6.12.18

Pola widzenia książki - posłowie 

Tworzenie wspólnej opowieści. Foto A. Hadyna

Na warsztacie: pola widzenia książki, storytelling w edukacji


Dwa tygodnie temu zakończył się jeden z najwspanialszych projektów, w jakich miałem przyjemność uczestniczyć - "Pola Widzenia Książki" organizowany przez Dom Oświatowy Biblioteki Śląskiej w Katowicach. Założeniem projektu było pokazanie książki i procesu jej percepcji w możliwie szerokim kontekście. Od sztuk wizualnych, przez muzykę tradycyjną, teatr, znak, język, opowieści tradycyjne i podróż. Miałem zaszczyt prowadzić młodzież przez dwa ostatnie segmenty tego przedsięwzięcia - baśnie i podróże. 

Nowy wymiar słów


W całym procesie przygotowania i prowadzenia zajęć było kilka elementów zupełnie nowych. Po pierwsze młodzież - odbiorcami byli gimnazjaliści. To zdecydowanie stawiało nowe wyzwania komunikacyjne, chociażby z tego względu, że mówienie do dzieci to lwia część mojej pracy i chcąc nie chcąc wyrobiłem już sobie pewne nawyki, które działają. Do dzieci mówi się obrazami, mówi się metaforą i kontekstem, który istnieje w chwili mówienia. Młodzież żyje na przedsionku języka zdefiniowanego. Zdefiniowanego przez pojęcia wyniesione ze szkoły i przez portale społecznościowe. Naginanie własnego języka i myśli, żeby przekazać to, co mam do przekazania, było trochę jak płynięcie przez rafy. Były miejsca przepustowe i były te, o które łatwo się było po prostu roztrzaskać. A roztrzaskać się to tracić zaufanie. 

Ostatecznie okazywało się, że chodzi o to, o co zawsze chodzi. Można wymyślać sobie system mówienia do kogokolwiek, ale ważniejsza jest szczera chęć kontaktu. Jestem jaki jestem i mówię, co mam do powiedzenia - chcę porozmawiać. I to wystarczy. Tyle mogę dać, bo to cały ja - wszystkie inne triki mają znamiona manipulacji i jeśli ktoś mnie na nich przyłapie - stracę zaufanie. Mówienie do młodzieży bardzo to uwypukla i zmusza do większego partnerstwa. To jednak o wiele bardziej ukształtowane osobowości niż dzieci. Jest w nich więcej rzeczy, emocji i myśli, na które trzeba uważać i które trzeba uszanować. Z drugiej strony można też pozwolić sobie na więcej prowokacji, bo młodzież posiada coś, czego dzieciom brakuje - zmysł krytyczny. To wielkie narzędzie dla prowadzącego. Punkt, w od którego można się wielokrotnie odbijać... albo nie, inaczej: to punkt, z którego można się wybijać. 

 Foto A. Hadyna


Niech na podsumowanie tej części wystarczą słowa, jakie Małgosia Jabłońska powiedziała podczas finału projektu: "Chciałabym zrobić sobie koszulkę z napisem MŁODZIEŻ JEST WSPANIAŁA" (mam nadzieję, że nie przekręciłem). Też nosiłbym taką koszulkę. 

Nowy wymiar podróży


DOBŚ jest w posiadaniu gabinetu Alfreda Szklarskiego. Przez ten fakt, gdzieś nad wszystkimi działaniami związanymi z podróżami unosił się duch twórcy Tomków. Dla mnie, jako osoby, która od kiedy pamiętam, opowiada o podróżach, poczucie, że ktoś "patrzy" dodawało motywacji. Teraz za każdym razem, kiedy miałem warsztaty z segmentu książka/podróż, czułem odpowiedzialność za to, co mówię. Czułem, że nie tylko muszę sprostać swojej publiczności, ale też Alfredowi Szklarskiemu. Przedziwne uczucie. Przy okazji miałem zresztą szansę odświeżyć sobie Tomki, co okazało się bardzo pouczającym doświadczeniem. (szybka recenzja - ksiażki absolutnie trącą myszką... i trudno się od nich oderwać. Etnograficznie - superanckie. Polecam. KUP TUTAJ ;) ). Pokazanie młodzieży jak zrobiona jest książka, pozwoliło mi wziąć na warsztat samą tkankę powieści. Porozkładać ją, przejrzeć styl, przejrzeć sposób konstruowania fabuły, postaci, wykorzystanie faktów - w takich chwilach nie da się (i nie należy) nie porównywać z własnym warsztatem. A to bardzo rozwijające i bardzo czułem, jak refleksje wyniesione z takiego czytania Tomków wpływają na to, jak prowadzę Tam i Tu, czy Klub Latających Podróżników

Przyznam się też, że po cichu podczytywałem książki z biblioteczki Szklarskiego. Kilkanaście minut w jego gabinecie, to zawsze kilka stron tekstu, parę ciekawostek, jakiś trop do sprawdzenia, a do tego uczucie, grzebania w bibliotece pisarza. Wiecie... pisarza. To jakby rycerz pozwolił ubrać mi swój hełm, albo pokazał parę ruchów mieczem. 

 Foto A. Hadyna

Przygoda ta byłaby oczywiście bez sensu, gdyby nie fakt, że zaistniała ona pomiędzy mną, a młodzieżą i wszystko, co wyszło z gabinetu i z Tomków posłużyło jako pretekst do mówienia o świecie, w którym przyszło nam żyć. I znów przyszedł czas na posumowanie.  Pewnego popołudnia dostaję wiadomość na Whatsappie. Nieznany numer, zdjęcie Tomka na wojennej ścieżce i podpis "Przeczytałem". TO było od jednego z uczestników. 


Konkrety


Pola widzenia książki miały też ten wspaniały aspekt, że zostało po nich kilka bardziej namacalnych rzeczy. Przy okazji pracy nad projektem miałem przyjemność poprowadzić swoją młodzież przez proces tworzenia opowieści, który zakończył się nagraniem płyty z ich autorskimi bajkami. Lektorami nagrań byli pani Ewa Niewiadomska z Radia Katowice i nieodżałowany pan Bernard Krawczyk. Powstała też mapa, prowadząca katowickimi śladami Alfreda Szklarskiego, powstała gra terenowa dziejąca się w bibliotece. To tylko z mojej strony. Powstały też inne fantastyczne projekty, z których moim ulubionym jest maszyna do losowania wierszy autorstwa Małgosi Jabłońskiej i Piotra Szewczyka. W mojej pracy, która zawsze jest procesem, takie ślady znaczą naprawdę wiele. Trzymam je na półce, żeby przypominały mi o tym, że jednak coś się wydarzyło. Kogoś spotkałem, przez coś przeszliśmy razem. 

Ewa Kokot, Ewa Niewiadomska, Bernard Krawczyk i ja. Foto D. Halimoniuk


Jeszcze jeden konkret, choć mniej materialny. W trakcie trwania projektu Ewa Kokot (głowa i serce całego projektu),  zaprosiła mnie do wspólnego stworzenia akcji na festiwal Sztuka Szuka Malucha. Jej pomysł na wizualne połączenie  opowieści w formie wielkiego sześcianu, to był strzał w dziesiątkę. Przyznam, że choć sporo czasu minęło od poznańskiego festiwalu wspólnie przeprowadzone warsztaty należą do jednych z najciekawszych i najlepszych jakie zdarzyło mi się prowadzić. I to też dzięki Polom widzenia... . A jeszcze bardziej dzięki Ewie. 

Nie wiem, czy powinno się robić takie rzeczy, ale nie sposób nie wspomnieć o Ewie Kokot, Ewie Muc i Anastazji Hadynie, które tworzą DOBŚ. To wspaniałe Kobiety! Dzięki nim, to miejsce ma tak niesamowitą energię, jak mało która placówka edukacyjna w Polsce. To miejsce ma osobowość. Każda z Pań jest jej nieodzownym komponentem. I za tę energię uwielbiam każdą chwilę, którą tam spędziłem. Niesamowite jest to, że każda z wymienionych Pań w pewnym momencie powiedziała mi coś, co wpłynęło na to, jak myślę. Przy różnych okazjach, przy różnych sposobnościach, rzeczy małe, rzeczy bardzo duże, ale zawsze znaczące. I to też jest wspaniałe. Wymiana. i to też jest konkret!

Maszyna do losowania wierszy, w tle autorzy Małgorzata Jabłońska i Piotr Szewczyk, foto. D. Halimoniuk


Największe odkrycie! 


A teraz najciekawsze - po dwóch latach prowadzenia swoich bloków tematycznych, a dokładnie na ostatnich zajęciach z całego cyklu, ostatnich, najostatniejszych, zdałem sobie sprawę o czym ja mówię do tych ludzi. O czym ja w ogóle mówię do ludzi... i po co to robię. O baśniach, literaturze podróżniczej, podróżach i literaturze - to jasne. Ale głównym tematem moich spotkań było niezrozumienie. Każde słowo, które wypowiadałem, dotyczyło właśnie tego tematu. Mówiłem o tym, że nie rozumiemy ani świata, ani starych opowieści, ani siebie!

foto. D. Halimoniuk


Nawet nie potrafię opisać, jakie to było odkrywcze. Zdać sobie sprawę z procesu, w którym się jest nie przez dwa lata, nie w trakcie projektu, ale wokół którego toczą się wszystkie moje opowieści. Wszystkie od kiedy zacząłem opowiadać. Zdać sobie sprawę z tematu, do którego wraca się raz za razem i którego zdefiniowanie zdejmuje kilogramy z klatki piersiowej. Moim tematem jest niezrozumienie. I myślę, że nie udałoby mi się do tego dojść, gdyby nie czynniki, o których pisałem wcześniej - młodzież, do której trzeba inaczej mówić, pisarz, którego próbowało się rozgryźć, rozciągnięty czas pracy nad jednym tematem i zestawienie dziedzin, w tak ścisłej od siebie zależności. I nagle bum! Wiem coś, czego nie wiedziałem wcześniej. Przede mną tajemnica. Nie da się jej rozgryźć, to nie sprawa o morderstwo, czy kradzież batonika. To nie zagadka. To tajemnica. Budząca pobożny lęk, której zgłębianie jest naszym obowiązkiem, ale którą trzeba rozpoznać może dotknąć, ale której nie da się wysłowić. 

Na to nie mam podsumowania. Jedynie ciekawość - co będzie dalej...


***

Wszystkie zdjęcia pochodzą z fanpejdża Domu Oświatowego Biblioteki Śląskiej.

Podobne - Gliwiccy Bohaterowie - Posłowie

31.10.18

Kolce

ilustracja: Yael Albert

Na warsztacie: Jasio-Jeżyk, Baśnie braci Grimm

Baśń, której dziś chciałbym poświęcić kilka słów jest tak wielopłaszczyznowa, że w tym jednym artykule nie uda się ująć wszystkiego. Postaram się zatem wyłuszczyć jedynie te aspekty opowieści, które od paru dni leżą na moim stole i w których grzebię, przekręcając śrubki, dokręcając cylindry etc.

W skrócie opowieść przedstawia się tak:

Był sobie chłop, któremu urodził się syn, ale nie taki zwykły, tylko półjeż. Ojciec oczywiście nienawidził syna (bo nienormalny) i trzymał go za piecem. Kiedy Jasio-Jeżyk miał 8 lat, ojciec kupił mu na targu dudy. Chłopiec zabrał instrument i na kogucie odjechał w las paść świnie. Tam spotkał króla, który się zgubił. Król obiecał mu, że za wyprowadzenie z lasu odda pierwszą rzecz, którą zobaczy w domu. Wiadomo - córka. Król postanowił, że nie wywiąże się z obietnicy, bo i po co? Potem zdarzył się drugi król, ale ten był jakoś bardziej słowny. Do owych panów za chwilę wrócimy. Tymczasem nasz Jasio-Jeżyk-świniopas odnosi na polu hodowli trzody chlewnej wielkie sukcesy i wraca do ojca z potężnym stadem. Ojciec się nie cieszy, bo choć świnek pod dostatkiem, to jednak syn jakiś taki dziwny. Jasio zostawia mu świnie i rusza w świat. 

Na swoim kogucie dotarł do zamku, gdzie mieszkał niesłowny król. Jasio-Jeżyk siłą zmusił monarchę do oddania księżniczki, a kiedy już miał ją w swoich rękach, zniesławił dziewczynę (kłując mocno kolcami) i przepędził. Potem pojechał do drugiego króla, który wywiązał się ze swojej obietnicy. Podczas nocy poślubnej, stracił jeżową skórę i został czarnym młodzieńcem. A jako, że w baśniach czarny to nie kolor skóry, ale stan moralny, medycy wzięli się za niego i dzięki skomplikowanym zabiegom wybielili co trzeba. Wreszcie Jasio-Jeżyk został tylko Jasiem, od króla dostał królewnę i królestwo i wszyscy żyli długo i szczęśliwie.

Tyle bajka. Można by zacząć od opowieści na temat patologicznej relacji na linii ojciec-syn, ale w tej baśni o wiele ciekawsze jest coś innego, a mianowicie to, że poza tak ostentacyjnym brakiem miłości ze strony swojego ojca Jasio-jeżyk jest całkiem normalnym facetem. Bo baśń ta wraca do mnie właśnie jako opowieść o "zupełnie normalnym facecie". Przyjrzyjmy się temu, z czego składa się nasz Jasio.

Zapiecek


Jasio nie potrzebował wygód. Wystarczyło mu miejsce za piecem. Twardo, ale ciepło i wyspać się można. To miejsce, w którym może dojrzewać to, kim ten nasz Jasio-Jeżyk będzie. Nie jest - dopiero się stanie. Zapiecek to miejsce, w którym jest się bardzo blisko jądra domu - czuje się jego ciepło, czuje się zapachy przyrządzanych codziennie posiłków, można tam wreszcie usłyszeć plotki kobiet, nowiny przynoszone ze świata i opinie mieszkańców na ich temat. I można w tym wszystkim nie uczestniczyć. Jasio-Jeżyk w ogóle nie był zainteresowany domem. Jego sprawami, jego problemami, a co za tym idzie - domową interpretacją świata. Chłopcy tak mają. Wolą marzyć o wielkim świecie, niż słuchać narzekania ciotek. Siedzieć w swoich wyimaginowanych krainach, gdzie mogą być bohaterami, a nie kolejną pepluchą.



Chłopcy są "poza". Mężczyźni są "poza". Bywają w pełni zaangażowani, ale potem muszą uciekać. Czasem wystarczy im zapiecek, czasem potrzebują swoich małych pustelni - popołudnia w gabinecie, spaceru, albo okrężnej drogi do domu, czasem uciekają w alkohol, kompulsywne granie, albo romanse (bo romans jest czymś poza). I to zaczyna się już w chłopięctwie. Lubię o tym myśleć słowami Toma z piosenki powyżej - "Opuszczam swoich bliskich, opuszczam wszystkich przyjaciół, choć ciałem wciąż w domu, moje serce porywa wiatr"/

Kiedy byłem młodszy pamietam, że wszystkie wizyty u rodziny spędzałem w drugim pokoju - było słychać rozmowy z salonu, ale wolałem to drugie pomieszczenie, bo tam na ścianach wisiały kiepskiej jakości ozdobne szable. Mogłem na nie patrzeć godzinami i marzyć o tym, co z takim orężem można by zwojować (potem okazało się, że przy pierwszym starciu krótki rapier cały się pogiął). Do dziś notorycznie zapadam się we własnej wyobraźni - szczególnie w chwilach, gdy żona zasypia i zostaję sam na sam z pustym sufitem. Eskapizm natychmiastowy, do tego jeden z tych, które nikogo nie ranią. Myślę, że Jasio-Jeżyk też uciekał w siebie. Za piecem znajdowało się jego małe królestwo, w którym mógł dojrzewać - jako mężczyzna. Absorbował zasłyszane rozmowy, brał je do siebie, albo odrzucał. Sytuacja w domu sprawiała, że mógł marzyć tak, jak chciał. 


Dudy i Kogut


To pewnie na zapiecku odkrył dwie najważniejsze dla niego rzeczy - po pierwsze wrażliwość na sztukę, po drugie zaś swoją własną jurność. Bo kogut to przecież najbardziej jurny ptak w obejściu. Stąd zresztą zwyczaj serwowania rosołu podczas wesela. Żeby się młodym chciało i żeby potomstwo było. Nasz Jasio daje się ponieść takiemu kogutowi, ale ptak równoważony jest przez dudy. Pierwiastek dionizyjski łączy się z pierwiastkiem apollińskim. Bohater karmi zarówno to, co w nim wzniosłe, jak i to, co najbardziej przyziemne. Warto zauważyć taki szczegół - Jasio jest jeżem, a dudy  mają skórzany miech, który łatwo może zostać przekuty przez kolce. Jednak nic takiego się nie dzieje. Kolczasty bohater śmiało pogrywa sobie na dudach, pomimo kolców. Chciałoby się wręcz rzec - że sztuka jest delikatna, ale wytrzyma wszystko, jeśli oddaje się jej serce.
Jak Wam się wydaje - dlaczego jeż gra akurat na dudach?

Volle Auflösung



I znów można przyrównać do tego nas facetów, którzy z jednej strony są w stanie poświęcić wszystko dla najbardziej wzniosłych idei, a z drugiem dać się ponosić swoim najciemniejszym impulsom. Dążenie do piękna, prawdy, albo czegokolwiek, co postawimy na piedestał, często kończy się spektakularnym upadkiem. Wielkim artystom wyciąga się skandaliczne uczynki, które przekreślają marzenie, do którego dążyli. Wydaje mi się, że często zapominamy, że te dwa pierwiastki - dudy i kogut żyją równolegle. I gdyby nie jeden, drugi nie byłby w stanie się rozwijać. Gdyby nie było koguta, Jasio-Jeżyk nie wzleciałby na gałąź i nie mógłby rozwijać gry, która sprowadzi króla. Kastrat nie byłby w stanie tego dokonać. Mężczyźni mogą więc być albo płodni twórczo i nieprzewidywalni, albo całkiem ułożeni i zupełnie jałowi twórczo. Inna sprawa jest taka, że często nie wiedzą, jak wykorzystywać swojego koguta, by grać na dudach. 

Świnie


Zanim przejdziemy do najważniejszego, trzeba jeszcze na chwilę zatrzymać się na świniach. Świniach, które w sytuacji Jasia-Jeżyka mogą być interpretowane dwojako. Po pierwsze to świnie symbolizujące obfitość. Kiedy Jasio-Jeżyk siada na gałęzi i zaczyna grać, okazuje się, że to co otrzymał od ojca zaczyna się mnożyć. Zainwestowany kapitał zwraca się po wielokroć tylko dlatego, że bohater postanowił nie siedzieć na miejscu i ruszyć za swoją naturą - i połączyć oba jej aspekty. 
Z drugiej strony Jasio nie hoduje gęsi, wołów ani owiec - hoduje świnie. A świnia nie ma najlepszych notowań wśród zwierząt. Jest raczej tym zwierzęciem, którego nie zaprasza się na podwieczorek. To bardzo dobrze koresponduje z naszym kogucikiem. Możemy pomyśleć, że Jasio na początku pielęgnuje swoje nienajlepsze instynkty. Tłumacząc na dzisiejsze - Jasio na początku musi się wyszumieć. I robi to całkiem spektakularnie. Potężne stado świń, można uznać za błędy młodości, o których pewnie będzie opowiadać swoim wnukom, albo po prostu je przemilczy. To czas gniewu, czas popełniania najbardziej wstydliwych i okropnych czynów, ale takie rzeczy, dla facetów mają szczególne znaczenie - są jak ściany, o które można roztrzaskać się na dobre, albo odbić we właściwym kierunku. Póki nie mamy tego kierunku, jest nam pewnie ciężko, a nasi bliscy i społeczeństwo patrzy na nas jak na pierwiastek wywrotowy, albo przynajmniej jak na troglodytów. Wypadamy szorstko, albo jak chamy i buraki, przynajmniej w odniesieniu do ogólnie panującego savoir-vivre. Niech będzie! Jest nam to podskórnie potrzebne. By się odnaleźć, albo by ktoś nas odnalazł. Jak król Jasia-Jeżyka. 

Kiedy nadchodzi odpowiedni moment, facet, jak Jasio po prostu zostawia swoje błędy w przeszłości i odchodzi. Jednak taką przeszłość i jej nawyki można nosić na sobie jeszcze długo. Jak Jasio-Jeżyk nosił swoje kolce. 


Kolce

Nie chcę zostać źle zrozumianym - nie namawiam nikogo, żeby tarzał się w swoich chuciach i popełniał czyny, które padną cieniem na jego biografię. Nie namawiam też mam, żeby dawały syna cegły do rąk i zachęcały do rzucania w sklepowe witryny. Chcę raczej powiedzieć, że każdemu facetowi to się zdarza. W mniejszym lub większym stopniu. Bo taki jest nasz program. To te wszystkie przypadkowe bójki, to głupie wybryki alkoholowe, erotyczne lub inne, to chamskie odzywki do przełożonych, niespodziewane wybuchy agresji i rzucanie po ścianach kubkami. Czasem krzyk. Wiem - brzmi niecywilizowanie i każdy psycholog kazałby to leczyć.

Briam Kesinger


Niestety to są kolce, które każdy z nas przez pewien czas musi nosić. Musi być gburem i prostakiem, mściwym i nieokrzesanym, który swoim zachowaniem kłuje społeczeństwo. To jesteśmy my, faceci i to jest część naszego procesu rozwoju. Nasze kolce. Jasio-Jeżyk jest w tym wypadku całkiem normalnym gościem, który został opisany przez piękną metaforę. Człowiek z kolcami.

Te kolce znikną, kiedy przyjdzie odpowiedni moment. Wtedy zostanie po nich tylko zaplamiona na czarno skóra (metaforycznie). Bo kolce to faktyczne niekorzesanie, to plamy na honorze, które powstały kiedy taki honor dopiero się kształtował. Będą tam i trzeba będzie wiele czasu, żeby je wybielić. Niemniej - to wszystko jest częścią procesu, który każdy chłopiec musi przejść, który niejednemu odbije się czkawką i który... jest nieunikniony.

Na koniec więc pozostaje mi życzyć wszystkim opiekunom chłopców, żeby nie za bardzo pokłuli się o kolce, a wszystkim chłopcom, żeby pewnego dnia zrzucili to, co noszą na grzbiecie i żeby pod spodem nie było za dużo czarnego. Żeby nie podziurawili swoich dud i pewnego dnia znaleźli zamek, który zaakceptuje ich pomimo gość szorstkiej i kłującej skóry.


30.9.18

Bardzo niefortunny tekst

Seria niefortunnych zdarzeń, w wersi Netfliksowej.

Na warsztacie: Lemony Snicket, Daniel Handler, Seria niefortunnych zdarzeń

Dawno temu, kiedy na ekrany kin wchodziła film Lemony Snicket: seria niefortunnych zdarzeń z Jimem Carreyem jako hrabią Olafem, nie wiedziałem, z czym to się je. Ale film okazał się co najmniej ciekawy, a Carrey swoją kreacją po raz kolejny pokazał, że ma warsztat. Dlatego bardzo ucieszyłem się, kiedy Netfilx zapowiedział swoją serialową adaptację książek. Zrobili to ciut inaczej, Neil Patrick Harris jako Olaf zachwycił zupełnie inaczej, serial wypadł bardzo dobrze, ale gdzieś w połowie sezonu, zdałem sobie sprawę z tego, że w sumie, to warto byłoby przeczytać choć jedną książkę, z której serial czerpie. Na początku tego roku chwyciłem więc Przykry początek, a potem... cóż, nie jadłem, nie piłem, tylko wchłaniałem kolejne tomy. W niespełna dwa tygodnie było po wszystkim (łącznie seria ma trzynaście tomów), a zarówno film jak i serial, przybladły... dość mocno. 

Lemony Snicket z miejsca wskoczył bardzo wysoko na listę moich ulubionych książek dla dzieci i młodzieży. Pozwólcie mi więc nakreślić kilka zdań o tym, dlaczego tak się stało. Zacznijmy jednak od wprowadzenia: 

O co chodzi? Wyobraźcie sobie, że jesteście rodzeństwem. Kochającym się, szczęśliwym i do tego z bardzo dobrego domu. I nagle, dajmy na to podczas zabawy na plaży zjawia się, gość w meloniku, nazwijmy go panem Poe i oświadcza wam, że wasi rodzice właśnie zginęli w pożarze razem ze wszystkim, co wcześniej nazywaliście domem. Jakby tego było mało, waszym nowym opiekunem zostaje psychopatyczny krewny - nazwijmy go hrabią Olafem, który patrzy na Was swoimi błyszczącymi, błyszczącymi oczami, spod swojej jednej brwi (względnie okiem wytatuowanym na kostce) i myśli o was jedynie w kontekście pozostawionego przez waszych rodziców majątku. I który zrobi wszystko, żeby położyć na nim swoją bezwzględną i kościstą łapę. 

Tak to się mniej więcej zaczyna, a potem, ze strony na stronę, z tomu na tom jest coraz gorzej. I to jest wspaniałe. Z wielu powodów, którym poświęcę kilka poniższych zdań. 

Po pierwsze - Pesymizm i absurd 


Ciężki, czerpany z dna najgłębszej rozpaczy pesymizm. W książkach dla dzieci! Cudownie odświeżająca nutka czerni zalewającej wszechświat. Autor nie pozwala czytelnikowi złapać oddechu, raz po raz przypominając, że choć jest dobrze, to zaraz będzie jeszcze gorzej, że nowy opiekun, który jest zwiastunem polepszenia losu naszych sierot, zaraz zgaśnie. Że choć Olafa nigdzie nie ma, to zaraz się zjawi, popełniając jeszcze ohydniejsze czyny od tych, które już popełnił. Nagromadzenie czerni w tych książkach jest tak intensywne, że w pewnym momencie przekracza swoją masę krytyczną i zaczyna być odświeżająco zabawne. Sam autor raz po raz pogrywa z własnym pesymizmem, dając się ponieść w egzaltowanych frazach wyjętych rodem z powieści gotyckiej albo z opowiadań Edgara Alana Poe'go. Każdy tom rozpoczyna się zresztą od ostrzeżenia: Nie czytaj tej książki! Bo jest smutna, straszna i do cna depresyjna, na kolejnych stronach czeka cię tylko płacz i zgrzytanie zębów, więc na twoim miejscu poszedłbym poganiać za motylami, albo poczytał inną pogodniejszą książkę, dajmy na to o puchatych króliczkach.

Bardzo szybko i bardzo otwarcie przechodzi to na stronę ironii i absurdu, a grobowa atmosfera tak kunsztownie tkana przez autora, staje się wspaniałym placem zabaw (wyobraźcie sobie tylko, że karuzele zrobione są z kości a paliwem do niej są łzy rozpaczy... niemniej - to wciąż karuzele). jest to świetnie zrobione i można się tym naprawdę przednio ubawić. 



Poza tym takie opisywanie świata bardzo rezonuje z moim własnym myśleniem o literaturze dziecięcej, które można streścić w następujący sposób: pokaźna część świata jest naprawdę brudna i nie ochronimy przed nią naszych dzieci ukrywając ten brud. Lepiej więc oswajać świat, nawet jeśli to czasem zaboli. W zasadzie, to że boli sprawia, że cała historia nabiera znaczenia i bardziej zaczyna nas obchodzić. Przeżycia małych bohaterów łatwiej wziąć na serio, przez co o wiele lepiej pracują one w czytelniku, niezależnie od wieku. 

W takiej konstrukcji o wiele lepiej widać kontrasty pomiędzy tym, co złe, a prawdziwym heroizmem. 

Po drugie - Bohaterstwo


Kiedy świat wali się bohaterom na głowy, ich heroiczne czyny wybijają się ponad przeciętność o wiele jaskrawiej. Każdy promyk światła jest cztery razy jaśniejszy, każdy dobry gest w ich kierunku osiem razy bardziej doceniony. Wioletka, Klaus i Słoneczko to w końcu tylko dzieci, więc świat, który odwraca się do nich najgorszą ze stron, mógłby je zmiażdżyć. One jednak, dzięki swojej sile, sprytowi, oczytaniu, zębom a przede wszystkim miłości i trosce o siebie nawzajem, potrafią wykręcić się z największych nawet kłopotów. I choć przez wszystkie siedem książek jedyne co Baudelaire'owie próbują zrobić to utrzymać się na powierzchni - czytelnik kibicuje im jak mało komu. 

Dzieciaki działają tam mimo wszystko, raz po raz balansując na tej cienkiej granicy, pomiędzy koniecznością a pójściem na łatwiznę. A przegrana w tej grze zawsze oznacza dla nich jedno - śmierć. Taką prawdziwą i nieodwracalną śmierć. Obserwowanie ich jest świetnym laboratorium moralności dla młodego czytelnika. 

Po trzecie - Język


Cała Seria niefortunnych zdarzeń stoi językowo na bardzo wysokim poziomie. Snicket (na razie go tak nazwijmy), poza serwowaniem bardzo złożonych zdań, które wychodzą mu wyjątkowo naturalnie, szpikuje także wypowiedzi słowami, które niekoniecznie nadają się do książek dla dzieci i młodzieży. Wyrafinowane frazy zawsze pojawiają się jednak w towarzystwie odpowiedniego wyjaśnienia. Pojawia się trudne słowo, a potem z ust narratora, albo jednej z postaci mówi "w tym wypadku sformułowanie to oznacza..." po czym pada sformułowanie, które jest albo konkretną, definicją słownikową albo humorystyczną grą z tym sformułowaniem. Jest to tak charakterystyczna cecha Serii..., że mocno przeniknęła także do serialu więc ci z Was, którzy już mieli okazję oglądać, wiedzą o co mi chodzi. W książkach ten zabieg podniesiony jest jednak do kwadratu. Bo słowo pisane i mówione ma jednak swoje przywileje.



To technika, która w bardzo nieinwazyjny sposób umożliwia dzieciakom przyswajanie dodatkowego wyrafinowanego słownictwa i za nią Snicketowi należą się niewątpliwie plusy. 

Poza tym, wszystkie książki serii przeładowane są nawiązaniami literackimi, których wynajdywanie jest przyjemne niczym trafienie na melodię skrzypiec, dochodzącą nas z okna kamienicy podczas niedzielnego spaceru. 

Po czwarte - Lemony Snicket


Ciekawostka: Lemony Snicket powstał, kiedy autor Serii... Daniel Handler pisał swoją pierwszą książkę Basic Eight. Żeby nie podawać swojego prawdziwego nazwiska podczas zbierania materiałów, przedstawiał się właśnie jako Lemony. A samo brzmienie pseudonimu wzięło swój początek od świerszcza z Pinokia, który z angielska zwał się Jiminy Cricket. Koniec ciekawostki. 

Lemony to postać podwójna. z jednej strony jest narratorem historii rodzeństwa Baudelaire'ów, a z drugiej strony jest w nią jakoś zamieszany. Ma coś wspólnego z rodzicami rodzeństwa, ma coś wspólnego z hrabią Olafem, ale nie do końca wiadomo co. Jakby nie chciał się przyznać, jakby to jego zaangażowanie stawiało go w sytuacji ciągłego zagrożenia. Wokół niego i paru innych postaci z powieści tworzy się porywająca zawiesina intryg, zbrodni, siatek przestępczych i tajnych organizacji. Ślady tego wszystkiego rozsiane są po całej serii, sprawiając, że Snicket intryguje, a my chcemy się o nim dowiedzieć jak najwięcej. Kiedy więc przez karty powieści przewijają się inni, noszący to samo nazwisko, przyznam, że sam miałem ochotę krzyczeć - zostawcie dzieciaki w spokoju, dajcie mi więcej Snicketów. Na szczęście Handler zajął się tym w innych książkach. W Polsce ukazała się chyba tylko Nieautoryzowana autobiografia.

Polskim wydawcą Serii jest Egmont.

Po piąte - Podsumowanie


Książki Serii... na pewno nie spodobają się wszystkim. Pisane są z dystansem i tego dystansu mają uczyć małych czytelników. Są dość mroczne, ale choć czasem zginie w niej jakaś postać, trzeba na ten mrok patrzeć przez palce, jak sobie tego życzy autor. Ta mieszanka pesymizmu, absurdu i humoru sprawiają, że  klimat poszczególnych tomów jest absolutnie porywający. Książki warto czytać bo poza tym, że dość mroczne, są też prześmieszne i trudno się od nich oderwać. Ich wielkim atutem jest też to, że są intelektualnie wymagające, a to jest cecha, której brakuje bardzo wielu książkom z półki dzieci i młodzież. Po lekturze młodemu czytelnikowi zdecydowanie zostanie kilka nowych słów na podorędziu, a do tego pewnie nabierze trochę dystansu do świata... co też się przydaje. 

Łącznie tomów jak już wspomniałem jest trzynaście i choć prawie każdy (poza ostatnimi) stanowi osobną historię warto czytać je po kolei. Mnie szczególnie do gustu przypadły jeszcze trzy: Tartak Tortur, Winda Widmo i Szkodliwy Szpital. I chyba Winda Widmo zajmuje pierwsze miejsce, pozostawiając za sobą słowo "erzac" (angielski tytuł to Erzac Elevator) oraz ten gorzki uśmiech na myśl o tym co jest, a co nie jest w modzie. 

Serial oddaje poszczególne tomy dość wiernie więc jeśli go znacie, to możecie przeskoczyć dalej. Niemniej - zachęcam do lektury. Wasze dzieciaki... i w sumie Was również. A jeśli angielski nie jest Wam obcy to jeszcze jedna rzecz z gatunku "naprawdę warto" - audiobooki w tym języku czyta Tim Curry i jest to naprawdę mistrzowskie wykonanie (cześć znajdziecie na YT).


A na koniec pozwalam sobie dodać jeszcze linki do moich ulubionych tomów. Jeśli kupicie przez nie, to sobie będziecie mogli przeczytać, wydacie tyle, co za zakup książki, a ja dostanę parę groszy prowizji. Zachęcam tedy do skorzystania. (choć jak zawsze przede wszystkim polecam biblioteki ;) ) 




Polecam także poprzednie polecajki: 

Kuba Guzik TUTAJ 
Wodnikowe Wzgórze TUTAJ





22.9.18

Trollica

John Bauer
Na warsztacie: Książę Wilk, Trolle, baśń szwedzka, wybory, władza

Od kilku tygodni chodzi za mną pewna szwedzka opowieść, o księciu zamienionym w wilka. Chodzi wielkimi krokami, tak jak wielkimi krokami zbliżają się samorządowe wybory. Potraktujcie więc dzisiejszy tekst jako taką przypowiastkę przed zbliżającym się ważnym z obywatelskiego punktu widzenia dniem. I miejcie ją z tyłu głowy, gdy będziecie stawiać krzyżyki na swoich kandydatów. 

W skrócie baśń brzmi tak: 

Pewna dziewczyna zostaje przez przypadek żoną wilka. Okazuje się, że jej mąż jest całkiem uroczym wilkiem, tylko czasem dzieci jej porywa i wynosi nie wiadomo gdzie. Nie pozwala też na siebie patrzeć w nocy. Dziewczyna oczywiście łamie zakaz i sprawdza co też jej małżonek przed nią chce ukryć. Niczym Psyche nad Erosem, dziewczyna staje nad swym wybrankiem ze świeczką w ręku. Wilk jest oczywiście przepięknej urody mężczyzną, ale kiedy prawda wychodzi na jaw, musi odejść i zostać mężem trollicy, która czarami wzięła w posiadanie jego ziemie. Potem wilk znika. 

Dziewczyna udaje się jego śladem spotykając po drodze swoje dzieci, będące pod opieką sióstr wilka. Każda z sióstr daje jej złoty przedmiot i wskazuje dalszą drogę. Kiedy dziewczyna przybywa pod zamek Trollicy, widzi, że jej luby siedzi niemrawo u boku potwory. Udaje jej się przehandlować złote przedmioty za możliwość spędzenia nocy z księciem. Trollica, która jest łasa na złoto zgadza się, ale za każdym razem, kiedy ma dojść do spotkania dziewczyny z księciem poi go drętwą wodą, tak że ostatecznie - książę śpi, a dziewczyna płacze. Podczas trzeciego spotkania, książę jednak się budzi, czar pryska, trollica pęka na milion kawałków i wszystko wraca do normy. 

Opowieść ta przykleiła się do mnie właśnie prze trollicę, a ściślej przez trollicę na tronie, która jest piękną figurą władcy, a jeszcze ściślej - figurą złego władcy. To, co dzieje się z bohaterami tej opowieści świetnie pokazuje, jaki zły władca może mieć wpływ na swoich poddanych. I temu chciałbym się przyjrzeć w kilku krótkich zdaniach poniżej. 

Ludzie i Wartości


Po pierwsze więc - ludzie stają się wilkami. Kiedy na tronie zasiadają trollice, ludzie zaczynają pokazywać swoje najgorsze strony. Wilk to takie stworzenie, które w baśniowej nomenklaturze bardzo rzadko znaczyło coś miłego. Raczej uosabiał dziką siłę, od której lepiej trzymać się z daleka. Idąc dalej - ta siła jest tak przemożna, że pochłania i przemienia nawet księcia. Nie jest sobie w stanie poradzić z władzą trollicy, więc wyzwala w sobie to, co najdziksze i najgorsze. A przecież to jest książę, ktoś, kto powinien reprezentować najbardziej szanowane wartości danego społeczeństwa... zamiast tego biega po lesie i szczerzy kły, a wspomniane wartości zbryzgane są błotem i sarnią krwią. 

Po drugie - letarg. Kiedy książę nie jest bestią, jest tylko bezwolną marionetką, która siedzi obok swojej władczyni i ładnie wygląda. Z tego kim jest książę pozostaje tylko wydmuszka - pozbawiona możliwości działania, może ładna, ale zupełnie bez znaczenia. Trollicom bardzo zależy, aby taki książę nie miał możności czynienia jakichkolwiek zmian, więc poi go truciznami, które uniemożliwiają kontakt z innymi członkami społeczeństwa. 

Chaos i władza


Bo o to trollicy w dużej mierze chodzi - o uniemożliwienie społeczeństwu kontaktu między sobą i o uniemożliwienie kontaktu z naprawdę istotnymi wartościami. Bo kto chciałby rozmawiać z wilkiem?Gdyby nie to, że dziewczyna praktycznei przegrywa zakłada z wilkiem, nigdy nie zostałaby jego żoną. Trollica rozumie zasadę, że od wilków lepiej trzymać się z daleka, więc najlepsze społeczne jednostki zamienia w odrażające bestie. Im więcej wilków biega wkoło, tym trudniej się ze sobą dogadać. Trollica doskonale o tym wie, a do tego jest sprytna i wie, że zamiast sprowadzać wilki z zewnątrz lepiej zamienić w nie swoich własnych ludzi. 

Z drugiej strony, jeśli potraktujemy księcia jako nosiciela wartości, to działanie trollicy sprytnie odbiera innym członkom społeczeństwa do nich dostęp. Wartości mieszkają pod kluczem i śpią. Takie działanie sprawia, że tylko trollica ma władzę i może żonglować wartościami jak jej się żywnie podoba. 

Zresztą dla trollicy jest tylko jedna wartość - władza. I może wyłuskajmy z tej bajki czym dla trollic jest władza. Władza to kontrola i pieniądze. Nic więcej. Jest siewczynią chaosu, bo jako istota z chaosu to właśnie chaos jest jej najskuteczniejszym narzędziem. Kiedy rozpęta wokół siebie mieszaninę letargu i zdziczenia, kontrola przyjdzie łatwo. A to pozwoli jej stawiać warunki i domagać się każdego złota, które znajdzie się w zasięgu jej wzroku. I nikt nie będzie w stanie jej go odmówić. 

Dziewczyna


Na szczęście na jej drodze staje dziewczyna, która, pomimo wszystko, postanawia, że warto powalczyć zarówno o człowieka, który kryje się pod maską bestii, jaki i o wartości, które ktoś zamknął przed nami w kufrze. Dobra wiadomość jest też taka, że to my jesteśmy takimi dziewczynami. I mamy szansę udowodnić to już niebawem. 

Dlatego, niezależnie od waszej opcji politycznej, czy kochacie PiS, PO czy Razem błagam Was - nie głosujcie na Trollice. Nie glosujcie na tych, którzy już teraz sieją chaos, nie głosujcie na tych, którzy robią z wartości swoje marionetki i mówią pięknie, ale rozsiewają właściwy trollom zapach. Pamiętajcie o tej bajce i nie głosujcie na trollice. 

Bo lepszy szary, ale dobry człowiek, który być może nie zrewolucjonizuje świata, ale przynajmniej nie spsi tych, którzy na nim mieszkają. Uważajcie proszę na to, gdzie ląduje wasz krzyżyk, bo to wy macie możliwość uchronić nas wszystkich od trollic. 





19.9.18

Wtorkowa porcja wieprzowiny - zestaw drugi



Szanowni! Dla wszystkich, którzy jednak nie buszują po fejsbukach dziś zestaw wtorkowej porcji wieprzowiny, bez Koli, za to z frytami i dużą porcją absurdu. Jest to oczywiście zestaw powiększony, składający się nie tylko z serwowanych już wcześniej dań, ale też z dodatkowego paska komiksowego w rozmiaże XL. I oczywiście dodaję jeszcze ten komiks, który poleciał z fejsa za łamanie standardów tego portalu (jeśli ktoś może mi wyjaśnić, co z nim jest nie tak, będę zobowiązany). 

Pierwszy zestaw świńskich pasków znajdziecie TUTAJ
I oczywiście zapraszam też do śledzenia Instagramowych przygód Świnki TUTAJ


Życzę smacznego, napiwki można przesyłać na numer konta. 


#1. WILK I SIEDEM KOŹLĄTEK

#2 ROSZPUNKA


#3. KOT W BUTACH


#4 KOT W BUTACH (2)/KOPCIUSZEK


 #5 WILK I SIEDEM KOŹLĄTEK (2)

#6.  40 ROZBÓJNIKÓW (TEN ZOSTAŁ PRZEZ FEJSA USUNIĘTY... WHY?)


#7. ZACZAEOWANA FASOLA



#8. ŚPIĄCA KRÓLEWNA


#9. MAŁA SYRENKA

#.10 BRZYDKIE KACZĄTKO


I na koniec Bonusik czyli SINOBRODY







16.8.18

Bajek pisanie





Już po raz trzeci Baśnie na warsztacie objęły swym patronatem Akcję Pisania Bajek. I jak co roku, oddaję głos Pani Monice Ostrowskiej-Chichy, koordynującej projekt: 

Tym razem w inicjatywie wzięły udział dzieci ze Świetlicy Środowiskowej „Nikisz” prowadzonej przez Polskie Towarzystwo Kulturalne. Powstało ponad dwadzieścia różnych bajek. Założeniem projektu jest wspieranie dzieci poprzez tworzenie dla nich personalnych bajek. Bajki  zostały napisane  przez studentów pracy socjalnej z Kolegium Pracowników Służb Społecznych w Czeladzi. Dzieci wykonały ilustracje, które zamieszczono są w książce z bajkami pt. „Nikisz Bajki”. Uroczysty finał akcji odbył się w Galerii Szyb Wilson. Przyszli pracownicy socjalni tym razem w roli kolorowych elfów i wróżek przeczytali bajki oraz wręczyli dzieciom książeczki. Z tej okazji powstał również Elf Oli wykonany przez jedną ze studentek pracy socjalnej. Nie obyło się również bez autografów, o które prosiły dzieci autorów bajek.


„Akcja Pisania Bajek” to projekt społeczno-artystyczny realizowany przez nauczycieli oraz studentów pracy socjalnej od roku 2013. Patronat nad inicjatywą objął min. Rzecznik Praw Dziecka Marek Michalak oraz Unicef Polska.
I jeszcze kilka fotek: 




15.8.18

Sztuka Opowieści w działaniu - Strach (cz. IV)


Shaun Taunt


To będzie przedostatnia część cyklu o strachu. Na chwilę chciałbym jeszcze wrócić do zagadnienia
jump scare, o którym pisałem poprzednim razem (TUTAJ). 

Mechanizm wykorzystywany w tej technice, jest o wiele bardziej uniwersalny i może służyć do czegoś więcej niż tylko straszenia. Niech więc będzie to suplement, traktujący o tym, jak wykorzystywać najprostszą z technik straszenia do wzbudzania śmiechu i zainteresowania. 

Zabawa ze stresem

A teraz do rzeczy. Zadaniem techniki jump scare jest wytworzenie atmosfery napięcia i zainteresowania, które w ostatnim etapie, poprzez niespodziewany krzyk, głośny dźwięk itd. (cokolwiek jeszcze przyjdzie Wam do głowy) zostaje rozerwane, doprowadzając słuchacza do skoku z przestrachu. Jest jak nadmuchiwanie balonika, tylko po to, żeby na końcu go przekłuć. 

Jeśli pominiemy element przekłuwania balonika i zastąpimy go czym innym, jump scare nie będzie już jump scare'm, za to stanie się potężnym narzędziem do akumulowania uwagi naszych słuchaczy. Budowanie grozy zaczyna się od budowania niepewności w naszych słuchaczach. Z jednej strony jest to dla nich sytuacja intrygująca, z drugiej zaś, na poziomie czysto fizjologicznym, chcą oni jak najszybciej z niej wyjść, bo w większym lub mniejszym stopniu każda niepewność wywołuje w ciele reakcje stresowe. Im dłużej więc ze słuchaczami igramy, tym bardziej chcą oni rozwiązania. Boją się go, ale potrzebują, żeby tylko zakończyć stan swojej niepewności. I dla nas, jako opowiadaczy, jest to punkt, w którym możemy zrobić bardzo wiele. 

Edward Gorey


Budowanie napięcia i skupianie uwagi, jeśli zrobione dobrze, działa - niezależnie czy opowiadamy jedną z japońskich legend miejskich, czy opowieść o porannym robieniu jajecznicy. To nie temat, ale sposób, w jaki do tematu podchodzimy tworzy atmosferę. W standardowym jump scare zwieńczeniem historii jest bomba, ale co się stanie, jeśli zamiast bomby podstawimy tam coś innego. Na przykład dowcip. 

Jump śmiech


Ci, którzy mnie widzieli na żywo, wiedzą, że Świstak równa się dużo niekontrolowanych, często niepoprawnych politycznie (w ten najsłodszy sposób) dowcipów. Dowcipów smacznych, niesmacznych, dowcipów błyskotliwych i dowcipów całkowicie "po bandzie". Dowcipów pojawiających się w miejscach spodziewanych i tam, gdzie absolutnie nie pasują. I zazwyczaj działają. Dowcip to mój żywioł, bez którego nie byłbym sobą - jako człowiek i jako opowiadacz. 

I zauważyłem, że kiedy nabuduje się dobrze uwagę słuchacza, to nawet słaby żart działa. To trochę tak, jak przystawienie komuś broni do głowy. Słuchacz czeka, aż pociągniemy za spust, a kiedy już to zrobimy okazuje się, że ze środka wyskakuje chorągiewka z napisem "BANG!". Wszystko działa tak samo, jak w przypadku klasycznego jump scare, ale rozładowanie idzie w śmiech. Ciało potrzebuje spuścić parę, dlatego nawet jeśli żart nie jest najwyższych lotów, zadziała. Oczywiście nie namawiam do robienia słabych żartów (w piekle jest specjalne miejsce dla ludzi opowiadających słabe dowcipy... i większości polskich kabaretów). Im lepszy dowcip, tym wyżej wylądujemy. Niemniej - to działa. Spróbujcie sami. 

Ćwiczenie
Wybierzcie sobie straszną historię. Zacznijcie budować ją, jakby naprawdę była straszna. Zapomnijcie o tym, że chcecie żartować, budujcie, budujcie, budujcie. Pompujcie balonik, do granic, a potem, kiedy poczujecie, że moment jest odpowiedni, kiedy pauza będzie odpowiednio wyczekana, powiedzcie jakieś bezsensowne słowo. 
np. I wtedy spojrzała w bok i zobaczyła tam... kółeczko. 
Kółeczko, kurczaka, Play Station,  czy cokolwiek na tyle absurdalnego, żeby rozbiło nastrój. 

Tu jedna uwaga - to zadziała jedynie wtedy, gdy ogólna atmosfera opowieści na to pozwoli. Jeśli przez cały czas jesteście śmiertelnie poważni efekt może być odwrotny. Jeśli natomiast opowiadacie lekko i potraficie od czasu do czasu mrugnąć okiem do opowiadacza - jump śmiech będzie waszą potężną bronią. 

Patrz tu!


Drugi ze sposobów wykorzystania jump scare jest ciut inny. Budowanego napięcia nie wykorzystujemy ani do przestraszenia kogoś, ani do rozśmieszenia, ale zamiast BUM! podstawiamy istotną dla nas informację. Rozwiązaniem napięcia nie jest strach, ani śmiech - jest nim olśnienie. Na przykład: 
I wtedy spojrzała w bok i zobaczyła tam... starego człowieka, który machał do niej ręką. Podejdź dziecko, mówił. 

Tajemnica doprowadza nas do miejsca, w którym cokolwiek by się nie pojawiło, będzie miało status podwyższonej ważności. Jeśli ta informacja rzeczywiście jest ważna (czyli jeśli my chcemy uczynić ją ważną), mocniej zagnieździ się w świadomości naszego odbiorcy. To jak serial kryminalny, w którym główny bohater odkrywa ważną informację, ale zanim widz ją zobaczy, najpierw widzi plecy bohatera, potem zbliżenie na jego twarz, a potem... reklama. 

Shaun Taunt

Budowanie suspensu oczyszcza przestrzeń przez zaserwowaniem tego, co dla nas najistotniejsze. Czy byłby to jakiś szczegół napędzający fabułę, czy jej rozwiązanie (mordercą jest....), czy może podanie istotnej dla nas nauki etycznej ( Zgromadzeni w salonie Smitha ludzie czekali, aż detektyw otworzy usta. Jeden z nich był mordercą, ale wszyscy czuli się na swój sposób winni. Detektyw spojrzał w oczy Pani Duncan i lekko się uśmiechnął, po czym skierował się do kominka, gdzie stał Hooper wraz z synem. Kiedy podszedł, obaj spuścili wzrok, zbrodnia wisiała w powietrzu jak ciężka mgła, gryząc płuca, szczypiąc w oczy, kradnąc oddech. Detektyw stanął na środku salony i uniósł palec, po czym powiedział. Kto jest winny... - w ci, którzy zostawiają swoich przyjaciół na pastwę wilków). 

Zawsze chodzi o wykorzystnie oczekiwania, w jakie wepchnęliśmy naszego słuchacza. On na coś czeka, ale to my decydujemy o tym, co to jest. Można by rozpisać to tak: 

Klasyczny jump scare - AAAAAAAAAA!

Jump śmiech - HAHAHAHAHAHA!

Patrz tu! - AHA! Więc to o to chodzi!


Pewnie znalazłoby się więcej zastosowań, ale te dwa pochodzą bezpośrednio z mojej praktyki i za nie mogę ręczyć swoim doświadczeniem. Spróbujcie pobawić się z tą techniką, a jeśli znajdziecie jakieś ciekawe permutacje jump scare, podzielcie się nimi. Z przyjemnością wypróbuję je na żywej publiczności. 

Tyle na dziś. W ostatniej części (mam nadzieję) tego cyklu napiszę trochę o brutalności i krwi. 

A jeśli przegapiliście ten cykl to: 
 
O tym dlaczego warto straszyć i czego można się bać piszę w CZĘŚCI I

O budowaniu swojego świata grozy, o poczuciu dyskomfrotu i języku piszę w CZĘŚCI II

O tym, jak budować jump scare i czego się wystrzegać przy tej technice piszę w CZĘŚCI III



11.8.18

NOMINACJE DO SŁONECZNIKÓW!!!




Szanowni,

Niezmiernie miło mi poinformować, że w tegorocznej edycji konkursu Słoneczniki, Tam i Tu, o świecie opowiadanie, czyli mój cykl wykładów podróżniczych, przygotowywany dla Muzeum Etnograficznego w Krakowie, dostał aż dwie nominacje. W kategoriach Język i Przyroda. Już same nominacje to dla mnie wielki sukces i wielkie wyróżnienie, bo oznaczają to, że jako rodzicie z jednej strony ufacie mi, a z drugiej po prostu podoba się Wam to, co robię. A jeszcze fajniejsze jest to, że to już drugi rok z rzędu. Czyli - wciąż udaje mi się nie przynudzać. 

Myślę, że o Tam i Tu przyjdzie mi jeszcze pisać, zwłaszcza, że niemal po każdych zajęciach rodzice dzielili się ze mną własnymi historiami ze wszystkich stron świata. Niektóre weszły już w arsenał moich podręcznych opowieści towarzyskich. Niemniej teraz czas na głosowania. 

Jeśli mogę Was prosić o to, byście poświęcili kilka minut i oddali głos na Tam i tu (w obu kategoriach) byłobym Wam jeszcze bardziej wdzięczny. 

Głosować możecie TUTAJ


Jeszcze raz niezmiernie dziękuję za nominacje. Edek jest w tej chwili na wakacjach, ale powiedział, że jak tylko wróci, to też powie parę słów od siebie. A na koniec jeszcze jedna sprawa.


Konkurs Słoneczniki odbywa się w trzech regionach: Krakowie, Warszawie i na Śląsku. Zajrzyjcie proszę do zestawienia nominowanych w swoim regionie i poodawajcie głosy. To dla nas, pracujących w najmłodszej kulturze znak, że nasza robota jest choć odrobinę doceniana. Nie znam się na inicjatywach w Warszawie, ale jeśli mowa o Śląsku, także przyjaciele Baśni na Warsztacie otrzymali swoje nominacje. spojrzyjcie więc łaskawym okiem na inicjatywy Lufcika na Korbkę, nominowanych w kategorii język i muzyka oraz na Rodzinne spotkania w kinie Muza, organizowane przez fenomenalną panią Agnieszkę (tak przy okazji, podczas swoich zajęć w tym cyklu, pobiłem rekord wielkości grupy do jakiej mówiłem).Głosy na inicjatywy na Śląsku możecie oddać TUTAJ.

Do tego muszę oczywiście wspomnieć osobno o POLACH WIDZENIA KSIĄŻKI, projekcie Domu OŚwiatowego Biblioteki Śląskiej, który mam zaszczyt współtworzyć> Nominację otrzymaliśmy w kategorii JĘZYK.

Duchem Opiekuńczym Pól Widzenia Książki, jest Ewa Kokot, która otrzymała nominację także w kategorii Sztuki Wizualne za wspaniały projekt Future Artist :) Nie krępujcie się więc. 


Niski ukłon i wielkie dzięki po raz trzecie. 


25.7.18

O pewnym Guziku...




... Kubie Guziku. 

Na warsztacie: Kuba Guzik i Maszynista Łukasz, Kuba Guzik i Dzika Trzynastka, Michael Ende


Na ekrany kin jakiś czas temu wszedł film na podstawie książki Michaela Endego "Kuba Guzik na nieznanym lądzie". W związku z tym, że jednak nie jest to produkcja zachwycająca, postanowiłem, że koleją książką, którą chciałbym Wam polecić, jest właśnie Kuba Guzik... gdybyście po obejrzeniu filmu jednak zdecydowali się po nią nie sięgać.

Sięgajcie! Sięgajcie bo naprawdę warto! Kuba Guzik jest bowiem taką książką, która zachwyca wartkością akcji, swoją pomysłowością i przyjemnie lekką atmosferą. Podobno Ende pisał ją jako odskocznię od swojego ciężkiego żywota aktora w wędrownej trupie teatralnej. I chyba coś z tej ulgi zostało w samym tekście. Nie ma tam ciężaru, jaki pojawia się w kolejnych książkach Endego (Niekończącej się historii i Momo - o obu przyjdzie mi jeszcze pisać). Za to są smoki, księżniczki do uratowania, latające lokomotywy, pozorne olbrzymy i niezbyt rozgarnięci piraci. Wszystko pisane kapitalnym językiem, którego pozazdrościć może Endemu niejeden autor "poważnej" literatury. Zresztą, sam Ende uważał się za autora, który pisze po prostu książki, bez rozgraniczenia na poważą i niepoważną literaturę. Dla niego dobra książka miała po prostu być dobra. 

O czym jest Kuba Guzik? 


Naszego bohatera poznajemy, gdy paczka z nim przybywa na niewielką wysepkę Trochanię. Wysepka na szczęście jest na tyle duża, że pomieści jednego dodatkowego mieszkańca. Kuba dorasta więc na Trochanii, a jego najlepszym przyjacielem jest lokalny maszynista Łukasz. I żyliby tam w spokoju, gdyby nie to, że pewna księżniczka zostaje porwana przez pewną smoczycę i Kuba wraz z Łukaszem na pokładzie lokomotywy Emmy, ruszają w świat, by tę pewną księżniczkę od pewnej smoczycy uratować. Zdarzy się też okazja, by poza księżniczką uratować wiele, wiele innych dzieciaków. 

Druga część Kuba guzik i Dzika Trzynastka dzieje się po wydarzeniach pierwszej. Przygody Kuby rozeszły się szerokim echem po świecie, co spowodowało dzień w dzień Trochanię zalewała lawina listów od wielbicieli Kuby i Łukasza. Niestety wysepka była mała i czasem statki pocztowe po prostu jej nie zauważały i do niej dobijały. Kuba i Łukasz postanowili sprowadzić na nią poznanego w poprzedniej przygodzie pana Top Topa, którego niezwykłe właściwości pozwoliłyby mu zostać Trochańską latarnią morską. Podczas tej wyprawy lokomotywa Emma nauczyła się latać, a Kuba dowiedział się nie tylko, dlaczego trafił na Trochanię, ale także poznał tajemnice swojego pochodzenia. 

Na przygody Kuby Guzika mogliście trafić dawno temu, kiedy serial animowany emitowany był w telewizji. Jeśli jeszcze coś z niego pamiętacie (poza piosenką), to myślę, że nie ma różnicy, czy zaczniecie od pierwszej, czy drugiej części. Jeśli jednak wszystko zapomnieliście, albo temat jest dla Was po prostu nowy, to proponuję, żeby czytać książki chronologicznie. Nie da się czytać Dzikiej Trzynastki bez znajomości maszynisty Łukasza... To znaczy da się, ale wtedy frajda jest znacznie mniejsza (Dzika Trzynastka według mnie jest znacznie ciekawsza). Najlepiej potraktujcie obie części tak, jakby stanowiły dwa tomy jednej całości. 


Gdybym miał określić czym są książki o przygodach Kuby Guzika, powiedziałbym, że to literatura dla dzieci i młodzieży z bardzo wysokiej półki, która przygotowuje młodego czytelnika do obcowania z bardziej "dorosłymi" tekstami. Świat przedstawiony jest na tyle fascynujący, że nie da się go zbyt szybko opuścić, a sposób, w jaki książka jest napisana to furtka do ogrodu, w którym obcować można z naprawdę pięknym językiem. 

Na koniec dwie rekomendacje

Pierwsza. Dwa lata temu, podczas Festiwalu Muzyki Filmowej prowadziłem zajęcia przy okazji "Niekończącej się opowieści". Mówiłem generalnie o książkach Endego, ale oczywiście nie mogło zabraknąć Kuby Guzika. W tym roku, po zupełnie innych zajęciach na zupełnie inny temat podeszła do mnie jedna z mam, żeby podziękować za tamto spotkanie. I co ciekawe, nie dziękowała za Momo, nie za Niekończącą się historię, ale właśnie za Kubę

Druga. Poleciłem też Kubę innej mamie, dla jej samodzielnie czytającego już syna. Pewnego dnia dostaję od niej telefon, w którym oburzona mama poinformowała mnie, że jej syn odmówił pójścia spać, bo nie chciał odłożyć książki. Pierwsza zarwana nocka nad książką! Przyznam, że jestem z siebie dumny, choć to przede wszystkim zasługa Endego.

Jest jednak pewien problem, obecnie, pomimo filmu, książka jest mało dostępna. W celu przeczytania jej polecam biblioteki lub Allegro :) 


A na koniec piosenka: 




Podobne: 

Te bohaterskie króliki! - o Wodnikowym Wzgórzu Richarda Adamsa. 










20.7.18

Bez rąk i miejsca na ziemi

https://www.youtube.com/watch?v=ANbYvxpqx8A
Film Sebastiena Laudenbacha, godny polecenia przede
wszystkim ze względu na graficzną warstwę. 

Na warsztacie: Bezręka dziewczyna, baśnie braci Grimm, przebaczenie

O traumie, i wychodzeniu z niej. O przebaczeniu i czasie, w którym przeszłość wciąż może nam dopiec, o baśni "Bezręka dziewczyna". 

Historia, którą chciałbym Wam dziś przybliżyć jest tak klasyczna, że aż boli. Opowiada o dziewczynie, którą ojciec za bogactwo nieopatrznie oddał diabłu w posiadanie. Dziewczyna jednak, jako istota pobożna o przeczystej duszy, nie godziła się na ten los i broniła przed nim, jak tylko umiała. Kiedy nadszedł wyznaczony czas, obrysowała się kredą i obmyła wodą z wiadra, przez co Zły nie mógł się do niej zbliżyć. Diabeł rozkazał więc ojcu dziewczyny zabrać jej wiadro do mycia, żeby nie była taka czysta, ale dziewczyna zamiast wodą, zaczęła obmywać się łzami. Miała tak czyste ręce, że wciąż pozostawała niedostępna dla sił nieczystych. Diabeł zmusił więc ojca, żeby ten odrąbał jej te ręce. Ojciec ze strachu posłuchał Złego i pozbawił córkę rąk. Nic to jednak nie dało. Łzy dziewczyny tworzyły dla Diabła barierę nie do przebycia. Odpuścił więc. Ojciec bardzo się ucieszył. Był bogaty, a jego córka straciła tylko ręce. Zaproponował więc, że teraz powinna zostać i mieszkać z nim w dostatku. Dziewczyna mówi jednak, że nie może zostać.

Rusza w świat, trafia do królewskiego ogrodu, zostaje królową, a potem rodzi królowi syna. Niestety król jest na wojnie, więc Zły znów może zacząć machlojkować swoje machlojki. Podmienia listy, stara królowa zamiast wyrazów troski królewskiej otrzymuje rozkaz, by zabić bezręką dziewczynę i jej syna, ale lituje się i tylko ją wygania.

Nieszczęsna młoda dziewczyna znów rozpoczyna tułaczkę. Trafia do domku, gdzie zajmuje się nią anioł. Tam z woli bożej odrastają jej ręce, podrasta synek i odnajduje ją mąż. Mogą wrócić wspólnie na zamek, gdzie wyprawiają powtórne wesele. 

https://www.youtube.com/watch?v=ANbYvxpqx8A
H.J. Ford


Konsekwencje Rany 


Przyznam szczerze, że kilka razy próbowałem zabrać się za tę baśń i kilka razy traciłem cały zapał przede wszystkim ze względu na to, że ta historia jest do bólu klasyczna. Nawet scena odrąbywania rąk, która jeży włos na plecach, jakoś ginie w tej klasyczności. Powtarzalność motywów przynudza i boli. Kiedy jednak ostatnio wróciłem do tej historii zwrócił moją uwagę moment, gdy Zły odpuszcza.

Dzieje się to po potwornej scenie, w której ginie wszystko, co wcześniej było rodziną. Szczególną rolę odgrywa tutaj ojciec bezrękiej dziewczyny, który w zasadzie od początku tej opowieści jest mistrzem faux pas. Najpierw przypadkiem wchodzi w układy z diabłem, potem ze strachu okalecza własne dziecko, a potem mówi: "Wiesz co, w sumie to jest spoko i nic się nie stało. Jesteśmy bogaci,  diabeł zostawił nas w spokoju - będzie fajnie". I jest przy tym nawet całkiem zadowolony. W zasadzie dorobił się, a to, że jego córka chwilowo nie ma rąk, cóż - dopuszczalne straty. 

Diabeł wygrywa tutaj wszystko, co jest do wygrania. Nie dostaje wprawdzie duszy dziewczyny, ale to, jakie spustoszenie sieje w relacjach między bohaterami, jest w jego wykonaniu majstersztykiem. To jedna z tych sytuacji, w których w rodzinie dochodzi do wylania wiadra z nieczystościami. Mąż bije żonę, albo żona zdradza męża, albo na odwrót. Każde z nich być może ma jakiś powód, by robić to, co robi. Ojciec bał się o swoje życie, hipotetyczny mąż może nie wytrzymywał już piskliwego, oskarżycielskiego tonu głosu żony, a hipotetyczna żona nie cierpiała tego, że mąż woli od niej chodzić na siłownię.  Powody mogą być różne, niestety pojawia się po nich czyn, który w żaden sposób nie może być usprawiedliwiony tymi powodami. 

Ten czyn zawsze stanowi punkt zwrotny, po którym stać się mogą dwie rzeczy. Po pierwsze może się nic nie zmienić. Bezręka dziewczyna zostać może w domu i udawać, że wszystko jest w porządku. Problem w tym, że w takiej sytuacji hipotetyczna bita żona zawsze będzie bała się, że mąż znów podniesie na nią rękę, a hipotetycznie zdradzany mąż spoglądać będzie nieufnie w stronę każdego mijanego mężczyzny. Lub na odwrót. Życie zawieszone zostanie na kołku, wirując wokół feralnego wydarzenia i napełniając serca współuczestniczących w tym procederze osób coraz większą dozą niepewności, strachu, albo ciężkiej, jątrzącej się przez lata nienawiści. 

https://www.youtube.com/watch?v=ANbYvxpqx8A
Kadr z gry American Mgee's Grimm.


Czynnikiem który zmienia wszystko jest przebaczenie. Hipotetyczna żona może powiedzieć, że wybacza mężowi, a hipotetycznie zdradzany mąż, że wybacza żonie. Jednak samo powiedzenie "wybaczam" nie wystarczy. Bo bagno, w którym już się stoi machać może do nas świeżo odciętymi dłońmi. Czasem więc, żeby przebaczenie miało sens, potrzebne są radykalne kroki - trzeba odejść albo chociaż pokazać, że coś musi się zmienić i jeśli się nie zmieni, to będzie miało swoje konsekwencje. 

Odejście to dopiero początek 


Bezręka dziewczyna jest doskonałym przykładem, jak postępować. Mówi mniej więcej coś takiego: "Kocham Cię ojcze, wybaczam Ci, ale w tych okolicznościach nie ma już dla mnie miejsca". Ewidentnie daje do zrozumienia, że nie godzi się na życie w patologicznej sytuacji i niezależnie od tego, jak bardzo została zraniona, musi z niej wyjść. Jedyne, co zrobić może ojciec, to związać jej ręce za plecami i pobłogosławić na drogę. A potem zostać w tym, co sam narobił. Zwróćcie zresztą uwagę, że kiedy dziewczyna odchodzi, jedyne co po niej zostaje to machające do ojca odcięte dłonie... z którymi jakoś będzie musiał sobie poradzić... niezależnie od swojego majątku. Czy mu się to udało, tego niestety z baśni się nie dowiemy. 

Nas jednak o wiele bardziej interesuje dziewczyna. Powędrowała dalej i jej sytuacja pozornie nie uległa zmianie. Na pierwszy rzut oka nadal nie miała dłoni i wszystko ociekało mniej więcej  tą samą beznadzieją. Z drugiej strony jej nastawienie i decyzja sprawiły, że pojawił się obok anioł, który dbał o to, żeby w końcu rany dziewczyny zagoiły się. Jednak, żeby do tego doszło potrzebny jest czas... bardzo dużo czasu. 

Nim ten czas minie, dziewczyna, choć staje się królową i choć otrzymuje od króla srebrne protezy dłoni (namiastka normalności? jej atrapa?), i choć zostaje matką nadal jest tylko bezręką dziewczyną. Krzywda, którą wyrządził jej ojciec pracuje w niej o wiele bardziej niż nowa sytuacja. Nadal obok bohaterki, prócz anioła, staje Zły, który miesza jej w życiu i wciąż przysparza jej cierpienia. Od feralnej sytuacji z ojcem, aż do momentu, gdy królową, najbardziej konstytutywną cechą dziewczyny były jej kikuty. Wciąż była jedną wielką raną po krzywdzie zadanej przez ojca. Przez to zaś nie była w stanie stać się naprawdę królową. I przez to, tak mi się wydaje, Zły miał tyle w jej życiu do powiedzenia. 

Jak odrastają ręce? 


Po wybaczeniu musi przyjść więc czas, musi przyjść odosobnienie, w którym stare rany się zagoją. Naszej bohaterce dopiero w domku w lesie odrastają ręce. Choć była żoną, musiała udać się na odosobnienie. Robiła to, co do niej należało (pozostawała wszak matką dla swojego syna), ale żeby stać się pełnoprawną partnerką dla swojego męża, potrzebowała odsunąć się od niego. W samotności dopiero mógł zadziałać Bóg i uleczyć wszystkie krzywdy, które powstały na początku tej historii. 

Jak wiele osób potrafi jedynie siąść i patrzeć na swoje wewnętrzne kikuty? Często mylą nawet patrzenie na nie z pracą nad sobą i próbą przeskoczenia traumy, której są one wynikiem. Bezręka dziewczyna pokazuje, co trzeba zrobić, żeby wszystko wróciło do normy. 

Po pierwsze trzeba wybaczyć, co nie oznacza "nic się nie stało", raczej: "stało się, ale trzeba żyć dalej akceptując, że takie a takie wydarzenie miało miejsce". Po drugie odejść, czyli w jakimś stopniu nie pozostawać w feralnej sytuacji - czasami wystarczy zagrozić rozwodem, czasem powiedzieć nie, a czasem powiedzieć "do widzenia" i fizycznie wyjść. Po trzecie dać sobie czas i mieć świadomość, że przeszłość jeszcze niejedno naświni nam w życiorysie. Po czwarte, czasem odłączyć się od świata. I najważniejsze: wiedzieć, że prawdziwa naprawa przychodzi z góry. Dziewczyna ufała Bogu, dzięki temu anioł stał się jej obrońcą. To wszystko jest czasem potwornie długim procesem - u bezrękiej dziewczyny trwał siedem lat, ale kiedy się zakończył, mogła stanąć wreszcie przed swoim mężem z obiema dłońmi - cała, bez uszkodzeń. 

https://www.youtube.com/watch?v=ANbYvxpqx8A
Steff Hardy

Młynareczka i królowa


Ta scena podwójnego wesela jest jedną z najpiękniejszych w całej baśni. Coś co stało się raz, niekoniecznie musiało znaczyć to co powinno. Kiedy jednak dziewczyna poradziła sobie ze swoimi problemami, wreszcie mogła w pełni posmakować sytuacji, w której się znalazła. To wesele to jej symboliczne połączenie z porządkiem świata.

Kiedy czasem patrzę na swoje kikuty, mam wrażenie, że już sporo ich odrosło. Rany zawsze zostaną widoczne, ale przecież w życiu nie chodzi o to, żeby żyć, jak gdyby nic się nie stało, ale o to, żeby żyć, jakby się już wybaczyło. Czyli lepiej... dojrzalej. Dziewczyna z naszej baśni jest tego świetnym przykładem. Gdyby nic się nie wydarzyło, byłaby tylko córką młynarza. Kiedy jednak rzeczy podziały się tak, jak się podziały, nie była już córką drwala - była królową. 


***