31.7.20

Dla tych, co idą w kumy

kuma śmierć, bracia grimm, baśnie, baśnie o śmierci, ojciec chrzestny, śpiąca królewna, analiza baśni, rady rodzicielskie, storytelling,
Kuma Śmierć

Na warsztacie: Śpiąca Królewna, Kuma Śmierć, baśnie braci Grimm 

Zrealizowano w ramach programu stypendialnego Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego - "Kultura w sieci". 

Kiedy czytacie ten tekst, jestem pewnie w trasie, żeby uczestniczyć w chrzcinach jednego takiego bąbla. Stąd od kilku tygodni chodzi za mną temat chrzcin i rodziców chrzestnych. Od strony baśni oczywiście. I, aby od razu oprzeć się na przykładach, pozwólcie, że zacznę od dwóch fragmentów klasycznych baśni grimmowskich: 

1. Pewna dziewczynka jeszcze w kołysce została przeklęta przez jędzowatą jędzę następującymi słowami: "gdy będziesz mieć szesnaście lat ukłujesz się wrzecionem i umrzesz". Potem jędzowata jędza zniknęła i do akcji wkroczyła wróżka, która w wielu miejscach nazywana jest matką chrzestną dziewczynki. Powiedziała: "Nie umrzesz moja mała, ale zaśniesz na sto lat". Gdy przyszły szesnaste urodziny królewny, ta ukłuła się wrzecionem i nie umarła, tylko zasnęła na sto lat. 
To oczywiście opowieść o Śpiącej Królewnie.  

2. W innej opowieści pewien biedak dorobił się trzynastego potomka, co w przypadku braku 500+ mogło stanowić pewne zmartwienie. Poza tym skończyli się we wsi pretendenci do zostania rodzicami chrzestnymi. Biedak wyszedł więc na rozdroża, gdzie spotkał kolejno Boga, Diabła i Śmierć. Kandydatury pierwszych dwóch z miejsca odrzucił - Boga, bo uważał, że jest niesprawiedliwy dla ludzi, Szatana, bo to Szatan. Śmiertce dostało się kumostwo, bo było jej wszystko jedno, czy ktoś jest bogaty czy biedny, a dla chłopa to właśnie była sprawiedliwość. Śmierć się zgodziła i zapewniła, że kto ma ją za przyjaciela, będzie mieć w życiu dobrze. Daje swojemu chrześniakowi wspaniałe prezenty, dzięki którym ten zostaje sławnym lekarzem, ale kiedy chrześniak łamie postawione przez Śmierć warunki, sam musi ponieść tego konsekwencje i poddać się swojej matki chrzestnej. 

Pomyślałem, że może w tych dwóch opowieściach jest coś, co pomoże osobom, które mają stać się chrzestnymi, stać się nimi w sposób możliwie pełny. Wiadomo - pierwsza baśń jest trochę o czymś innym niż matce chrzestnej, ale dziś rzucimy punktowo światło na jej postać.



Kuma Wróżka


Zacznijmy od tego, że była jedną z dwunastu zaproszonych na ucztę wróżek. Miała ofiarować swój prezent małej Różyczce jako ostatnia i pewnie doskonale wiedziała, z czym przychodzi. Niestety, zanim zdołała to zrobić, do sali wdarła się jędzowata jędza i przeklęła dziewczynkę. W tej sytuacji ostatnia z wróżek, zareagowała natychmiast. Postanowiła, że dziewczynka nie otrzyma tego, co miała otrzymać, ale za to, otrzyma życie - w takiej formie, na jaką matka chrzestna może sobie pozwolić. Nie zdjęła całkowicie klątwy, za to złamała to, co w niej najgorsze. 

Wypływają z tego dwie pierwsze rady dla wszystkich przyszłych chrzestnych. Po pierwsze bądźcie elastyczni. Wiem, że to nie jest wielka porada, ale czasem zacinamy się na tym, co my chcemy dać małemu człowieczkowi, zamiast reagować na to, czego najbardziej mu potrzeba. To może tyczyć się nie tylko kumostwa, ale każdego dorosłego człowieka - bądźmy wrażliwi, a za naszą wrażliwością niech idzie też elastyczność. Chodzi mi o to, że jeśli widzimy, że naszemu chrześniakowi jest z jakiegoś powodu źle, nie próbujmy zakryć tego stanu przygotowanym wcześniej prezentem, albo jakąś gotową formułką. Parafrazując przysłowie, nie czas żałować róż, kiedy płoną lasy - po co komu quad, kiedy życie mu się wali... no dobra, wiem, że to nie parafraza, ale jak patetycznie zabrzmiało, prawda? 

kuma śmierć, bracia grimm, baśnie, baśnie o śmierci, ojciec chrzestny, śpiąca królewna, analiza baśni, rady rodzicielskie, storytelling,


Druga sprawa jest jeszcze ważniejsza. Wiąże się ona z naszą chęcią chronienia dzieci za wszelką cenę i przed całym złem tego świata. Bo świat może być i szpetny, i zły, i zalewać młodego człowieka łajnem aż po same uszy. Nic dziwnego, że chcemy go chronić. Niestety przychodzi taki czas, że ten młody człowiek, wychodzi spod płaszcza ochronnego - zwykle spod płaszcza ochronnego rodziców. I tutaj właśnie przychodzi matka chrzestna. Ona wie, że nie ochroni dziecka przed światem, ale poza tym wie coś o wiele cenniejszego - wie, że może zminimalizować siłę, z jaką świat w dziecko uderza.

Piękne w postawie dwunastej wróżki jest właśnie to, że nie neguje ona świata (w przeciwieństwie do rodziców, którzy niszczą wszystkie wrzeciona w królestwie) - zamiast tego daje dziecku na tyle ochrony, by życie go nie zmiotło. Jest świadoma, że dziecko nie wyjdzie bez uszczerbku, ale jeszcze bardziej jest świadoma, że wyjdzie cało, choćby trwać miało to kupę czasu. To jest siła prezentu matki chrzestnej. I takiej postawy mogę życzyć wszystkim, którzy rodzicami chrzestnymi mają zostać.

Kuma Śmierć


Na tym jednak nie koniec. Z drugiej baśni płynie kolejny punkt, nad którym warto przystanąć. Być dla dziecka jak Śmierć. To znaczy trochę być. I bynajmniej nie mówię tu o umieraniu, ale o tym, że Śmierć reprezentuje dwie jakości. Pierwszą jest robienie wszystkiego, żeby jej chrześniakowi wiodło się jak najlepiej. Aby to osiągnąć, oferuje ona prezenty związane z tym, co jest jej istotą - dar rozpoznawania śmierci (małą literą) i umiejętność jej oddalania. To bardzo ważne, w kontekście tego, co my możemy dawać. Możemy dawać swoją własną jakość - czyli to, na czym sami jesteśmy zbudowani. Innymi słowy - dawajmy z naszej obfitości, raczeni niż z braku, dawajmy dzieciom z tego, co jest w nas sprawdzone, zamiast iść za modami. Jasne, dziecko powinno płynąć z czasem (przynajmniej choć odrobinę), ale powinno też widzieć gdzieś przystań, gdy poczuje się tym pływaniem zmęczone. Kumowie mają to do siebie, że są trochę z boku. Nie muszą być poprawni politycznie, nie muszą wychowywać, jednocześnie mogą dać jakość a wraz z nią - ostoję. I pamiętajmy: dawajmy ją z intencją, by dzieciom chrzestnym wiodło się jak najlepiej!

Z drugiej jednak strony, której nie warto naśladować - Śmierć jest też do kresu sprawiedliwa, nawet względem swojego chrześniaka. Zresztą, to przecież dlatego została matką chrzestną dziecka. To jest w niej nieludzkie, to sprawia, że postać ta jest odległa i na swój sposób antypatyczna... ale to w końcu Śmierć (chyba tylko u Prachetta tę postać dało się polubić). I właśnie o tym pamiętajmy - my Śmiercią nie jesteśmy.  Możemy być sprawiedliwi, ale jeszcze bardziej bądźmy wyrozumiali. Śmierć ma inną perspektywę niż my - dla niej każdy zawsze jest tylko dzieckiem. Kiedy więc zdarzy nam się zobaczyć zbaczanie naszego dziecka chrzestnego w złą stronę, miejmy z tyłu głowy tę myśl - nie mam aż takiej perspektywy jak Śmierć, nie jestem tak jak ona bezstronna, jestem tylko trochę większym dzieckiem niż mój chrześniak/chrześnica. I tak jak dziecko, spróbuję się do niego zbliżyć i tak jak dziecko pomaga drugiemu dziecku, tak ja postaram się pomóc jemu lub jej. 

I tutaj się zatrzymajmy. I tutaj podsumujmy. Drodzy rodzice chrzestni: bądźcie elastyczni, starajcie się ograniczać zniszczenia, jakich dziecko doznać może w konfrontacji ze światem jednocześnie bądźcie świadomi, że nie da się dziecka od świata uchronić w stu procentach. Pamiętajcie również o tym, żeby obdarowywać swoich chrześniaków tym, co oparte jest na waszej istocie, na waszej jakości. A na sam koniec. Bądźcie ludzcy, po prostu ludzcy. Bo przecież niczym innym nie jesteśmy. 

*** 

Na koniec dwie polecajki. 

Gdybyście chcieli poczytać więcej o baśni Kuma Śmierć i w ogóle o motywie śmierci w baśniach braci Grimm, koniecznie zajrzyjcie do książki Pani Jadwigi Wais Bracia Grimm i siostra śmierć. Jej recenzję znajdziecie TUTAJ

A jeśli chcecie poczytać więcej o rodzicach śpiącej królewny, zapraszam do mojego tekstu o strategiach rodzicielskich TUTAJ




24.7.20

Muchy wystarczą

analiza baśni, Baśnie na warsztacie, bracia Grimm, krawczyk, Kultura w sieci, marzenia, Mateusz Świstak, motyw olbrzyma, pewność siebie,
rys. Carl Offterdinger

Na warsztacie: Baśń o dzielnym krawczyku, baśń braci Grimm

Dziś chciałbym Was zaprosić do opowieści o człowieku, który potrafił zbudować pewność siebie na swoich niewielkich sukcesach, a dzięki temu - osiągnąć wszystko. Mowa tutaj o dzielnym krawczyku z baśni braci Grimm. Baśń figuruje w zbiorze pod numerem dwudziestym i nosi tytuł O dzielnym krawczyku. Dzielny krawczyk zdobył tron królewski, co zazwyczaj przekłada się symbolicznie na całkowite spełnienie - tron jest wszystkim tym, co da się osiągnąć, jest szczytem świata. Jednak gdybyśmy obserwowali naszego bohater u początków jego przygody, pewnie nie wróżylibyśmy mu najlepiej - jego przygoda zaczęła się bowiem od much. 

Nim przejdziemy do historii jeszcze tylko dorzucę, że niniejszy tekst został napisany w ramach programu stypendialnego Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego - "Kultura w sieci". 

A teraz: do baśni! Wyobraźcie sobie, że wasz nowo nabyty dżemik obsiadają muchy. "Tak nie może być!" myślicie, po czym bierzecie ścierkę i raz dwa, walicie w muchy ile sił w nadgarstku. A potem liczycie ofiary. Siedem! Całkiem nieźle, ale z drugiej strony, to tylko muchy, prawda? Otóż właśnie nie! 

Dla naszego krawczyka to, że zabił siedem za jednym razem oznaczało, że może zrobić naprawdę wszystko. Do tego stopnia, że napisał to sobie na pasie: "7 ZA JEDNYM ZAMACHEM!". 

Ta deklaracja stała się jego mantrą. Nie uważał, że jest durna, choć przecież zabił tylko kilka much. Zamiast tego, wziął ją za dobrą monetę. Może nie było to nic wielkiego, ale na pewno było to coś nieprzeciętnego. I to wystarczyło za punkt odniesienia. Ten niewielki czyn sprawił wręcz, że nasz bohater, musiał opuścić swój krawiecki warsztat, bo pomieszczenie nie mogło pomieścić jego waleczności. Można czytać ironicznie, choć w kontekście całej baśni ironia znika jak rosa w upalny dzień. 

Baśnie na warsztacie, motyw olbrzyma, analiza baśni, bracia Grimm, krawczyk, marzenia, pewność siebie, Mateusz Świstak, kultura w sieci,


Potem baśń powiela wszystkie możliwe schematy: pojedynek na spryt z olbrzymem z całkiem klasycznymi zadaniami - niesienie drzewa, wyciskanie wody z kamienia, czy spędzenie nocy w jaskini wielkoludów. Jest też napuszczanie na siebie innych olbrzymów, jest schwytanie żywcem jednorożca i strasznego dzika. Szereg zadań iście baśniowych, które krawczyk realizuje w iście baśniowym stylu. Jednak zawsze punktem wyjścia jest jego mantra - z siedmioma przeciwnikami dałem radę, więc i z tym sobie poradzę. To był jego napęd i bilet do zwycięstwa... za każdym razem. Nieskończona pewność, że będzie dobrze, którą potwierdził mały sukces. 

Chcę zwrócić na to uwagę, bo często zapominamy (a przynajmniej ja zapominam) o naszych małych sukcesach. Zrobiliśmy kroczek do przodu, ale nie zwracamy na to uwagi, bo jednak to nic wielkiego. Ot - tylko kroczek, a tu przed nami całe Himalaje. Jasne - ogrom Himalajów może robić wrażenie, ale bez kolejnych małych kroczków, w ogóle nie ma szans na ich pokonanie. To, co wyrasta przed nami, zawsze jest większe. I często świadomość tego ogromu paraliżuje nasze dążenia. I tutaj warto postawić sobie krawczyka jako przykład. Wykorzystywał on bowiem swoje muchy jako trampolinę.

Nasz dzielny krawczyk pokonał pierwszą małą przeszkodę. I za każdym razem, gdy stawał przed nim naprawdę wielki problem, zaczynał od afirmowania swojego poprzedniego sukcesu. "Z tamtym dałem, to z tym nie dam?".  To jest postawa godna naśladowania. Bo chyba każdemu z nas zdarzył się jakiś sukcesik, takie pycie sukcesiątko, od którego można się odbić. 

Zobaczcie - pierwszym osiagnięciem krawczyka były muchy, kolejnym przepędzenie zgrai olbrzymów pustoszących okolicę. Wniosek z tego następujący: muchy wystarczą! Sukces nawet najdrobniejszy otwiera drzwi do robienia rzeczy spektakularnych. Jeśli tylko będziemy w stanie spojrzeć na niego pod odpowiednim kątem. Niestety, często jedyny problem tkwi... w nas. 

We mnie na pewno. I być może teraz będzie trochę prywaty, ale chciałbym Wam napisać, dlaczego ta baśń mnie tak rusza. Potraktujcie to przede wszystkim jako przykład. Otóż trafiłem na tę opowieść, gdy pisałem tekst o złotej rybce (TEN). Jest następna w kolejności, więc pomyślałem: "a se przeczytam". I kiedy czytałem, że krawczyk zgładził siedem much i kiedy dotarło do mnie, co potrafił z tym faktem zrobić, pomyślałem, że jestem daremny. Dlaczego? Od zawsze chciałem móc powiedzieć o sobie, że jestem pisarzem. Ale "pisarz" to przecież duże słowo. Takie, wiecie, poważne, pompatyczne wręcz. Żeby móc powiedzieć o sobie, że jest się pisarzem, to przecież trzeba mieć jakiś dorobek, nie? Unikałem więc tego słowa jak ognia. "Opowiadacz" było wystarczające i takie bezpieczne. A tu nagle czytam o dzielnym krawczyku i orientuję się, że mam na swoim koncie już kilka wydanych książek...  siedem dokładnie. I może nie są to rzeczy wiekopomne, ale może to wystarczy. Może to są właśnie moje "muchy", bilet do mierzenia się z olbrzymami? A ja to pomijam. I chyba, czas przestać pomijać, a zacząć traktować swoje osiągnięcia jak trampolinę, do czegoś, co jest przede mną. 

Ech... Moi Drodzy - wielka prośba ode mnie: nie pomijajcie swoich "much". Wiem, że to tylko muchy, ale one pokazują nam, jak myślimy o sobie, jak myślimy o naszej przyszłości. Jak ufamy w swoje własne siły. Poszukajcie takich małych sukcesów w swoim życiu. Czasem wystarczy jeden, żeby wyruszyć w naprawdę wspaniałą przygodę i wygrać z każdym olbrzymem. Trzeba tylko pielęgnować naszą umiejętność wygrywania, której zalążki kryją się w rzeczach naprawdę niewielkich. 

Pielęgnujcie to!
Muchy wystarczą... 


***
Na koniec jeszcze garść rekomendacji: 

Pisałem już z nieco innej perspektywy o podobnym motywie. Braną na warsztat baśnią był angielski Johnny Gloke (ten zabił aż 40 much), a tekst poświęcony był wewnętrznemu przymusowi przeżywania przygód... i usychaniu z nudów. Całość tekstu znajdziecie TUTAJ

Jeśli interesuje was motyw olbrzyma, zapraszam do dwuczęściowego artykułu poświęconego baśni Młody Olbrzym. 

Część pierwszą, Dom, znajdziecie TUTAJ
Część drugą, Świat, znajdziecie TUTAJ

***

"Zrealizowano w ramach programu stypendialnego MKIDN - "Kultura w sieci". 

17.7.20

Krucabomba!

czyli o storytellingu w przestrzeni

Storytelling, park rozrywki, atrakcje dla dzieci w Małopolsce, Rabkoland, Krucabomba!
Krucabomba i jego wierne owce Ireny - ilustracja autorstwa Martyny Nejman
Na warsztacie: storytelling w praktyce, storytelling w przestrzeni, Rabkoland


Dziś chciałbym opowiedzieć Wam o moim najdziwniejszym zleceniu. Najbardziej wymagającym i najciekawszym jednocześnie, a przede wszystkim pokazującym, jak w kreatywny sposób można korzystać z narzędzia, jakim jest storytelling. Ten artykuł to będzie jedno wielkie studium przypadku... i wielkie jest tutaj słowem jak najbardziej adekwatnym.

Będzie bowiem mowa o storytellingu w przestrzeni. I nie chodzi bynajmniej o to, jak opowiadać gdy przestrzeń wymusza na nas takie a nie inne zachowania, ale o opowiadaniu przestrzenią samą. A wszystko to na przykładzie parku rozrywki dla dzieci! 

Chciałbym zabrać Was w pewien proces myślowy, który trwa już od trzech lat i który ma przed sobą jeszcze bardzo długą drogę i bardzo szerokie horyzonty.

I zanim zaczniemy muszę oczywiście nadmienić, iż artykuł ten zrealizowano w ramach programu stypendialnego Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego - "Kultura w sieci".



ZADANIE PIERWSZE - PORZĄDKOWANIE


Zaczęło się w 2017 roku, kiedy to Łukasz Suszek polecił mnie Panu Piotrowi - właścicielowi parku rozrywki Rabkoland. Jak sama nazwa wskazuje Rabkoland znajduje się w małopolskiej Rabce. Park akurat zaczynał powolny, acz gruntowny lifting - wszystkie plany były już przygotowane, strefy wymyślone, wiadomo było, gdzie pojawią się nowości, które atrakcje zostają, a które idą do nieba dla karuzel. I było tam wszystko! Był tam cyrk, był odwrócony dom, było też miejsce przygotowane pod góralską dżunglę (góralska dżungla to taka dżungla... tylko w górach), a poza tym była dolina Pana Trzmiela, wioska wikingów, Farma i cała połać Rabkolandu o bliżej nieokreślonej tożsamości. Jak sami możecie zauważyć - różnorodność była większa niż podczas Love Parade w Berlinie (ech... gdzież są niegdysiejsze śniegi). Były stare strefy, było kilka nowych i kilka zastanych postaci, ale brakowało myśli przewodniej. I o to właśnie zostałem poproszony - połączenie jedną historią dość mocno stylistycznie nie pasujących do siebie elementów.

Okazało się, że ta różnorodność, która początkowo budziła tyle obaw, stała się moim sojusznikiem... i największą inspiracją. Bo żeby rozwiązać postawiony przede mną problem wystarczyło jedno pytanie:

Jak to wszystkie te strefy znalazły się w jednym miejscu?

Czy jest jakiś sposób, żeby te wszystkie przestrzenie w ogóle miały prawo się spotkać?

I kiedy głowiłem się nad tym zagadnieniem, zdałem sobie sprawę, że od pytania do odpowiedzi droga musi być możliwie najkrótsza. Nagle mnie olśniło. "Krucabomba!" zakrzyknąłem.


ZADANIE DRUGIE - KRUCABOMBA! 


Potrzebny był wielki wypadek czasoprzestrzenny! I ktoś, kto mógłby do tego wypadku doprowadzić. Ktoś nad wyraz błyskotliwy i nad wyraz lokalny. Powiedzmy góral-wynalazca. Taki, co to będzie mocną postacią - trochę wesołą, trochę ekscentryczną, ale na pewno charakterystyczną. Ale przede wszystkim, taką, która zepnie wszystkie wątki w całość. W ten właśnie sposób powstał Jędrek Wróbel. Gość nietuzinkowy. Wynalazca jakich ze świecą szukać. Gdyby Tesla urodził się w Rabce, to byłby mniej genialny niż nasz Jędrek Wróbel. Ale ale, żeby stał się jeszcze bardziej charakterystyczny potrzebne było coś jeszcze. "Krucabomba!" zakrzyknąłem - może niech wcale nie nazywa się Jędrek Wróbel, ale Krucabomba! właśnie - a dlaczego tak? Bo za każdym razem, gdy wymyślał coś genialnego zakrzykiwał "Krucabomba!" i to się do niego przykleiło.

Dlaczego Krucabomba? Widzicie Moi Drodzy - z dwóch powodów. Po pierwsze: to zostaje w głowie. Jest ciut "niegrzeczne" (takie dziecięce przekleństwo - kurarura), jest znane, no i jeśli usłyszymy Jędrka, który nam to powie po góralsku, to będziemy chcieli to ze sobą zabrać do domu. A  jeszcze dlatego, że nazywanie kogoś "po ksywce" zawsze siada bardziej. Krucabomba to jednak faniejsza nazwa niż Jędrek Wróbel. I na szczęście Pan Piotr w tym punkcie się ze mną zgodził.

Storytelling, park rozrywki, atrakcje dla dzieci w Małopolsce, Rabkoland, Krucabomba!
Krucabomba! - jednym z elementów promowania historii jest również książeczka o powstaniu parku i losach wszystkich postaci. 


Wróćmy jednak do pracy naszego wynalazcy
Twórca mechatronicznych owieczek ("Krucabomba!"), maszyny do kapslowania butelek z żętycą ("Krucabomba!!), kolejek magentycznych, ale przede wszystkim wielkiego ZAGINACZA CZASOPRZESTRZENI ("Ło jaka krucabomba!") - wiecie, takiego urządzenia, które może przenosić pasterzy i całe stada, gdyby przypadkiem na pastwisku dopadła ich burza. Wystarczyło pociągnąć za jedną wajchę i pasterze wraz z owieczkami znaleźliby się w bezpiecznym miejscu. Zabawa z czasoprzestrzenią była o tyle komfortowa, bo poza pretekstem do sprowadzenia wszystkich krain Rabkolandu w jedno miejsce, miała zakorzenienie w rzeczywistości parku. Wielkim Zaginaczem Czasoprzestrzeni zostało bezimienne do tej pory Diabelskie Koło. Także gdybyście chcieli zobaczyć Zaginacz na własne oczy, wystarczy, że wybierzecie się do Rabkolandu - ciągle tam stoi.

Jak możecie się domyślić - takie urządzenia do zaginania czasu i przestrzeni to nie są rurki z kremem i bardzo łatwo doprowadzić do wypadku. Jedna niefortunna noc, Zaginacz bez wiedzy swojego twórcy idzie w ruch, czas zwija się w rulon jak gazeta, tak, że niusy z pierwszej strony zamieniają się z ogłoszeniami drobnymi, a strony ze sportem stają się prognozą pogody. Było wielkie BUM! Po którym możliwie stało się wszystko.

Dla przykładu - najtrudniejszym mariażem był ten pomiędzy skrzatami zamieszkującymi jaskinie pod masywem Lubonia, a dżunglą. Teraz nie było z tym problemu. Zaginacz wywinął dżunglę na drugą stronę, sprowadzając drzewa do jaskiń skrzatów. A wraz z dżunglą pojawiły się antagonizmy.... gdyby kręcili o tym film nazywałby się Skrzaty vs. Obcy... z dżungli. 


ZADANIE TRZECIE - NAZWY


Wypadek Zaginacza określił też charakter jednej z głównych stref parku, która wcześniej nie miała swojego charakteru. Teraz stała się strefą Krucabomby, a z czasem po prostu "Machinarium" (dodatkowo mały plac zabaw w tej strefie został "Trybikowem"). Postać i jej historia zdefiniowały przestrzeń. 

Storytelling, park rozrywki, atrakcje dla dzieci w Małopolsce, Rabkoland, Krucabomba!
Karuzela, która dorobiła się gmerków z "K" Krucabombu! 

Skoro jednak przy nazwach jesteśmy. Potrzebne były również dla innych stref. Na przykład jak mogą nazywać się lokalne skrzaty jaskiniowe. Pierwsza propozycja to były koboldy. Niestety uznana została za zbyt śląską i nie przeszła. Wymyśliliśmy wspólnie skałuchy. I ta została. Skałuchy otrzymały też specyficzny system budowania imion. Nazywani byli dwoma słowami połączonymi myślnikiem np. Uhu-uhu albo Trut-trut, albo Plim-Plom. Tę zasadę można też było przenieść na inne elementy strefy - na przykład do nazwy największej atrakcji tej strefy - wieży totemu. Jak ją nazwaliśmy? Duch-Duch.

Podobnie z wikingami. Choć byli w parku od zawsze, zabawa ze story tego miejsca nadała im osobowości. Tak na przykład groźny wódz został Svenem Rudobrodym. Został też kryptowegetarianinem, który miał sabotować wszystkie polowania drużyny wikingów na krowę Rabcię, ale tego akurat nie wykorzystaliśmy. Z czasem w ich osadzie pojawiła się też wielka drewniana figura wikinga. W związku z tym, że stała na wodnym placu zabaw - nazwaliśmy go bogiem Wodynem (wiecie - wOdyn - hy hy...)

Storytelling, park rozrywki, atrakcje dla dzieci w Małopolsce, Rabkoland, Krucabomba!
Bóg Wodyn.

Podobnie ze strefą cyrkową. Potrzebowała ona protagonisty, który by ją spinał. Stał się nim Klaun Mareczek. I wiecie dlaczego dostał na imię właśnie "Mareczek"? Bo dużą częścią gości są Słowacy i łatwiej im to będzie zapamiętać i wymówić (niż na przykład klaun Miluś).  Od tej postaci z kolei wzięła się nazwa odwróconego domu, który przestał być odwróconym domem, a stał się "domem klauna Mareczka". Antagonistą tej strefy stał się zaś zły dyrektor cyrku Helmut Wąsidło (czy muszę tłumaczyć skąd wzięła się ta nazwa?). Tutaj ciekawostka - Helmut w ogóle pojawił się w opowieści tylko dlatego, że w parku stała mechatroniczna figura i kiedy pod nią staliśmy, pan Piotr powiedział "może byśmy coś dla niej wymyślili?". "Dobra!" odpowiedziałem - i tak powstał Helmut, który całe dnie narzeka na swój "nieszczęsny" los.

Dobranie odpowiednich nazw pomogło skalibrować jeszcze jedną rzecz - myślenie o gadżetach. Bo skoro skałuchy jedzą kamienie, a najbardziej charakterystycznymi kamieniami są arcykwarcyty, dlaczego by nie nazwać sprzedawanych w sklepiku draż kamyczków "Skałuchowymi Arcykwarcytami"? Nie wiem, czy to już zostało zrealizowane, ale na papierze wygląda gracko ;)

I jeszcze zamiast mechatronicznych owiec pojawiły się zwykłe owce. Które miały na imię Irena. To znaczy każda miała na imię tak samo. Ten żarcik pojawił się podczas jednego z burzomózgowych spotkań. Jak w Rrrrrr! Gdzie wszyscy mężczyźni nazywali się Adam a wszystkie kobiety Ewa.

Ostatnią rzeczą związaną z nazwami było przemianowanie wszystkich eventów w odpowiednim kluczu. Dzień Balonika, stał się na przykład Dniem Balonika z okazji Urodzin Klauna Mareczka. Inny zaś Event stał się Świętem Wynalazków Wszelakich. Stara zawartość w nowym pudełku. 


ZADANIE CZWARTE - UPRASZACZANIE


Po dwóch latach budowania historii okazało się oczywiście, że grubo przeholowałem z jej skomplikowaniem i trzeba upraszczać. Na szczęście pierwotna praca zbudowała bardzo solidne fundamenty, żeby skrystalizować to, o co naprawdę nam chodziło. Był Krucabomba, było BUM!, powstał Rabkoland. Był cyrk Luna, był zły dyrektor, klaun Mareczek uwolnił zwierzęta, a dyrektora zamknął w klatce. W jaskiniach skałuchów pojawiła się dżungla a wraz z nią zwierzęta - wśród nich krokodyl Oskar, który ciągle robił pranki. Staraliśmy się każdą z tych historii zamknąć w jednym zdaniu, a ich ślady porozstawiać po całym Rabkolandzie.

Storytelling, park rozrywki, atrakcje dla dzieci w Małopolsce, Rabkoland, Krucabomba!


Początkowo cały proces tworzenia storytellingu dla Rabkolandu prebiegał w kierunku: od przestrzeni do historii. Brałem to, co już w parku stało (lub było planowane) i na tym budowałem.  Im więcej pomysłów lądowało na stole, a także w głowach ekipy tworzącej park, tym bardziej przepływ inspiracji stawał się dwustronny. Niektóre karuzele zyskiwały odpowiedni design, ubogacony gmerkiem Krucabomby, inne projektowane były pod samą historię. Co jednak najważniejsze - cały ten świat pomimo swojej różnorodności stawał się coraz bardziej spójny.

Niezwykle pomocne okazało się stwierdzenie, które padło podczas jednego ze spotkań i które w dość mocny sposób ustawiło myślenie o storytellingu w przestrzeni w ogóle. Nie pamiętam już, kto to powiedział (chyba Ania), ale sedno jest następujące:

Dzieciaki nie interesują się historią, przyszły pojeździć na karuzelach. Naszym zadaniem jest dać im poczucie, że ta historia wisi w powietrzu i sprawić, żeby poczuły świat, który tworzymy. 

Przyznam, że to myśl, która bardzo ustawiła mnie nie tylko w pracy nad tym projektem, ale w pracy z opowieściami w ogóle. Jeśli nie mogę dać komuś historii, próbuję po prostu sprzedać mu jej poczucie. Nastrój, otrzeć się o słuchacza wydarzeniami, które są tuż obok. To bardzo często wzbudzało wystarczającą ilość zainteresowania samą historią.

ZADANIE PIĄTE - UGRUNTOWANIE STORY


Żeby ugruntować nasze historie, pan Piotr zlecił mi stworzenie kilku dodatkowych aktywności. Warsztatów edukacyjnych - zaproponowałem temat Masek (Bo skałuchy nosiły maski)... niestety nie sprawdził się. Ponadto stowrzyłem scenariusz przedstawienia teatralnego, w którym poznajemy historię genezy Pana Trzmiela ("Kwiatki Ciotki Maryni"), a także interaktywne oprowadzanie, podczas którego dzieciaki poznają historie poszczególnych stref. Na marginesie dodam, że super przygodą było wymyślanie i rozrysowywanie dekoracji i tworzenie kostiumów, dla Kwiatków, a także oprowadzających po Rabkolandzie animatorów - dzieci ciotki Maryni: Hani i Janka (jesę projektantę!).

Naszym ostatnim dodatkiem do tej wznoszącej się ciągle konstrukcji stała się zagadka terenowa, w której dzieciaki muszą odnaleźć na terenie parku kilka znajdziek, do których prowadzi mapa i kilka podpowiedzi (oczywiście podpowiedzi nawiązują do naszej historii).

Storytelling, park rozrywki, atrakcje dla dzieci w Małopolsce, Rabkoland, Krucabomba!, Dla najmłodszych
Pan Trzmiel zapraszający najmłodszych do swojego kwiatowego królestwa. 

Niebawem na scenę ma wkroczyć też klaun Mareczek, ze swoim show opartym na malarskich pasjach. Jeśli chodzi o jego kostium tu również - jesę projektantę! 

Ta nasza wieża powoli wzbija się ku niebu. Zanim osiągnie swój optymalny kształt, minie jeszcze pewnie kilka lat. Kilka świetnych projektów rozbije się o budżet (jeden z moich ulubionych tak skończył - dom strachów na mokradłach - był o tyle fajny, że tutaj mogłem zaprojektować też własne atrakcje) inne rozbiją się o czas, albo po prostu dostaną czerwone światło, albo trafią na sezon pod znakiem COVID-u. Mamy też całą szufladę scenariuszy do animowanych filmów z przygodami bohaterów poszczególnych stref i one także muszą zaczekać.

Sam fakt pracy z opowieścią w przestrzeni (czy też opowieścią przestrzeni) wymusza zupełnie inne podejście do narzędzi, jakim jest storytelling i gimnastykowaniem mózgu, by stworzyć opowieść, która dzień po dniu żyje coraz bardziej. I to nie tylko życiem gości, którzy ją odwiedzają, ale też barwnych postaci mieszkających tam na co dzień: ich perypetii, czasem śmiesznych, czasem nieznośnych charakterów, ale zawsze zapadających w pamięć.

Wiem, że jestem tylko scenarzystą i nie wszystko, co wymyślę, wejdzie w krwiobieg parku. Na szczęście producent tego przedsięwzięcia częściej daje moim pomysłom zielone światło. Co sprawia, że chce się nad takim projektem siedzieć. I koniec końców zakrzyknąć: "Krucabomba!"

***


Wszystkie materiały pochodzą z fanpejdża Rabkolandu - wykorzystane za zgodą parku. 
Autorką ilustracji do książeczki o Rabkolandzie jest Martyna Nejman. Bo w sumie nie wspominałem, ale poza tymi wszystkimi rzeczami, które robimy w tym roku powstała jeszcze książeczka, streszczająca przygody naszych bohaterów.

I na koniec pozwolę sobie raz jeszcze dodać, iż niniejszy tekst zrealizowano w ramach programu stypendialnego MKiDN - "Kultura w Sieci".

A tutaj jeszcze kilka innych tekstów poświęconych storytellingowi:

Dlaczego warto opowiadać baśnie, czyli dlaczego warto opowiadać baśnie ;)

Sztuka opowieści w działaniu - STRACH. Czteroczęściowy cykl artykułów poświęconych temu, jak wykorzystywać emocje do tworzenia opowieści na przykładzie strachu. Wrzucam 





10.7.20

Szybka Rybka



Na warsztacie: Baśń o rybaku i jego żonie



Dziś chciałbym zaprosić Was do puszczenia wodzy fantazji. Do rozmowy o wędkowaniu i marzeniach. Do wymyślenia najbardziej wyrafinowanych nawet życzeń, ale pod jednym warunkiem - musicie być szybcy, bardzo szybcy. Dlaczego? Już tłumaczę. 

No dobrze. Może nie już, bo zanim zaczniemy, muszę wspomnieć, iż niniejszy tekst "zrealizowano w ramach programu stypendialnego Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego - "Kultura w sieci". 

Po wypełnieniu formalności - możemy zaczynać! Wyobraźcie sobie:

 Siedzicie na pomoście nad niewielkim, acz uroczym jeziorkiem. Nazwa wyleciała Wam z głowy, ale od początku była zupełnie niepotrzebnym dodatkiem do wspaniałych okoliczności przyrody, w jakich postanowiliście wędkować. Delikatne powiewy wiatru marszczą taflę wody i wprawiają pobliskie szuwary w przyjemnie szeleszczące kołysanie. Spławik z naszej wędki od kilku kwadransów nie zanurzył się nawet o milimetr.  Tylko leniwie sunie tam, gdzie popchnie go lekki wietrzyk. W oddali rozlega się trelowanie jakiegoś ptaka, którego nazwa jest Wam znana tak dobrze, jak nazwa jeziorka, nad którym właśnie siedzicie.  
Nagle spławik daje gwałtownego nura. Wy chwytacie za tyczkę wędki jedną ręką, a druga ląduje na kołowrotku. Zaczyna się pojedynek. Ryba szarpie to w prawo to w lewo, a Wy to podążacie za nią, to ubieracie metodycznie żyłkę. Wreszcie widzicie, że przy haczyku wariuje nieduża, ale za to błyszcząca olśniewająco rybka. Sztuka o nazwie tak Wam doskonale znanej, jak nazwa tego ptaka, który trelował w szuwarach. Poza tym jesteście dość zawiedzeni, bo jednak liczyliście na coś większego. "No nic, myślicie, wykorzysta się jako przynętę na szczupaki". I walczycie dalej. Rybka wariuje, ale Wreszcie udaje się Wam ją przemóc. Teraz patrzycie jak dynda bezradnie na żyłce, wymachując przy tym ogonkiem i pokrzykuje zirytowana:  
- Cholerny piercing! Cholerni hipsterzy! 
Nie wiecie, czy bardziej dziwi Was fakt, że rybka jest złota, czy to, że gada, czy że właśnie wyzwała Was od hipsterów. Wreszcie rybka spogląda na Was i z wyrzutem mówi:  
- Dobra, walcie już te trzy życzenia i miejmy to za sobą.  
Więc to Złota Rybka. Prawdziwa Złota Rybka! Przez duże "Z" i duże "R".  
Siadacie więc na pomoście i zaczynacie się głowić, o co można by tę rybkę poprosić. Nie chcecie przecież marnować swoich życzeń, bo druga taka okazja może się nie powtórzyć. Przerzucacie więc w głowie słowa, starając się dobrać te najbardziej precyzyjne. I kiedy już jesteście gotowi... okazuje się, że Złota Rybka wyciągnięta z wody... udusiła się. 
Oczywiście w Baśni o rybaku i złotej rybce, było zupełnie inaczej. Rybak miał nieograniczony czas na wypowiedzenie swoich życzeń i nieograniczoną ilość życzeń. W zasadzie czas ten był tak nieograniczony, że zdążył wrócić do domu, wejść pod pantofel żony i wypowiedzieć jej, a nie swoje życzenia tak długo, aż doprowadziło to do tragedii. Baśnie mają swoje prawa i czasami naginają pewne zasady (a nawet wszystkie zasady), więc i rybki mogą nie tylko mówić i spełniać życzenia, ale - o zgrozo - oddychać powietrzem atmosferycznym. 


Życzonka


Pozwólcie jednak, że to oddychanie powietrzem atmosferycznym odrzucimy i ograniczymy ilość życzeń do trzech. Rybka może spełnić wasze trzy życzenia, ale jeśli nie wypowiecie ich wystarczająco szybko, biedaczka najzwyczajniej w świecie wykorkuje. O co w takiej sytuacji poprosilibyście? Albo inaczej - czy wasze trzy życzenia różniłyby się, w zależności od tego, jak dużo czasu mielibyście na ich wypowiedzenie? 

Nie wiem, czy można z tego zrobić ćwiczenie, ale wyobraźcie sobie, że macie rybkę i jakieś piętnaście sekund na wypowiedzenie swoich trzech dowolnych i jednocześnie największych pragnień. Czego byście sobie życzyli? Spróbujcie odpalić stoper i wymienić swoje życzenia. 

Kiedy zacząłem przerzucać ten koncept przez swoją głowę, przyznam szczerze, że pierwsze trzy życzenia, były zupełnie bezsensowne. Pierwsze pomysły ocierały się o całkowite frazesy (rzeczy pokroju: zdrowie, pokój na świecie i milion dolarów) i gdyby rybka spełniłaby właśnie te życzenia, to wiecie co - czułbym się niezaspokojony.


Niezaspokojenie


To co pierwsze przychodzi nam do głowy, jeśli możemy sobie życzyć, niekoniecznie jest tym, czego i potrzebujemy, i pragniemy. Jest jakiś format świata, w którym żyjemy i który zakrywa nasze własne pragnienia. Społeczny, historyczny, etyczny. I zawsze jest to jakaś średnia wszystkich pragnień i potrzeb uczestniczących w tym świecie ludzi. Może nie musimy z tym walczyć, ale warto sobie uświadomić taką konstrukcję świata, żeby nie wpaść w jej sidła. Takie najbardziej oczywiste życzenia, dotyczą świata i spełnienie ich być może miałoby na świat pozytywny wpływ, ale... nie dotyczyłyby nas. Nas osobiście. Nas w naszym najbardziej osobistym miejscu. 

il. B. Dekterow


Nasze prawdziwe pragnienia to te, które w pewien sposób zaspokajają nasze nienasycenie. Tylko nie zrozumcie mnie źle - nie nasze żądze, nie nasze zachcianki, ale to, co sprawia, że nie możemy spać po nocach, albo to, co pojawia się w nas, kiedy patrzymy na szczęśliwych ludzi obok. Albo to uczucie, które dopada nas w szale twórczym, kiedy jesteśmy na krawędzi odkrywania lub wymyślania czegoś nowego i już chcemy tam być, ale jeszcze nie jesteśmy. Wszystkie te rzeczy napędzane są naszym nienasyceniem. Jakimś brakiem, albo chęcią bycia już w miejscu, do którego dążymy. I każde z nas dokładnie wie, do czego rwie jego serce albo rozum, ale przyznanie się do tego jest trochę wstydliwe. Bo, żeby wypowiedzieć swoje prawdziwe życzenia, musimy się odsłonić. 


Żona Rybaka


Rybak z baśni o złotej rybce jest tego najlepszym przykładem: praktycznie w ogóle się nie odsłonił. Nie wypowiedział nawet pragnień, jakie podsuwał mu system, w którym żył. Zamiast tego oddał swoje życzenia komuś innemu - swojej żonie. A ta doskonale wiedziała, jak powinno się je wykorzystać. Wybrała, co podsuwał jej świat. Być może rybak był pod zbyt wielkim wpływem, czy też zbyt wielkim pantoflem swojej żony, ale być może oddał jej swoje życzenia, bo właśnie nie chciał się odsłonić. Nie zrodziła się w nim nawet myśl, że mógł zażyczyć sobie czegoś (a mógł wybierać ze wszystkiego) tylko dla siebie. 



Zawsze się znajdzie jakaś żona rybaka obok nas. Chyba właśnie dlatego tak bardzo trzeba dbać o swoje własne życzenia. Żeby ktoś nie wypowiadał ich za nas, przez co my pozostawalibyśmy nienasyceni. Marzenia trzeba chwytać jak największy skarb. Troszczyć się o nie i nie zdradzać ich przed nikim... poza złotą rybką. Tutaj chciałbym odesłać Was do innego tekstu, który opowiada właśnie o trzymaniu się swoich marzeń do samego końca. Tekst o sprzedawanie snów znajdziecie TUTAJ. I warto mieć swoje największe pragnienia zawsze gdzieś pod ręką, a wiecie dlaczego? 


Złota Rybka


Bo może się zdarzyć tak, że pewnego dnia na naszym haczyku ogonkiem wywijać zacznie złota rybka i zapyta nas: "O czym marzysz? Dawaj swoje trzy życzenia". Może się zdarzyć tak, że pewnego dnia świat powie nam niespodziewanie "Sprawdzam!", a my nie będziemy przygotowani. Czy w piętnaście sekund uda się nam zajrzeć w same głębiny naszej osoby, w nasze najważniejsze pragnienie i wypowiedzieć je tak, żeby świat zrozumiał? Mam wrażenie, że nie. Mam wrażenie, że za mało trenujemy się w swoich marzeniach i w wypowiadaniu życzeń. Tych prawdziwych. Tych najbardziej osobistych. 

Gdybym złowił złotą rybkę, nie uzgadniałbym z nikim swoich życzeń. Chciałbym, żeby to były tylko moje życzenia. Takie, które mówiłyby o mnie w stu procentach. Bo przecież życzenie uzgodnione z kimś innym, to już tylko połowa mnie, a może, tak jak w przypadku naszego rybaka, jeszcze mniej. 

Moi Drodzy, zanim się pożegnamy, chciałbym Was zachęcić do zastanowienia się, już teraz, już dziś nad następującą kwestią: gdybyście przypadkiem złowili złotą rybkę i mieli piętnaście sekund na wypowiedzenie swoich trzech życzeń, o co byście ją poprosili? Zastanówcie się nad tym teraz, żeby potem nie było, że nie ostrzegałem. Niech to będą sekretne życzenia, ale niech definiują to, kim jesteście. 

Życzę powodzenia!

***

Zrealizowano w ramach programu stypendialnego MKiDN - "Kultura w sieci". 

***

PS. A może w ogóle nie warto korzystać z pomocy rybki przy realizowaniu tych najbardziej kluczowych pragnień? Może lepiej poprosić zwierzaka o coś o wiele mniej istotnego. Jakąś kosmetyczną zmianę w swoim życiu, która będzie przyjemna, ale nie wpłynie za bardzo na to kim jesteśmy. Gdybym złapał złotą rybkę, może poprosiłbym ją, żeby zniknęły mi z rąk ranki, których jest tam sporo. Albo o jakąś śmieszną supermoc - podgrzewanie herbaty dajmy na to... 

PPS. Jeszcze dwie polecajki dotyczące życzeń. Pierwsza jest następująca. Baśń skandynawska "Kiełbasa". Znajdziecie ją na Yt w wykonaniu Szymona Góralczyka. Druga to odcinek , w którym Mulder uwalnia dżina (S07 E21).  











5.7.20

Miłość większa niż świat

Arie m den toom





































Na warsztacie: Layla i Majnun


W tym roku miał odbyć się projekt Orfeo i Majnun. Miała być opera, wspaniały pochód, a co istotne dla mnie - warsztaty. Tak się złożyło, że wraz z Agą Batóg z Lufcika na korbkę, mieliśmy poprowadzić cykl spotkań dla kobiet w ramach tego właśnie projektu. niestety zaczęła się nasza kochana pandemia i cały projekt powędrował na rok 2021. Warsztatów więc nie ma, ale za to została opowieść o Majnunie i Layli, a wraz nią kilka przemyśleń.


Kim był Majnun

Zanim przejdziemy do przemyśleń, chciałbym przedstawić Wam głównego bohatera tej historii Quaysa, którego nazywano Majnunem:


Tak naprawdę to nie nazywał się Majnun, bo Majnun znaczy szalony. Nikt przecież nie daje tak dziecku na imię. Naprawdę nazywał się Quays, ale i tak wszyscy mówili na niego Majnun... czyli szalony.  
Skąd wziął się ten przydomek? Najprościej powiedzieć, że chłopak oszalał z miłości. Ale wiadomo - nic na tym świecie nie dzieje się najprościej. Pewnego dnia Quays spotkał Laylę. I zakochał się, bez opamiętania. Tak nie potrafił się opamiętać, że całymi dniami pisał dla swojej ukochanej wiersze, a potem czytał je komu popadnie. Naprawdę - wystawał na rogach ulic i na gościńcach i dzielił się wierszami, które tworzył z miłości do Layli. Ludzie, którzy go mijali, myśleli: "wariat jakiś - nic nie robi, tylko wierszem gada" i tak Quays dorobił się swojego przydomka - szalony. Czyli Majnun. Tak po prawdzie to znaczyło to - "opętany przez dżinny", ale sens jest ten sam. 
Kiedy nadszedł odpowiedni czas, Majnun wybrał się do ojca swojej ukochanej, by poprosić o rękę dziewczyny. Ona chciała, ,bo kochała chłopaka ze wzajemnością, ale ojciec stwierdził, że wariatowi córki nie odda. Za to znalazł dla niej kogoś, kto nie dorobił się żadnego niewygodnego przydomka. Pewnie jakiegoś Jurka, albo Bogdana... mniejsza. Layla została nieszczęśliwą, ale wierną żoną kogoś innego, a zrozpaczony Majnun odsunął się od świata. Zamieszkał na pustyni, gdzie swoje miłosne wiersze recytował napotkanym zwierzętom, albo sobie samemu, albo też zwierzał się piaskom pustyni, zapisując swoje westchnienia i smutki patykiem na piasku.  

Przychodziły do poety różne wiadomości, jedne były złe, inne jeszcze gorsze. A on wędrował w samotności i komponował wiersze. Pewnego jednak dnia, dotarła do niego wiadomość, którą można byłoby odczytywać nawet pozytywnie. Otóż mąż Layli pożegnał się z tym światem (możecie sobie wymyślić jak: wpadł pod wielbłąda, dostał zawału, zadławił się daktylem, pośliznął się na mokrej posadzce - nie krępujcie wyobraźni). Czy to oznaczało, że wreszcie mogą być razem? On przecież przez nią trafił na pustynię, ona przez niego była żoną wierną, ale nieszczęśliwą. Czy to oznaczało, że los wreszcie się do nich uśmiechnął?  

Nie do końca. Tradycja wymagała, by Layla oblekła żałobę po swoim mężu na dwa lata. W tym czasie musiała siedzieć w domu, odizolowana od świata. A przede wszystkim od nadziei połączenia się ze swoim ukochanym. To było za wiele dla biednej kochanki i jej serce nie wytrzymało tego bólu - pękło i Layla zamiast dołączyć do swojego ukochanego, dołączyła raczej do męża.  

Wieść o śmierci ukochanej dotarła oczywiście do Majnuna, który przybył do jej gromu, gdzie z żalu sam umarł. 

I żyli długi i szczęśliwie. 


To jedna z najbardziej znanych perskich opowieści, nazywana czasem Romeem i Julią Wschodu (tak mawiał o niej Byron). Wchodzi w skład tak zwanej Chasme, czyli poematów perskiego poety Nizamiego Gandżawiego i jest chyba tym, który wywarł największy wpływ z całej piątki. Znalazł wielu epigonów i jest naprawdę, naprawdę ponadczasowy. 

Odnotowuję, bo trzeba odnotować, tak samo jak trzeba odnotować fakt, że tekst ten został napisany w ramach programu stypendialnego Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego - "Kultura w sieci". Ale chcę pisać o czymś innym. O politowaniu i zazdrości. O nieumiejętności pójścia dalej i miłości większego formatu niż życie samo... ale po kolei.

Politowanie


Przyznam szczerze, że Majnun jest takim typem człowieka, na którego zawsze patrzę z mieszaniną politowania i zazdrości. Politowania dlatego, że gdzieś w jego zachowaniu ujawnia się fakt, że nigdy nie dorósł. Zatrzymał się w pewnym punkcie swojego życia i ten punkt pochłonął go do reszty. Tym punktem była oczywiście miłość. Quays miał jakieś o niej pojęcie, ale postanowił, że wyrazi ją na swój własny sposób. Patrzę i myślę - co za egzaltacja, co za egoizm i w konsekwencji: co za zmarnowane życie. I jakoś nie potrafię wejść w jego skórę. Gość, który wychodzi na ulicę, żeby chwalić się wierszami do swojej ukochanej - nie do końca szanuje swoją miłość. To zwykły ekshibicjonizm. Być może piękny, ale jednak ekshibicjonizm. I mimo, że być może kocha bardziej niż ktokolwiek przed nim i ktokolwiek po nim (Dante i jego Beatrycze mogą się schować), to i tak wszystko, co robi jest odrobinę karykaturalne.

Kochać - to jedno. Okazywać swoją miłość - to zupełnie inna sprawa. Jeśli miłość nie ma umiaru, to w porządku, natomiast jeśli będziemy obnosić się z nią bez umiaru, możemy napytać sobie biedy. Może nikt nie nauczył Majnuna, co robić z miłością, co mówić, a co przemilczeć (bo to również jest sztuka), a może go to zupełnie nie obchodziło. Ale mniejsza o to - swoim realnym zachowaniem wynikającym z niewątpliwie pięknego uczucia (wystawaniem na ulicy i czytaniem przechodniom miłosnych wierszy), doprowadził do realnych skutków - zyskania przydomku "szalony" i utracenia swojej miłości. Paradoksalnie, przez swoją miłość, stracił swoją miłość. 

Wniosek wyciągnąć z tego bardzo buddyjski - wędruj środkiem, nawet gdy to, co tobą targa jest ekstremalne. Nawet jeśli kochasz ZA BARDZO, nie okazuj tego ZA BARDZO, bo "za bardzo" nigdy nie jest najlepszym pomysłem.

Ze zbiorów Biblioteki Kongresu


Zazdrość


A może się mylę. Może za bardzo to jest właśnie ta najlepsza, a na pewno najpiękniejsza z dróg? I tutaj pojawia się zazdrość. Bo sam nigdy bym tak nie potrafił - rzucić się w wir namiętności nie zważając na konsekwencje. Pozwolić, by ogień mojej miłości, albo pasji trawił mnie do samego końca. Gdzieś za nastolatka chyba mnie to ominęło i teraz, kiedy słucham takich opowieści, czuję, że czegoś jednak brakuje. Majnun nie bał się robić z siebie kompletnego głupka, ale robił to do końca. I z pięknych pobudek. Miłością można przecież wiele wytłumaczyć. I pewnie stąd ta zazdrość. Chociaż - po napisaniu trzech powyższych akapitów, jadnak chyba bardziej politowanie.

Może jest tak, że uczucia to tylko paliwo. Paliwo, dzięki któremu możemy działać. Dobrze wykorzystane uczucia mogłyby przecież napędzić chłopaka do tego, by zmienił świat. Tymczasem on dał się pochłonąć płomieniom. Spalił się i de facto nic dobrego nie wyniknęło z tego dla nikogo. On - był nieszczęśliwy, Layla - nieszczęśliwa, mąż Layli - jeśli znał swoją żonę, też pewnie nie tryskał radością. Nie wspomniałem jeszcze o rodzicach Majnuna - umarli w rozpaczy, że ich syn szlaja się po pustyni i gada do pustynnych lisów. Może nie byłby wspaniałym poetą, ale bilans zysków i strat zdecydowanie byłby korzystniejszy. I być może dlatego nie potrafię spojrzeć na tę postać zbyt łaskawie. Bo w opętaniu swoją miłością nie wziął życia pod uwagę. Jak nastolatek, którego po raz pierwszy zalewa fala nowych doznań i przez którą początkowo jest w stanie robić tylko głupoty. 

Żałoba


Kiedy myślę o tej opowieści, zawsze wraca do mnie pewna baśń braci Grimm: "Śmierć kurki". To opowieść o koguciku, który tak bardzo rozpaczał po stracie swojej żony, że doprowadził tym do anihilacji większości mieszkańców lasu (Tekst o koguciku znajdziecie TUTAJ). Majnun prezentuje dokładnie taki sam mechanizm jak kogucik. Na początku nie potrafi przepracować swojej miłości, a potem, nie potrafi przepracować swojej straty. Jest osobą, która zacięła się w jednym miejscu i wtedy jedynym jej towarzyszem zostaje pustynia. Ta realna i ta metaforyczna. Wypada ze świata ludzi i nie ma dla niego powrotu. Zastanawiam się nawet, co by się stało, gdyby jednak jego miłość do Layli zostałaby spełniona. Jak szybko uciekłby z powrotem w głuszę, by tam snuć swoje przepiękne pieśni. Innymi słowy, jego poezja i postawa była usprawiedliwiona jedynie przez swoje niespełnienie a przez to - pusta. Jeśli Laylę i Majnuna porównuje się do Romea i Julii, tym drugim trzeba jednak bardziej przyklasnąć - kochankowie z Werony być może skończyli parszywie, ale przynajmniej robili wszystko, by być razem (Julia z miłości sfingowała swój pobrzeb!). Majnun tylko gadał.



Myślę, że bardzo istotne jest to, żeby mieć podobnych bohaterów przed oczyma. Niekoniecznie brać z nich przykład, ale raczej traktować jak papierek lakmusowy. Młodość ma swoje prawa, burza emocji zdarza się każdemu, ale kiedy jesteśmy targani huraganem często sprzecznych doznań, warto zadać sobie pytanie - w którą stronę ten huragan nas targa. Czy tak jak Majnuna na pustynię, gdzie nasza żałoba po prostu pożre cały nasz świat (niezależnie jak piękne wiersze będziemy przy tym pisać), albo wrócimy do świata mocniejsi czerpiąc z tego paliwa, którym podsycony został ogień naszej duszy. Może ten drugi proces można po prostu nazwać dorastaniem? Dorastaniem do własnych emocji.

Miłość większa niż świat


A może to, co napisałem powyżej w ogóle nie pasuje do opowieści o Layli i Majnunie. Może to szaleństwo opętanego przez dżinny jest takie właśnie jak powinno być, tylko świat go nie rozumie. Bo pomyślcie: to, w jaki sposób kochał Majnun było absolutne. Nie robił nic innego poza tym kochaniem (no może pisał jeszcze wiersze, ale były one przecież wypadkową jego uczuć). A to rozsadza przecież społeczne normy. Bo czy nie jest czasem tak, że społeczeństwo pozwala nam kochać "odtąd-dotąd", a wszystko, co wykracza poza te ramy jest nie do zaakceptowania? Podobnie z żałobą - można rozpaczać tylko trochę, ale najlepiej niepublicznie, bo brzydko wygląda. A już płakać i o zgrozo nie iść do pracy, to w ogóle nie wypada. Albo z anarchią - można tak trochę się buntować, powiedzieć na przykład "jestem oburzony", ale po tym "jestem oburzony" to już nie można, bo nie wypada i do tego mandat można dostać. W tej sytuacji Majnun nie będzie tylko niedojrzałym gościem, który postawił na złą kartę, ale prawdziwym tytanem, który nie bał się kochać do końca i który tę swoją miłość potrafił też do końca donieść - tak jak potrafił. I być może dlatego właśnie to o nim, a nie o tych wszystkich rozsądnych ludziach pozostał poemat, który przetrwał dobrych kilka wieków... I być może dlatego właśnie mu zazdroszczę.

***

Zrealizowano w ramach programu stypendialnego Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego - Kultura w Sieci. 

***

 PS. Po przejrzeniu tekstu, naszła mnie jeszcze jedna myśl dotycząca tej miłości większej niż świat. Jeśli Majnun był tytanem swojej miłości. To pamiętajmy o tym, że był właśnie tym - tytanem. I nie przykładajmy jego miary do naszych własnych burz. Bo może się okazać, że to tylko burze w szklance wody, a nasze rozczulanie się nad swoją sytuacją - to jedynie wymówka, żeby uciec. Pamiętajmy, że istnieje ryzyko, że my akurat nie jesteśmy tytanami.