22.6.18

Klub Latających Podróżników - Posłowie

MEK, Kapitan Herman, Klub latających podróżników, zajęcia dla dzieci, dzieci i podróże, Mateusz Świstak, Baśnie na warsztacie,
fot. Grażyna Makara


Przez ostatnie 4 lata miałem zaszczyt i przyjemność prowadzić w Muzeum Etnograficznym w Krakowie cykl spotkań podróżniczych dla dzieci: Klub Latających Podróżników. To spotkania podróżnicze w 90% oparte na opowieściach. We wtorek 19 czerwca odbyło się ostatnie spotkanie czwartego sezonu i ostatnie spotkanie w ogóle. i w związku z tym przyszedł też czas na podsumowanie. 

Przyznam szczerze, że gdyby nie ten cykl to nie byłbym tym kim jestem. Jako opowiadacz i jako edukator. Bo zdarzyły się na początku mojej drogi w tym zawodzie, bo trwały przez ten cały czas, bo były moim polem eksperymentów z formą, treścią i własnym nastawieniem do pracy. 

Poniżej w kilku punktach chciałem napisać o tym, co dał mi Klub Latających Podróżników: 


1. Świata nie da się ogarnąć!


Od pierwszego spotkania moim celem było pokazanie, że świat jest tak wielki i skomplikowany, że nie da się go ogarnąć i nie można go mierzyć tylko i wyłącznie swoją miarą. Świat to zawsze coś więcej niż to, co wiemy na jego temat. Nie jest ani opisem z turystycznego folderu, ani zajawką w wiadomościach, ani też kliszą wyjętą z awanturniczych opowiadań. To zawsze coś więcej. Niestety przez filtry, jakimi podawany jest nam świat, często widzimy tylko jedną jego stronę - zazwyczaj tę, która najbardziej pasuje nam lub tym, którzy nam dany obrazek podają. Myślę, że przy pracy z dzieciakami warto jak najbardziej rozbijać ten obraz, zanim skostnieje na dobre. 

Niech przykładem będzie taka scenka: Pokazuję zdjęcie Masaja rozmawiającego przez komórkę. Na to jeden z chłopców pyta: "A skąd on ma telefon?". Odpowiadam: "bo to XXI wiek". Dla nas, chowanych na kliszach, gdzie dzikie plemiona nie robią nic innego jak tylko czyhają na bohatera, by zrobić z niego kolację, taka scenka jak Masaj z komórką, to trochę rozbijanie światopoglądu. I dobrze. 

MEK, Kapitan Herman, Klub latających podróżników, zajęcia dla dzieci, dzieci i podróże, Mateusz Świstak, Baśnie na warsztacie,
Fot. Olga Błaszczyńska


Ten świat nie do ogarnięcia, to miejsce w którym zazwyczaj będziemy naiwni i będzie nas o wiele łatwiej oszukać niż nam się wydaje. Jeśli jednak wiemy, że nie jest do ogarnięcia, otworzą nam się szerzej oczy być może wreszcie zobaczymy to co naprawdę znajduje się przed naszymi oczami. 

2. Trzeba opowiadać o trudnych sprawach!


Naszym zadaniem jako opiekunów intelektualnych naszych dzieciaków jest to, żebyśmy opowiadali o trudnych sprawach jak najprościej. A w zasadzie tak, żeby dzieciaki zrozumiały. Nie można ich zbywać, mówiąc "jesteś na to za młoda/młody" Nie! Jeśli dziecko stawia jakieś pytanie, to znaczy, że potrzebuje na nie odpowiedzi, a jeśli potrzebuje odpowiedzi, naszym zadaniem jest odpowiedzieć tak, żeby zrozumiało istotę problemu na tym poziomie, na który w danym momencie jest. Nasze zadanie to odpowiednio, znaczy prosto, ujmować nawet najbardziej skomplikowanie zagadnienia. Kiedy byliśmy w Republice Południowej Afryki nie mogliśmy nie powiedzieć o tym, co to był (jest?) apartheid, albo trudno było powiedzieć, dlaczego Ghandi zrobił to, co zrobił, bez wyjaśnienia na czym polegał problem Indii jego czasów. Podróżnicy dali mi odwagę mówić o tych rzeczach, a także otworzyli na nie głowę i serce. Za co nie mogę nie być im wdzięczny!

Czasem trudne tematy były prowokowane przez miejsca, w które jechaliśmy, czasem przez same dzieciaki i to też było wspaniałe. Bo to, że ktoś nagle pyta mnie: a co to są komisje sejmowe, albo dlaczego ludzie się rozstają (albo "dlaczego kiedy policja wykryje że mamy we krwi alkohol najlepiej odpowiedzieć, że jedliśmy jabłko") licząc na to, że znam odpowiedź, to znak, że osoba pytająca widzi we mnie osobę wiedzącą o rzeczach. Czasem wiedziałem, a czasem nie. I to jest kolejna rzeczy, której podróżnicy mnie nauczyli. Mówić szczerze: "nie wiem". 

3. Świat ciekawostek...


Wiecie, że w Nowej Zelandii był gość, który przegrał w pokera to, że musiał zmienić imię na: 
Full Metal Havok More Sexy N Intelligent Than Spock And All The Superheroes Combined With Frostnova? Widzicie - już wiecie. Albo na przykład to, że w związku z ogromną ilością operacji plastycznych powiększania piersi i pośladków, w Kolumbii konieczne jest produkowanie manekinów w nieco powiększonych rozmiarach? Widzicie - też już wiecie. Dla mnie każdorazowe przygotowanie zajęć, było zanurzaniem się w świat takich niezwykłości, że trudno sobie wyobrazić. Doszło nawet do tego, że kilkoro moich znajomych, znając moją inklinację do zbierania ciekawostek, zaczęło regularnie zasypywać mnie linkami do różnych historii. Wymienialiśmy się nimi, a wiedza o świecie osmotycznie wzrastała. Tele - Tobie szczególne i wielkie dziękuję.

MEK, Kapitan Herman, Klub latających podróżników, zajęcia dla dzieci, dzieci i podróże, Mateusz Świstak, Baśnie na warsztacie,
Fot. Marcin Wąsik



Przy okazji ciekawostek, taki life hack. Przyjdzie mi jeszcze pewnie kiedyś o tym napisać dwa zdania, ale jeśli kiedykolwiek będziecie przygotowywać zajęcia na jakikolwiek temat, zacznijcie od wpisania waszego hasła z dopiskiem "Ciekawostki" lub "interestung facts". Wiedzę uzyskacie podobną jak na Wikipedii i gwarantuję, że będziecie mieli z samej kwerendy większy ubaw. Jak tylko uporam się z trzecią i czwartą częścią artykułów o strachu, opiszę na przykładzie jak szperać w poszukiwaniu materiałów.

3. Edukacja to nie wychowanie!


Podróżnicy to grupa dzieciaków, z którą w swojej pracy miałem zdecydowanie największy kontakt. Nie dość, że widywaliśmy się raz w tygodniu, to jeszcze niektóre dzieciaki przychodziły na piątkowe "Tam i Tu" albo "Coś takiego" w naturalny sposób budowała się więc między nami więź. A im mocniejsza była ta więź, tym bardziej dochodziła do mnie jedna prawda: moją rolą jest przekazywanie dzieciakom wiedzy... i nic więcej. Mogę mieć swoje standardy zachowań i mogę próbować wytworzyć taką atmosferę, żeby uczestnicy zajęć mieścili się w ramach tych standardów, ale - przecież nie zmuszę ich, żeby byli inni niż ich wychowanie.

MEK, Kapitan Herman, Klub latających podróżników, zajęcia dla dzieci, dzieci i podróże, Mateusz Świstak, Baśnie na warsztacie,
Fot. Marcin Wąsik


Piszę o tym, bo często miałem ciągoty, żeby intencjonalnie próbować wychować jedno czy drugie dziecko i wiem, że spora grupa osób pracujących w tym biznesie ma takie same zagwozdki. O ile w przypadku Podróżników miałem szalenie dużo szczęścia do dzieciaków, o tyle podróżnicza perspektywa pozwoliła mi często stanąć z boku w pracy przy innych zleceniach,z takimi dzieciakami, o których wychowaniu zapomnieli nawet rodzice. Drodzy edkuatorzy, pozwólcie że powtórzę - naszym zadaniem jest edukować dzieciaki. Kropka. Reszta, to rola rodziców. A dla nas - albo wartość dodana, albo kłoda pod nogi. 

4. Nagrody


Klub Latających Podróżników otrzymał pośrednio dwie nagrody Słoneczników. Pośrednio, bo w 2016 roku dostaliśmy statuetkę za najlepsze zajęcia razem z Etnokalendarzem (czyli też Muzeum Etnograficzne), a w 2017 nagrodę rodziców otrzymały zajęcia Tam i Tu, które są pochodną Klubu. Już to jest wystarczy, żeby usiąść i klepać się po brzuszku. Niemniej, pomimo, że to jedne z najfajniejszych nagród jakie zdobyłem, nie są najważniejszymi nagrodami. Bo najważniejsi są ludzie, których w czasie tych 4 lat poznałem. Nie mogę nie wspomnieć o Ani Grajewskiej, która zaproponowała mi prowadzenie tych zajęć i Oldze Błaszczyńskiej, która sprawowała nad nimi pieczę, kontaktowała się tydzień w tydzień z rodzicami i ostatecznie dała zielone światło, żeby ruszyć z Tam i Tu. i oczywiście Natalii Ciemborowicz-Luber, która była najlepszym wsparciem promocyjnym jakie można sobie wyobrazić. Jeśli to czytacie - Dzięki Wam! Wielkie dzięki.

MEK, Kapitan Herman, Klub latających podróżników, zajęcia dla dzieci, dzieci i podróże, Mateusz Świstak, Baśnie na warsztacie,
Fot. Grażyna Makara
Nagrodą dla mnie byli oczywiście także rodzice, z którymi mogłem wymienić się nie tylko spostrzeżeniami na temat życia, wszechświata i całej reszty (dzięki Ado!), ale także tytułami filmów, seriali, książek i metodami przygotowań do maratonu. Dziękuję Wam! 

Wisienką na torcie są zawsze sami Podróżnicy, którzy stworzyli ze mną ten mały wszechświat. Pełen chaotycznej energii jaką miał kosmos u swego zarania. Tej energii, z której potem, mam nadzieje, wszystko wyewoluuje. Nie chcę wymieniać Was wszystkich z imienia i nazwiska, bo RODO, poza tym lista taka byłaby dość długa, a do tego systematyzowanie chaosu jest bez sensu. Umówmy się więc, że każde z Was wpisze swoje imię w puste miejsca poniższego zdania: 

Droga/Drogi _______________ twoja obecność podczas spotkań Klubu Latających Podróżników i więź jaką mogliśmy zbudować, była największą nagrodą dla mnie za prowadzenie tych zajęć. Dziękuję Ci bardzo. I życzę szerokiego świata, pełnego niespodzianek. 

5. Ciągi dalsze


Przyznam szczerze, że wszystko jest poniekąd ciągiem dalszym Klubu Latających Podróżników, bo tyle we mnie klubowego materiału i pomysłów, i tyle we mnie klubowego sposobu pracy, że trudno będzie się tego wyzbyć. I dobrze. Niech kiełkuje, niech buzuje, niech się z tego coś wykluje. Mam też nadzieję, zająć się bardziej na poważnie Dziennikiem Kapitana Hermana - czyli fikcyjną historią "wygrzebaną gdzieś z odmętów muzealnego archiwum", która stanowiła kanwę naszych zajęć. Lubię i kapitana, i Pimple'a, i nie chciałbym, żeby pozostali za drzwiami tego zamkniętego rozdziału. Potrzebuję tylko trochę przestrzeni i czasu, żeby ten duet mógł zajaśnieć w pełnej krasie, a wtedy Nelo, mała reporterko, drżyj! ;) 

MEK, Kapitan Herman, Klub latających podróżników, zajęcia dla dzieci, dzieci i podróże, Mateusz Świstak, Baśnie na warsztacie,
Fot. Marcin Wąsik

6. Koniec...


Im dłużej piszę, tym bardziej zdaję sobie sprawę, że choć w mojej pracy było wiele dużych momentów, świetnych projektów itd. Klub Latających Podróżników zawsze był tą rzeczą, która mnie definiowała (święta instytucja "we wtorek jestem zajęty"). Powiedzieć więc "Stop - już wystarczy" staje się momentem przedefiniowania. Mam nadzieję, że w dalszą drogę uda mi się ruszyć zabierając do swojego podróżnego plecaczka wszystko to, co czasie tych 4 lat było najbardziej wartościowe. 

Zakrzyknę zatem "Hej Przygodo!", zakrzyknę "Dzięki!" i "Do zobaczenia"... we wszystkich innych odsłonach.

Podobne:

Kiedyś pisałem o Gliwickich Bohaterach - innym cyklu, który wyglądał tak, jak wyglądał, właśnie przez moje doświadczenia z Klubem. W tekście jest też kilka wskazówek, jak mówić o sprawach nienajłatwiejszych.

Artykuł znajdziecie TUTAJ

(wszystkie zdjęcia pochodzą ze strony lub fanpejdża Muzeum Etnograficznego im. Seweryna Udzieli w Krakowie).

16.6.18

Szkice grimmowskie






Na warsztacie: Ilustracje do baśni, Baśnie braci Grimm, Katarzyna Smolarek




Dziś kilka ilustracji, które zatrzymały mnie na bardzo bardzo długo. Klimat szybkiego szkicu, wykonanego na przypadkowym kawałku papieru, rozlane kontury, zabrudzenia, ba, nawet plamy po kawie. Niektóre ilustracje wyglądają, jakby autorka zatrzymała się w połowie pracy, ale po dłuższym oglądzie widać, jak wiele technik i wysiłku jest w nie włożonych. 

Autorką jest Kasia Smolarek, a prezentowane poniżej ilustracje wynalazłem na jej profilu na Behence. Po więcej KLIKNIJ TU. A teraz już - smacznego!

Ilustracje, Baśnie braci grimm, Grimm, Kasia Smolarek, Fairy tale illustration, Baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak,
Złoty ptak

Ilustracje, Baśnie braci grimm, Grimm, Kasia Smolarek, Fairy tale illustration, Baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak,
Kuma Śmierć



Ilustracje, Baśnie braci grimm, Grimm, Kasia Smolarek, Fairy tale illustration, Baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak,
Muzykanci z Bremy

Ilustracje, Baśnie braci grimm, Grimm, Kasia Smolarek, Fairy tale illustration, Baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak,
Krzak jałowca



Ilustracje, Baśnie braci grimm, Grimm, Kasia Smolarek, Fairy tale illustration, Baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak,
Królewna Śnieżka


Czerwony Kapturek

8.6.18

Sztuka opowieści w działaniu - Strach (cz. II)

Kay Nielsen

Na warsztacie: Storytelling, sztuka opowieści, strach, warsztat opowiadacza, opowieści grozy




W poprzednim wpisie rozpocząłem rozważania na temat strachu. Pokrótce starałem się zebrać swoje spostrzeżenia na temat tego, dlaczego warto opowiadać dzieciakom straszne historie. Wpis znajdziecie, klikając TUTAJ.

Dziś, tak jak obiecałem, skupię się na kilu technikach, którymi sam posługuję się, kiedy chcę stworzyć straszną historię. Zaznaczam jednak, że to moje sposoby działania, przez co rozumiem, że nie są one żadną uniwersalną metodą na stworzenie strasznej historii. Piszę po prostu o tym, w czym sam czuję się dobrze, kiedy opowiadam. I o tym, w jaki sposób opowiadam, żeby czuć się dobrze. Miejcie to proszę z tyłu głowy podczas lektury poniższych kilku punktów i na bieżąco starajcie się odpowiadać na kilka pytań:

 - czy taka technika mi pasuje? 
Jeśli tak - dlaczego? 
Jeśli nie - co jest w niej nie tak i co bym zmienił/zmieniła, żeby skroić ją na własną miarę?

Jedno pytanie, które należy do moich ulubionych i któremu przyjdzie mi kiedyś poświęcić osobny tekst: Co jeszcze mogę zrobić, żeby dana technika była jeszcze lepsza?

W związku z tym, że konspekt tego tekstu okazał się bardzo obszerny, to z pewnością nie będzie ostatni artykuł poświęcony temu tematowi. 

Czego się boimy?


Zanim zaczniecie budować swoje indywidualne instrumentarium budowania grozy, zastanówcie się, czego Wy się boicie. Co sprawia, że wstrzymujecie oddech, w których momentach jeży Wam się skóra na rękach, a po plecach przebiegają dreszcze? Kiedy najwyżej podskakujecie w kinowym fotelu podczas seansu horroru. Zastanówcie się, jakie kategorie strachów są dla Was znośne, a jakich  nie jesteś w stanie nawet zaakceptować. To pomoże Wam zdeterminować, jakie tematy są najbardziej odpowiednie, by w nich rozpocząć swoją przygodę z opowieściami z dreszczykiem.

Podam swój przykład: historie z zombie są dla mnie raczej zabawne, lubię je, ale nie wzbudzają we mnie strachu, raczej zestaw innych odczuć (np. mieszankę obrzydzenia i rozbawienia). Podobnie jest z historiami o wampirach i psychopatycznych mordercach. Ciut wyżej w skali stoją wilkołaki i inne stwory, których ślepia mogą gapić się na mnie spomiędzy drzew -  ten strach rozumiem i jest mi dość bliski. Jeszcze wyżej na skali stoją duchy - dusze zmarłych, które wracają by się zemścić (taka Oiwa na przykład), albo te, które zamieszkują nawiedzone domy. Na skali strachów, to są rzeczy, które u mnie wywołują największy znośny strach. Jednak na nich skala się nie kończy. Dalej są wszelkiego typu opętania i czarownice. Nie czuję się z tymi historiami komfortowo i stopień grozy jakim mnie napełniają jest za duży, żebym mógł swobodnie się w nich poruszać.

strona fun-pic-space.com


Optymalnymi tematami dla mnie są więc te związane ze stworami i duchami. Ten kto mnie zna, wie, że jeśli można gdzieś wsadzić żart, to nie ma siły, która mnie przed tym powstrzyma. Zombiaki, skazane są więc w moim wykonaniu na pastisz, a więc nie ma mowy o grozie. Z kolei dochodząc do tego, czego naprawdę się boję (pierwsze miejsce zajmują zdecydowanie historie o  opętaniach) nie mogę swobodnie badać materiału, który powinienem mieć na warsztacie. Będę przyjmować do niego postawę obronną, co w moim przypadku oznacza... uciekanie w żart. Ci, którzy widzieli Alucardę, w wydaniu Teofila i moim doskonale wiedzą, o co chodzi.

Kiedy już uda się nam wyznaczyć ten złoty środek strachów własnych, zacznijmy się nim bawić. Wybierzmy jedną, albo dwie historie i testujmy na znajomych. Szukajmy swojej ulubionej wersji tej historii. Proponuję zacząć od odpowiedniego ustawienia perspektywy narracyjnej. Jaka jest najlepsza perspektywa tej opowieści dla nas. Opowiadajcie wybrana historię za każdym razem próbujmy dorzucić kolejne punkty, które sprawią, że historia stanie się niepokojąca.

Do czego dążymy?


To właśnie o niepokój nam przede wszystkim chodzi. Pomyślcie o tym tak - horror jest najbardziej przerażający nie wtedy, kiedy wydarzają się najokropniejsze rzeczy, ale zanim one się wydarzą. Najstraszniejszy jest wtedy, kiedy jeszcze wszystko jest zakryte. 

To trochę jak spacer dookoła budynku - za każdym rogiem może czaić się coś naprawdę groźnego. Im bliżej rogu więc jesteśmy, tym ostrożniej idziemy. I kiedy już staniemy, żeby wychylić się zza węgła, kiedy już prawie mamy spojrzeć, cóż - to jest to miejsce, w którym emocje gotują się w nas najbardziej. I to jest właśnie to miejsce na które my - opowiadacze - polujemy. A potem wychylamy się i... nic tam nie ma. Musimy iść dalej, do następnego rogu. I znów to samo - za chwilę coś może na nas wyskoczyć. Ale nikt nie gwarantuje, że tak właśnie się stanie.


Sztuka polega na tym, żeby jak najdłużej prowadzić widza dookoła takiego budynku i możliwie długo nie dawać mu odetchnąć.

Doskonałym przykładem takiego naciągania struny jest dmuchanie balonika. Im jest większy tym większe prawdopodobieństwo, że pęknie. I my musimy opowiadać tak, żeby nasz słuchacz czekał, aż balonik pęknie. I żeby balon nie pękał. I nie pękał... i nie pękał. Poniżej filmik poglądowy ;)



Tak na marginesie - zawsze, kiedy mam opowiadać historię, w taki właśnie sposób, gdzieś z tyłu głowy włącza mi się jedna melodia z kultowego horroru. Kto zgadnie jaka?

Co sprawia, że odczuwamy dyskomfort?


Znacie motyw z wsiadaniem do windy, w której ktoś stoi, ale twarzą do ściany? Ponoć przejażdżka z kimś takim między piętrami to jedno z najbardziej nieprzyjemnych doświadczeń, jakie można sobie zafundować i mało kto je wytrzymuje. Snucie opowieści grozy, to wstawianie takiego kolesia w zwyczajny świat.

Można to robić małymi przestawieniami w krajobrazie, sugestiami czegoś niepokojącego, ale bez widocznej intencji straszenia. Te drobne nic nie znaczące niepokoje będą jak pompowanie balonika. Choć najpierw wygląda on niegroźnie, naszym zadaniem jest od początku, sugerować że zaraz groźnie będzie. Że zaraz coś się stanie. Jednocześnie nie możemy przesadzać z mówieniem o sednie naszej historii otwarcie. Ale pozostawiony gdzieś kluczyk, cień o ludzkim kształcie przemykający przez salon w samo południe, komentarz rzucony półgębkiem przez postacie epizodyczne - to samo w sobie rozbija komfort słuchacza.  Im więcej powrzucamy do naszego balonika, tym więcej z niego wyleci, kiedy już pęknie.

Nie śpieszmy się i nie przesadzajmy. Dobra groza to taka, którą dobrze nasączymy naszego odbiorcę. Jeśli przesadzimy - będzie czuł się niekomfortowo, jeśli zbytnio popędzimy z opowieścią, nie zdążymy wybudować odpowiedniego nastroju i nasz słuchacz może nie zarejestrować tego, co ma być straszne.

Jak ukryć świat przed słuchaczem?


Jeśli najwięcej grozy jest w samym oczekiwaniu, to znaczy, że nasz strach dotyczy tego, czego nie widzimy. To w jaki sposób stworzymy niedopowiedziany świat, zależy od naszych umiejętności operowania językiem. Pozwólcie, że temu zagadnieniu poświęcę jeden z kolejnych wpisów, a dziś zostawię Was tylko z jednym, skutecznym sposobem maskowania rzeczywistości. A sposób ten zwie się... zaimek. Spójrzcie:

Coś zastukało. Tam, opodal. Tam, tam blisko. Ale nie mógł dojrzeć, co to. Po tym czymś, co przed chwilą, jak mu się wydawało, został tylko nieprzyjemny zapach, jakby to coś, przebiegło tamtędy…

Brzmi jak pójście na łatwiznę. Nie ma tu prawie żadnego opisu, a wszędzie tam, gdzie moglibyśmy poczęstować słuchacza opisem, zostaje rozbabrana plama zaimka. I byłaby to prawda, gdybyśmy źle balansowali swoją historię. Byłaby to prawda, gdybyśmy zamiast używać wyobraźni ratowali się wstawianiem w puste miejsca niewiele mówiących zastępczych części mowy.


Lucy Fleming

Zaimek może być jednak bardzo potężną bronią. Jego niekonkretność idealnie nadaje się do budowania dwuznacznych sytuacji. Sytuacji, w których nasza wyobraźnia zacznie galopować w swoje najmroczniejsze rejony. „To” czy „Coś” już same w sobie mają ładunek suspensu – dopóki my, jako opowiadający historię, nie rozwiążemy zagadki i nie odpowiemy, co konkretnie za nim stoi, nasz słuchacz jest zdany na naszą łaskę. Np.: 

...i nagle stanęło przed nimi właśnie to coś, coś czego szukali, a jednocześnie coś, czego tak bardzo nie chcieli spotkać – gigantyczna... gumowa... kura.

Dzięki zaimkom jesteśmy w stanie budować bardzo mgliste przestrzenie, które stają się zadaniem dla słuchacza. I może to być zadanie otwarte, albo quiz z kilkoma możliwymi odpowiedziami. Przy zabawie z zaimkami warto zaszczepić sugestie, czym może być to, co kryje się pod „coś”. Na przykład:

W lesie było wzgórze, z którego nikt jeszcze nie wrócił żywy. Niektórzy mówili, że mieszka tam niedźwiedź-ludojad, inni, że to wilkołak, a jeszcze inni posuwali się nawet do tego, żeby opowiadać o tym, jak na wzgórzu demon jakiś upatrzył sobie siedzibę, albo inna moc nieczysta.

Kiedy więc wyślemy bohatera na takie wzgórze i nagle coś zacznie poruszać się w pobliskich zaroślach, to... no właśnie – którą z powyższych opcji wybralibyście jako pierwszą? Niedźwiedzia, wilkołaka, czy może jakiegoś diabła… a ja Wam powiem, że to była tylko sarna.


Zaimek to świetne narzędzie do poruszenia wyobraźni. Używaj go, lecz nie nadużywaj. Bo jeśli w twojej opowieści pojawi się za dużo zaimków – może się okazać, że słuchacz czuje, że tak naprawdę nic mu nie dajesz, a obrazy które powstają w jego głowie, to zaledwie szkic.


... i na tym dziś poprzestanę. 

W następnej części opowiem trochę więcej o języku i o tym, czego nie warto robić w historiach z dreszczykiem. 


28.5.18

Sztuka Opowieści w działaniu - Strach

Baśnie na warsztacie, Strach, straszne baśnie, storytelling, sztuka opowieści, Mateusz Świstak, Krwawe Baśnie, VisAnastasis
rys: VisAnastasis
Na warsztacie: Storytelling, sztuka opowieści, strach, praca z dziećmi


Historia zaczęła się kilka miesięcy temu. Już parokrotnie zdarzyło się, że proszono mnie o przeprowadzenie spotkań, których głównym tematem będzie strach... czyli szeroko rozumiane opowieści z dreszczykiem. I kilkakrotnie dziwiła mnie ta prośba, bo zazwyczaj nauczycielki, czy osoby wynajmujące mnie, proszą o coś wprost przeciwnego - żebym był delikatny, spuszczał z tonu, nie straszył, bo później dzieci "spać nie mogą". A tu nagle - Opowieści z dreszczykiem... i to nie raz.

Szczerze ucieszyła mnie ta prośba. Po pierwsze dlatego, że od paru dobrych lat pracuję sumiennie na opinię kogoś od tych mroczniejszych opowieści, a po drugie dlatego, że temat strachu jest inspirujący - nie tyle w rozrywce, co w życiu. Set Historie z dreszczykiem (czyli niestraszne, straszne opowieści) oficjalnie znalazł się więc w moim repertuarze, a dziś postanowiłem skreślić dla Was kilka słów na temat strachu w opowiadaniu. Niech to będzie pierwsza część poświęcona odpowiedzi na pytanie: dlaczego warto opowiadać straszne historie. W drugiej zajmiemy się tym, jak to robić i zostawię kilka trików, którymi sam posługuję się w swojej pracy. Gotowi? To jedziemy!

Zły początek


Rodzice chronią swoje dzieci. I to jest oczywiście super. Starają się zapewnić im wszystko, co najlepsze - miłość, ciepło, dobre przedszkole i szkołę, fajnych przyjaciół i bezpieczeństwo na każdym możliwym poziomie. Często dzieje się to przez izolację dziecka od świata. W ten sposób środowisko dziecka jest czyste, a ono realizuje się tam w możliwie pełny sposób. Niestety - przychodzi taki moment, kiedy drogi dziecka i rzeczywistości krzyżują się i wtedy często charakter i psychika dziecka pękają. Dlaczego? Z obserwacji wydaje mi się, że przez to, że rodzic za bardzo stawiał na pozytywne emocje, jednocześnie zamiatając te negatywne pod dywan.

I im dłużej pracuję, tym częściej trafiam na takie właśnie dzieciaki - te, które sobie nie radzą. I nie mówię tutaj o radzeniu sobie tylko z lękiem. To są dzieci, które w ogóle sobie nie radzą z z bardziej wymagającymi emocjami. Z przegraną, ze skupianiem się, z cierpliwością, z wyzwaniem. Jakby czegoś im brakowało. Gdzieś w ich oprogramowaniu nie ma odpowiedniego software'u by poradzić sobie z postawionym przed nimi zadaniami. Rzeczy neutralne, stają się początkiem złych na nie reakcji, emocjonalnej traumy.

U podstaw takiego podejścia do życia leży oczywiście troska. Ale o czym zapominają rodzice, to fakt, że świat składa się z dwóch aspektów - tego dobrego i tego złego. I jeśli przygotują dziecko tylko na jeden - ten drugi je zniszczy. Owszem - budujmy w dzieciach dobre emocje, wzmacniajmy je i dawajmy im poczucie bezpieczeństwa, ale musimy pamiętać, by robić to w otoczeniu wszystkich innych emocji.

Nauka pływania


Proponuję pomyśleć o tym jak o nauce pływania. Dobry nauczyciel nie mówi swojemu uczniowi - lepiej nie wchodź do wody, bo można się utopić. Jasne - można, ale przecież w nauce pływania chodzi o... pływanie. Chodzi o to, jak, będąc już w wodzie, nie utonąć. W nauce radzenia sobie z emocjami chodzi zaś o emocje. O to, w jaki sposób poradzimy sobie z trudnościami, kiedy te emocje zapukają do naszych drzwi. O wiele lepiej postąpimy jako rodzice, stopniowo otwierając przed naszymi dzieciakami złożoność emocji, z którymi (uwaga: odkrywam życiową prawdę) i tak będą musiały się zmierzyć.

Rolą tych, którzy sprawują pieczę nad kształtem dziecięcej duszy (czyli rodziców, wychowawców i edukatorów), jest stopniowe przyzwyczajanie jej do całego spektrum emocji. Strach, jest o tyle trudny, bo jednoznacznie kojarzy się z czymś negatywnym. Niemniej proponuję pomyśleć o tym tak: jeśli nasze dziecko nie pozna tego czym jest strach, nigdy nie będzie mogło być odważne. Bo czymże jest odwaga, jeśli nie przekraczaniem swojego własnego strachu? I jeszcze jedno ważne pytanie: Czy strach naprawdę jest czymś jednoznacznie negatywnym?

Baśnie na warsztacie, Strach, straszne baśnie, storytelling, sztuka opowieści, Mateusz Świstak, Krwawe Baśnie, Miwa yanagi
Miwa Yanagi


Strach powszedni


Przede wszystkim strach jest czymś pierwotnym. Boimy się ciemności, boimy się ognia, boimy się wielkich psów. I bardzo dobrze. Bo gdybyśmy się nie bali tych rzeczy, moglibyśmy się poparzyć, zostać pogryzieni, albo podczas nocnego spaceru po ostępach moglibyśmy stać się przekąską dla polującego akurat drapieżnika. Strach w pierwszej kolejności chroni nas przed robieniem rzeczy głupich. W drugiej jest tym czynnikiem, który informuje nas, że jesteśmy w sytuacji stresowej i uruchamia nasze obronne mechanizmy na poziomie "walcz... albo zwiewaj". Bez odpowiedniego rozeznania się we własnym strachu, jesteśmy dysfunkcyjni jako organizmy biologiczne.

Strach* o przyszłość pomaga nam o tę przyszłość zadbać, a strach przed wyzwaniem informuje, że ma ono dla nas większe niż tylko rutynowe znaczenie. Jeśli dziecko nie będzie potrafiło zarządzać nim (czyli wykazywać się tak rozwagą jaki i odwagą) - będzie narażone albo na poparzenia/ ugryzienie/ pożarcie/ potrącenie przez samochód etc. albo na paraliż, czyli niemoc działania. Niezwykle istotne jest więc to, żeby umiejętności zarządzania strachem dzieci nauczyły się od nas. Jeśli to my damy dziecku posmak strachu, będziemy mieli nad tym kontrolę. Zanim przejdę do roli opowieści w tym procesie, muszę wspomnieć o jeszcze jednym typie strachu, który w baśniach pojawia się na każdym kroku:

Strach przed nadprzyrodzonym


Duchy, zjawy i upiory, to coś, co w baśniach stanowi najbardziej niepokojący element. Z jednej strony wykracza on poza to, co zrozumiałe, z drugiej zaś różnica miedzy realnym a nierealnym jest dla dziecka trudna do wychwycenia i elementy fantastyczne mogą stać się częścią jego realnego świata, a to z kolei może eskalować strach. I choć to trudny temat, a moje kolejne słowa będą tylko pewnym uproszczeniem, myślę o tym tak: poza sferą fizyczną (czyli tym czego realnie można się obawiać), strach dociera także do sfery psychologicznej i duchowej dziecka. Symbole nadprzyrodzone są tym, co o wiele lepiej oddaje niektóre problemy niż najlepszy nawet konkret. Jeśli dobrze opowiadamy historię, wtedy konkretna zjawa staje się symbolem, z którym dziecko może się skonfrontować. To jak w tym zdaniu Chestertona: Baśnie nie mówią nam o tym, że istnieją smoki, ale pokazują, że każdego smoka można pokonać (parafraza).

Baśnie na warsztacie, Strach, straszne baśnie, storytelling, sztuka opowieści, Mateusz Świstak, Krwawe Baśnie, Haari i Deepti
Haari&Deepti


Poza tym jest jeszcze duchowość. Strefa, która może wyrządzić tyle złego, co dobrego. W której higiena wewnętrzna jest równie istotna, jak codzienne mycie się. Z jednej strony mamy wszelkie "złe filozofie", które mogą wrzucić nasze dziecko w życiowe bagno. Polem bitwy będzie umysł i dusza. Będzie strach i będzie odwaga - problem w tym, że punkt zaczepu będzie niematerialny. Albo jak wolicie nadprzyrodzony. Dobrze jest więc uzbroić dziecko w kilka metafor, za którymi będzie się mogło schować.

Z drugiej zaś strony jest jeszcze coś - wiara. Wiara w to, że po "drugiej stronie" naprawdę istnieje duchowa rzeczywistość. Weźmy jako przykład chrześcijan. Jeśli wierzą w Boga, to powinni też wierzyć w diabła. Na tym polega ich wiara! Na tej dychotomii, którą niweczy dopiero ofiara Jezusa. Jeśli wierzą w Boga, ale nie wierzą w diabła, to gdzieś coś coś jest nie tak. I bynajmniej nie chodzi mi tutaj o zabobon. Raczej o traktowanie tego, w co się wierzy na serio. Nieważne czy jesteś katolikiem, protestantem, żydem, muzułmaninem, czy wyznawcą shinto. Przestrzeń nadprzyrodzona dla osób wierzących powinna mieć równie realny (a może i bardziej realny) wymiar, co przestrzeń materialna. Chyba jedynie ateiści mają zwolnienie z tego założenia. A reszta musi sobie odpowiedzieć na proste pytanie - jak bardzo na poważnie wierzę w to, w co wierzę? I czego chcę o tym nauczyć swoich dzieci?

Opowiedz mi strach


Zupełnie szczerze - nie wydaje mi się, żeby od strachu była jakaś ucieczka. Przyjdzie w takiej lub innej formie i to raczej prędzej niż później. Warto więc powoli przyzwyczajać do niego dzieciaki. Na przykład poprzez opowieści. Spotkanie ze straszną narracją może okazać się świetnym pomysłem na wprowadzenie młodego umysłu na nieznane terytoria chociażby dlatego, że możemy regulować natężenie serwowanej historii. Już samo słowo ma tę właściwość, że dociera jedynie do granicy, do której wyobraźnia pozwala mu dotrzeć. Nie jest obrazem, od którego nie da się uciec, a jedynie sugestią. W zależności więc od tego jaki jest nasz słuchacz, możemy dozować mu właściwe emocje w odpowiedniej dawce. nie za dużo, ale też nie za mało. W przypadku słów granica jest o wiele bardziej elastyczna niż przy jakiejkolwiek innej formie przekazu. 

Ponadto o opowieści jest o wiele łatwiej porozmawiać już po, bo poruszamy się w obrębie jednego medium -  trudniej przeskoczyć z obrazu na słowo, niż ze słowa na słowo.

Baśnie na warsztacie, Strach, straszne baśnie, storytelling, sztuka opowieści, Mateusz Świstak, Krwawe Baśnie, Howard dale
Howard Dale

Ponadto, ponadto - opowieść, którą stopniowo budujemy i napełniamy tym, czego można się bać, w każdej chwili możemy rozładować, na przykład poprzez humor. Nie traci wtedy ona tego, co już zbudowaliśmy, jednocześnie z żartu tworzymy bezpieczną otulinę dla psychiki dziecka.

Ponadto, ponadto, ponadto - ramy opowieści tworzą to co ekran telewizora - dystans pomiędzy nami, którzy opowiadamy/słuchamy, a bohaterami historii. W głębi ducha dziecko wie, że to co się wydarza nie jest aż tak prawdziwe, jak próbujemy to zbudować. Dzięki tej nieprawdziwości strach ma także dobry wpływ na wydzielane do mózgu hormony (np. dopaminę). 

I na koniec, mały słuchacz, który konfrontuje się z opowieścią z dreszczykiem, nie jest jej biernym odbiorcą, ale aktywnym uczestnikiem. Może więc zareagować w momencie, w którym chce, w sposób w jaki chce, a my spokojnie możemy badać jego reakcję.

Baśń, straszna baśń działa trochę jak rozwiązywanie zadania. I to rozwiązywania w sposób kreatywny. W interakcji na linii opowiadający-słuchacz. Jeśli my - dorośli podejdziemy do tego z odpowiednim wyczuciem, może się okazać, że baśń stanie się dla dziecka przepustką do jego własnej odwagi. Przez poznanie swoich reakcji w sytuacji treningowej będzie o wiele lepiej radzić sobie w realnym świecie.

***

Jeśli chcecie poczytać trochę więcej na ten temat zapraszam do artykułu: Krwawa brutalność - brutalna krwawość (o przemocy w baśniach).

W następnej części o tym jak budować straszne opowieści.

A ilustrację do dzisiejszego wpisu pochodzą od niezastąpionej Miwy Yanagi, Duetu Haari i Deepti, Howard Dale art oraz Vis Anastasis


*Oddając sprawiedliwości sprawiedliwość, powinienem wprowadzić tutaj rozróżnienie na Strach i lęk. Strach jako to, co wyzwala reakcję stresową, a lęk jako obawę o przyszłość. Dla potrzeb tego tekstu traktuję te dwa zjawiska jako jedne problem edukacyjny. Wszystkich skrupulatnych przepraszam. Nie czuję się winny :) 

21.5.18

Nocne harce



Na warsztacie: Gedeon, rozbójnicy, prawda, męskość


Od kiedy zacząłem pisać o rozbójnikach, jak bumerang wraca do mnie historia Gedeona, która jest chyba najlepszym przykładem tego, co zrobić, żeby rozbójnikiem nie zostać. Pozwólcie zatem, że opowiem Wam interesujący mnie dziś fragment losów tego bohatera, a potem kilka myśli, które krążą chodzą mi po głowie. Całość możecie przeczytać w Księdze Sędziów (rozdziały 6-8).

Poprzednie dwa teksty dotyczące rozbójników i męskości znajdziecie tutaj:



A teraz do Gedeona:

Sytuacja Izraelitów była kiepska: Midianici i Amalekici najeżdżali ich ziemie i przed zbiorami niszczyli całe plony. Żeby się przed tym uchronić, Żydzi zbierali jeszcze niedojrzałe zborze i młócili je tam, gdzie nikt nie mógł ich dostrzec. Np. w tłoczni wina. Tam też poznajemy Gedeona. Przestraszonego chłopaka, którego nawiedza anioł z poselstwem od Boga. Bóg wybrał Gedeona na sędziego, czyli przywódcę swojego narodu. Problem jednak był taki, że Gedeon był do szpiku kości przerażony światem i sytuacją. Trząsł się na słowa anioła, trząsł się na myśl o tym, czego miał dokonać i raz po raz wystawiał Boga na próbę, żeby upewnić się na sto procent, czy to właśnie o niego chodzi i czy przypadkiem nie nastąpiła jakaś pomyłka. Te wątpliwości zostały mu zresztą do końca jego historii. nas jednak interesuje to, jak ta historia się zaczęła: 
Midianici i Amalekici wraz ze swoimi mieczami, przywieźli także swoich bogów, których pomniki i ołtarze stawiali na centralnych placach miast. Bóg rozkazał Gedeonowi zniszczyć jeden z takich pomników.
I Gedeon zabiera się za to w sposób właściwy jego usposobieniu. Cichaczem, w środku nocy (nb. ze strachu przed własnym ojcem i innymi mieszkańcami swojego miasta, a nie najeźdźcami) burzy ołtarz Baala i nawet się do tego nie przyznaje.
A później dzieje się coś niesamowitego. W dochodzeniu zostaje wykryte, że aktu "wandalizmu" dopuścił się właśnie Gedeon. I choć początkowo mieszkańcy miasta chcą chłopaka zabić, stopniowo sami zyskują odwagę, by wyciąć w pień okupantów. Rozpoczyna się powstanie, na którego czele postawiony zostaje nie kto inny jak Gedeon.


Zachęcam do przeczytania całej historii tego sędziego, bo jest to chyba jedna z najbardziej fascynujących postaci biblijnych. A na pewno jedna z moich ulubionych. Ciągle niepewna siebie, ciągle pytająca, a przez to bardzo ludzka. Jej największą siłą, jest to, że działa, pomimo tego strachu, który ją przepełnia. I obiektywnie rzecz ujmując zostaje dla Żydów tym kim dla Greków był Leonidas. Z tą może  różnicą, że Gedeon przeżył. Wróćmy jednak do tamtej nocy, w której nasz bohater niszczy pomnik Baala. 

Rozdroża


Gedeon był absolutnie nieodważny. W związku z tym, do zadania, które otrzymał podszedł właśnie w taki sposób. Absolutnie nieodważny. Istotne jest jednak to, że go nie zbagatelizował. Bóg kazał, więc on wykonał. Próbował się wymigać, podważając autorytet przysłanego do niego anioła, ale kiedy to się nie udało - zrobił co trzeba. 

I to jest pierwsza rzecz, która odróżnia Gedeona od rozbójników. Gedeon bierze odpowiedzialność za swoją misję. Bierze ją tak, jak stoi. Tchórzliwie, niepewnie, bez perspektywy zwycięstwa, ale się od niej nie odwraca. I to jest też pierwsza rzecz, której możemy się od Gedeona nauczyć. 

Jeśli mamy coś do zrobienia, to to róbmy. nie musimy przy tym świetnie wyglądać, czasem nawet nie musimy być przygotowani do końca. Po protu to zróbmy. I bynajmniej nie chodzi mi tutaj o odhaczanie kolejnych punktów z listy obowiązków, ale o te rzeczy, które mogą coś zmienić. Chodzi o te rzeczy, których nawet nie wpisujemy na listę, bo na samą o nich myśl ogarnia nas trwoga. Zmiana pracy, albo pocałowanie dziewczyny, która zawsze się nam podobała, albo ważna rozmowa z mężem lub żoną, albo przyznanie się do czegoś, co zrobiliśmy lub kim jesteśmy. Wszystko to, czym dla Gedeona w tamtym momencie była walka o wolność. 

Bo wiecie, że chodzi o wolność. Zawsze. Nawet kiedy jesteśmy komuś poddani, kiedy mamy względem kogoś obowiązki lub zobowiązania. W tym wszystkim chodzi o naszą duchową wolność. Możliwość poddania się czemuś (np. woli Bożej) z własnej woli, a nie z przymusu. Decyzje, które podejmujemy albo nas wyzwalają, albo zniewalają. Innych - nie ma. 

Siły na zamiary



Gedeon wybiera bycie posłusznym, a potem działa, tak jak umie. Nieporadnie, bez wielkiego rozgłosu, ale skutecznie. To kolejna rzecz, której można się od niego nauczyć. Nie chodzi o to, jak coś zrobimy, chodzi o to, żebyśmy to zrobili. Jeśli decyzja została podjęta, nie przygotowujmy się do niej za długo. Nie szukajmy doskonałej sytuacji, która świetnie wyglądać będzie w mediach. Nie o to toczy się gra. Chodzi o popchnięcie świata do przodu nawet o kilka milimetrów, chodzi o to, żeby coś zmienić na lepsze. 

I jeśli nie mamy odwagi na wielką zmianę, może mamy odwagę na małą. A jeśli tylko na tyle, to tyle zróbmy. Będziemy dzięki temu w innym miejscu, bliżej słusznej sprawy. Tej, która zmieni coś w życiu nie tylko naszym, ale i ludzi, którzy nas otaczają. 


Zmiana


Kiedy to się stanie, kiedy w rzeczywistości, która nas otacza coś faktycznie się zmieni - nawet odrobinę - wsparcie może przyjść z zewnątrz. Prosta prawda mówi, że mały kamień może wywołać lawinę, ale żeby tak się stało, ktoś musi ten kamień rzucić. Gedeon to zrobił, mając odwagę o określonych rozmiarach (na moje oko, wielkości chomika) i dzięki temu inni też mogli w sobie odwagę odnaleźć. Co ciekawe - pierwszą osobą, która stanęła za nim murem, był jego ojciec, czyli osoba, której Gedeon w pierwszej kolejności obawiał się najbardziej. 

Decyzja, by pójść wbrew swojemu charakterowi uczyniła z Gedeona bohatera. Nie dezerterował, jak robią to zbójnicy, nie dbał o siebie, ale zaufał słowom, które Bóg do niego przysłał. I dzięki temu, skończył jako bohater. 

To co zrobił nie było wielkie. Wielkie były rezultaty, które dzięki temu uzyskał. I o tym pamiętajmy. Kroczek za kroczkiem przełamujmy swoje strachy. Przełamujmy je tam, gdzie najłatwiej jest nam je przełamać, dzięki czemu - choć ślimaczym tempem - będziemy zmierzać w stronę, która jest dla nas przeznaczona. Staniemy się bohaterami swoje własnej historii i kto wie, może tak jak Gedeon nawet przy niewielkim potencjale, pokonamy naprawdę potężną armię. 

6.5.18

Rozkład Jazdy


Czyli co nowego na Baśniach na Warsztacie :)


Szanowni!

Od dłuższego czasu chodzi za mną to, żeby narzucić Baśniom na Warsztacie trochę więcej dyscypliny. Zarówno na blogu, jak i na fejsie. I oto wolnymi krokami zbliża się ten czas - czas zmian.
I o tych zmianach dzisiejszy wpis.

Po pierwsze - Poniedziałkowa Ilustracja


Jak już pewnie zauważyliście, w każdy poniedziałek prezentuję jakąś superwyśmienitą ilustrację baśniową. Taką, która mnie ujęła i taką, którą chciałbym się z Wami podzielić. Po waszych reakcjach widzę, że pomysł ten się sprawdza. Będę się go zatem trzymać.

Po drugie - Wtorkowa Porcja Wieprzowiny


Czyli pasek komiksowy z baśnonawarsztatową świnką i innymi baśniowymi postaciami. Paski powstają już od ponad roku i miałem nawet sposobność rozmawiać na temat ich publikacji z pewnym magazynem dla panów o trzyliterowym tytule. Rozmowy gdzieś ugrzęzły, więc postanowiłem, że podzielę się przygodami świnki z Wami. Poza cowtorkową publikacją na fb, raz w miesiącu postaram się zbierać te paski w jednym blogowym wpisie (i dodawać jakieś ekstrasy).
START 22.05


Po trzecie - TIMBURU !!!!!!!!!! (środa)


Umieszczam ten punkt jako trzeci, choć powinien być pierwszy, podkreślony i wyboldowany. Niemniej, strasznie (a nawet strasznie bardzo i OCH!) się denerwuję, więc niech leci chronologicznie. Postanowiłem, że od 27.06 przez całe wakacje na blogu pojawiać się będą kolejne rozdziały mojej książki w odcinkach. Jeśli poczujecie, że Was wciągnęło i nie macie ochoty czekać do kolejnej środy, będziecie mogli zakupić całość książki, jako e-book. I od razu przyznam, że samo pisanie o tym sprawia, że oddech mi się skraca, a ręce trzęsą z poddenerwowania. Dla mnie - rzecz megaważna i pewnie nie raz jeszcze o niej napiszę przed premierą. 
START 27.06



Po czwarte - Świnak w podróży

Baśnionawarsztatowa Świnka ostatnie kilka miesięcy przeżyła bardzo intensywnie. Przemierzyła pół świata, a do tego jeszcze pół Polski, a teraz postanowiła, że będzie się z Wami dzielić zdjęciami ze swoich podróży. Po Polsce, Europie i świecie. Jako narzędzie wspierające te podróże postanowiłem też odpalić baśnionawarsztatowy Instagram. Obserwujcie ją tam, a ja będę także przerzucać podróżnicze relacje na fejsa.
START 15.05 

Instagram już działa, choć ciągle dość nieśmiało, niemniej - zapraszam - nie krępujcie się ;)
A gdyby komuś przyszła ochota, by zabrać świnkę ze sobą - piszcie do mnie bez krępacji, świnka lubi nowe znajomości.

Po piąte - Artykuły


Jeśli chodzi o pisanie artykułów w tej materii nic się nie zmieni. Nadal publikowane będą nieregularnie, bo proces ich powstawania ma to do siebie, że nie mogę go przewidzieć. Czasem natchnienie przychodzi w rozmowie, czasem w czasie przypadkowej lektury, a czasem podczas siedzenia na balkonie i popijania wody z cytryną. Różnie bywa, więc w tym względzie nie mogę deklarować za dużo, a potem nie spełnić swoich deklaracji. Lepiej po prostu pisać. Znając swoje tempo pewnie dalej będą publikowane w tempie jeden lub dwa miesięcznie. 
START - KIEDY BĘDĄ

Po szóste - Świstacze rekomendacje


Poza standardowymi artykułami dotyczącymi baśni i sztuki opowieści, chciałbym rozpocząć jeszcze jedną rubrykę, którą planuję już od dawna. Roboczo nazywam ją Świstacze rekomendacje, a w skład jej wchodzić będą króciutkie recenzje książek (klasyka literatury dla dzieci i młodzieży) i filmów o tematyce baśniowej, które uważam za godne uwagi. W zasadzie opowiadam o tym w formacie zajęciowym, ale jakoś temat ten nie przebił się jeszcze na szpalty bloga. Czas to zmienić.
START - POCZĄTEK LIPCA

Po siódme - Ogłoszenia parafialne


Oczywiście nie może też zabraknąć informacji o tym, co się dzieje i co się działo. Przyznam szczerze - nie lubię się tym dzielić, ale zauważyłem, że od kiedy przestałem wrzucać zdjęcia z tego jak stoję i gadam do dzieciaków/dorosłych/młodzieży, to ruch na blogu zmalał. Oddamy więc świeczkę i ogarek komu trzeba, przy okazji uchylając rąbka tajemnicy na temat kilku dość szałowych przedsięwzięć, które od jesieni po cichutku tkałem. Nie zabraknie też informacji o koncertach Baśni Zebranych, czyli zaprzyjaźnionego zespołu, dla którego mam przyjemność pisać piosenki.

A Baśnionawarsztatowa Świnka znów rusza w podróż i znów ma te same dylematy... co zabrać:

***

Ufff...  dużo tego. I skoro już zostało spisane, to nie tylko po to, żebyście wiedzieli co i jak, ale przede wszystkim jako deklaracja mojego zaangażowania w życie tego bloga, którą niniejszym podpisuję swoim imieniem i nazwiskiem.

Niski ukłon
Mateusz Świstak

28.4.18

Rozbójnicy

Baśnie na warsztacie, Muzykanci z Bremy, , Baśnie o zbójach, Narzeczona Zbójnika, Zbójnicki narzyczony, Ali Baba, zbójnicy, męskość, dorastanie, Mateusz Świstak,


Na warsztacie: Alibaba i 40 rozbójników, Muzykanci z Bremy, Narzeczona Zbójnika



Jakiś czas temu pisałem o tym, co może się wydarzyć, kiedy mężczyzna, pomimo swojego wieku  pozostanie, chłopcem. Zamiast zmieniać świat na lepsze, zaczyna dbać tylko o swoje zadowolenie własne, stając się rozbójnikiem. Popychany do działania jest jedynie przez egoistyczne popędy, a wszystko, co przeszkadza zaspokojeniu tych popędów jest przez takiego mężczyznę-chłopca siłą usuwane. Rozwijam ten temat w artykułach Zagubieni chłopcy i Czego w życiu powinniśmy się bać, do których przeczytania zachęcam. Dziś jednak chciałbym przyjrzeć się krótko psychice zbója. Do rozpatrzenia tego zagadnienia będą nam potrzebne trzy baśnie: Muzykanci z Bremy, Alibaba i 40 rozbójników oraz Narzeczona Zbójnika.

Przypadek 1: Muzykanci z Bremy

Po swojej brawurowej ucieczce z domów stary osioł, stary pies, stary kot i stary kogut docierają do chaty w lesie. Chata ta należy do zbójców, ale dla zwierząt nie wydaje się to być wielkim problemem.  Postanawiają przepędzić jej mieszkańców, a potem tam zamieszkać. Wykonując swój słynny manewr "pies na osła, kot na psa, a na kota kogut" wpadają z jazgotem do izby. Zaskoczeni zbóje uciekają w las, gdzie drżą przed intruzami. W związku z tym, że nie do końca wiedzą, co się dokładnie wydarzyło, przypisują napastnikom siły nadprzyrodzone i nikt nie kwapi się do tego, by zrobić rekonesans. Wreszcie herszt bandy postanawia sprawdzić, czy ten przedziwny napastnik zniknął. W czasie swojego zwiadu zostaje podrapany przez kota, pogryziony przez psa, kopnięty przez osła, a na koniec słysząc "Kukuryku" koguta, myśli, że to sędzia krzyczy "dawaćgodu!". Zmyka więc i już więcej się nie pojawia, a reszta zbójów idzie jego śladem.

Przypadek 2: Ali-baba

Ta baśń zasługuje na większe omówienie i kilka osobnych artykułów. Pozwólcie jednak, że tutaj przytoczę tylko jeden epizod. Kiedy Ali-baba kradnie skarby rozbójników, ci poprzysięgają mu zemstę i w różnorakich przebraniach próbują dostać się do jego domu. Za każdym razem, gdy wpadają na nowy koncept, wywodzi ich w pole Mardżana - niewolnica Ali-baby. Żebyście mnie jednak źle nie zrozumieli: przez wywiedzenie w pole przeważnie rozumiem tutaj bardzo bolesną śmierć (poderżnięte gardła czy ugotowanie w oliwie).

Przypadek 3: Narzeczona zbójnika

Zbójnik zostaje mężem dziewczyny. Podczas uczty weselnej panna młoda opowiada swój sen, a dokładniej wszystko to, czego świadkiem była w domu swojego męża (morderstwo dziewczyny, jej poćwiartowanie i kanibalska uczta). Na zakończenie swojej mowy rzuca na stół palec zamordowanej dziewczyny. Wtedy zgromadzeni goście rzucają się na świtę pana młodego i zabijają wszystkich złoczyńców.


Zło przegrywa


Każda z tych historii ma trochę inny ton. Muzykanci z Bremy należą do grupy baśni oscylujących w przestrzeniach humorystycznie absurdalnych. Podobnie jest w przypadku opowieści o Ali-babie, choć tutaj wszystko jest odrobinę bardziej na poważnie - zbójnicy krążą wokół domu głównego bohatera, więc strach o niego ma już swoje dość solidne podstawy. W ostatnim przypadku przez większość czasu klimat baśni jest mroczny i nieprzyjemnie drażniący. Niemniej, we wszystkich tych ujęciach jest kilka podobieństw.

Po pierwsze zbójcy zawsze przegrywają. Bo oczywiście zło musi przegrać, niezależnie od tego, czy zwierzęta same włamują się do domu (kradną zbójom dom), a Ali-baba sam jest złodziejem (kradnie skarby Sezamu), ale w ludowej moralności zło wyrządzane złemu to cnota.

Baśnie na warsztacie, Muzykanci z Bremy, , Baśnie o zbójach, Narzeczona Zbójnika, Zbójnicki narzyczony, Ali Baba, zbójnicy, męskość, dorastanie, Mateusz Świstak,


Po drugie w przytoczonych opowieściach zbój zawsze świadom jest tego, że jego życie skręciło w złą ścieżkę. I w każdym jego działaniu jest strach przed karą. Pan młody w każdej chwili mógł przerwać małżonce opowieść. Ten strach nie jest jedną z motywacji zbójnickich bohaterów, leży obok niej, sprawiając, że akcje zbójnika dryfują ku niepowodzeniu. Być może kiedy zbójuje, to zbójuje i nie myśli o niczym innym. Jednak, kiedy kończy się zbójowanie, gdzieś na karku każdy z antybohaterów dzisiejszej historii czuł ciepły oddech sprawiedliwości. 

A sprawiedliwość wiele ma twarzy. Niemniej - nie o samej sprawiedliwości chciałbym tutaj pisać, ale o czymś innym - o sile zbójnika. Postawmy więc jedno pytanie: 

Kto pokonał zbója


Sprawiedliwość przychodzi czasem z niespodziewanej strony. Może przyjść w postaci czwórki zramolałych zwierząt domowych, które musiały uciekać, bo w swoich obejściach do niczego się już nie nadawały. Cztery nieprzydatne do niczego zwierzęta! Tyle wystarczyło.  To nie jest reprezentatywny przeciwnik, przyznajcie sami? Ani razu nie ma tu starcia tytanów, Achilles nie pokonuje Hektora. Ba, to nawet nie jest pojedynek Dawida z Goliatem. To osioł ze słabym wzrokiem  i prawie bezzębny pies.Albo sztuczki niewolnicy, albo opowiastka żony.

Zbój, którego największym atrybutem jest brutalna siła, ani razu nie może jej wykorzystać, a pozbawiony swojego największego atutu, staje się... głupcem. Do tego przerażonym. Baśń o Ali-babie jest najlepszym tego przykładem - pomimo tego, że przestępcy giną jeden po drugim, nie wyciągają z tego żadnej nauki, tylko dają się eliminować jak w wyliczance o 99 butelkach piwa, albo piosence o 40 małych pszczółkach. Zbój bez swej siły to zbój bez mocy. 

Baśnie na warsztacie, Muzykanci z Bremy, , Baśnie o zbójach, Narzeczona Zbójnika, Zbójnicki narzyczony, Ali Baba, zbójnicy, męskość, dorastanie, Mateusz Świstak,


A kiedy zbój traci swoją moc, nie potrafi sobie z tym poradzić. I tym różni się od bohatera. Wpada w nocy do swojej własnej chaty i myli kota z szatanem, psa z potworem, a osła z olbrzymem. Kogut, który jest zwieńczeniem jego strachów uosabia sędziowską sprawiedliwość. Zwróćcie uwagę na jedno - wyobrażenia, które pojawiają się w głowie zbója, to nie wyobrażenia mężczyzny. To wyobrażenia chłopca. Zagubionego chłopca. 

Pamiętam taką sytuację ze swojego życia - zdarzyła mi się kiedyś bójka. Nie jakaś groźna, ale zgubiłem przy okazji komórkę. I chyba tylko przez tę stratę poszedłem na policję. Policjanci zabrali mnie na patrol i wypatrzyłem jednego z gości, którzy chcieli mnie pobić. Znaleźliśmy się na tylnej kanapie radiowozu - ja i ten gość od bójki - i wtedy mój kompan się rozleciał. Trochę popłakiwał, opowiadał, że uczy się grać na pianinie, nawet próbował się ze mną zakolegować. I pamiętam, że poczułem do gościa pogardę, że tak się wije, podlizuje i traci animusz. Cała odwaga wyparowała z niego, jak tylko podjechał radiowóz. Od tamtego czasu wszelkich zadymiarzy widzę trochę, jak tamtego gościa - nie biegnących z pięściami, ale skulonych na tylnym siedzeniu radiowozu. Zamiast siejących terror, raczej trzęsących się przed kogutem, w pianiu którego słyszą tylko "Dawaćgotu!"

Siła, która pochodzi z egoistycznych pobudek, to nie siła, to popisywanie się. Może da nam to, czego chcemy, ale w dłuższej perspektywie, będzie tylko skorupką, ukrywającą, że w środku nie ma nic. Nic poza przestraszonym dzieckiem, który nie stanowi wyzwania ani dla niewolnicy, ani zezowatego kota. 

Nie chcę zbytnio generalizować, bo wśród zadymiarzy zdarzają się i tacy, którzy nie mają żadnych skrupułów. Myślę jednak, że zbój to przeważnie ktoś, kto w zderzeniu z wartością, dojrzałą wartością wykruszy się i z brutala stanie się nieporadnym dzieckiem. Włączcie wiadomości i posłuchajcie niedorzecznych wymówek mężów bijących żony. Posłuchajcie gości, którzy pijani rozbili samochód i  próbują to wyjaśnić policji (albo posłuchajcie ich matek, które próbują usprawiedliwić swoich synusiów - to jeszcze bardziej pasuje do historii), albo przejdźcie się po imprezowych ulicach miasta w sobotni wieczór. Na każdym rogu spotkacie biednych, zaginionych chłopców. Biednych, ale wciąż niebezpiecznych. Albo w drugą stronę - niebezpiecznych, ale biednych. 

Baśnie na warsztacie, Muzykanci z Bremy, , Baśnie o zbójach, Narzeczona Zbójnika, Zbójnicki narzyczony, Ali Baba, zbójnicy, męskość, dorastanie, Mateusz Świstak,


Ci, którzy pokonują zbójów w dzisiejszych baśniach wiedzą zazwyczaj, że poza brutalną siłą i groźnym wyglądem zbój to wydmuszka i wystarczy wiedzieć, gdzie nacisnąć. Wystarczy zaufać swojej inteligencji, jak panna młoda i Mardżuna, a do tego korzystać z porządku, jaki wytwarza społeczeństwo (tak zrobiły zwierzęta). Jeśli zrobimy to dobrze, nie będziemy musieli obawiać się brutalnej, męskiej, ale zupełnie niedojrzałej siły.

*** 

Po wszystkich słowach, które padły mam jeszcze jedno zastrzeżenie. Bo przecież zbójnik, to także pewien etos bohatera pozytywnego - to Robin Hood, to Janosik i Ondraszek? Co z nimi? Czy i oni są takimi wydmuszkami? Nie do końca. Pozwólcie jednak, że o tym będzie już w innym tekście. 


Ilustracje: Gauther Allaire, Brush-n-gogo, Germano Ovani

5.4.18

Czas święty/czas baśniowy

Baśniowy czas, święty czas, Wielkanoc, Zbawienie, Jan 3.16, Szabat, Mateusz Świstak, Baśnie na Warsztacie


Na warsztacie: Baśniowy czas, święty czas, Wielkanoc, Zbawienie, Jan 3.16, Szabat

Od niedzieli Wielkanocnej chodzi za mną pewna myśl. Już nawet chciałem machnąć na nią ręką, ale biorąc pod uwagę, że to było kilka dni temu, a myśl nadal nie daje mi spokoju, czuję się zobligowany, żeby spróbować ją ująć w kilku słowach. Muszę jednak uprzedzić, że niniejsza notatka może być trochę chaotyczna. 

Problem z codziennością


Ci, którzy od dłuższego czasu śledzą Baśnie na warsztacie pewnie zdążyli się zorientować, że w swoich poglądach jestem chrześcijaninem, w dodatku protestantem. Bóg jest mi potrzebny do powszedniego życia jak powietrze, jedzenie a czasem jak poranna kawa (może dałoby się obejść, ale jednak lubię jej smak, a taka przyjemność też jest niezbędna). Staram się, żeby Bóg był moją codziennością. 

I ta codzienność czasem stanowi problem. Na przykład w te święta. Bo jak przeżywać w sposób wyjątkowy coś, co zdarza się codziennie. Śmierć Jezusa na krzyżu nie zmieniła jednego dnia, jednej pory roku, nie ma żadnego związku ze świętem wiosny, króliczkami, jajkiem, Esterą, Aszterą, Ostarą i innymi pogańskimi zwyczajami. Jest aktualna każdego dnia. Najbardziej klasyczne zdanie z ewangelii Jana o tym właśnie mówi (jak 3.16) Bóg raz dał syna, żebyśmy ci, którzy w niego uwierzyli mieli cały czas życie wieczne. Piękna koncepcja, która w zasadzie przekreśla wszystkie spekulacje związane z porównaniem czynu Chrystusa do pogańskiej obrzędowości. Bo jedno do drugiego się nie odnosi. 

Problem w tym, że codzienne przeżywanie tego wydarzenia, przekreśla jego wyjątkowość. Nam ludziom wszystko powszednieje. Tracimy poczucie czasu świętego, przez co nie potrafimy przeżywać w sposób uświęcony. I mówię to jako ktoś, kogo obrzędowość zawsze doprowadzała do pasji... i komu bardzo jej brakuje. Brakuje, bo granica miedzy sacrum i profanum się zatarła. Straciła znaczenie. Szczególnie to osobiste. Dziś jest czwartek, a ja mam poczcie, że przejechałem przez te święta ani razu nie naciskając na hamulec (pytanie: gdzie podział się wtorek i środa?).

No właśnie - hamulec. Święto zawsze było czymś, co zmuszało do wciśnięcia hamulca. A przynajmniej powinno być. Nie po to, żeby się najeść i napić, ale po to, żeby móc spojrzeć w górę. Tam gdzie mieszka nasz Bóg. Życie bez takiego świętego czasu jest jałowe, duchowo wycieńczające. I nie chodzi tylko o święta kalendarzowe. Chodzi o poczucie tego czasu innej jakości. Chodzi o poczucie życia innej jakości. 

Problem ze świętem


Potrzeba wydzielania świętego czasu zawsze towarzyszyła człowiekowi i w tym katolicy są o wiele lepsi niż protestanci. Wszystko jest u nich dobrze wyliczone i przygotowane do przeżywania według ściśle określonych procedur. Jest liturgia, jest pewna myśl, ale nie ma przeżywania. Za każdym razem, kiedy w święta (Boże Narodzenie i Wielkanoc) odwiedzam z rodziną kościół katolicki, mam to samo wrażenie - jakby ktoś publicznie odczytywał instrukcję obsługi składania mebli z Ikei (każda śrubka na swoim miejscu), często nudnym głosem. Z drugiej strony często jest to skansen - pieśni, które składniowo i melodycznie dawno powinny odejść do lamusa (tegoroczna perełka to "K'niemu" (sic!). Nawet kiedy ksiądz powie coś ważnego, coś co rzeczywiście wystrzeli wiernych w tę inną, świętszą rzeczywistość, tonie to w skostniałych formułkach przy których wyłącza się mózg i, niestety, częstokroć, także dusza. 

Chodzi mi po głowie takie porównanie: o ile protestanci codziennie żywią się kawiorem, co może się przejeść, o tyle częstokroć odnoszę wrażenie, że katolicy zastawiają kunsztownie stół i wyciągają najlepszą zastawę tylko po to, żeby zaserwować wczorajsze śledzie. I choć w obu przypadkach założenia są dobre (poprawa kontaktu z Bogiem), w obu przypadkach tworzy się dysonans. Z jednej strony powszednienie, z drugiej niedopasowanie formy do treści. 

Czas Święty


Myślę, że w obydwu przypadkach problem leży w tym samym - zapominamy, że czas święty powinien pozostać święty. Przykazanie mówi, że mamy obchodzić szabat. A szabat to nie wolna niedziela. To szabat! Czas przeznaczony nie dla ziemi, ale dla nieba. Czas tak odmienny w swojej istocie, jak odmienna jest woda od miodu. Czas, którego musimy się uczyć. My. Ty albo ja. Nie my kolektywnie. To przychodzi później. I nikt nie może nam go narzucić. To czas, na który musimy znaleźć miejsce, czas wydzielony, czas, którego nie ustanawia żadna ustawa, ani nie regulują żadne przepisy. Nasz czas dla naszego Boga. Jedyny czas, w którym nasza dusza może się zatrzymać nad sadzawką i spojrzeć na swoje odbicie. Wiecie, co wtedy zobaczy? Siebie i niebo. 


Nikt nam nie może powiedzieć, kiedy wypada ten czas. My sami musimy go wydzielić i stworzyć. I troszczyć się o niego, jak o bukłak wody na pustyni. W sumie nieprzypadkowo obligatoryjność obchodzenia szabatu znalazła się wśród dziesięciu przykazań. Nie musi to być sobota, nie musi być niedziela, ale szabat musi być. Sam przyznam, że w respektowaniu tego jestem beznadziejny, ale widzę, ile daje posiadanie takiego Świętego dnia dla poprawy jakości życia. I nie mówię tutaj o dniu "dla siebie" mówię tu o dniu, który jest świętem. Dniu, który odwołuje się do naszych najwyższych wartości, a nie komfortu życia (często te dwie rzeczy są mylone). O dniu, który odnosi się do naszego Boga, a nie do tradycji wokół niego. O dniu Świętym, przez duże "Ś". 

Baśniowy czas, święty czas, Wielkanoc, Zbawienie, Jan 3.16, Szabat, Mateusz Świstak, Baśnie na Warsztacie



Zanim przejdę do baśni, jeszcze mała dygresja na temat Szabatu. Parę lat temu wpadła mi w ręce książka Szabat - jego znaczenie dla współczesnego człowieka, Abrahama J. Heschela (wyd. Esprit). Od tamtego czasu, pożyczyłem ją trzy razy... i trzy razy musiałem kupować nowy egzemplarz, bo ktoś komuś pożyczył, a tamten ktoś - komuś innemu, a tamten... i tak dalej. Nie mam nic przeciwko, bo dobre książki powinny wędrować. Ciekawe jest natomiast to, jak ludzie potrzebują o tym czytać. I kończąc dygresję: czy ktoś ma mój Szabat? 

Czas Baśniowy



Czas Baśniowy być może nie jest czasem świętym w znaczeniu w jakim są święta, ale ma w sobie wiele z tego czasu. Po pierwsze jest czasem osobistym. To czas, w którym bohater zawsze zostaje sam ze sobą. Nie jest członkiem społeczności, więc choć społeczne sprawy zawsze ma z tyłu głowy, zajmuje się czymś zupełnie innym. Po drugie - właśnie - bohater baśni zajmuje się czymś zupełnie innym, przede wszystkim zajmuje się czymś innym jakościowo. Wasylisa pracuje u Baby Jagi, a ten, co to w świat wyruszył, żeby poznać czym jest strach, spędza cztery noce w strasznym zamczysku (tekst TUTAJ). Ta inność baśniowego czasu jest innością, w której zaistnieć mogą rzeczy nadprzyrodzone. I dopiero kiedy one zaistnieją, układ sił w zwykłym świecie się zmienia. Innymi słowy, gdyby nie to, co dzieje się w czasie świętym, nie byłoby szans na zmianę tego, co dzieje się w czasie zwykłym. To moment odnowy, miejsce przy źródle. Po trzecie, bohater baśni przebywa w tej magicznej przestrzeni jedynie przez moment. Potem wraca do zwykłych obowiązków. Jest w święcie, czasem strasznym, czasem wręcz bolesnym, ale przede wszystkim - w święcie osobistym. 



Różnica między nami a bohaterami baśni jest taka, że oni zazwyczaj nie mają wyboru. Baśnie się dzieją, przygoda ich porywa i muszą w niej być. My mamy mniej szczęścia. Musimy nauczyć się celebracji. Wydzierać z dni powszednich swoje własne szabaty i bynajmniej nie po to, żeby odpocząć. Raczej po to, żeby skontaktować się z tym, co najważniejsze. Jeśli to się uda - nasza powszedniość zacznie zmieniać swoją jakość. Nabierze sensu nie z perspektywy tradycji, ani nie z perspektywy obietnicy, ale osobistego przeżywania. Z naszym Bogiem. 


Tylko musimy pamiętać, że szabat, to szabat. 

25.3.18

Czego w życiu powinniśmy się bać?

Strach, jak radzić sobie ze strachem, inicjacja, Baśnie braci grimm, Mateusz Świstak, Baśnie na warsztacie,

Na warsztacie: O jednym takim, co w świat wyruszył by poznać strach.


Od jednych z zajęć w Domu Oświatowym Biblioteki Śląskiej rezonuje we mnie kilka myśli dotyczących grimmowskiej baśni o jednym takim, co w świat wyruszył, by poznać strach.  Pozwólcie, że zanim przejdę do tego omówienia tej baśni o przydługim tytule, streszczę interesujący mnie dziś fragment. Posłuchajcie!

Po wielu nieudanych próbach zrozumienia czym jest strach, bohater tej opowieści, którego dla ułatwienia nazwiemy Zygfryd, trafia wreszcie do nawiedzonego zamczyska. Do tej pory każdy kto próbował przetrwać tam chociaż noc, następnego dnia znajdowany był przerażony i całkowicie martwy. Dla Zygfryda - gratka nie lada. Udał się więc do króla panującego na tych ziemiach, by poprosić go o możliwość nocowania w rzeczonym miejscu. Władca nie tylko się zgadza, ale i obiecuje, że jeżeli Zygfrydowi uda się przetrwać w zamczysku noc, dostanie worek złota.

Zamczysko było prawdziwie nieprzyjemne. Zaniedbane, spowite w złowrogie cienie, które śledziły śmiałka oczyma nieistniejącymi. W odległych komnatach słychać jakieś pomruki, w bliższych szepty nieprzyjemne. Ale Zygfryd nie bardzo się przejmował. Po prostu siadł na krześle i czekał na strach. Gdy wybiła dwunasta, ze wszystkich kątów wypełzły potężne kocury i skradać się do śmiałka zaczęły. Prychają przy tym, pokazują zębiska i pazury. Kiedy Zygfryd to zobaczył, tak pomyślał: "Ale zaniedbane", zakasał więc rękawy i chwycił pierwszego kota, pazury obciął, umył, wyczyścił i od tego wszystkiego bestia zdechła. Tak też Zygfryd uczynił ze wszystkimi bestiami. Te kocury, które nie padły podczas kąpieli, bohater najzwyczajniej w świecie dobił. I nie było już kocurów, wybiła pierwsza i zamczysko trochę mniej straszne. się wydało. Biedny Zygfryd niestety nie poznał czym jest strach, więc poprosił króla o możliwość spędzenia jeszcze jednej nocy w tych przerażających murach.

W związku z tym, że koty pozdychały, tym razem Zygfryda nawiedzili nieboszczycy, którzy grali swoimi kończynami i głowami w kręgle. Zygfryd spytał, czy mógłby zagrać z nimi. Owszem, odpowiedziały truposze, ale jeśli przegra, będzie musiał oddać swoje własne kończyny. Zygfryd zgodził się i ku wielkiemu niesmakowi swoich rywali, ani razu nie chybia. Znów wybiła pierwsza i Zygfryd znów został sam i, niestety, znów nie wiedząc czym jest strach. Poprosił zatem o noc trzecią.

Kolejnym straszydłem, które napotkał w zamczysku nasz bohater, były zwłoki w trumnie. Kiedy Zygfryd odnalazł trumnę, a w niej drżącego trupa, pomyślał sobie: "Pewnie mu zimno" i postanowił zmarłego trochę rozgrzać. Niestety, trup, jak to trup, w ogóle nie połapał się, że to dla jego dobra i zamiast podziękować, zaczął wciągać Zygfryda do trumny. Na tę niewdzięczność Zygfryd spuścił trupowi niezły łomot, a potem zatrzasnął go na powrót w trumnie. I nie było już trupa, ale też nie  było wiedzy o tym, co to jest strach.

Kiedy król usłyszał, że Zygfryd chce spędzić na zamku kolejną noc, pomyślał, że takiego bohatera nie widział jeszcze w swoim królestwie. Postanowił więc oddać mu swoją córkę za żonę... jeśli śmiałek przeżyje zbliżającą się noc.

Strach, jak radzić sobie ze strachem, inicjacja, Baśnie braci grimm, Mateusz Świstak, Baśnie na warsztacie,

Tej nocy czekał Zygfryda turniej. Stanął przed nim olbrzym z kowalskim młotem i następującą propozycją: Jeśli Zygfryd pokona go, zamek zostanie odczarowany. Jeśli nie - wiadomo, śmierć i zniszczenie. Konkurs jest prosty. Kto mocniej uderzy młotem w kowadło - wygrywa. Pierwszy uderzał olbrzym i kowadło zapadło się niemal całe w kamiennej posadzce. Zygfryd nie bardzo się przejął - chodził tylko dookoła i przyglądał się powierzchni kowadła. Przyglądał się a przyglądał. Wreszcie zainteresowany olbrzym też zaczął się przyglądać. Kiedy jednak jego broda trafiła na kowadło, Zygfryd żelaznym klinem przybił ją i unieruchomił olbrzyma. Spytał, czy wygrał. Olbrzym na to, że po jego trupie. No to Zygfryd zaczął okładać go raz po raz czymś twardym i wyjątkowo nieprzyjemnym na skórze,, żeby przybliżyć wygraną. Wreszcie zbolała zjawa przyznała, że dobra, że Zygfryd górą i znikła. A wraz z nią znikło wszystko, co na zamku było straszne i przerażające. Została tylko niewiedza, czym jest ten cholerny strach.

Jak król obiecał, tak uczynił. Zygfryd został księciem. Miał piękną żonę księżniczkę i tego wrzoda, co spać nie pozwalał. Czym jest strach? czym jest strach? No czym?
Oczywiście w takich warunkach nie było co liczyć na udane pożycie i księżniczka doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Pewnego dnia chwyciła wiadro, wlała do niego lodowatej wody, wpuściła małych kiełbików, i kiedy Zygfryd spał ona go tą wodą z tymi rybami oblała. 

Zygfryd wyskoczył z łóżka jak porażony. Już wiedział, co to strach.


Brak

Poza tym, że baśń ta ma niemożliwie długi tytuł, sama też jest dość pokaźnych rozmiarów. Wszystkie wydarzenia toczą się wokół motywu poznania strachu, postanowiłem jednak zacząć od scen w zamku z jednego powodu - dopiero tutaj naszemu bohaterowi zaczyna grozić prawdziwe niebezpieczeństwo. Gdyby na zamku poznał czym jest strach, prawdopodobnie już stałoby się to przyczyną jego zgonu. 

Pierwsza więc nauka, jaką możemy wyciągnąć z tej baśni jest następująca - czasem nasze niedomagania są najlepszą ochroną naszego życia. Z pewnymi brakami możemy robić takie rzeczy, do których normalnie nie moglibyśmy się zbliżyć. Pomyślcie o młodych chłopakach, którzy podobnie jak nasz bohater "nie znają strachu". Czasem docierają do takich miejsc, do których ludzie o zdrowych zmysłach nie byliby w stanie nawet się zbliżyć. To dodaję jednak tylko jako dygresję. 

Koty


Kiedy Zygfryd znalazł się na zamku uruchomiony został pewien proces podczas, który przełożony jest na bardzo sugestywne obrazy. Kotów, grających w kręgle nieboszczyków, trumnę ze zwłokami i olbrzyma. I każdy z tych obrazów można przełożyć na inny strach. Koty mogą być zarówno uosobieniem po prostu pecha (bo Zygfryd w gruncie rzeczy jest dość pechowy, nie wiedząc, czym jest strach), ale może też być strachem przed naturą. Tym pierwszym, atawistycznym, z którym każdy z nas się rodzi. Strach przed nocą, strach przed zwierzętami, które z ewolucyjnego automatu są doskonale przygotowane do robienia nam krzywdy. Zygfryd postępuje z przyrodą dość brutalnie, ale dzięki temu jest w stanie zachować swoją autonomię.

Strach, jak radzić sobie ze strachem, inicjacja, Baśnie braci grimm, Mateusz Świstak, Baśnie na warsztacie,


Możecie się ze mną zgodzić lub nie, ale uważam, że choć bardzo nam tęskno do natury i choć jesteśmy w jakiś sposób jej częścią, to jesteśmy zbyt automoniczni i zbyt oddaleni, żeby w niej żyć. Idee powrotu do natury są piękne, ale zgoła niemożliwe. A przynajmniej nie w stopniu jaki dostępny jest zwierzętom. Odnalezienie w sobie tego poczucia i swoiste rozprawienie się z naturą, pozwala nam zająć jedyne, właściwe nam miejsce - ludzi, jako ludzi. 

Społeczeństwo


Kiedy już uporamy się z naturą, pojawia się drugi z naszych wielkich problemów - inni ludzie. Ludzie, ze swoimi ważnymi sprawami i ze swoimi rozrywkami. To właśnie z tą drugą sytuacją społeczną spotyka się Zygfryd drugiej nocy. Nieboszczyki grają, bawią się, a jednocześnie ta zabawa, to niezwykle niebezpieczny hazard, w którym stawką jest życie. Zawsze, gdy myślę o tej scenie przypomina mi się książka pod tytułem "Gry, w które grają ludzie", gdzie autor stara się przełożyć relacje społeczne jako grę. Czasem bardzo skomplikowaną, czasem prostą. Partyjka kręgli  z trupami jest tego typu grą. Zasady są bardzo jasne i w piękny symboliczny sposób oddają one to, w jaki sposób inni ludzie mają na nas wpływ.   Żyjąc wśród ludzi i grając w ich gierki nie raz będziemy mogli stracić głowę. I to jest w porządku. Gdybyśmy bali się społecznych gier (tych czczych i tych śmiertelnie poważnych), bylibyśmy niezdolni do życia.

Strach, jak radzić sobie ze strachem, inicjacja, Baśnie braci grimm, Mateusz Świstak, Baśnie na warsztacie,


Trumna


Po konfrontacji ze społeczeństwem przychodzi jednak czas na samotność, szczególnie ta najbardziej ostateczna, czyli śmierć. Zmierzenie się ze śmiercią, albo z jej widmem jest szczególnie istotne dla młodych mężczyzn. Niestety mamy trochę mniejszy kontakt z wielkim cyklem życia niż kobiety, więc w tym punkcie mamy też straszliwy brak, który staje na przeszkodzie naszego dojrzewania. 

Doświadczenie śmierci, a dokładniej - doświadczenie swojej własnej śmiertelności było jedną z podstawowych celów męskiej inicjacji. Co prawda nie możemy przygotować się na faktyczną śmierć, ale w inicjacyjnym kontakcie ze śmiercią chyba nie o to chodzi. Chodzi raczej o ustalenie naszego stosunku do życia przed śmiercią, a przez to - wzięcia za siebie odpowiedzialności.

O braku tego doświadczenia pisałem w poprzednim artykule: Zagubieni Chłopcy



Test


Po konfrontacji ze śmiercią dzieje się coś niesamowitego. Następna próba jest pierwszą, w której Zygfryd zaczyna działać. Ma szansę nie tylko zarobić złoto, ale i stać się księciem... i odczarować zamek. To już nie jest zadanie dla kogoś, kto patrzył tylko na siebie, ale dla rycerza. Być może jeszcze tego w Zygfrydzie nie widać, ale w tym momencie zyskuje faktyczny wpływ na rzeczywistość. Staje się rycerzem słusznej sprawy. Być może pomaga mu w tym jego wada, a być może po prostu przychodzi na niego czas. I co ważne - nie żeby pozbyć się swojej wady, ale żeby coś dla świata zrobić.

Strach, jak radzić sobie ze strachem, inicjacja, Baśnie braci grimm, Mateusz Świstak, Baśnie na warsztacie,


I tutaj kolejna nauka, jakiej udziela nam Zygfryd - najpierw zmieniaj świat, potem zajmuj się swoimi brakami. Bo nigdy nie wiadomo, która z twoich wad może stać się twoim atutem. I nigdy nie wiadomo, jak wiele życia przecieknie ci przez palce, kiedy ty będziesz siedział/a i zastanawiała się, jak możesz się zmienić. O wiele lepiej brać przykład z Zygfryda - szukać odpowiedzi, ale iść. Zresztą, poszukiwania to zawsze aktywny proces.

Inna sprawa, że szukanie ma też drugą stronę. Mam masę znajomych, którzy zajmują się "poszukiwaniem" tego, kim są. Z tego szukania zrobili główne swoje zajęcie i szukają od lat. I mam wrażenie, że kiedy spotykamy się co jakiś czas, oni dalej są w tym samym miejscu. W ich życiach absolutnie nic się nie zmienia - czasem żyją w innym mieszkaniu, czasem z innym partnerem, ale miejsce, w którym są, jest dokładnie to samo, co przed laty. I jeśli szukanie to proces aktywny, trzeba do tego dodać jeszcze jedną cechę - szukanie to proces pomiędzy szukającym a jego rzeczywistością. Szukając trzeba sięgać do świata.

Ostatnia próba Zygfryda nie rozwiązała jego problemu. Także w konfrontacji z olbrzymem nie znalazł strachu. Być może dlatego, że do tej pory... nic strasznego mu się nie przytrafiło.

Strach


Bo może od początku mowa o czymś całkiem innym niż taki zwykły strach. Może nie powinniśmy pytać: "Czego się bać"? Ale raczej "O co się bać?". To nie straszne straszydła są dla Zygfryda straszne. To relacja z jego żoną. Spotkanie z ostateczną rzeczywistością. Rzeczywistością, która jest ważna dla jego serca. To jest właśnie ten strach, który może go dotknąć. W tym przypadku oba pytania (czego i o co) zlewają się w jedno. I oba dotyczą intymności Zygfryda.

I to jest cenne. Nie strachy, którymi obrzuca nas świat. Owszem mamy je, ale ostatecznie, co z tego? Możecie zrobić taki eksperyment: otwórzcie TVN24, zacznijcie przeglądać nagłówki i odpowiedzcie sobie na pytanie - które Was ruszają. Ale tak naprawdę. Które mają dla Was znaczenie. A teraz wyobraźcie sobie, że ktoś z waszych bliskich miał wypadek. Założę się, że nawet przy wyobrażeniu, doznanie będzie o wiele mocniejsze niż przy nawet najbardziej wstrząsającym nagłówku.

Świat chce naszego strachu, więc będzie go wywoływać najbardziej prymitywnymi metodami. Przez koty, afery społeczne, widmo wojny itd. Ale ten strach w ostatecznym rozrachunku nie ma znaczenia.
Czasem, żeby to zrozumieć musimy zmierzyć się z każdym z nich, tak jak zrobił to Zygfryd, a jeśli to nam się uda, zostanie tylko to, o co naprawdę warto się bać.


Iustracje: Linda Dudaite, Paul Hey, Andrew Lang oraz internet


Specjalne podziękowania dla uczniów gimnazjum nr 6 w Rudzie Śląskiej, którzy zainspirowali mnie do napisania tego tekstu :)