22.2.19

MITOLOGIA ŚLĄSKA (w pigułce) 



Na warsztacie: Mitologia śląska, recenzja książki


W moje świstacze łapki wpadła ostatnio książka, o którem nie sposób Was nie poinformować. Nazywa się ona Mitologia Śląska, przywiarki ślónskie, czyli Leksykon i Antologia Śląskiej Demonologii Ludowej, autorstwa Barbary i Adama Podgórskich. Dla osób zajmujących się pracą z baśniami i legendami pozycja nie do przemilczenia. 

Leksykon to ponad 500 stron haseł związanych ze wszelkiej maści straszkami zamieszkującymi wyobraźnię ludu Śląskiego. Baza jest potężna i, jak to leksykon, bardzo dobrze zorganizowana. Można przeskakiwać między odnośnikami przez długie godziny poznając coraz to nowe oblicza skarbnika, utopca czy innej heksy. 

Czasem odnośniki odsyłają pomiędzy ludowymi nazwami stworków używanymi w poszczególnych regionach Śląska (co przyznam, że bywa dość żmudne). Innym razem mamy krótką definicję, czym jest dana istota i jakie są jej kompetencje, gdzieniegdzie pojawiają się także podania, czasem lakoniczne, czasem bardzo rozbudowane, ale zawsze wzbogacające przekaz danego hasła. Jeśli ktoś pogrzebie, może tu znaleźć materiał na kilka niezłych wieczorków z opowieściami, albo pomysł na książkę. 

Książka to leksykon, więc dla wszystkich, którzy przyzwyczaili się do standardów wyznaczonych przez Legendarz, będzie ona dość niestrawna, ale zdecydowanie jest to materiał godny polecenia. Niestety minęły już czasy, kiedy długie godziny wertowało się słownik Kopalińskiego i trochę człowiek wychodzi z wprawy... i przyzwyczajeń... 

Brnąc jednak przez kolejne odnośniki czytelnik może spostrzec pewną fantastyczną mozaikę - ciekawe jest to, jak hasła ujawniają różnorodność wierzeń Ślązaków. Jaką mieszanką różnych wpływów jest Śląska dusza. To miejsce, w którym coś do powiedzenia mają wierzenia polskie, rosyjskie i przede wszystkim niemieckie. Z tego wszystkiego tworzy się nowa (jeśli można tak nazwać coś zakorzenionego w myśleniu archetypicznym) jakość, którą można nazwać Mitologią Śląską. 

Tak jak pisałem, jeśli zajmujecie się baśniami, albo kulturą Śląska, albo myśleniem symbolicznym, to Mitologia Śląska jest pozycją, na której warto położyć ręce. 

Zajrzyjcie do księgarni: TUTAJ

18.2.19

Wtorkowa Porcja Wieprzowiny - zestaw trzeci, powiększony


Szanowni!

Po raz kolejny zestawiam komiksy, które na fejsie publikowane są w każdy wtorek. dla przypomnienia, odświeżenia, zebrania w jednym miejscu. Jak zawsze zestawy blogowe są zestawami dla żarłoków, powiększone o dwa dodatkowe paski i a do tego jeszcze pasek podwójny.

Jeśli chcecie przejrzeć Świnkowe Przygody od samego początku, zapraszam do kolejnych wpisów.
Pierwszą część znajdziecie TUTAJ
Drugą TUTAJ
I oczywiście pamiętajcie o instagramie Świnka w Podróży, gdzie ze świnką jeździmy po świecie.

1. KRASNOLUDKI




2. ZŁY WILK



3. KSIĘŻNICZKA NA ZIARNKU GROCHU



4. SZCZUROŁAP



5. SZCZUROŁAP (2)




5. DZIEWCZYNKA Z ZAPAŁKAMI



7. RUMPELSZTYK




8. ŻABI KSIĄŻĘ


 I wersja alternatywna:

9. DZIKIE ŁABĘDZIE



10. TRZY ŚWINKI



11. PANI ZIMA



12. KRÓLOWA ŚNIEGU



13. UTOPIEC



14. MIECZ W KAMIENIU



15. KRYSZTAŁOWA KULA



16. GWIAZDAKA



16. SKARBNIK



4. BRZYDKIE KACZĄTKO



Z tym paskiem wiąże się pewna historia. W komentarzach pojawiło się przede wszystkim komentarze o tym, że nie wolno karmić ptaszków chlebkiem. I ani słowa o heroinie... aż się prosiło o rozwinięcie tematu. 

Bonusik:


I NA KONIEC OCZYWIŚCIE PODWÓJNY KOMIKS





14.2.19

Trzy miseczki

Il. Gretchen Ellen Powers

Na warsztacie: Złotowłosa i trzy niedźwiadki


Sytuacja zarejestrowana przez kamery monitoringu wyglądała następująco:

Do domku niedźwiadków pod nieobecność gospodarzy wchodzi dziewczyna, o której wiadomo, że ma złote włosy i nic więcej. Jest też pewnie głodna, bo swoje pierwsze kroki kieruje prosto do stołu, na którym ustawione są trzy miski z owsianką. Próbuje z jednej i okazuje się, że owsianka jest za gorąca, próbuje z drugiej i niestety owsianka okazuje się za zimna. Dopiero stan trzeciej owsianki ją zadowala, więc dziewczyna zjada całą zawartość miski i idzie demolować krzesła i łóżka gospodarzy.

My jednak zostaniemy w kuchni, żeby zbadać, co się tam tak naprawdę wydarzyło. Po pierwsze więc przyjrzyjmy się miseczkom - największa należała do taty misia, to oczywiste, ale na tym oczywistość się kończy. Nagrania monitoringu wyraźnie zarejestrowały przecież dziewczynkę, która mówi, że owsianka w pierwszej misce jest za gorąca, zaś w drugiej, należącej do mamy "za zimna". Zgodnie z wszelkimi prawidłami fizyki, utrata ciepła jest mniejsza im większa jest masa danego ciała. Wnioskować stąd można, że mama misia miała jakieś problemy żołądkowe, była na diecie, pościła lub podjadała przy gotowaniu.

Kolejny wniosek, już bardziej na poważnie obala hipotezę, że dziewczynką kierował głód. Nie zatrzymała się przy pierwszej misce, która najlepiej była w stanie zaspokoić jej potrzebę, tylko wybierała to, co po prostu odpowiadało jej gustom. Kierowała nią więc nie konieczność, ale raczej zachcianka. Psycholog śledczy zauważa, że dziewczynka w pierwszym odruchu idzie do największej miseczki, ale po zaledwie paru łyżkach rezygnuje z jedzenia na rzecz czegoś bardziej odpowiadającego. Czy myli ona więc głód z czymś innym? Być może.

il. Nancy Vo

Zachowanie Złotowłosej może być dla nas ciekawym studium tego, w jaki sposób pragniemy i w jaki sposób realizujemy swoje pragnienia. Pierwszy punkt, o którym wspomniałem już wyżej jest następujący: potrzeba i zachcianka w naszej głowie leżą bardzo blisko siebie i bardzo łatwo pomylić je na pierwszy rzut oka. Na drugi rzut zawsze górę bierze zachcianka, ale my często wciąż nazywamy ją potrzebą. I próbujemy zaspokoić tak, jakby "mieć na coś smaka" i "umierać z głodu" znaczyło dokładnie to samo.

Druga sprawa: zaspokajanie potrzeby ma znaczenie priorytetowe - szukamy najkrótszej drogi do zrealizowania tego celu. Idziemy do Żabki i kupujemy obleśną bułkę sprzed trzech dni i zjadamy ją bez entuzjazmu, żeby zaspokoić głód. Albo pakujemy się w związek, który nie ma prawa się udać tylko dlatego, że potrzebujemy wreszcie być kochani. W tym drugim przypadku może nawet nie być miłości, ale potrzebujemy jej tak bardzo, że sami jesteśmy ją sobie w stanie wymyślić. To jest potrzeba.

Kiedy jesteśmy głodni z zachcianki, przez półtorej godziny potrafimy marudzić nad tym co zamówić, a potem następne półtorej czekać aż dostawca przebije się przez korki. Zamiast dojadać resztki z lodówki, zamawiamy sushi deklarując przy tym, że umieramy z głodu. Nie szukamy miłości desperacko, nie budujemy relacji, a chodzimy na przypadkowe randki z Tindera, udając przed sobą, że szukamy tej właściwej, a często posuwając się nawet do użycia słowa "miłość". Nie mówię, że w ten sposób jej nie znajdziemy. Mówię raczej, że mechanizm, którym operujemy wynika z zupełnie innych pobudek niż potrzeba.

Złotowłosa kiedy trafia na swoją odpowiednią miseczkę nie jest już zupełnie głodna. Przecież przed chwilą, zjadła trochę z miski taty, trochę z miski mamy, a dopiero potem znalazła tą właściwą. Żeby zrealizować swoją zachciankę (albo może potrzebę wynikającą z zachcianki), konieczne jest próbowanie, konieczny jest pewien stopień nasycenia, który jednocześnie wiąże się z tym, że musimy kosztować to, czego niekoniecznie chcielibyśmy kosztować. I z jednej strony to proste jak piramida Maslowa (najpierw przeżyć, potem się rozwijać), z drugiej wiąże się z pewnym przesunięciem akcentów - dość destrukcyjnym zresztą. Niby czegoś potrzebujemy, ale jednocześnie naszym pierwszym odruchem jest niesmak. Podchodzimy do życia, jak do bufetu szwedzkiego w hotelu o niezbyt wysokim standardzie. Potrzebujemy więcej pieniędzy, więc idziemy do pracy, która nas brzydzi, gardząc swoimi kolegami i jeżdżąc po szefostwie. Chcemy się dobrze bawić, więc chodzimy na imprezy, na których jest tak bezsensownie, że kac jest lepszym rozwiązaniem. Zaliczamy pięć milionów wpadek związkowych, zanim uda nam się choć na chwilę zaspokoić swoje pragnienia dobrej relacji.

il. Mark Bird

Niestety, kiedy rzucimy się w wir wybierania tego, co najbardziej nam odpowiada, kiedy szukanie najlepszej opcji pochłonie nas bardziej niż życie samo, może się okazać, że narobiliśmy tyle głupot, że nie potrafimy już normalnie funkcjonować. Za nami zostaje spustoszenie - dwie niedojedzone miski owsianki, połamane krzesła, wymięta pościel, kilka zgorzkniałych osób ze złamanymi sercami. Ba - nawet to, co zaspokoiło naszą potrzebę, może okazać się katastrofą. Nie dla nas, dla tych, którym to się należało. Znów chyba najlepszym tego przykładem będą związki... i zdrady w tych związkach. Widzimy coś, co być może będzie nam odpowiadać, kosztujemy to i rozwalamy czyjeś życie. Jesteśmy zaspokojeni, ale co z tego - koszty są bardzo wysokie.

Złotowłosa wędruje od jednego pragnienia do drugiego, nie zważając na konsekwencje. Kiedy słucham swoich znajomych, a często kiedy patrzę na samego siebie (bo nieraz narobiłem w życiu syfu) czuję, że w każdym z nas siedzi taki ktoś ze złocistym kołtunem, kto gubi się w swoich zachciankach, zamiast zaspokajać potrzeby. Złotowłosa i trzy niedźwiadki to chyba najbardziej pesymistyczna baśń jaką znam, nie ma w niej wygranych, dobro dostaje popsute meble, zapaskudzone jedzenia, a niezaspokojona dziewczyna idzie przed siebie nie patrząc na konsekwencje i chyba bez szans na ich zaspokojenie.

Może niestety być też tak, że złotowłosa to część naszej natury. Wyjątkowo bezsensowna, ale też wyjątkowo ludzka... na pewno uwielbiana przez speców od reklamy. Może łatwiej nam psuć i usprawiedliwiać to swoimi potrzebami (patrz: wojny albo zdrady), może łatwiej nam korzystać z cudzego życia (patrz: brukowce i fejs), może nasze potrzeby są tak oczywiste i w ostatecznym rozrachunku tak proste do zaspokojenia, że całkowicie o nich zapominamy i żeby czuć sens, gonimy za zachciankami. A może jest tak jak mówił William Blake, że nie dowiemy się ile to jest wystarczająco, zanim nie poznamy tego ile to jest za dużo? Może...

Niezależnie od odpowiedzi, uważajcie na Złotowłosą. Ona ciagle gdzieś tam szaleje, podrzucając nam różne pomysły na to, czego nam potrzeba... a co jest całkowicie zbędne.

Więcej ilustracji do Złotowłosej... znajdziecie TUTAJ




9.2.19

Czarno to widzę!




Na warsztacie: Gry planszowe, ćwiczenia dla opowiadaczy, storytelling, karcianki, Czarne Historie

O popularności gier planszowych nie trzeba nikogo przekonywać. Powiedzonko głosi nawet, że w domu każdego milenialsa powinna znajdować się przynajmniej jedna szafa przeznaczona właśnie na pudełka z grami. Nietrudno jest natknąć się na Carcasson, Scrabble, czy Kolejka i pogrążyć w fantastycznym świecie rozgrywek na długie godziny. Poza tym jednak gry planszowe, mogą stać się dla nas świetnym pretekstem do trenowania swoich storytellerskich umiejętności. 

Poza takimi grami jak kości Rory Story Cubes, które zaprojektowane są, by uczyć opowiadać. Poza Dixit, którego karty potrafią onieśmielić swoim przepychem, pięknem i pomysłowością, i które może stać się pretekstem do fantazjowania w najbardziej nieoczekiwanych kierunkach, są jeszcze inne, skromniejsze gry, na które warto rzucić okiem. Dla mnie taką grą zawsze były "Czarne historie" i dziś chciałbym podzielić się pewną propozycją na ćwiczenie, które pomoże Wam poprawić swoje umiejętności narracyjne. 

Zasady


Karty do tej gry, to detektywistyczne łamigłówki. Z jednej strony mamy tytuł i lakoniczne nakreślenie sytuacji, jakiej dotyczy dana zagadka, z drugiej zaś opis tego, co faktycznie się wydarzyło. Zadaniem gracza jest odgadnięcie tego, co jest na odwrocie przez zadawanie zamkniętych pytań (tak/nie). Historie mogą być śmieszne, absurdalne, makabryczne, mogą dotyczyć ludzi, zwierząt, duchów i zjawisk nadprzyrodzonych, dlatego gracze muszą się częstokroć nieźle nagłówkować, żeby dotrzeć do właściwego rozwiązania. 


Ćwieczenie dla opowiadaczy


My jednak zapomnimy o tym, co faktycznie się stało i wykorzystamy tę wersję skróconą, by stworzyć swoją własną fabułę. Niech to będzie wasza pożywka, by zacząć. Karta daje nam początek, ale poza tym, mamy nieograniczone możliwości. Nie ma już "Tak" i "nie", za to nagle przed nami pojawia się nieskończone: "Spróbujmy, zobaczymy gdzie dotrzemy". Z detektywów stajemy się odkrywcami, przede wszystkim naszej własnej wyobraźni. 


Oczywiście rozwiązywanie zagadek też ma swoje plusy i jest fantastyczną zabawą, ale po ograniu którejś z kolei talii przekonacie się, że jest w tych historiach dość spora doza powtarzalności. A nam nie zależy na powtarzalności schematów, ale budowaniu szybkości reakcji i popuszczanie naszej fantazji wodzy, by w krótkim tępie mogła puścić się w galop. 


Pobawcie się z jedną kartą. Możecie wykorzystać opisaną na niej sytuację kilkakrotnie. Tworząc różne warianty niepowiązanych ze sobą wydarzeń. Nie krępujcie się i wymyślajcie, wymyślajcie, wymyślajcie. 

A potem, kiedy już nawymyślacie, wróćcie do początku takiej historii i opowiedzcie ją sobie raz jeszcze. Zobaczcie, która z wymyślonych wersji wydarzeń najbardziej Wam odpowiada. Która jest najbardziej pomysłowa, a którą jest Wam najłatwiej opowiedzieć. Przyjrzyjcie się też temu, czy w waszych historiach nie ma dziur logicznych. Jeśli są, spróbujcie je załatać. Taka zabawa pomoże waszej wyobraźni nabrać większej elastyczności, a także szybkości reakcji na wydarzenia, które pozornie wcale się ze sobą nie łączą. 


Jeszcze jedna uwaga. Kiedy będziecie robić te ćwiczenia, róbcie je w samotności. Dzięki temu będziecie badać jedynie Waszą wyobraźnię, a nie tę kolektywną. Będziecie się mogli przekonać, co was bawi, a co nie. Was, Ciebie, a nie grupę w której się znajdujesz. Często bowiem jest tak, że kiedy pracujemy nad jakimś pomysłem wspólnie, podświadomie opieramy się na czyimś guście, albo oddajemy pole tam, gdzie my jesteśmy słabsi, a ktoś mocniejszy. O wiele lepsze efekty powyższe ćwiczenia będą miały, kiedy pierwszy raz wykonamy je samodzielnie. 


Bawcie się dobrze.
Tutaj daję link do Czarnych historii - TUTAJ
Talii jest wiele, ale do moich ulubionych wciąż należy chyba "Głupia Śmierć".
Dystrybutorem w Polsce jest firma G3.

A tutaj do artykułu na temat kości Rory's Story Cubes.