18.10.15

Coś naprawdę wielkiego

Cz. 2 Świat


Baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak, najlepszy bajarz, Młody Olbrzym, Baśnie braci Grimm, Streszczenia baśni, dojrzewanie, iść swoją drogą, Gombrowicz Kosmos,
Na warsztacie: Młody Olbrzym (Grimm)

Pierwszą część (Dom) znajdziecie TUTAJ. Po kliknięciu: początek baśni, a także kilka szałowych grafik z różnych stron świata.  Zachęcam do przeczytania, by lepiej zrozumieć dzisiejszy tekst. 

Tęskno mi do takiej odwagi i takiego samozaparcia, jak bohater dzisiejszej opowieści... choć wciaż go nie lubię. Zanim przejdziemy do rozważań - baśń (cz.2):

Ojciec i matka nie mogli wyżywić swojego syna, teraz już olbrzymia. Nie mogli mu też dać kija wędrownego, bo każdy, który ojciec przywoził, chłopiec łamał na kolanie. Nie było w domu rzeczy, która mogłaby wystarczyć młodemu olbrzymowi. Ruszył więc w świat zostawiając dom rodzinny za sobą. 

Ruszył szukać swojego miejsca. Nauki i pracy. Poszedł do kowala na termin. Kowal ocenił - tęgi chłop. Będzie dobrym pomocnikiem. Do tego wyszło, że zamiast pieniędzy, chłopiec co dwa tygodnie, za dwa tygodnie pracy, chce dać kowalowi dwa klapsy. Kowal był dusigrosz, więc z przyklaskiem się zgodził. Kiedy jednak przyszło do pracy, młody olbrzym jednym uderzeniem wbił kowadło w ziemię. Nie nadawał się. Jako zapłatę dał kowalowi prztyczka w nos, tak, że kowal poznał uroki swobodnego spadania z dużych wysokości. Sam młody olbrzym wziął sobie żelazny drąg za laseczkę i poszedł. 


Dotarł do dzierżawcy, z którym również umówił się na dość nietypową zapłatę - za rok służby dzierżawca dostanie od olbrzyma trzy klapsy. Dla skąpego dzierżawcy taki układ to nie lada gratka, więc i on przyjął młodzieńca do pracy. 

Młody olbrzym miał swoje metody. Wstawał późno, nie przejmował się terminami, a do tego, potrafił podłożyć świnię swoim kolegom. Kiedy ci, zarzucali mu nieróbstwo, on jadł śniadanie. Kiedy pracowali w pocie czoła przy zwożeniu drewna z lasu, on przerzucił przez drogę zwaliste drzewo, a potem wyrwał jeszcze kilka, żeby załadować je na wóz. Kiedy wracał, reszta parobków przejść przez zwalone drzewo nie potrafiła. A młody olbrzym zarzucił sobie wóz i konie na ramię i jednym skokiem znalazł się po drugiej stronie. Kolegom nie pomógł. Za to pochwały od dzierżawcy zebrał sowite. 

I zbierałby pewnie dalej, gdyby nie to, że przyszedł dzień zapłaty. Dzierżawca, ze strachu o własne życie postawnowił oddać olbrzymowi swoje stanowisko, a nawet wszystko, czego młody olbrzym zapragnie, ale olbrzym twardo trzymał się swojego postanowienia. Dzierżawca, postanowił pozbyć się uciążliwego parobka, najpierw próbując zabić go w studni, a potem wysyłając do nawiedzonego młyna. Parobek, choć trochę po mordzie dostał, przeszedł obie próby koncertowo i choć dzierżawca jeszcze trochę chciał pomataczyć, odebrał swoje dwa kopniaki (jeden dla dzierżawcy, drugi dla jego żony)... 

...i kiedy tak szybował dzierżawca ze swoją połowicą przez firmament nieba, młody olbrzym chwycił w rękę swój kijaszek i ruszył dalej w świat. 

Przy pierwszej lekturze baśni, jej bohater nie wypada zbyt sympatycznie. Jest nieuprzejmy, rzuca kolegom kłody pod nogi (dosłownie), a do tego ma skłonność do nadużywania przemocy. Przy kolejnych czytaniach jest dokładnie tak samo. Olbrzym nie posługuje się językiem, który może wzbudzić do niego sympatię. Jego zachowania są dla nas całkowicie niezrozumiałe, jakby przybył z innej planety. I chciałbym, żebyśmy tak właśnie na niego dziś spojrzeli - jak na kogoś, kto w świecie, w którym żyje, może zrobić jedynie bałagan i wzbudzać antypatię.

Świat pierwszy/ Świat drugi


Chciałbym, żebyśmy spróbowali przeczytać tę historię, jako opowieść o zetknięciu się dwóch światów, posługujących się zupełnie innymi językami. Ten pierwszy niech będzie światem naszej codzienności, w której rodzice karmią dzieci, za pracę dostaje się pieniądze, ale tylko, jeśli wstawać się będzie z kurami i pracować, jak Bozia przykazała. Oczywiście zapłata będzie w pieniądzach i naszym obywatelskim obowiązkiem jest chcieć za swoją pracę dostawać pieniądze. Im lepiej pracujemy, tym więcej ich zarobimy. Drugi świat przedstawia się trochę inaczej. W drugim świecie pierwsze pytanie, na które trzeba sobie odpowiedzieć brzmi następująco: Czy jesteś już wystarczająco duży? Czy dorosłeś już do tej swojej naprawdę wielkiej rzeczy? Jeśli tak - masz wszystko. Z resztą sobie poradzisz.

Baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak, najlepszy bajarz, Młody Olbrzym, Baśnie braci Grimm, Streszczenia baśni, dojrzewanie, iść swoją drogą, Gombrowicz Kosmos,

Druga część baśni - ta omawiana dzisiaj pokazuje, co może się wydarzyć, kiedy ten drugi świat, pojawi się w tym pierwszym, jako intruz, jako młody olbrzym. Czyli ktoś, komu udało się znaleźć coś naprawdę wielkiego. To może być fizyka kwantowa, która sprawia, że umysł pochwyconej przez nią osoby zaczyna wznosić się na takie wyżyny, że osoba przestaje być zrozumiała dla swoich bliskich. To może być literatura, niuanse języka, których smakowanie, dostarczają takiej ekscentrycznej czy perwersyjnej wręcz przyjemności. Takim młodym olbrzymem może być ktoś, kto upadł na głowę i zamiast kariery w marketingu woli opowiadać dzieciakom bajki (bynajmniej nie mówię tutaj o sobie - zanim zacząłem opowiadać baśnie, wszelkie moje kariery w bardzo poważnych instytucjach i tak już trafił szlag). Ktoś taki przychodzi do domu i mówi żonie, czy rodzicom - kochani, od dziś robię coś naprawdę wielkiego - zajmuję się fizyką. Bliscy mogą się na to zgodzić, mogą się nie zgadzać. Mogą uznać, że naprawdę upadłeś za mocno na głowę, albo że bierzesz za mocne leki. Mogą powiedzieć - ok, wspieramy cię, cokolwiek zdecydujesz. Jedno jest pewne, jeśli sami nie mają czegoś swojego, co jest naprawdę wielkie - nawet gdybyś bardzo intensywnie próbował wytłumaczyć im, o co chodzi - nie zrozumieją.

To z kolei prowadzi do bardzo poważnych konsekwencji. Jeśli przez przypadek taki młody olbrzym ponownie znajdzie się z powrotem w swoim pierwotnym środowisku, sprzed odnalezienia tego naprawdę wielkiego, to te pierwotne środowisko nie będzie go w stanie wyżywić. Jedzenie z pierwszego świata nie jest w stanie nasycić nowego głodu. Już nie wystarczy, niezależnie od tego ile byśmy jedli. Pozostaniemy głodni, tak jak pozostawał głodny młody olbrzym, po posiłku w swoim rodzinnym domu. Coś dzieje się z jakością świata. Chociażbyśmy ogołocili cała rodzinną spiżarnię.

I coś jeszcze. Stary świat nie tylko nie jest nas w stanie wyżywić - nie daje nam też podparcia. Ojciec, choć próbował dać synowi wędrowny kij, trzykrotnie nie przeszedł próby. Dlaczego? Bo percepcja w drugim świecie skupia się na innej przestrzeni.

Wróćmy na chwilę do naszego fizyka. W pewnym momencie natyka się on na problem, który doprowadza go do szewskiej pasji. Nie może zasnąć, bo w jednym z analizowanych równań, jakaś tam delta, powinna być ypsilonem, a nie jest. I ten nasz fizyk nie rozumie dlaczego tak jest, a bardzo by chciał. Czuje, że to punkt, w którym on się kończy. Chodzi więc struty całymi dniami, aż wreszcie jego żona pyta, o co chodzi. On odpowiada: "Delta powinna być ypsilonem, a nie jest. Nie wiem dlaczego tak jest... i to mnie własnie irytuje, czuję się bezradny". Co ma w takiej sytuacji zrobić żona? Co może zrobić? Otóż może zrobić - nic. Bo nie ma do tego żadnych kompetencji. I bynajmniej nie chodzi mi o kwestie techniczne. O ile sama nie trafiła na swoje coś naprawdę wielkiego, nie ma zielonego pojęcia w jakim miejscu jest jej małżonek. Dla niej równie dobrze mógłby być w kosmosie. Innymi słowy, problemy młodego olbrzyma pozostają poza możliwościami percepcyjnymi pierwszego świata. Na szczęście młody olbrzym wie też, że pierwszy świat, to nie jego świat i wie, że sam musi poradzić sobie ze zdobyciem i wyżywienia, i oparcia.

Dysonanse


Olbrzym radzi sobie w pierwszym świecie i to radzi sobie doskonale. Pracuje jak należy, a sił ma tyle, że trudno drugiego takiego znaleźć. Problem polega na tym, że zasady, według których żyją mieszkańcy tego świata przestały go obowiązywać. Najlepiej widać to na przykładzie pieniędzy. Olbrzym nie potrzebuje tradycyjnego wynagrodzenia. Zamiast, złotówek, denarów, czy euro prosi swoich pracodawców o możliwość dania im klapsa. Dlaczego tak jest? Być może dlatego, że nawet bez zapłaty olbrzym pozostawałby olbrzymem*. Pieniądze nic nie zmieniają w jego tożsamości. Nie potwierdzają jego wartości, nie napędzają go do działania. Nie interesuje go też pozycja społeczna - odmawia przyjęcia stanowiska dzierżawcy. A przecież byłby to wielki awans - z parobka, na zarządcę... Olbrzyma to nie obchodzi i nawet nie chce mu się udawać, że jest jest inaczej.

"Chcę dać Ci klapsa...".

Baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak, najlepszy bajarz, Młody Olbrzym, Baśnie braci Grimm, Streszczenia baśni, dojrzewanie, iść swoją drogą, Gombrowicz Kosmos,

Tego typu rozwiązanie może być zwykłą i najczystszą formą karnawalizacji czyli odrzucenia, zawieszenia, wywrócenia na opak wartości świata przedstawionego (po więcej tutaj) - co bardzo dobrze świadczy o całej baśni. Natomiast jeśli potraktujemy słowa olbrzyma dosłownie, postawa bohatera jest dla świata dokładnie tym, o czym mówi. Daje on rzeczywistości solidnego klapsa/kopniaka. Co ważne - olbrzym zawsze robi to, co do niego należy. Kiedy każą mu pracować - pracuje i to doskonale. Jedynie jego metody są nieszablonowe. Zmierza w kierunku pozytywnego spełnienia się w pierwszym świecie - wywiązania się z powierzonych mu zadań. Efekty tego, cóż... Kopernik też robił swoje, kiedy odkrywał, że świat wygląda zgoła inaczej niż powszechnie sądzono. Dla ludzi, zakorzenionych w codzienności pierwszego świata, to zawsze jest szok. Choć początkowo przyklasną na warunki olbrzyma, potem będą chcieli się go pozbyć. Zbagatelizują jego odkrycie, zakażą mu się odzywać (patrz Galileusz), spalą na stosie (patrz Giordano Bruno). A potem, choćby i olbrzyma zabrakło to to, co po sobie zostawił i tak będzie solidnym kopem, który wybije biednego dzierżawcę z jego codzienności i sprawi, że ten będzie lecieć i lecieć...

Olbrzymy mają parę w rękach. Mają ducha, który pozwala im robić różne dziwne, nieszablonowe i spektakularne rzeczy. Mają siłę, żeby zmieniać rzeczywistość. I będą to robić niezależnie od tego, czy świat już jest na to gotowy czy nie. Olbrzymy, mają coś naprawdę wielkiego, co przewartościowuje wszystkie ogólnie przyjęte pojęcia. Zmieniają się nie tylko cele. Zmienia się także metodologia ich działania.

Kto rano wstaje... 


... ten idzie do pracy. Pracuje do wieczora i wraca zmęczony do domu. Potem idzie spać. Potem rano wstaje,a wiadomo: kto rano wstaje... Olbrzym nie chodził do pracy. Po prostu pracował. Nie marnował swojej energii na jakieś bzdury, liczył się tylko efekt. Robił, co miał do zrobienia. To też, coś, co odróżnia jego bycie w świecie od reszty. Nasz bohater nie porusza się według żadnego klucza. Ma rzeczy do zrobienia, więc robi je w swoim tempie, swoimi sposobami. Jest pewny, że na wszystko wystarczy mu czasu i wszystko mu się uda. Jeśli tylko będzie działać po swojemu.

W tej opowieści ma do tego pełne prawo - jest olbrzymem i nikt nie ośmieli się powiedzieć, żeby wziął się nie wydurniał i wstawał. W życiu bywa z tym gorzej. Trzeba mieć tupet, żeby postawić się okoniem światu i robić rzeczy na swój sposób. Albo robić je na swój sposób, kiedy nie patrzą nam na ręce. Poza tym zwykle pracujemy w zespołach, do których trzeba się przyginać. Niemniej - zasada pozostaje ta sama. Olbrzym działa inaczej. Jego skuteczność będzie pełna, jeśli zostawi się go w spokoju- z jego metodami i tempem pracy. To będzie trochę uciążliwe i często, na tej granicy pomiędzy światem olbrzyma, a pierwszym światem powstaną zapory. Zwalone przez olbrzyma drzewa, stają w poprzek tradycyjnym metodom pracy.

Baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak, najlepszy bajarz, Młody Olbrzym, Baśnie braci Grimm, Streszczenia baśni, dojrzewanie, iść swoją drogą, Gombrowicz Kosmos,


Olbrzym przez sam swój wzrost widzi dalej. Wie, jak układa się świat za następnym i jeszcze następnym wzgórzem. Ci na dole, często nie widzą nawet pierwszego wzgórza. Mają więc pełne prawo nie wierzyć. Ufają swoim zmysłom, ufają swoim towarzyszom, algorytmowi, w który zostali wtłoczeni i dzięki temu są w stanie funkcjonować. Nikt nie zaufał olbrzymowi, choć ten mówił, że jeśli ktoś pójdzie z nim, wróci wcześniej... To olbrzym miał rację.

Jedno, dwa, a nawet trzy "ale"


Miałem już prawie napisane patetyczne i dość wzniosłe zakończenie, kiedy czytałem ten tekst raz jeszcze. I odniosłem wrażenie, że podryfował w niebezpieczną stronę, którą najprościej można by określić kultowym stwierdzeniem fak de system - zostań olbrzymem. Dlatego zamiast patosu na koniec, trzy "ale", bez których tekst byłby niekompletny.

"Ale" pierwsze - olbrzym nigdy nie jest do końca. Wróćmy na chwilę do naszego fizyka. Załóżmy, że wreszcie udało mu się uporządkować wszystkie delty i ypsilony, udało mu się rozstrzygnąć wszelkie tajemnice świata, dostał za to siedemnaście nagród Nobla, a Watykan mimo pierwotnych zakusów, żeby naszego bohatera ekskomunikować, zdecydował, że lepiej, jak po śmierci od razu zostanie świętym. Przy tym wszystkim nasz fizyk jest kompletnie niezaradny życiowo, nosi buty na rzepy, bo nie miał czasu nauczyć się wiązać sznurowadeł, ma problemy z relacjami, a jego największym osiągnięciem kulinarnym jest zaparzenie herbaty ekspresowej. Jest olbrzymem, owszem, ale bycie olbrzymem to tylko fragment, całości, którą jest. Nasz baśniowy olbrzym nie pisał wierszy, po prostu miał parę w rękach. To była jego olbrzymiość. Nasz przykładowy fizyk, odkrył tajemnicę wszechświata i na tym jego olbrzymiość się kończy. W całej reszcie pozostaje obywatelem pierwszego świata. Coś naprawdę wielkiego tylko wyznacza kierunek.

"Ale" drugie - czy jesteś olbrzymem? Oczywiście - możesz nie trzymać się reguł i jednocześnie być zwykłym darmozjadem, któremu nie chce się nic robić ze swoim życiem, talentami, czasem itd. To szczególnie niebezpieczne dziś, w czasach, które systemowo wmawiają, że jesteśmy kimś wyjątkowym, bo jesteśmy. Że iść pod prąd jest fajnie i, że skaj is the limit. Oczywiście, że jest iść pod prąd, jeśli to konieczne jest fajnie, ale nikt nie mówi nam, gdzie iść. Oczywiście, że skaj is the limit, ale poza tym, mamy jeszcze masę innych ograniczeń. Najważniejsze, czy mamy to coś naprawdę wielkiego. To podstawa, o której pisałem w części pierwszej. Bez tej podstawy będziemy tylko pozerami, którzy mówią... i nic więcej (no może jeszcze marnują powietrze). Możesz uznawać się za olbrzyma jednocześnie pozostając pełnokrwistym obywatelem pierwszego świata. Wtedy po prostu zmarnujesz sobie życie. Przede wszystkim na pretensjach do tego świata... ale to też w porządku.

Baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak, najlepszy bajarz, Młody Olbrzym, Baśnie braci Grimm, Streszczenia baśni, dojrzewanie, iść swoją drogą, Gombrowicz Kosmos,

"Ale" trzecie - Leon. Na koniec ostrzeżenie. Nikt nie gwarantuje, że kiedy drugi świat ponownie zetknie się z tym pierwszym, młody olbrzym nie zostanie przez świat pierwszy wciągnięty i przemielony. Może zdarzyć się i tak. Młodego olbrzyma pochłonąć może normalność, ta najgorszego sortu  (a przynajmniej najgorszego dla olbrzyma) i wtedy pomału stawać się on będzie karykaturą samego siebie. Pisząc ten artykuł nieustannie wracała do mnie postać Leona z Kosmosu Gombrowicza. Leon zdecydowanie trafił w swoim życiu na coś naprawdę wielkiego. Był koneserem subtelnych przyjemności, które sięgały tak daleko, że próżno tłumaczyć komukolwiek, o co chodzi (jedynie Witold mógł zrozumieć). Trafił na coś wielkiego, ale zamiast wykorzystać to w jakikolwiek sposób, wybrał pierwszy świat - mieszczańskie życie pełne konwenansów, które w ogóle go nie interesowały. I choć to coś wciąż w nim było, stało się perwersją. Toczenia po stole chlebowych kulek napełnił on wręcz pornograficzną rozkoszą, nie wspominając już o potajemnym zabieraniu rodziny na enigmatyczne wycieczki do miejsca swoich erotycznych ekscesów z młodości. Jego poczucie przyjemności, było naprawdę imponujące. Niestety nie było na nie miejsca w jego życiu. Więc Leon, choć był wielki, był też najmniejszy ze wszystkich bohaterów. Ze swoją małą, śmieszną i nikomu niepotrzebną tajemnicą.

***

Ilustracje do dzisiejszego wpisu sponsorują: Spaceman Willie, Blexbolex, Mark Hallbert, Danny Gardner, 411mania

*z drugiej strony, pamiętam, jak moja znajoma (ewidentnie olbrzym ;) zaczynała pracę nad internetowym magazynem poświęconym popkulturze. Czasopismo jest wybitne, ma świetną bazę autorów i doskonałe teksty. Kiedy przyszedł czas, żeby trochę bardziej się sprofesjonalizować, twórcy zgłosili się po dotację. Nie dostali (to były te lata, kiedy na budowę centrum Jana Pawła II poszły z ministerstwa kultury grube miliony). Znajoma pozwoliła sobie wtedy na dość gorzkie spostrzeżenie, które w parafrazie brzmi mniej więcej tak: dlaczego inicjatywy pokroju naszego czasopisma są pomijane w dotacjach? Bo i tak będziemy je robić... 

3.10.15

Opowiadać, rozmawiać, lubić ludzi 

(na marginesach zajęć)

Najlepsze animacje dla dzieci, najlepsze baśnie dla dzieci, baśnie dla dorosłych, mateusz Świstak

Na warsztacie: Storytelling, opowiadanie baśni, praca z dziećmi, Świstak i stand-up


Garść notatek, które mogą się przydać, ale niekoniecznie nadają się na artykuł, czyli zapiski z marginesów moich zajęć.


Moje jarmarczne opowieści


Moje opowiadanie ma w sobie mało ze snucia. Choć baśnie, którymi się posługuję są klasyczne, ich sposób dystrybucji jest raczej jak filmy Woodego Allena - kolażowe, losowo rzucające widza w tok akcji, z często źle ustawioną kamerą. Wszystko rozgrywa się wokół pewnej osi fabularnej, ale tę oś owijam raczej kolorowymi bibułkami jarmarcznych bibelotów niż złotą taśmą patosu. Daleko mi do epickiej narracji budującej baśniowy świat, potężny i monumentalny, ale gdzieś daleko tam. Wolę bliskość, nawet tę tanią. Wolę... rozmowę.

Najlepsze animacje dla dzieci, najlepsze baśnie dla dzieci, baśnie dla dorosłych

Zauważyłem ostatnio, że to jest główna cecha (i główna siła) mojego stylu pracy. Rozmowa. Szczególnie kiedy pracuję z dziećmi. Sposób, w jaki one oddają mi swoją uwagę sprawia, że w mojej opowieści chciałbym zrobić jak najwięcej miejsca dla nich. Z ich sposobem myślenia, tym co je interesuje, z ich problemami. Daję sobie przerywać, pozwalam, żeby mówiły o wakacjach u babci, o swoim kocie, albo psie, nawet o Minecrafcie. Pozwalam ich światu wejść w moją opowieść. Zadomowić się w moim świecie. Bo jeśli całe się w niej zadomowią, będę mógł zabrać je tam, gdzie chcę. A one dostaną od opowieści wszystko, czego potrzebują. I nie będzie do tego konieczna potężnie sugestywna narracja, ale intymność. Miejsce dla całych słuchaczy w mojej przestrzeni tworzonej prostymi słowami.

I co najpiękniejsze - narracje oparte na rozmowie na szczęście wciąż pozostają narracjami. Zauważyłem jednak, że otwierają one jeszcze jedną furtkę...

Lubić ludzi


Stałem na przystanku, wczoraj. Byłem po 5 godzinach zajęć, z głosem na skraju zaniku i totalnym poczucie spełnienia. Na przystanek podeszło kilka osób. Uczniowie, którzy skończyli lekcje, jakieś kobiety, kilkoro staruszków. Stali od siebie w oddaleniu. Niektóre osoby wlepiły oczy w komórki, inne w przestrzeń. Wszystko było nieme, szczególnie w porównaniu z jazgotem, który miałem przed chwilą. Starsza Pani spojrzała na mnie. Uśmiechnąłem się. Odwzajemniła. Potem jakoś tak zaczęliśmy rozmawiać o okolicy. Ona opowiadała, że niedaleko są świetne stanowiska grzybiarskie, a w niedzielę tą linią (autobus właśnie podjechał), ale w drugą stronę, wracają więźniowie na przepustkę. Na pętli był zakład karny dla ludzi z małymi wyrokami. Gaworzyliśmy tak, aż do momentu, kiedy musiała wysiąść. Wysiadła, ja pojechałem dalej. Inni, którzy stali na przystanku, chyba też z nami jechali.

Wszystko zaczęło się od kontaktu. I bynajmniej nie chodziło tylko o to, że do kogoś się uśmiechnąłem, ale o to, że chciało mi się uśmiechnąć. Chodziło też o to, że takiej postawy musiałem się nauczyć. Że lubić ludzi trzeba się uczyć.

Uczyć się kontaktu z nimi, który prowadzić ma jedynie do przyjemności kontaktu. Trzeba się nauczyć smakowania ich historii, ich mimiki, gestykulacji. Czytać, co mówią i jak to robią bez próby wyciągnięcia z tego jakiejś korzyści dla siebie (poza przyjemnością). To nie jest umiejętność, którą się ma. Tego trzeba się uczyć i uczyć się tego coraz trudniej. Myślę, że z dwóch powodów.

Po pierwsze dlatego, że świat staje się coraz niebezpieczniejszy w naszych oczach. Dzieciaki nie biegają już swobodnie po podwórkach (bo niebezpiecznie) nie jeżdżą/chodzą same do szkół, bo coś może się przydarzyć. Dorośli nie chodzą w nocy pobiegać, a czasem nie chodzą nawet do sklepu 200 metrów od domu, bo mogą natrafić na dzika (to przykład z mojego podwórka) albo pijanego menela. Świat poznają zza szyby samochodu. Bo bezpieczniej. A świat zyskuje na tym percepcyjnego minusa. Także ten, którego uczy się naszych dzieci*.

Najlepsze animacje dla dzieci, najlepsze baśnie dla dzieci, baśnie dla dorosłych

Po drugie dlatego, że coraz mniej rzeczy robi się po nic. Po co tracić czas, na rozmowę, która w samym swoim założeniu nie ma celu? Chcesz porozmawiać na temat nowego biznesu, mam dla ciebie pół godziny, masz problem, spróbujmy go rozwiązać, potem spadaj**. Ćwiczysz karate - jedź na zawody. Nie chcesz jechać - po co zatem ćwiczysz? Umyka, umyka gdzieś przyjemność robienia rzeczy po prostu. A wraz z nią umyka przyjemność kontaktu z drugim człowiekiem. Cieszenia się jego obecnością (bez interesów czy pragnień).

Jakość komunikacji w tych warunkach leci na pysk. I podświadomie to czujemy. Jesteśmy interesowni, egoistyczni i wrogo nastawieni do innych. Takie też są nasze dzieci. Baśnie (i wszystkie inne aktywności, nie nastawione na wow), które zmuszają dzieciaki do rozmowy dają szansę, aby przełamać takie myślenie. Narracyjny moduł dookoła którego wszyscy siadamy i który prowadzi grupę jako całość. Daje szanse na spotkanie się z drugim człowiekiem (w tym wypadku ze mną i ze współuczestnikami) w przyjemnych, pełnych emocji (strach/śmiech) okolicznościach. Jest trochę jak wspólna wyprawa, której uczestnicy zdani są na siebie. Na swoje towarzystwo, a jeszcze bardziej na siebie, takimi, jacy są. I czerpać z tego, przede wszystkim satysfakcję.

Ta myśl bombarduje mnie od wczoraj. I łączy się z moimi podróżnikami. Szczególnie teraz, po wakacjach, kiedy stary skład przemieszał się z nowym. Zeszłoroczne dzieciaki, są już "moje" mamy ze sobą relację i choć niektóre to urwisy, które najchętniej pozamykałbym w skrzyni, stanowią o jakości i niepowtarzalności klubu. Nasze wspólne przebywanie może i jest edukacyjne, ale przede wszystkim jest przyjemne. To daje też komfort nowym dzieciakom i szybciej je integruje.

Zdałem sobie dzięki temu sprawę z jednej dość istotnej sprawy - w pierwszej kolejności zawsze chodzi o jakość. 


Przy mikrofonie... 


Stand-up. Forma sceniczna, która zawsze mnie pociągała. Kiedy opowiadam, staram się to robić w sposób możliwie zabawny. Ostatnio zacząłem trochę romansować z czystym stand upem. Kilka razy wziąłem udział w otwartych mikrofonach organizowanych przez Tomka Biskupa, wziąłem udział w warsztatach Karola Kopca. A wszystko po to, żeby pożenić jakoś moje baśnie i stand-up. Karol pokazał mi kilka dróg, którymi moje baśnie mogłyby podążyć, u Biskupa miałem szansę je wypróbować. Plan był prosty - trochę czystego stand-upu (żeby nie zawieść publiczności) potem baśń. 

Kiedy sobie żartowałem, po prostu sobie żartowałem. Miało to jakiś szkielet, kilka zaplanowanych dowcipów i wyszło całkiem spójnie. Podobało się i publiczności, i mnie. A potem baśń. I kiedy zacząłem snuć opowieść nagle coś rozlało się w powietrzu. Niby, poziom żartu ten sam, niby wcześniej też opowiadałem historyjki, ale nagle wszystko nabrało nowej jakości. Narracja opowieści nie jest losowa. Jest spójna jak rzeka, która swoim nurtem porywa słuchających. Z opowieścią się dryfuje. W stronę końca, czasem morału, czasem - tak jak w żarcie - w stronę puenty. Jednak nie jest zwykłym puentowaniem. Gdybym miał opisać jakoś różnicę pomiędzy jednym a drugim powiedziałbym, że w stand up raczej mówi się do ludzi. Nawet, kiedy pojawi się narracja, przede wszystkim mówi się do ludzi. Jest to trochę jak z pogawędką z dawno nie widzianym znajomym. Chcemy mu opowiedzieć o mniej lub bardziej humorystycznych sytuacjach naszego życia. Niewątpliwie przydaje się do tego talent narracyjny.

Najlepsze animacje dla dzieci, najlepsze baśnie dla dzieci, baśnie dla dorosłych

Z bajarstwem rzecz ma się trochę inaczej. Mówienie do ludzi zamienia się w opowiadanie ludziom. I z perspektywy może to wyglądać tak samo, ale skupienie odbiorcy jest inne. Słowa są ze sobą bardziej powiązane. Jedno bez drugiego nie istnieje. Wątek spina kolejny wątek (w stand-upie wątki są rozsypane, nawet jeśli do siebie nawiązują), a opowieść rośnie organicznie jak roślina. 

Najfajniejsze jest to, że zmiana w sposobie narracji była dla mnie odczuwalna, podobnie jak odczuwa się zmianę temperatury po wejściu z sauny pod lodowaty prysznic. Przez skórę. Dlaczego tak się stało, nie wiem. Być może powód jest prosty - opowiadam bardzo dużo. Stand-upu liznąłem do tej pory tylko trochę. Kiedy więc wszedłem na swoje poletko, poczułem się jak w domu. Inaczej zacząłem grać o publiczność. Po swojemu.

WORD


Nie lubię tego, że w słowa bajarstwo nie ma w słowniku i zawsze mi podkreśla...


***

Poprzednie Marginesy zajęć do poczytania TUTAJ

Więcej zapisków, jak się nazbierają, a teraz myśli mimochodne, czyli przypisy:

* I jest w tym wiele ironii. Bo z jednej strony stare opowieści czyszczone są ze wszelkich, najmniejszych nawet objawów przemocy. Wilk nie zjada świnek, na końcu staje się często dobrym charakterem. Wszystko jest cukierkowe i hurraoptymistyczne, przy jednoczesnej paranoi i strachu ogarniającym rodziców - o pseudokibiców, przemoc od strony rówieśników, księży pedofili o co tam jeszcze. Edukacja odrywa się od świata, słowa nie doganiają praktyki. A to przecież praktyka zbiera pokłosie.


** Znajoma opowiadała mi ostatnio historię pewnego spotkania. Leciała gdzieś z Okęcia i potrzebowała jedną noc przenocować w Warszawie. Z noclegiem zaoferował się jakiś kolega jej siostry. Znajoma i kolega wieczorową porą poszli na drinka, bo to fajnie pójść na drinka z kimś, kto zaoferował nocleg. Kiedy jednak po dość krótkiej wymianie zdań wyszło, że moja znajoma nie jest zainteresowana seksem, dalsza rozmowa przestała być możliwa. I chociaż bardzo tego bym chciał, nie jest to przytyk tylko do Warszawy.

Zdjęcia do dzisiejszego wpisu pochodzą z: Otwieracza, pstryknięte ręką Ali Rzepy, Z wakacyjnych zajęć w MEK 2014 (pstryknięte ręką Natali Ciemborowicz-Luber, Z poprzedniej edycji Klubu Latających Podróżników, też spod ręki Natalii, oraz z Inkubatora Kabaretowego we Wrzosie,, gdzie aparat dzierżyła Paulina Jarząbek.