27.1.16


ZACZAROWANY BĘBEN

Baśnie lapońskie, baśnie północy, baśnie chińskie, baśnie o smokach, baśnie o odwadze, złoty wiek, Mateusz Świstak, Baśnie na warsztcie


Na warsztacie: Baśnie lapońskie, baśnie o smokach, odwaga


PRZYPADEK 1 (Laponia): Pewien hodowca reniferów odnalazł magiczny bęben przodków. Instrument ten posiadał w sobie moc przywoływania wielkiej zwierzyny, o której większość łowców mogła dziś tylko zamarzyć. Mężczyzna był zaciekawiony tym, jak zabrzmi bęben. Nieśmiało więc uderzył w membranę, a potem zaczęła dziać się muzyka. Bęben odpowiedział o wiele głośniej, niż mężczyzna się spodziewał. Mężczyzna nie spodziewał się też, że z jego ust zacznie płynąć pradawna myśliwska pieśń. Bęben grał coraz głośniej, a on śpiewał. O renach z gór. Tych białych jak śnieg i tych czarnych jak sadza, które miały przybyć na wezwanie magicznego instrumentu. Śpiewał o tym, jak strzelby idą w ruch i otwierają się zwierzęce piersi. O krwi na śniegu i o wielkiej obfitości mięsiwa, skór, łoju.  I kiedy tak śpiewał w takt uderzeń w bęben, zaczęło dziać się coś niezwykłego.

Nie wiadomo skąd nadbiegły wielkie białe renifery, przy których najdorodniejsze sztuki z jego własnego stada były tylko kpiną. Karykaturą renifera. Tymczasem stado dookoła niego stawało się nieprzebrane. Choć mężczyzna miał przy sobie strzelbę nawet do głowy mu nie przyszło, żeby jej użyć. Zamiast tego, zaczął uciekać. W czasie swojego szaleńczego biegu pomiędzy pięknymi reniferami, potknął się i uderzył w głowę. 

Kiedy się ocknął, nie było już renów, tylko rozkopany śnieg dookoła. Mężczyzna szczęśliwy wrócił do domu, a ochota na uderzanie w magiczny bęben przodków odeszła mu całkowicie. 

PRZYPADEK 2 (Chiny): Pewien bogaty kupiec miał fioła na punkcie smoków. Wszystko w jego domu nosiło smoczy emblemat. Wzory na tapecie, wazony, filary przy wejściu, sztućce, koszule, stoły, nawet gacie. Wszystko co tylko się dało, kupiec przyozdabiał smokiem. 


Oczywiście zwróciło to uwagę samych smoków, które z zadowoleniem patrzyły na oddanie kupca ich gatunkowi. Postanowiły więc uhonorować jego wierność w sposób właściwy smokom. 

Pewnego dnia więc, kupiec obudził się rano w swym smoczym łoży, ubrał swój smoczy szlafrok i wyszedł na swój smoczy balkon, by ze smoczego kubka wypić łyk smoczej kawy ze smoczym cukrem i mlekiem sojowym (zapewne też smoczym). Na zewnątrz czekał na niego najprawdziwszy smok, co sprawiło, że mężczyzna... umarł ze strachu. 



Marzenie o złotym wieku


Nie jesteśmy dziećmi złotego wieku. Tamto "kiedyś", za którym tak tęsknimy, jest zawsze krok za nami. I choć gdzieś w głębi duszy większości z nas płonie nieznośnie tęsknota za tym wspaniałym, idealnym czasem, gdy przypadkiem staniemy twarzą w twarz z furtką prowadzącą bezpośrednio do jądra naszych tęsknot, nikt nie gwarantuje, że będziemy wystarczająco odważni, by po nie sięgnąć. A nawet jeśli sięgniemy i znajdziemy się tam, gdzie zawsze chcieliśmy być, może okazać się, że jesteśmy tak bardzo nie na swoim miejscu, jak to tylko możliwe. 

Hodowca renów jest tego najlepszym przykładem. On dokładnie wie, czym jest to, co odnalazł. Bęben nie jest dla niego żadną zagadką. Hodowca zna jego historię, wie do czego instrument służy. Jest w nim zresztą na tyle dużo ciekawości, że pozwala sobie dotknąć membrany... żeby sprawdzić, żeby choć na koniuszku języka poczuć jak smakowało tamto "kiedyś", o którym zapewne tyle słyszał. 

Dźwięk bębna otworzył w hodowcy klapkę, za którą skrywało się jeszcze więcej "kiedyś" - stara myśliwska pieśń. Mężczyzna znał ją doskonale. Być myśliwym - może to była jego podstawowa tęsknota za przeszłością. W końcu na jego ramieniu ciągle zwisała strzelba, a wokół niego pasły się renifery. Wszystko prawie się zgadzało. 

Baśnie lapońskie, baśnie północy, baśnie chińskie, baśnie o smokach, baśnie o odwadze, złoty wiek, Mateusz Świstak, Baśnie na warsztcie

Moc zaklętego w bębnie "Kiedyś" nagle zaczęła być bardzo aktualna. Pieśń działała, tak jak działała za czasów łowców, którzy ją stworzyli. Lecz kiedy tamto "kiedyś" zostało ponownie powołane do istnienia, okazało się, że reny, które przywołuje bęben były czymś innym niż reny hodowcy, strzelba, którą nosił na plecach nie służyła do polowań (prędzej do odstraszania wilków), a on w duszy nie był łowcą, ale pasterzem*. Prawda mieszkająca w bębnie, dla niego była już tylko pozorem. Nie było w nim już myśliwego, nie było "kiedyś", pozostawało tylko "teraz" hodowcy reniferów, niegotowego na magię bębna. 

Co jednak ważne - złoty wiek i wszystko, co oznacza to mityczne "kiedyś" jest lepsze. Powtórzę. "Kiedyś" JEST lepsze. Gdyby nie było mężczyzna pewnie nie miałby zielonego pojęcia, czym był znaleziony przez niego bęben ani nie znałby starej pieśni myśliwych. Było jednak w przeszłości coś  takiego, co sprawiało, że pielęgnował pieśń w sobie, dbał, by pamięć o niej nie przeminęła. Tym samym leżała ona w jądrze jego tożsamości. I choć to "Kiedyś" mieszkało właśnie tam - w środku naszego hodowcy renów, ten poległ sromotnie w konfrontacji z nim.

To jedna z pułapek złotego wieku. Skoro wtedy było lepiej, renifery były większe, ludzie odważniejsi a zorze świeciły jak dziś już nigdy nie zaświecą i skoro dziś wszystko jest gorsze... to my też. My już nie jesteśmy łowcami, nie jesteśmy mieszkańcami złotego wieku.  

Wtedy to było...


Czy macie tak, że czasem, gdy spotykacie znajomych z dawnych lat (na przykład takich, z którymi chodziliście do liceum, albo na studia), wasze rozmowy wracają do chwil, gdy robiliście naprawdę szalone rzeczy. Wspominacie kolorowe, niesamowite noce, dzikie imprezy, niewyobrażalne przekręty, jakie jakimś cudem uchodziły wam na sucho, albo po prostu chwile, gdy siadaliście nad butelką wina i do wschodu słońca naprawialiście świat? Kiedy o tym mówicie coś w was się rozpala, na chwilę znów jesteście sobą z tamtych czasów... a potem dodajecie "Wtedy to było..." I jakiś cień pada na wasze serca. Przez swoje słowa chcecie stwierdzić dwie rzeczy - po pierwsze, że teraz tak już nie jest, po drugie zaś, że wtedy było lepsze. 

Może w waszym przypadku jest inaczej, ale mnie ostatnio zdarza się tego doświadczać niemal na każdym kroku. "Kiedyś" choć wychwalane pod niebiosa i grzejące serce nie ma racji bytu w "teraz". Czasem zdarza mi się zaproponować - to może zrobilibyśmy coś tak, jak wtedy. Rzucili się na któryś z tych szalonych pomysłów, niezrealizowanych drzewiej. Wtedy na twarzach zebranych pojawia się gorzki uśmieszek konsternacji i wzrok mówiący, żebym był poważny. Czasem padają takie słowa. Niestety, czasem także z mojej strony. Stoimy więc w dziwnym klinczu tęsknoty za "kiedyś" połączonym z jednoczesnymi pogardą lub strachem, by po nie sięgnąć. To niechybny znak, że jesteśmy hodowcami reniferów, którzy marzą o byciu myśliwymi. 

Nie mam tu jednak na myśli powrotu do robienia rzeczy, ale do powrotu, do jakości, która z tymi rzeczami się wiązała. Jeśli jest to możliwe, dlaczego tego nie zrobić. A jeśli jest to możliwe, a jednak coś mówi nam, że jednak musimy być poważni, może warto przemyśleć tę kwestię w następujący sposób: 

Baśnie lapońskie, baśnie północy, baśnie chińskie, baśnie o smokach, baśnie o odwadze, złoty wiek, Mateusz Świstak, Baśnie na warsztcie

Pytanie brzmi tak: czy nie lepiej zapomnieć o tęsknocie za "kiedyś"? Zaakceptować to, co dla siebie wybraliśmy. Pomyśleć o tym w następujących kategoriach - skoro nie mogę być, jak w czasach studiów ("szalony, niezależny, otwarty na świat, szczęśliwy nawet jeśli wtedy żyłem na słowo honoru"*), dlaczego mam za tym tęsknić? Używając metafory dzisiejszej baśni - skoro tęsknię za byciem myśliwym, ale nie chcę nim być, kiedy nadarzy się okazja, dlaczego nie chcę być hodowcą renów, kiedy to właśnie nim jestem? Nasze wybory wynikają z tego kim jesteśmy, a nie z tego za byciem kim tęsknimy, ale kim nie chcielibyśmy być. Może najprościej byłoby wyrzucić całe to "kiedyś"... 

Otóż - niestety nie. Bo gdzieś w środku gryzie poczucie, że w "teraz" jest trochę mniej jakości niż było dawniej. Może jest bezpiecznie, może mąż, żona, dzieci, stała praca, ciepły kąt. Ale jednak coś nieuchwytnego paruje. I wszystko pięknie wygląda, więc nie bardzo jest na co się skarżyć... ale w środku jesteśmy już hodowcami renów. Może czas się z tym pogodzić... może tak jak hodowca renów, stracić ochotę na uderzanie w bęben przodków. 

Szlafrok ze smokiem


Nie chodzi oczywiście tylko o przeszłość. Chodzi też o przyszłość, o "kiedyś", w którym wszystko ma się zmienić. Emeryturę, nową pracę, nowy związek. O to kiedyś, w którym rzucimy to wszystko i wyjedziemy w Bieszczady hodować hucuły**. Chodzi też o wartości, o siłę, o szlachetność o zasady. Chodzi o te wszystkie emblematy, którym oddajemy ukłon, zapominając, że stoją za nimi konkretne wartości, a co za tym idzie konkretne działania jakich te wartości od nas wymagają. 

Kupiec z drugiej baśni był dokładnie taki sam, jak hodowca renów. Był tutaj gdzie był, jednocześnie myśląc, że może być gdzieś indziej. do tego nie chciał być tam, gdzie myślał, że chce być. Smoki nic dla niego nie znaczyły. Kiedy więc nosił na piersi symbol mądrości i władzy cesarskiej, i wojennej potęgi, to nie respektował mądrości, cesarza ani siły. Po prostu był gościem w szlafroku z logiem smoka. 



Nie bądźmy jednak zbyt surowi dla naszego kupca. Może w głębi duszy naprawdę wierzył w wartości reprezentowane przez smoki. Może chciał jakoś się z nimi utożsamić i tylko poprzestał na swojej zewnętrznej obrzędowości. Może to było tyle, na ile było go stać? Czy można go za to ganić. Nie, oczywiście nie można. Problem w tym, że rzeczywistość nie ma w naturze ganienia kogokolwiek. Ona raczej widzi, co robimy i się do tego ustosunkowuje. Stawia nas w sytuacjach, w których może sprawdzić, kim jesteśmy. Kupiec szedł drogą smoka, tak jak potrafił. Rzeczywistość, widząc kroki kupca nie osądzała, po prostu poszła za ciosem. Postawiła przed nim wyzwanie adekwatne do jego drogi, albo inaczej - czystą esencję wyznawanych przez niego zasad... i to go zabiło. Zginął przygnieciony konkretem zasad, w które niekonkretnie wierzył. 

To z kolei przypomina mi o pewnym młodzieńcu, który przyszedł do Jezusa z pytaniem, jak ma osiągnąć Królestwo Niebieskie. Jezus odpowiedział, że ma przestrzegać przykazań. Młodzieniec odrzekł, że to robi. Jezus powiedział na to: Super, to sprzedaj wszystko i chodź ze mną. Po tych słowach młodzieniec zrezygnował. Był bogaty i nie dał rady pozbyć się tego kim był - jego też przygniótł konkret zasad, w które wierzył (18 rozdział Ewangelii Łukasza). Szlafrok ze smokiem.

Baśnie lapońskie, baśnie północy, baśnie chińskie, baśnie o smokach, baśnie o odwadze, złoty wiek, Mateusz Świstak, Baśnie na warsztcie

Nie ma co się oszukiwać - tego typu potknięcia zdarzają się nam krok za krokiem. Częściowo dlatego, że choć marzymy o byciu myśliwym, całe życie przygotowujemy się do hodowania reniferów. Choć naszym marzeniem jest malarstwo, idziemy na weterynarię, bo będzie po tym praca. Może będzie, może nie. Trudno powiedzieć. Wybór pozostawia nas w miejscu, w którym jesteśmy, dalej od malarstwa, bliżej do kociej kliniki. Albo kiedy wychowujemy dzieci - naszym ideałem jest dyscyplina i karność naszych dzieci, jednocześnie popuszczamy im na lewo i prawo. Wiadomo jaki będzie efekt. 

Za naszymi decyzjami muszą pójść konkretne decyzje, za decyzjami działania. To dopiero one powiedzą kim jesteśmy. To długotrwałe przygotowanie do "Kiedyś" pozwala w konfrontacji z tym "kiedyś" przetrwać. Rozwinąć skrzydła i znaleźć się na powrót w swoim własnym złotym wieku. Na szczęście znam wiele osób, które, pomimo, że urodzone wśród hodowców renów zawsze marzyło o byciu myśliwymi, które do tej roli przygotowywały się całe życie i kiedy znalazły gdzieś pośród śniegów pradawny bęben, śmiało w niego uderzyły... a potem zaczęło się wielkie polowanie!

***

Ilustracje do wpisu stworzyli: Eva Vilhelmiina Eskelinen, Splash!

Myśli luźne w postaci przypisów:

* W baśni tej można także dostrzec opis historii przemiany pomiędzy dwoma sposobami życia. Przejściem do łowiectwa, do pasterstwa.

**dobra, ten nawias wymaga przypisu. Jest dość stereotypowy i brzmi, jakbym przeciwstawiał biedni ale szczęśliwi, bogatym i nieszczęśliwym. Zupełnie nie tak! Gdzieś w rozmowach ze znajomymi te wątki powracają najczęściej, dlatego pozwoliłem sobie na ich wykorzystanie w aż tak wulgarnej formie. Co do dylematu biedny vs bogaty lubię o tym myśleć słowami Tomasza Różyckiego: "I mamy do wyboru trzy rodzaje życia: /możemy być bogaci i szczęśliwi, potem/szczęśliwi ale biedni, lub tylko szczęśliwi/ i pal diabli finanse." (Ostrygi i Daktyle z tomu Kolonie

*** właściwie cieszy mnie, że większości osób, które tak mówią, nie stać, żeby to zrobić - dzięki temu Bieszczady ciągle jeszcze nadają się do użytku. 







14.1.16

Jak przekonać do siebie słuchacza?


Na warsztacie: sztuka opowieści, wystąpienia publiczne

Ten wpis miał mieć zupełnie inny charakter, ale w związku z paroma wydarzeniami jakie miały miejsce pomiędzy jego pierwszym szkicem, a dziś, pewnie będzie dłuższy niż się spodziewałem. 

Dziś o udanych i nieudanych wystąpieniach publicznych... głównie moich. 


Po warsztatach w Międzynarodowym Centrum Kultury podszedł do mnie Artur, żeby zapytać, jakie książki mogę mu polecić na temat baśni i opowiadania baśni. Rozmowa szybko przeszła z baśni na wystąpienia publiczne i na pytanie, jak przekonać do siebie słuchacza. Jak zdobyć jego zaufanie? 

I jeśli miałbym podać swoją jedną, jedyną i najlepszą formułę byłaby ona prosta: SZCZEROŚĆ. 

Możecie to sobie wyhaftować na serwetce: 



Pół szczerości i drugie pół szczerości


Szczerość, o której mówię składa się z dwóch komponentów. Pierwszy to mówienie rzeczy, które ma się do powiedzenia, niekoniecznie tych, które widz chciałby usłyszeć. Dlaczego? Bo jeśli mówilibyśmy to, czego oczekuje słuchacz, nie bylibyśmy interesujący. Skoro mówię, coś co mój słuchacz i tak już wie, po co ma mnie słuchać (i płacić za moje gadanie). Nawet jeśli opowiadamy znaną wszystkim historię, co w przypadku bajarstwa jest częstym procederem, to musimy opowiadać tę wersję bajki, którą mamy w głowie, co niekoniecznie zawsze się pokrywa z oczekiwaniami naszego słuchacza. Szczerość jako indywidualne podejście do tematu, o którym mówimy. 


Po pierwsze więc - opowiadamy to, co mamy opowiedzieć. A po drugie, opowiadamy tak, jak potrafimy, a dokładniej - opowiadamy tym, kim jesteśmy. 

Musisz wyjść przed publiczność, a bardzo się jej boisz. To wyjdź. Bój się. Nie udawaj, że nie ma w tobie strachu. Nie udawaj szczególnie przed sobą samym. Jak mawiała pewna znajoma: bój się i rób. 

Nie graj. Nie próbuj być przed ludźmi kimś wymyślonym. Bądź na scenie najbardziej sobą! Opowiadanie czegokolwiek, jest opowiadaniem przez samego siebie. Jeśli w twoim charakterze nie ma czegoś takiego, jak umiejętność zmiany głosów - nie ma sensu ich zmieniać. Dobra historia pozostanie dobrą historią bez zmiany głosów. Jeśli masz naturę introwertycznego informatyka, trzymajmy się jej. Stań przed mikrofonem jako "introwertyczny informatyk" i powiedz to coś ważnego z czym przyszedłeś. 


Na moim przykładnie - nie potrafię snuć patetycznych opowieści. Nie potrafię budować długich, klimatycznych scen, które przenoszą słuchacza na zaczarowane góry, w wilgotne równikowe lasy, czy do starych zamczysk. Ktoś kto mnie już zna, doskonale wie, że kiedy wędrujemy po rubieżach wyobraźni, zawsze robimy to z przymrużeniem oka. Słowa są bardziej pretekstem do swobodnej gry skojarzeń. Zabawą wyobraźni. Sceny są krótkie, pocięte, często przerywane dygresjami. Rzadko udaje mi się zachować powagę przez całą baśń. Jestem dzieckiem komedii i kabaretu*. Do tego nie potrafię ustać na miejscu i notorycznie macham rękami. W tym czuję się dobrze. Mam więc z tego rezygnować? Czy może właśnie z tego robić swoją mocną stronę? Szczerość w odpowiadaniu na pytanie, jak coś robić, polega na umiejscowieniu siebie jak najbliżej swoich najmocniejszych cech. To miejsce, w którym czujemy się najswobodniej. Dopiero, jeśli znajdziemy to miejsce i siebie w tym miejscu, zaczyna się nasza praca nad warsztatem.

Przez warsztat mam na myśli szlifowanie umiejętności w dowolny sposób, niekoniecznie przez zorganizowane warsztaty. Te są oczywiście pożyteczne, bo spotkanie ze specjalistą zawsze otwiera nowe przestrzenie i perspektywy, ale jest też z nimi pewien problem. Zauważyłem, że ludzie, którzy na nie chodzą, zapominają o swojej własnej szczerości. Zamiast tego próbują stworzyć w sobie sztuczny twór (opowiadacza/tancerza/wojownika/pisarza/cokolwiek) odpowiadający potrzebom danych warsztatów. Na wszelki wypadek więc napiszę - warsztaty są po to, żeby poprawić to, kim już jesteśmy, nie po to, żeby to wyrugować i zamienić na coś innego. I mam szczerą nadzieję, że kiedy czytacie ten akapit, traktujecie go jak banał, o którym wiecie od milionów lat. 

Pamiętam pewne olśnienie, którego przyczyną stała się książka Baśnie latynoamerykańskie (z serii Baśnie Etniczne National Geographic). To chyba najsłabsza z części serii, przy lekturze której miałem wrażenie, że zbierający baśnie, po prostu robi transkrypcję z taśmy, wkładając w obróbkę historii niewiele wysiłku. Składnia przepełniona zaimkami i powtórzeniami, rwała się raz za razem, przez co zbliżała całość do urodzinowej opowieści wyjątkowo gadatliwej ciotki... wszystko było strasznie nieliterackie, prostackie wręcz. I co ciekawe, pomimo mojego zżymania się na formę, sama opowieść niewiele na tym traciła. Był to zapis czyjejś szczerości. I to wciągało. Ludzie, którzy zostali tam zapisani mówili w sposób, w jaki potrafili mówić. Opowieści były opowiadający w jego najczystszej formie. 

Próbowałem potem to powtórzyć. Na jednym ze spotkań, chciałem przejąć ten styl opowiadania i wyszło nic innego jak parodia. Bo mój język jest inny. I słuchacze od razu to wyniuchali. Nie było sensu udawać, że jestem opowiadaczem jak z tej książki. 

O kamerze i konkursach


I jeszcze jedna, dość bolesna przygoda, związana ze szczerością. Nagrywałem ostatnio filmik na konkurs. Ot musiałem opowiedzieć bajkę, albo dwie jako próbkę tego, jak pracuję. Próba nagrania materiału w samotności okazała się być totalną klapą. Nie potrafiłem swobodnie mówić do martwego pudełka ustawionego na statywie nieopodal. Szybko więc zadzwoniłem do właściciela Sofy, czy nie mógłbym zorganizować spotkania, podczas którego zarejestrowalibyśmy moje gadanie. I wierzcie mi, naprawdę chciałem dobrze wypaść. I to moje chcenie, połączone z obecnością dwóch kamer, sprawiło, że cała moja szczerość poszła sobie na spacer. Próbowałem być fajny względem oczekiwań (pewnego jury, siedzącego gdzieś tam). W konsekwencji fajny być przestałem. Potem skończył się set "konkursowy" i w podzięce opowiedziałem tym, którzy zdecydowali się przyjść jeszcze jedną historię. Choć całe napięcie tej próby ciągle się we mnie kumulowało, o wiele łatwiej było mi znów być sobą. I była to najlepiej opowiedziana historia tamtego wieczoru. 

W związku z tym, moim zadaniem warsztatowym na najbliższy czas jest praca z kamerą. I nie polega ona na stworzeniu jakiegoś nowego obrazu siebie. Polega na tym, żeby przenosić swoją szczerość w miejsce, gdzie nie czuję się komfortowo. 

Być spójnym. Inaczej jestem tylko oszustem. A bycie oszustem jest niczym innym, jak marnowaniem swojego naturalnego potencjału. 

***


*Lubię myśleć o swoich opowieściach, jak Woody Allen myśli o swoich filmach. Żeby nie było, że się porównuję... w jednym z wywiadów powiedział, że jego technikę kręcenia filmów można określić jednym słowem - "sloppy", co w wolnym tłumaczeniu znaczyć może: rozlazły, niechlujny, niestaranny. 


6.1.16

Stare baby są mądrzejsze


Na warsztacie: ogień, wierzenia syberyjskie, domowe ognisko

Przygotowując się do zajęć, w ręce wpadł mi artykuł na temat wierzeń ludów syberyjskich. W związku z tym, że mózg zaczął przerabiać przeczytany materiał na swoje, chciałbym się z Wami podzielić kilkoma luźnymi myślami, jakie od wczoraj chodzą mi po głowie. Będzie o ogniu i o tym, że stare baby są mądrzejsze. 

Po pierwsze, Enenkowie i Jakuci zazwyczaj nie składali ofiar z upolowanego jedzenia (tak mówił artykuł). Jeśli chcieli przejednać opiekuńczego ducha jakiegoś terenu do tego, by pozwolił im pomyślnie ukończyć polowanie, składano ofiary najczęściej z mleka albo kumysu. Proces wymiany, "my dajemy ci życie, powiedzmy wiewiórki, za co ty dasz nam życie, powiedzmy jelenia i ośmiu królików", nie był częsty. Zabijało się tylko po to, żeby jeść, co w warunkach srogiej zimy i poruszania się po wiecznej zmarzlinie było dość uzasadnione. Łapanie czegokolwiek było kolosalnym wysiłkiem. Marnowanie tego wysiłku, kolosalną głupotą.

No chyba, że chodziło o ogień. Jemu można było raz do roku, złożyć w ofierze, jakąś wiewiórkę, albo zająca. Dlaczego? Bo ogień jest czymś więcej niż tylko jedzeniem. Bez niego szanse na przetrwanie dramatycznie maleją. Grzał, pozwalał, suszyć ubrania, wędzić mięso, a do tego dym  gromadzący się w szałasie/ziemiance/jurcie/usie skutecznie chronił mieszkańców od robactwa (poza tym - dym służył także jako impregnat skórzanej powłoki namiotu). Warto więc zjednać sobie jego przychylność, nawet za cenę odjęcia od ust pożywnej porcji mięsa.

A tak w ogóle, to nie od jego, tylko od jej. Bo w tamtych regionach, ogień jest najczęściej kobietą, najczęściej też starą. A kobiety są jego strażniczkami. Ogień jest starą, mądrą kobietą, o którą trzeba dbać. Nie można jej obrażać, nie można wrzucać do ognia śmieci, nie wolno nawet przecinać dymu ostrym narzędziem - to może zranić ducha ognia, a co za tym idzie, może sprawić, że duch ten się na domostwo wypnie i sobie pójdzie, pozostawiając mieszkańców na pastwę mrozu. Nie wiem, czy traktowanie ognia z takim szacunkiem i identyfikowanie go jako kobiety, przekładało się na szczególne traktowanie kobiet..

Obostrzeń dotyczących ognia jest wiele i warto o nich poczytać, ale w zasadzie nie po to zacząłem ten wpis. Myśl, jaka przyszła mi do głowy kiedy czytałem o tej starej-babie-ogniu, była następująca: Kto jest mądrzejszy, stare baby, czy stare chłopy? Moja odpowiedź jest następująca. W związku z tym, że baby odpowiedzialne są za pilnowanie ognia, to właśnie im należy się laur pierwszeństwa.


Powodów ku temu jest kilka. Po pierwsze, mówiąc o kulturach pierwotnych, mężczyźni są w świecie. Wychodzą do lasu, gdzie poznają, zdobywają, mierzą się z rzeczywistością. Swoje odkrycia, wraz z kilkoma ubitymi wiewiórkami, przynoszą do domu. Dzielą się nimi przy ogniu, czyli w miejscu, w którym panuje kobieta. Umówmy się, pomimo bardzo wysokiego mniemania o sobie, pojedynczy facet nie jest w stanie zgromadzić jakiejś spektakularnej wiedzy. Jego informacje są szczątkowe. I kiedy je zdobędzie - zawsze przynosi je do ogniska. A kobieta siedzi przy ogniu... zawsze. Kobieta, jeśli słucha oczywiście, magazynuje pojedyncze doświadczenia, swego ojca, męża/mężów, i braci. 

Co więcej, kiedy mężczyzna wychodzi, często nie wraca. Ginie na mrozie, przywala go drzewo, wpada do lodowatego strumienia, albo Wraz z jego śmiercią, pozostaje tylko to, co zdeponował przy ognisku. Kobiety trwają o wiele dłużej i, jeśli prawo danego plemienia nie każe im ginąć wraz z mężem, albo pozostawać wdowami do końca życia, przenoszą wiedzę martwych mężczyzn dalej. 

Co więcej - kobiety żyją ze sobą. We wspólnotach. Nie dość, że gromadzą wiedzę mężczyzn, to jeszcze wymieniają ją między sobą. Wiedza mężczyzn roznosi się między jurtami czy usami (takie tipi, tylko, że syberyjskie) w rozmowach kobiet. A facet, choć w grupie zawsze ma ten kąt duszy, w którym jest samotnym wilkiem. Facet lubi przesiadywać w tym kącie. 



A teraz najważniejsze - kobiety poza tym, co męskie, mają też to, co kobiece. Mają swoje własne tematy, które dla mężczyzn zakrawają na wiedzę tajemną, a co za tym idzie są często przez nich nieuświadamiane. To zresztą nie zmieniło się do dziś. No może poza tym, że światy mężczyzn i kobiet dość mocno się rozeszły. Może to dlatego, że już nie ma ognia. Tego, przy którym wędrowały opowieści i tego, którego ktoś mógłby strzec...

O babach i chłopach na przykładzie Jasia i Małgosi możecie poczytać TUTAJ