nią nie sięgać.

Sięgajcie! Sięgajcie bo naprawdę warto! Kuba Guzik jest bowiem taką książką, która zachwyca wartkością akcji, swoją pomysłowością i przyjemnie lekką atmosferą. Podobno Ende pisał ją jako odskocznię od swojego ciężkiego żywota aktora w wędrownej trupie teatralnej. I chyba coś z tej ulgi zostało w samym tekście. Nie ma tam ciężaru, jaki pojawia się w kolejnych książkach Endego (Niekończącej się historii i Momo - o obu przyjdzie mi jeszcze pisać). Za to są smoki, księżniczki do uratowania, latające lokomotywy, pozorne olbrzymy i niezbyt rozgarnięci piraci. Wszystko pisane kapitalnym językiem, którego pozazdrościć może Endemu niejeden autor "poważnej" literatury. Zresztą, sam Ende uważał się za autora, który pisze po prostu książki, bez rozgraniczenia na poważą i niepoważną literaturę. Dla niego dobra książka miała po prostu być dobra. 

O czym jest Kuba Guzik? 


Naszego bohatera poznajemy, gdy paczka z nim przybywa na niewielką wysepkę Trochanię. Wysepka na szczęście jest na tyle duża, że pomieści jednego dodatkowego mieszkańca. Kuba dorasta więc na Trochanii, a jego najlepszym przyjacielem jest lokalny maszynista Łukasz. I żyliby tam w spokoju, gdyby nie to, że pewna księżniczka zostaje porwana przez pewną smoczycę i Kuba wraz z Łukaszem na pokładzie lokomotywy Emmy, ruszają w świat, by tę pewną księżniczkę od pewnej smoczycy uratować. Zdarzy się też okazja, by poza księżniczką uratować wiele, wiele innych dzieciaków. 

Druga część Kuba guzik i Dzika Trzynastka dzieje się po wydarzeniach pierwszej. Przygody Kuby rozeszły się szerokim echem po świecie, co spowodowało dzień w dzień Trochanię zalewała lawina listów od wielbicieli Kuby i Łukasza. Niestety wysepka była mała i czasem statki pocztowe po prostu jej nie zauważały i do niej dobijały. Kuba i Łukasz postanowili sprowadzić na nią poznanego w poprzedniej przygodzie pana Top Topa, którego niezwykłe właściwości pozwoliłyby mu zostać Trochańską latarnią morską. Podczas tej wyprawy lokomotywa Emma nauczyła się latać, a Kuba dowiedział się nie tylko, dlaczego trafił na Trochanię, ale także poznał tajemnice swojego pochodzenia. 

Na przygody Kuby Guzika mogliście trafić dawno temu, kiedy serial animowany emitowany był w telewizji. Jeśli jeszcze coś z niego pamiętacie (poza piosenką), to myślę, że nie ma różnicy, czy zaczniecie od pierwszej, czy drugiej części. Jeśli jednak wszystko zapomnieliście, albo temat jest dla Was po prostu nowy, to proponuję, żeby czytać książki chronologicznie. Nie da się czytać Dzikiej Trzynastki bez znajomości maszynisty Łukasza... To znaczy da się, ale wtedy frajda jest znacznie mniejsza (Dzika Trzynastka według mnie jest znacznie ciekawsza). Najlepiej potraktujcie obie części tak, jakby stanowiły dwa tomy jednej całości. 


Gdybym miał określić czym są książki o przygodach Kuby Guzika, powiedziałbym, że to literatura dla dzieci i młodzieży z bardzo wysokiej półki, która przygotowuje młodego czytelnika do obcowania z bardziej "dorosłymi" tekstami. Świat przedstawiony jest na tyle fascynujący, że nie da się go zbyt szybko opuścić, a sposób, w jaki książka jest napisana to furtka do ogrodu, w którym obcować można z naprawdę pięknym językiem. 

Na koniec dwie rekomendacje

Pierwsza. Dwa lata temu, podczas Festiwalu Muzyki Filmowej prowadziłem zajęcia przy okazji "Niekończącej się opowieści". Mówiłem generalnie o książkach Endego, ale oczywiście nie mogło zabraknąć Kuby Guzika. W tym roku, po zupełnie innych zajęciach na zupełnie inny temat podeszła do mnie jedna z mam, żeby podziękować za tamto spotkanie. I co ciekawe, nie dziękowała za Momo, nie za Niekończącą się historię, ale właśnie za Kubę

Druga. Poleciłem też Kubę innej mamie, dla jej samodzielnie czytającego już syna. Pewnego dnia dostaję od niej telefon, w którym oburzona mama poinformowała mnie, że jej syn odmówił pójścia spać, bo nie chciał odłożyć książki. Pierwsza zarwana nocka nad książką! Przyznam, że jestem z siebie dumny, choć to przede wszystkim zasługa Endego.

Jest jednak pewien problem, obecnie, pomimo filmu, książka jest mało dostępna. W celu przeczytania jej polecam biblioteki lub Allegro :) 


A na koniec piosenka: 




Podobne: 

Te bohaterskie króliki! - o Wodnikowym Wzgórzu Richarda Adamsa. 










20.7.18

Bez rąk i miejsca na ziemi

https://www.youtube.com/watch?v=ANbYvxpqx8A
Film Sebastiena Laudenbacha, godny polecenia przede
wszystkim ze względu na graficzną warstwę. 

Na warsztacie: Bezręka dziewczyna, baśnie braci Grimm, przebaczenie

O traumie, i wychodzeniu z niej. O przebaczeniu i czasie, w którym przeszłość wciąż może nam dopiec, o baśni "Bezręka dziewczyna". 

Historia, którą chciałbym Wam dziś przybliżyć jest tak klasyczna, że aż boli. Opowiada o dziewczynie, którą ojciec za bogactwo nieopatrznie oddał diabłu w posiadanie. Dziewczyna jednak, jako istota pobożna o przeczystej duszy, nie godziła się na ten los i broniła przed nim, jak tylko umiała. Kiedy nadszedł wyznaczony czas, obrysowała się kredą i obmyła wodą z wiadra, przez co Zły nie mógł się do niej zbliżyć. Diabeł rozkazał więc ojcu dziewczyny zabrać jej wiadro do mycia, żeby nie była taka czysta, ale dziewczyna zamiast wodą, zaczęła obmywać się łzami. Miała tak czyste ręce, że wciąż pozostawała niedostępna dla sił nieczystych. Diabeł zmusił więc ojca, żeby ten odrąbał jej te ręce. Ojciec ze strachu posłuchał Złego i pozbawił córkę rąk. Nic to jednak nie dało. Łzy dziewczyny tworzyły dla Diabła barierę nie do przebycia. Odpuścił więc. Ojciec bardzo się ucieszył. Był bogaty, a jego córka straciła tylko ręce. Zaproponował więc, że teraz powinna zostać i mieszkać z nim w dostatku. Dziewczyna mówi jednak, że nie może zostać.

Rusza w świat, trafia do królewskiego ogrodu, zostaje królową, a potem rodzi królowi syna. Niestety król jest na wojnie, więc Zły znów może zacząć machlojkować swoje machlojki. Podmienia listy, stara królowa zamiast wyrazów troski królewskiej otrzymuje rozkaz, by zabić bezręką dziewczynę i jej syna, ale lituje się i tylko ją wygania.

Nieszczęsna młoda dziewczyna znów rozpoczyna tułaczkę. Trafia do domku, gdzie zajmuje się nią anioł. Tam z woli bożej odrastają jej ręce, podrasta synek i odnajduje ją mąż. Mogą wrócić wspólnie na zamek, gdzie wyprawiają powtórne wesele. 

https://www.youtube.com/watch?v=ANbYvxpqx8A
H.J. Ford


Konsekwencje Rany 


Przyznam szczerze, że kilka razy próbowałem zabrać się za tę baśń i kilka razy traciłem cały zapał przede wszystkim ze względu na to, że ta historia jest do bólu klasyczna. Nawet scena odrąbywania rąk, która jeży włos na plecach, jakoś ginie w tej klasyczności. Powtarzalność motywów przynudza i boli. Kiedy jednak ostatnio wróciłem do tej historii zwrócił moją uwagę moment, gdy Zły odpuszcza.

Dzieje się to po potwornej scenie, w której ginie wszystko, co wcześniej było rodziną. Szczególną rolę odgrywa tutaj ojciec bezrękiej dziewczyny, który w zasadzie od początku tej opowieści jest mistrzem faux pas. Najpierw przypadkiem wchodzi w układy z diabłem, potem ze strachu okalecza własne dziecko, a potem mówi: "Wiesz co, w sumie to jest spoko i nic się nie stało. Jesteśmy bogaci,  diabeł zostawił nas w spokoju - będzie fajnie". I jest przy tym nawet całkiem zadowolony. W zasadzie dorobił się, a to, że jego córka chwilowo nie ma rąk, cóż - dopuszczalne straty. 

Diabeł wygrywa tutaj wszystko, co jest do wygrania. Nie dostaje wprawdzie duszy dziewczyny, ale to, jakie spustoszenie sieje w relacjach między bohaterami, jest w jego wykonaniu majstersztykiem. To jedna z tych sytuacji, w których w rodzinie dochodzi do wylania wiadra z nieczystościami. Mąż bije żonę, albo żona zdradza męża, albo na odwrót. Każde z nich być może ma jakiś powód, by robić to, co robi. Ojciec bał się o swoje życie, hipotetyczny mąż może nie wytrzymywał już piskliwego, oskarżycielskiego tonu głosu żony, a hipotetyczna żona nie cierpiała tego, że mąż woli od niej chodzić na siłownię.  Powody mogą być różne, niestety pojawia się po nich czyn, który w żaden sposób nie może być usprawiedliwiony tymi powodami. 

Ten czyn zawsze stanowi punkt zwrotny, po którym stać się mogą dwie rzeczy. Po pierwsze może się nic nie zmienić. Bezręka dziewczyna zostać może w domu i udawać, że wszystko jest w porządku. Problem w tym, że w takiej sytuacji hipotetyczna bita żona zawsze będzie bała się, że mąż znów podniesie na nią rękę, a hipotetycznie zdradzany mąż spoglądać będzie nieufnie w stronę każdego mijanego mężczyzny. Lub na odwrót. Życie zawieszone zostanie na kołku, wirując wokół feralnego wydarzenia i napełniając serca współuczestniczących w tym procederze osób coraz większą dozą niepewności, strachu, albo ciężkiej, jątrzącej się przez lata nienawiści. 

https://www.youtube.com/watch?v=ANbYvxpqx8A
Kadr z gry American Mgee's Grimm.


Czynnikiem który zmienia wszystko jest przebaczenie. Hipotetyczna żona może powiedzieć, że wybacza mężowi, a hipotetycznie zdradzany mąż, że wybacza żonie. Jednak samo powiedzenie "wybaczam" nie wystarczy. Bo bagno, w którym już się stoi machać może do nas świeżo odciętymi dłońmi. Czasem więc, żeby przebaczenie miało sens, potrzebne są radykalne kroki - trzeba odejść albo chociaż pokazać, że coś musi się zmienić i jeśli się nie zmieni, to będzie miało swoje konsekwencje. 

Odejście to dopiero początek 


Bezręka dziewczyna jest doskonałym przykładem, jak postępować. Mówi mniej więcej coś takiego: "Kocham Cię ojcze, wybaczam Ci, ale w tych okolicznościach nie ma już dla mnie miejsca". Ewidentnie daje do zrozumienia, że nie godzi się na życie w patologicznej sytuacji i niezależnie od tego, jak bardzo została zraniona, musi z niej wyjść. Jedyne, co zrobić może ojciec, to związać jej ręce za plecami i pobłogosławić na drogę. A potem zostać w tym, co sam narobił. Zwróćcie zresztą uwagę, że kiedy dziewczyna odchodzi, jedyne co po niej zostaje to machające do ojca odcięte dłonie... z którymi jakoś będzie musiał sobie poradzić... niezależnie od swojego majątku. Czy mu się to udało, tego niestety z baśni się nie dowiemy. 

Nas jednak o wiele bardziej interesuje dziewczyna. Powędrowała dalej i jej sytuacja pozornie nie uległa zmianie. Na pierwszy rzut oka nadal nie miała dłoni i wszystko ociekało mniej więcej  tą samą beznadzieją. Z drugiej strony jej nastawienie i decyzja sprawiły, że pojawił się obok anioł, który dbał o to, żeby w końcu rany dziewczyny zagoiły się. Jednak, żeby do tego doszło potrzebny jest czas... bardzo dużo czasu. 

Nim ten czas minie, dziewczyna, choć staje się królową i choć otrzymuje od króla srebrne protezy dłoni (namiastka normalności? jej atrapa?), i choć zostaje matką nadal jest tylko bezręką dziewczyną. Krzywda, którą wyrządził jej ojciec pracuje w niej o wiele bardziej niż nowa sytuacja. Nadal obok bohaterki, prócz anioła, staje Zły, który miesza jej w życiu i wciąż przysparza jej cierpienia. Od feralnej sytuacji z ojcem, aż do momentu, gdy królową, najbardziej konstytutywną cechą dziewczyny były jej kikuty. Wciąż była jedną wielką raną po krzywdzie zadanej przez ojca. Przez to zaś nie była w stanie stać się naprawdę królową. I przez to, tak mi się wydaje, Zły miał tyle w jej życiu do powiedzenia. 

Jak odrastają ręce? 


Po wybaczeniu musi przyjść więc czas, musi przyjść odosobnienie, w którym stare rany się zagoją. Naszej bohaterce dopiero w domku w lesie odrastają ręce. Choć była żoną, musiała udać się na odosobnienie. Robiła to, co do niej należało (pozostawała wszak matką dla swojego syna), ale żeby stać się pełnoprawną partnerką dla swojego męża, potrzebowała odsunąć się od niego. W samotności dopiero mógł zadziałać Bóg i uleczyć wszystkie krzywdy, które powstały na początku tej historii. 

Jak wiele osób potrafi jedynie siąść i patrzeć na swoje wewnętrzne kikuty? Często mylą nawet patrzenie na nie z pracą nad sobą i próbą przeskoczenia traumy, której są one wynikiem. Bezręka dziewczyna pokazuje, co trzeba zrobić, żeby wszystko wróciło do normy. 

Po pierwsze trzeba wybaczyć, co nie oznacza "nic się nie stało", raczej: "stało się, ale trzeba żyć dalej akceptując, że takie a takie wydarzenie miało miejsce". Po drugie odejść, czyli w jakimś stopniu nie pozostawać w feralnej sytuacji - czasami wystarczy zagrozić rozwodem, czasem powiedzieć nie, a czasem powiedzieć "do widzenia" i fizycznie wyjść. Po trzecie dać sobie czas i mieć świadomość, że przeszłość jeszcze niejedno naświni nam w życiorysie. Po czwarte, czasem odłączyć się od świata. I najważniejsze: wiedzieć, że prawdziwa naprawa przychodzi z góry. Dziewczyna ufała Bogu, dzięki temu anioł stał się jej obrońcą. To wszystko jest czasem potwornie długim procesem - u bezrękiej dziewczyny trwał siedem lat, ale kiedy się zakończył, mogła stanąć wreszcie przed swoim mężem z obiema dłońmi - cała, bez uszkodzeń. 

https://www.youtube.com/watch?v=ANbYvxpqx8A
Steff Hardy

Młynareczka i królowa


Ta scena podwójnego wesela jest jedną z najpiękniejszych w całej baśni. Coś co stało się raz, niekoniecznie musiało znaczyć to co powinno. Kiedy jednak dziewczyna poradziła sobie ze swoimi problemami, wreszcie mogła w pełni posmakować sytuacji, w której się znalazła. To wesele to jej symboliczne połączenie z porządkiem świata.

Kiedy czasem patrzę na swoje kikuty, mam wrażenie, że już sporo ich odrosło. Rany zawsze zostaną widoczne, ale przecież w życiu nie chodzi o to, żeby żyć, jak gdyby nic się nie stało, ale o to, żeby żyć, jakby się już wybaczyło. Czyli lepiej... dojrzalej. Dziewczyna z naszej baśni jest tego świetnym przykładem. Gdyby nic się nie wydarzyło, byłaby tylko córką młynarza. Kiedy jednak rzeczy podziały się tak, jak się podziały, nie była już córką drwala - była królową. 


***






10.7.18

Wtorkowa porcja wieprzowiny (I)


wieprzowina, wtorkowa porcja wieprzowiny, swinka, basnionawarsztatowa, basnie na warsztacie, komiks, Mateusz Świstak,  comic stripes, Baśnie,



Na warsztacie: Baśnionawarsztatowa świnka, wtorkowa porcja wieprzowiny, świnka w podróży, komiksy. 



Szanowni, tak jak obiecałem dziś, chociaż nie wtorek wrzucam wszystkie Wtorkowe Porcje Wieprzowiny, jakie do tej pory zostały udostępnione na fanpejdżu + jeden bonusowy komiks o trochę powiększonej kubaturze, który jest trochę moją refleksją na temat tego, że praca w kulturze to jedno, a natura, to coś zupełnie innego :) 


wieprzowina, wtorkowa porcja wieprzowiny, swinka, basnionawarsztatowa, basnie na warsztacie, komiks, Mateusz Świstak,  comic stripes, Baśnie,

wieprzowina, wtorkowa porcja wieprzowiny, swinka, basnionawarsztatowa, basnie na warsztacie, komiks, Mateusz Świstak,  comic stripes, Baśnie,

wieprzowina, wtorkowa porcja wieprzowiny, swinka, basnionawarsztatowa, basnie na warsztacie, komiks, Mateusz Świstak,  comic stripes, Baśnie,


wieprzowina, wtorkowa porcja wieprzowiny, swinka, basnionawarsztatowa, basnie na warsztacie, komiks, Mateusz Świstak,  comic stripes, Baśnie,

wieprzowina, wtorkowa porcja wieprzowiny, swinka, basnionawarsztatowa, basnie na warsztacie, komiks, Mateusz Świstak,  comic stripes, Baśnie,

 I BONUSIK :) 

wieprzowina, wtorkowa porcja wieprzowiny, swinka, basnionawarsztatowa, basnie na warsztacie, komiks, Mateusz Świstak,  comic stripes, Baśnie,


7.7.18

Sztuka opowieści w działaniu - Strach (cz. III)

Baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak, opowieści grozy, storytelling, Strach, sztuka opowieści, warsztat opowiadacza, jump scare, screamer, beksinski.
Mam poczucie, że prace Beksińskiego dobrze korespondują z dzisiejszym tematem.

Na warsztacie: Storytelling, sztuka opowieści, strach, warsztat opowiadacza, opowieści grozy, Jump Scare

To już trzecia podróż przez krainę strasznych opowieści. Pierwszą znajdziecie TUTAJ a drugą TUTAJ

Dziś chciałbym napisać o najprostszej i podstawowej technice straszenia w opowieściach. Technicznie nazywa się to jump scare i są to te wszystkie momenty, w których wydarza się coś, co sprawia, że wyskakujemy z fotela z głośnym "Łojezusie!" na ustach. 

Wygląda to mniej więcej tak:

Do pewnego opuszczonego domu wchodzi zagubiona dziewczyna. Wędruje korytarzem, a kamera leniwie przerzuca kadr z jej twarzy na jakieś niewiele znaczące elementy scenografii. Jednak to, w jaki sposób pracuje obraz i mina dziewczyny, która ujęcie po ujęciu robi się coraz bardziej niepewna, zaczyna rezonować w parzących na tę przedziwną wędrówkę. Niezauważalnie znikają też wszelkie dźwięki z tła, pozostawiając nas w ciszy... i nagle... BU! Zza rogu niespodziewanie wyskakuje wilkołak, czemu towarzyszy nieprzyjemny trzask i solidne uderzenie połączonych sił sekcji smyczkowej i dętej. Dźwięki i obrazy spadają na nas brutalnie i niespodziewanie, a jedyne co możemy zrobić to po prostu odskoczyć, albo krzyknąć sobie ze strachu. 

Po takim skoku oczywiście całe napięcie z nas schodzi, strach odpływa a nasz organizm zostaje zalany falą endorfin. "Uff - już po stresie - myśli nasze ciało - przeżyłem, mogę więc znów cieszyć się życiem". I spokojnie śledzi dalej historię... przynajmniej do następnego jumpa. 

Plusy i minusy 


Jump scare jest najpopularniejszą techniką straszenia, bo jest zarówno najmocniejszy i najłatwiejszy do przeprowadzenia. Jeśli dobrze jej użyjemy to będzie ten moment, który w naszym słuchaczu zostanie na długo. Ja do dziś pamiętam scenę z filmu Inni, w której Nicole Kidman próbuje zamknąć drzwi. Była tak mocna, że to od niej zaczynam odtwarzanie tego filmu w głowie (zresztą bardzo dobrego). To także technika od której trudno uciec. W toku opowieści i w sposobie jej prowadzenia można wyczuć, kiedy zbliżamy się do miejsca wielkiego BU! I nasze ciało podświadomie przygotowuje się do reakcji na to BU! Fizjologicznie będzie chciało odreagować napięcie, więc po prostu da się oszukać, a to ułatwia stosowanie jumpów. 

Baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak, opowieści grozy, storytelling, Strach, sztuka opowieści, warsztat opowiadacza, jump scare, screamer, beksinski.
Z. Beksiński


Z drugiej strony, ta łatwość prowadzi czasem do nadużywania. Dobry jump scare, to rzadki jump scare. Tak chyba jest zresztą ze wszysktim, im więcej słodzimy, tym więcej musimy słodzić, żeby czuć słodkość. Organizm po BU! traci mobilizację, relaksuje się, wchodzi w fazę odpoczynku. A to bywa zabójcze dla budowanej przez nas opowieści. Jeśli bowiem wrzucimy zbyt wiele mocnych momentów przed finałem, może się okazać, że sam finał wypada bardzo blado... i piszę o tym, jako osoba, która nie raz w ten sposób popłynęła. 

Jak używać?


Praktyka podpowiada mi, że jeśli chcecie użyć jump scare w swojej opowieści możecie zrobić to na trzy podstawowe sposoby. Po pierwsze budując krok po kroku klimat, żeby w odpowiednim momencie wypalić z BU! To najpopularniejsze wykorzystanie jumpa, którą szerzej opiszę poniżej.

Po drugie wrzucenie BU! bez budowania napięcia. Mówię, mówię, mówię, BU! O ile pierwszy ze sposobów jest, jak wizyta w domu strachów, o tyle ten drugi raczej przypomina zatłoczoną ulicę, na której nagle zostajemy spoliczkowani przez przypadkowego przechodnia. To też może być zaskakujące i zrobić robotę - zwłaszcza, że na takie rzeczy słuchacz zazwyczaj nie zdąży się przygotować.

Po trzecie można powiedzieć: Uwaga! zaraz Cię wystraszę! To sprawdza się szczególnie, gdy udało się nam już raz skutecznie wrzucić BU! i widzimy, że nasza publiczność naprawdę mocno zareagowała. Pamiętam pewne warsztaty, podczas których opowiadałem jako przykład jumpów Czerwonego Kapturka. Pewna pani zareagowała na BU! słowami "Jezu nie rób tego więcej!". Odpowiedziałem więc spokojnie, ale z pełną premedytacją- "ależ owszem - zaraz to powtórzę. czy jesteś gotowa?". Ciężar BU! przeniósł się co prawda z samej opowieści na sytuację, która wytworzyła się w grupie, ale to, że kazałem komuś czekać na kolejny straszny moment, wytworzyło naprawdę gęstą atmosferę. Polecam korzystać.

Wprowadzenie jumpa


Jumpem może być wszystko (od spadającego garnka, przez rękę na ramieniu, aż po koniec świata), dlatego najważniejsze jest to, jak my do niego podejdziemy. Jeśli chcecie użyć BU! Zacznijcie od odpowiedniego przygotowania miejsca na nie. To przygotowanie przede wszystkim polega na odwracaniu uwagi słuchacza od tego, co zaraz zamierzacie zrobić. Moją ulubioną metodą jest przenoszenie ciężkości narracji na jakiś przedmiot lub przypadkową sytuację.

Wracając do dziewczyny w opuszczonym domu: Nagle dziewczyna dostrzega obraz. Na nim kobietę, której wzrok wydaje się znajomy. Portret uśmiecha się tajemniczo, a zagubiona bohaterka czuje, że ta namalowana postać coś chce jej powiedzieć. Przybliża się do portretu, żeby przetrzeć mosiężną płytką, na której widnieje imię i nazwisko kobiety. Wyciąga rękę i BU! Wilkołak.

Obraz nie ma związku z tym, co się wydarzy za chwilę. Dla mnie był tylko pretekstem do odciągnięcia i skupienia uwagi odbiorcy. Te dwie rzeczy - odciągnięcie i skupienie uwagi są kluczowe dla dobrego efektu. Im większe skupienie, tym większa prędkość, z jaką wjedziemy w mur.  
Ważne jest więc, żeby ta wprowadzająca narracja była interesująca, nawet jeśli jest tylko wypychaczem.

Przy okazji - kilka razy zdarzyło mi się tak, że z dygresji, która miała być wprowadzeniem do BU! powstał całkiem solidny segment dodatkowy opowieści, który był na tyle interesujący, że ani słuchacze, ani ja nie chcieliśmy go opuszczać. To doprowadziło mnie do następującego wniosku - nawet jeśli chcesz kogoś przestraszyć, przede wszystkim skupiaj się na ciekawej opowieści. To czym przygotowujesz swoje BU! nie może być w najmniejszym stopniu mniej ciekawe niż samo BU!. BU! jest tylko efektem ubocznym. Szpilką, na którą w pewnym momencie nadziewa się zbyt mocno pompowany balonik. Naszym zadaniem, nie jest przebijanie balonika, ale jego pompowanie.


Niepewność i konspiracja


Przy przygotowaniu jump scare bardzo istotny jest głos. Zanim dotrzemy do BU! warto rozciągać słowa, robić ciut większe pauzy, zwolnić, rozkołysać tak niepewność, jak i zaciekawienie. Bardzo dobrze sprawdza się atmosfera konspiracji. Takie werbalne: "Chodźcie bliżej, powiem Wam coś ważnego".

Baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak, opowieści grozy, storytelling, Strach, sztuka opowieści, warsztat opowiadacza, jump scare, screamer, beksinski.
Z. Beksiśki


W tym jak opowiadamy, my sami możemy być niepewni o co chodzi, co tak naprawdę widzimy, możemy nawet uciec się do szukania odpowiednich słów, którymi uda się najlepiej określić daną sytuacje: Wiecie, ten portret patrzył, nie nie patrzył, przyglądał się, łypał na dziewczynę i ona nie potrafiła powiedzieć, czy kobieta z obrazu patrzyła w ten sposób na nią i tylko na nią, czy na każdego. Ale to coś znajomego, ta więź, która nagle zrodziła się między dziewczyną a kobietą, była jak... przyjaźń, nie jak przyjaźń, jakby obie miały wspólny, mroczny sekret...

Pamiętajcie - my jako opowiadacze też nie musimy wiedzieć wszystkiego co się wydarza w naszej opowieści i jeśli ta niewiedza wychodzi na dobre ustawieniu narracji, nie bójmy się jej pokazać.

Jeśli miałbym zasugerować, jakie obrazki wybierać do skonstruowania sceny przed BU! ogólnie powiedziałbym, że muszą zawierać w sobie odrobinę tajemnicy. Tajemnicy, której głaskanie samo w sobie będzie intrygujące. Niemniej - im lepszymi opowiadaczami jesteśmy, tym łatwiej zrobić nam jumpa ze wszystkiego: zamkniętego kufra, obierania ziemniaków, wchodzenia po schodach, głaskania chomika. Nie jest ważne co - ważne jest jak to opowiemy.

Przełamywanie rytmu


Dobrym sposobem na przygotowanie jest też stworzenie narracyjnego rytmu. Pewnej powtarzalności sytuacji i fraz, które swoim regularnym powtarzaniem się budują w słuchaczu pewne oczekiwanie na to, że zaraz pojawi się to samo. Przełamanie tego oczekiwania w sposób gwałtowny jest łatwym sposobem na wywołanie BU! A jeśli uda się nam połączyć tę rytmiczność, z zaciekawieniem ("dlaczego masz takie wielkie uszy?") to  mamy słuchacza w garści.


BU!


I kiedy już wyczujemy, że to ten moment - odpalamy bombę. Krótko, najlepiej jednosylabowo. BU! Jak najgłośniej i jak najmocniej. Krzyknijcie, klaśnijcie, rozbijcie szklankę, przewróćcie krzesło, skróćcie też dystans fizyczny przez szybki ruch w stronę widowni, albo sami zareagujcie jakby coś wybuchło. Im więcej bodźców na raz, tym lepiej. Tego się nie da poprawić. Albo siądzie, albo nie. Więc nie wahajcie się zrobić tego jak najmocniej!

Jak wejdzie to dobrze. Koniec. Nasza robota skończona. Bez ceregieli, bez ostrzeżenia. Jeśli widownia skoczy, znaczy, że się udało i możemy ciągnąć dalej opowieść. Tutaj mam tylko jedną uwagę: Lepiej trochę za wcześnie niż trochę za późno. Jeśli słuchacz już prawie jest gotowy, to i tak pewnie zareaguje lepiej niż jeśli moment grozy minie. Najlepiej oczywiście wstrzelić się w moment, ale jeśli to nie wyjdzie - zawsze strzelajcie pierwsi, nie dając mu czasu na reakcję.


A TERAZ ĆWICZENIE


Wybierz czynność domową. Zamiatanie, prasowanie, mycie zębów i zacznij o niej opowiadać. Najpierw normalnie, a potem przejdź do trybu konspiracyjego. Mów o niej jak o najważniejszej rzeczy na świecie. Możliwie ciekawie, a potem coraz wolniej i wolniej. I kiedy uznasz, że to odpowiedni moment - zrób BU! 

Sprawdź jak dużo czasu potrzebujesz na przygotowanie jumpa. czy jest to bardziej 20 sekund czy bardziej 2 minuty? Spróbuj też przeanalizować z ilu elementów składa się twoje BU! Co zrobiło twoje ciało, co zrobił twój głos, co jeszcze się wydarzyło? 

To pomoże Ci zrozumieć jak działasz i w czym czujesz się dobrze i mam nadzieję, w konsekwencji lepiej czuć się przed publicznością.

***

Jeśli Wam się spodobało i chcecie zajrzeć również do poprzednich części, to przypominam: Pierwszą znajdziecie TUTAJ a drugą TUTAJ


A jeśli chcecie sprawdzić szybciutko jak działa jump scare, cóż internet pełen jest filmików i memów nazywanych screamerami, które korzystają z tej techniki. 




4.7.18

Te bohaterskie Króliki!


Wodnikowe wzgórze, Richard Adams, WL 2015
Na warsztacie: Wodnikowe Wzgórze, Richard Adams, Świstacze Rekomendacje, opowieści


Wodnikowe Wzgórze to książka niezwykła. Z jednej strony traktuje tylko o królikach, szukających nowego domu, z drugiej zaś to fantastyczne studium charakterów i społeczeństwa. To jedna z tych pozycji, które doskonale odnajdą się zarówno na półce z literaturą dziecięcą, jak i na półce podpisanej "bardzo poważne książki" obok eposów pokroju Odysei czy Eneidy. To królicza opowieść o Mojżeszu, który wędruje ze swoim ludem do ziemi obiecanej. Serio! Dobra, dojrzała literatura piękna... o królikach. Ale po kolei. 

Wprowadzenie


Podobno Richard Adams wpadł na pomysł Wodnikowego Wzgórza, podróżując ze swoimi dziećmi przez Anglię. Dzieciaki, jak to dzieciaki były nad wyraz znudzone drogą. Biły się, krzyczały i takie tam. W pewnym momencie Adams krzyknął: "Patrzcie - Króliki!".  Dzieciaki uspokoiły się, (ja też bym się uspokoił), ale wiadomo - królik widziany z samochodu, to nie jakaś wielka gratka, zaczęły więc dopytywać ojca o życie tych małych, futrzastych zwierzątek. I ojciec zaczął opowiadać... 

... zaczęło się od tego, że w pewnej królikarni urodził się pewien dziwny królik. Na imię mu było Piątek i choć ostatni z miotu, więc raczej słabowity, był obdarzony wieszczym darem. Pewnego popołudnia miał wizję, w której zobaczył, że jego królikarnia zostanie zgładzona. Namówił więc swojego brata - Leszczynka, by ten przekonał auslę (to po króliczemu starszyzna królikarni) do wielkiego króliczego exodusu, a jeśli to się nie uda, by poprowadził wszystkie króliki, które zechcą uciec. Tak zawiązuje się jedna z najbardziej epickich podróży, jakie można odnaleźć na kartach literatury. 

Wędrujące króliki są brudne, zmęczone i często muszą naprawdę krwawo walczyć o swoje przetrwanie. Adams obdarzony jest tutaj subtelnością naturalisty, który z jednej strony rozumie, że natura wcale nie głaszcze swoich dzieci po główkach, a z drugiej potrafi jak nikt docenić heroiczną wolę przetrwania swoich bohaterów. Jesteśmy świadkami tego, jak tworzy się społeczność, jak Leszczynek ewoluuje do roli Wielkiego Królika i jak często okupione jest to poświęceniami. Króliki napotykają na swojej drodze inne królikarnie, każda z nich zorganizowana jest na swój własny, przedziwny sposób, który często ma na sobie antyutopijny sznyt (Orwell by się nie powstydził). 

Daleko tym królikom do disneyowskiej pluszowatości. Jeśli się boją, to naprawdę mają czego, jeśli nie mają co jeść - to głodują. Jeśli coś je zjada, to zjada na amen, ale właśnie dzięki temu, że nie ma taryfy ulgowej, ci króliczy bohaterowie to rasowe postacie z krwi i kości. Mylą się, muszą podejmować nieznośnie trudne decyzje i płacić za nie niebotycznie wysoką cenę, ale... na tym właśnie polega życie. I na tym polega piękno Wodnikowego Wzgórza

Królicze opowieści 


Kapitalną stroną tej książki jest też to, że Adams stworzył cały króliczy wszechświat. Króliki mają w nim nie tylko swoją własną organizację społeczną, ale także swój własny język (od przeczytania Wodnikowego Wzgórza każdy samochód to dla mnie zaczerpnięte z króliczej mowy "hrudududu"), mają też całą swoją mitologię. Mnie jako opowiadacza, ten drugi aspekt zachwyca najbardziej. 

Wyobraźcie sobie. Jesteście królikami, które wyruszyły w wielki świat. Wcześniej przez całe życie siedzieliście w jednej, niewielkiej królikarni, a teraz wszystko, absolutnie wszystko jest dla Was nowe, a tym samym wszystko może być dla Was niebezpieczne. Prawdopodobnie pod futerkiem odczuwacie coś w rodzaju paraliżującego strachu i niejeden z Was chciałby wrócić do domu... co w takiej chwili można zrobić? 

Czarny Królik z Ilne? 


Można na przykład opowiedzieć historię. O tym jak Wielki Frys stworzył świat i o tym jak pobłogosławił króliczego herosa El-ahrerę (co w mowie króliczej oznacza "Księcia o Tysiącu Wrogów" - wspaniały przykład, króliczej samoświadomości) za jego spryt i upór. Może to niewiele, ale świadomość, że macie po swojej stronie przychylność samego Stwórcy może dać naprawdę solidnego kopa i na jakiś czas powstrzymać ten wredny drapiący pod skórą strach. 

Gdybym miał podać przykład najlepiej ukazujący terapeutyczne wykorzystanie opowieści, zdecydowanie byłoby to Wodnikowe Wzgórze. Każda historia El-ahrery idealnie koresponduje z aktualną sytuacją kompanii Leszczynka. Kiedy walczą o pożywienie, pojawia się historia o kradzieży kapusty. Kiedy zaś Leszczynek musi poświęcić swoje życie (spokojnie - to nie spoiler) przychodzi czas na opowieść o spotkaniu El-ahrery z Czarnym Królikiem z Ilne, który dla królików jest personifikacją Śmierci. Przepiękne jest to, że te opowieści nie tylko stanowią miłe uzupełnienie całej historii, ale przede wszystkim stanowią integralną część życia królików, nadając tej naturalistycznej opowieści niemal mistyczny wymiar. Szczególnie piękny wyraz znajduje to w jednym z ostatnich rozdziałów książki (tak -to jest click bait). 

Na zakończenie


Pamiętam, że o książce opowiedziała mi koleżanka już na studiach. Pamiętam też, że podchodziłem do jej zachwytów sceptycznie i z uśmiechem politowania. Pamiętam, ze zdziwiłem się, że ta "książeczka o królikach" ma prawie 500 stron. I wreszcie pamiętam, jak nie mogłem się od niej oderwać i jak nie zauważyłem, że za oknem najpierw zaszło słońce, a potem znów wzeszło. 

Książka jest wyjątkowa - wyjątkowo dojrzała, mądra, wyjątkowo dobrze napisana i wyjątkowo pouczająca. Po lekturze zdecydowanie nie można patrzeć tak samo na króliki jak przed nią. Świat, który oferuje nam Adams to solidna literacka praca, której można mu tylko pozazdrościć. 

Wartka fabuła, bardzo rozsądne podejście do tematu, głębia i świetni bohaterowie to te rzeczy, dzięki którym Wodnikowe wzgórze zasługuje na tłustą dziewiątkę w skali 1-10. 

Lektura długa, ale od czego są wakacje :) 

Polecam serdecznie ja, 
Mateusz Świstak

Polecam ym bardziej, że krążą wieści, że BBC i Netflix planują uczynić nowy serial. A wiadomo - jak jest serial, to jakoś zapał do czytania słabnie. Spieszcie więc czytać książkę zanim będzie za późno ;)

Przy okazji: Jeśli macie smak na Wodnikowe wzgórze i nie macie nic przeciwko linkom partnerskim, to kliknijcie TUTAJ. Wy nic nie tracicie, a jeśli zakupicie książkę wspomożecie tym Baśnie na warsztacie :)




29.6.18

Zbuntowane lustereczko


Na warsztacie: Śnieżka, Kobiecość, Uroda, Grimm

Dziś chciałbym opowiedzieć Wam o pewnej kobiecie i jej rytuale. Przypomnijmy sobie tę znaną scenę, kiedy królowa ze Śnieżki staje przed lustrem i pyta o to, kto jest najpiękniejszy w świecie. Lusterko odpowiada, że ona - królowa. I tak dzień po dniu, dzień po dniu, dzień po dniu. Pewnego razu zdarza się jednak sytuacja, w której lusterko mówi, że nie ona, że ktoś inny. To prowadzi królową do rozpaczy, a w konsekwencji także do upadku. 

I często scena ta analizowana jest jako konflikt między kobietą, która już kończy, a tą, która dopiero zaczyna, jako zazdrość o seksualną dominację, która w królowej powoli zaczyna przygasać, jako konflikt matki z córką. Interpretacji jest dużo i można by wymieniać i wymieniać, ale od pewnego czasu przykleiła się do mnie myśl, że nawet gdyby nie było Śnieżki, w relacji królowa i jej lustrzane odbicie nic by się nie zmieniło. Przyszedłby dzień, w którym lustro i tak by się zbuntowało. 

Załóżmy, że lustro jest naprawdę magiczne i posiada swoją własną osobowość. Kiedy królowa spogląda w nie po raz pierwszy, lustro dostrzega w niej zjawiskowe piękno. I o tym pięknie informuje. Zupełnie szczerze i zupełnie otwarcie. I następnego dnia pewnie też. Problem w tym, że królowa pyta codziennie. Już nawet nie pyta - raczej nęka lustro. Lustro więc szuka drogi wyjścia, sposobu, żeby przełamać schemat. Deklasuje więc królową a na jej miejsce podstawia kogoś innego. 

I być może nie chodzi tutaj o Śnieżkę, ale o relację królowa-lustro. A lustrem może być mąż, kochanek, przyjaciółka, czasem i dzieci. Królowa nie pyta dlatego, żeby potwierdzić coś, co wie. Pyta, bo chciałaby się dowiedzieć czegoś, czego nie jest pewna. I codzienne, codzienne próby załatania swojego własnego braku prowadzą do sytuacji, w której takie lustro po prostu może mieć dość. 

Przypomnijcie sobie, czy zdarzyło się Wam kiedyś spotkać taką parę, w której kobieta nie jest zadowolona ze swojego wyglądu i raz za razem pyta męża: "Ładnie wyglądam?" "Nie jestem gruba?"  albo męża, który ciągle szuka potwierdzenia u żony, jak to dobrze zarabia, jaki jest silny, dobry w łóżku, albo jak dobrze było podczas ostatniego wyjazdu. Gdzieś w takich królowych jest ciemne miejsce, które sprawia, że nie mogą raz na zawsze powiedzieć, "Tak, jestem piękna i nie obchodzi mnie, co myślisz" albo "tak, mnie się podobało", "Tak, jestem zadowolony ze swoich zarobków" albo ogólnie "tak jestem zadowolona/y z tego kim jestem". 

Królowa nie była zadowolona z tego, kim była. Nie lubiła jakości, jaką reprezentowała. A lustro dotarło do granic swojej cierpliwości. I zamiast powiedzieć królowej: "jasne, od wczoraj nic się nie zmieniło - nadal jesteś najpiękniejszą kobietą w świecie", mówi mniej więcej coś takiego: "w zasadzie dalej jesteś piękna, ale mam dość i się wypchaj - Śnieżka jest fajniejsza!". Ba, lustro mogło nawet nie dodawać, kto zdeklasował królową. Ta i tak zobaczyłaby na pierwszym miejscu kogoś, kto zawsze wzbudzał w niej największe obawy. Śnieżka, pani gosposia, ekspedientka w sklepie, sekretarka, czy szefowa. Każda kobieta, która może wbić w to ciemne miejsce szpilę. Zazwyczaj zresztą bez swojego czynnego udziału. 

Myślę, że to dość częsta sytuacja. Kobiety i mężczyźni niepewni siebie, którzy raz po raz próbują upewnić się o swojej wartości i mężczyźni i kobiety, które z czystego zmęczenia przestają tę wartość potwierdzać. I jeśli dzieje się to ze zwykłej przekory, to może i jest to złośliwe, ale jeszcze niegroźne.  Gorzej jeśli takie "lustra" same zaczynają wierzyć w to, co mówią. Zapominają, że pomimo swojej niepewności ich królowa dalej jest najpiękniejszą kobietą na świecie i swoje spojrzenia kierują w inną stronę. najpierw mówią, że Śnieżka jest najpiękniejsza, a potem patrzą już tylko w Śnieżki stronę. To także droga do upadku. 

Pamiętajcie więc, drogie Królowe - jesteście najpiękniejsze. I w nosie miejsce to, co mówi świat wokół. I bądźcie wyrozumiałe dla ludzi wokół siebie, bo lustro zbyt nękane waszą niepewnością może się zbuntować. A Wy, drogie Lustra - bądźcie cierpliwe i szukajcie takich sposobów, by bez słów wasze królowe czuły się po prostu piękne. 



Zobacz także: Strategie rodzicielskie

Ilustracja: John Dickinson Batten. 

22.6.18

Klub Latających Podróżników - Posłowie

MEK, Kapitan Herman, Klub latających podróżników, zajęcia dla dzieci, dzieci i podróże, Mateusz Świstak, Baśnie na warsztacie,
fot. Grażyna Makara


Przez ostatnie 4 lata miałem zaszczyt i przyjemność prowadzić w Muzeum Etnograficznym w Krakowie cykl spotkań podróżniczych dla dzieci: Klub Latających Podróżników. To spotkania podróżnicze w 90% oparte na opowieściach. We wtorek 19 czerwca odbyło się ostatnie spotkanie czwartego sezonu i ostatnie spotkanie w ogóle. i w związku z tym przyszedł też czas na podsumowanie. 

Przyznam szczerze, że gdyby nie ten cykl to nie byłbym tym kim jestem. Jako opowiadacz i jako edukator. Bo zdarzyły się na początku mojej drogi w tym zawodzie, bo trwały przez ten cały czas, bo były moim polem eksperymentów z formą, treścią i własnym nastawieniem do pracy. 

Poniżej w kilku punktach chciałem napisać o tym, co dał mi Klub Latających Podróżników: 


1. Świata nie da się ogarnąć!


Od pierwszego spotkania moim celem było pokazanie, że świat jest tak wielki i skomplikowany, że nie da się go ogarnąć i nie można go mierzyć tylko i wyłącznie swoją miarą. Świat to zawsze coś więcej niż to, co wiemy na jego temat. Nie jest ani opisem z turystycznego folderu, ani zajawką w wiadomościach, ani też kliszą wyjętą z awanturniczych opowiadań. To zawsze coś więcej. Niestety przez filtry, jakimi podawany jest nam świat, często widzimy tylko jedną jego stronę - zazwyczaj tę, która najbardziej pasuje nam lub tym, którzy nam dany obrazek podają. Myślę, że przy pracy z dzieciakami warto jak najbardziej rozbijać ten obraz, zanim skostnieje na dobre. 

Niech przykładem będzie taka scenka: Pokazuję zdjęcie Masaja rozmawiającego przez komórkę. Na to jeden z chłopców pyta: "A skąd on ma telefon?". Odpowiadam: "bo to XXI wiek". Dla nas, chowanych na kliszach, gdzie dzikie plemiona nie robią nic innego jak tylko czyhają na bohatera, by zrobić z niego kolację, taka scenka jak Masaj z komórką, to trochę rozbijanie światopoglądu. I dobrze. 

MEK, Kapitan Herman, Klub latających podróżników, zajęcia dla dzieci, dzieci i podróże, Mateusz Świstak, Baśnie na warsztacie,
Fot. Olga Błaszczyńska


Ten świat nie do ogarnięcia, to miejsce w którym zazwyczaj będziemy naiwni i będzie nas o wiele łatwiej oszukać niż nam się wydaje. Jeśli jednak wiemy, że nie jest do ogarnięcia, otworzą nam się szerzej oczy być może wreszcie zobaczymy to co naprawdę znajduje się przed naszymi oczami. 

2. Trzeba opowiadać o trudnych sprawach!


Naszym zadaniem jako opiekunów intelektualnych naszych dzieciaków jest to, żebyśmy opowiadali o trudnych sprawach jak najprościej. A w zasadzie tak, żeby dzieciaki zrozumiały. Nie można ich zbywać, mówiąc "jesteś na to za młoda/młody" Nie! Jeśli dziecko stawia jakieś pytanie, to znaczy, że potrzebuje na nie odpowiedzi, a jeśli potrzebuje odpowiedzi, naszym zadaniem jest odpowiedzieć tak, żeby zrozumiało istotę problemu na tym poziomie, na który w danym momencie jest. Nasze zadanie to odpowiednio, znaczy prosto, ujmować nawet najbardziej skomplikowanie zagadnienia. Kiedy byliśmy w Republice Południowej Afryki nie mogliśmy nie powiedzieć o tym, co to był (jest?) apartheid, albo trudno było powiedzieć, dlaczego Ghandi zrobił to, co zrobił, bez wyjaśnienia na czym polegał problem Indii jego czasów. Podróżnicy dali mi odwagę mówić o tych rzeczach, a także otworzyli na nie głowę i serce. Za co nie mogę nie być im wdzięczny!

Czasem trudne tematy były prowokowane przez miejsca, w które jechaliśmy, czasem przez same dzieciaki i to też było wspaniałe. Bo to, że ktoś nagle pyta mnie: a co to są komisje sejmowe, albo dlaczego ludzie się rozstają (albo "dlaczego kiedy policja wykryje że mamy we krwi alkohol najlepiej odpowiedzieć, że jedliśmy jabłko") licząc na to, że znam odpowiedź, to znak, że osoba pytająca widzi we mnie osobę wiedzącą o rzeczach. Czasem wiedziałem, a czasem nie. I to jest kolejna rzeczy, której podróżnicy mnie nauczyli. Mówić szczerze: "nie wiem". 

3. Świat ciekawostek...


Wiecie, że w Nowej Zelandii był gość, który przegrał w pokera to, że musiał zmienić imię na: 
Full Metal Havok More Sexy N Intelligent Than Spock And All The Superheroes Combined With Frostnova? Widzicie - już wiecie. Albo na przykład to, że w związku z ogromną ilością operacji plastycznych powiększania piersi i pośladków, w Kolumbii konieczne jest produkowanie manekinów w nieco powiększonych rozmiarach? Widzicie - też już wiecie. Dla mnie każdorazowe przygotowanie zajęć, było zanurzaniem się w świat takich niezwykłości, że trudno sobie wyobrazić. Doszło nawet do tego, że kilkoro moich znajomych, znając moją inklinację do zbierania ciekawostek, zaczęło regularnie zasypywać mnie linkami do różnych historii. Wymienialiśmy się nimi, a wiedza o świecie osmotycznie wzrastała. Tele - Tobie szczególne i wielkie dziękuję.

MEK, Kapitan Herman, Klub latających podróżników, zajęcia dla dzieci, dzieci i podróże, Mateusz Świstak, Baśnie na warsztacie,
Fot. Marcin Wąsik



Przy okazji ciekawostek, taki life hack. Przyjdzie mi jeszcze pewnie kiedyś o tym napisać dwa zdania, ale jeśli kiedykolwiek będziecie przygotowywać zajęcia na jakikolwiek temat, zacznijcie od wpisania waszego hasła z dopiskiem "Ciekawostki" lub "interestung facts". Wiedzę uzyskacie podobną jak na Wikipedii i gwarantuję, że będziecie mieli z samej kwerendy większy ubaw. Jak tylko uporam się z trzecią i czwartą częścią artykułów o strachu, opiszę na przykładzie jak szperać w poszukiwaniu materiałów.

3. Edukacja to nie wychowanie!


Podróżnicy to grupa dzieciaków, z którą w swojej pracy miałem zdecydowanie największy kontakt. Nie dość, że widywaliśmy się raz w tygodniu, to jeszcze niektóre dzieciaki przychodziły na piątkowe "Tam i Tu" albo "Coś takiego" w naturalny sposób budowała się więc między nami więź. A im mocniejsza była ta więź, tym bardziej dochodziła do mnie jedna prawda: moją rolą jest przekazywanie dzieciakom wiedzy... i nic więcej. Mogę mieć swoje standardy zachowań i mogę próbować wytworzyć taką atmosferę, żeby uczestnicy zajęć mieścili się w ramach tych standardów, ale - przecież nie zmuszę ich, żeby byli inni niż ich wychowanie.

MEK, Kapitan Herman, Klub latających podróżników, zajęcia dla dzieci, dzieci i podróże, Mateusz Świstak, Baśnie na warsztacie,
Fot. Marcin Wąsik


Piszę o tym, bo często miałem ciągoty, żeby intencjonalnie próbować wychować jedno czy drugie dziecko i wiem, że spora grupa osób pracujących w tym biznesie ma takie same zagwozdki. O ile w przypadku Podróżników miałem szalenie dużo szczęścia do dzieciaków, o tyle podróżnicza perspektywa pozwoliła mi często stanąć z boku w pracy przy innych zleceniach,z takimi dzieciakami, o których wychowaniu zapomnieli nawet rodzice. Drodzy edkuatorzy, pozwólcie że powtórzę - naszym zadaniem jest edukować dzieciaki. Kropka. Reszta, to rola rodziców. A dla nas - albo wartość dodana, albo kłoda pod nogi. 

4. Nagrody


Klub Latających Podróżników otrzymał pośrednio dwie nagrody Słoneczników. Pośrednio, bo w 2016 roku dostaliśmy statuetkę za najlepsze zajęcia razem z Etnokalendarzem (czyli też Muzeum Etnograficzne), a w 2017 nagrodę rodziców otrzymały zajęcia Tam i Tu, które są pochodną Klubu. Już to jest wystarczy, żeby usiąść i klepać się po brzuszku. Niemniej, pomimo, że to jedne z najfajniejszych nagród jakie zdobyłem, nie są najważniejszymi nagrodami. Bo najważniejsi są ludzie, których w czasie tych 4 lat poznałem. Nie mogę nie wspomnieć o Ani Grajewskiej, która zaproponowała mi prowadzenie tych zajęć i Oldze Błaszczyńskiej, która sprawowała nad nimi pieczę, kontaktowała się tydzień w tydzień z rodzicami i ostatecznie dała zielone światło, żeby ruszyć z Tam i Tu. i oczywiście Natalii Ciemborowicz-Luber, która była najlepszym wsparciem promocyjnym jakie można sobie wyobrazić. Jeśli to czytacie - Dzięki Wam! Wielkie dzięki.

MEK, Kapitan Herman, Klub latających podróżników, zajęcia dla dzieci, dzieci i podróże, Mateusz Świstak, Baśnie na warsztacie,
Fot. Grażyna Makara
Nagrodą dla mnie byli oczywiście także rodzice, z którymi mogłem wymienić się nie tylko spostrzeżeniami na temat życia, wszechświata i całej reszty (dzięki Ado!), ale także tytułami filmów, seriali, książek i metodami przygotowań do maratonu. Dziękuję Wam! 

Wisienką na torcie są zawsze sami Podróżnicy, którzy stworzyli ze mną ten mały wszechświat. Pełen chaotycznej energii jaką miał kosmos u swego zarania. Tej energii, z której potem, mam nadzieje, wszystko wyewoluuje. Nie chcę wymieniać Was wszystkich z imienia i nazwiska, bo RODO, poza tym lista taka byłaby dość długa, a do tego systematyzowanie chaosu jest bez sensu. Umówmy się więc, że każde z Was wpisze swoje imię w puste miejsca poniższego zdania: 

Droga/Drogi _______________ twoja obecność podczas spotkań Klubu Latających Podróżników i więź jaką mogliśmy zbudować, była największą nagrodą dla mnie za prowadzenie tych zajęć. Dziękuję Ci bardzo. I życzę szerokiego świata, pełnego niespodzianek. 

5. Ciągi dalsze


Przyznam szczerze, że wszystko jest poniekąd ciągiem dalszym Klubu Latających Podróżników, bo tyle we mnie klubowego materiału i pomysłów, i tyle we mnie klubowego sposobu pracy, że trudno będzie się tego wyzbyć. I dobrze. Niech kiełkuje, niech buzuje, niech się z tego coś wykluje. Mam też nadzieję, zająć się bardziej na poważnie Dziennikiem Kapitana Hermana - czyli fikcyjną historią "wygrzebaną gdzieś z odmętów muzealnego archiwum", która stanowiła kanwę naszych zajęć. Lubię i kapitana, i Pimple'a, i nie chciałbym, żeby pozostali za drzwiami tego zamkniętego rozdziału. Potrzebuję tylko trochę przestrzeni i czasu, żeby ten duet mógł zajaśnieć w pełnej krasie, a wtedy Nelo, mała reporterko, drżyj! ;) 

MEK, Kapitan Herman, Klub latających podróżników, zajęcia dla dzieci, dzieci i podróże, Mateusz Świstak, Baśnie na warsztacie,
Fot. Marcin Wąsik

6. Koniec...


Im dłużej piszę, tym bardziej zdaję sobie sprawę, że choć w mojej pracy było wiele dużych momentów, świetnych projektów itd. Klub Latających Podróżników zawsze był tą rzeczą, która mnie definiowała (święta instytucja "we wtorek jestem zajęty"). Powiedzieć więc "Stop - już wystarczy" staje się momentem przedefiniowania. Mam nadzieję, że w dalszą drogę uda mi się ruszyć zabierając do swojego podróżnego plecaczka wszystko to, co czasie tych 4 lat było najbardziej wartościowe. 

Zakrzyknę zatem "Hej Przygodo!", zakrzyknę "Dzięki!" i "Do zobaczenia"... we wszystkich innych odsłonach.

Podobne:

Kiedyś pisałem o Gliwickich Bohaterach - innym cyklu, który wyglądał tak, jak wyglądał, właśnie przez moje doświadczenia z Klubem. W tekście jest też kilka wskazówek, jak mówić o sprawach nienajłatwiejszych.

Artykuł znajdziecie TUTAJ

(wszystkie zdjęcia pochodzą ze strony lub fanpejdża Muzeum Etnograficznego im. Seweryna Udzieli w Krakowie).