20.7.18

Bez rąk i miejsca na ziemi

https://www.youtube.com/watch?v=ANbYvxpqx8A
Film Sebastiena Laudenbacha, godny polecenia przede
wszystkim ze względu na graficzną warstwę. 

Na warsztacie: Bezręka dziewczyna, baśnie braci Grimm, przebaczenie

O traumie, i wychodzeniu z niej. O przebaczeniu i czasie, w którym przeszłość wciąż może nam dopiec, o baśni "Bezręka dziewczyna". 

Historia, którą chciałbym Wam dziś przybliżyć jest tak klasyczna, że aż boli. Opowiada o dziewczynie, którą ojciec za bogactwo nieopatrznie oddał diabłu w posiadanie. Dziewczyna jednak, jako istota pobożna o przeczystej duszy, nie godziła się na ten los i broniła przed nim, jak tylko umiała. Kiedy nadszedł wyznaczony czas, obrysowała się kredą i obmyła wodą z wiadra, przez co Zły nie mógł się do niej zbliżyć. Diabeł rozkazał więc ojcu dziewczyny zabrać jej wiadro do mycia, żeby nie była taka czysta, ale dziewczyna zamiast wodą, zaczęła obmywać się łzami. Miała tak czyste ręce, że wciąż pozostawała niedostępna dla sił nieczystych. Diabeł zmusił więc ojca, żeby ten odrąbał jej te ręce. Ojciec ze strachu posłuchał Złego i pozbawił córkę rąk. Nic to jednak nie dało. Łzy dziewczyny tworzyły dla Diabła barierę nie do przebycia. Odpuścił więc. Ojciec bardzo się ucieszył. Był bogaty, a jego córka straciła tylko ręce. Zaproponował więc, że teraz powinna zostać i mieszkać z nim w dostatku. Dziewczyna mówi jednak, że nie może zostać.

Rusza w świat, trafia do królewskiego ogrodu, zostaje królową, a potem rodzi królowi syna. Niestety król jest na wojnie, więc Zły znów może zacząć machlojkować swoje machlojki. Podmienia listy, stara królowa zamiast wyrazów troski królewskiej otrzymuje rozkaz, by zabić bezręką dziewczynę i jej syna, ale lituje się i tylko ją wygania.

Nieszczęsna młoda dziewczyna znów rozpoczyna tułaczkę. Trafia do domku, gdzie zajmuje się nią anioł. Tam z woli bożej odrastają jej ręce, podrasta synek i odnajduje ją mąż. Mogą wrócić wspólnie na zamek, gdzie wyprawiają powtórne wesele. 

https://www.youtube.com/watch?v=ANbYvxpqx8A
H.J. Ford


Konsekwencje Rany 


Przyznam szczerze, że kilka razy próbowałem zabrać się za tę baśń i kilka razy traciłem cały zapał przede wszystkim ze względu na to, że ta historia jest do bólu klasyczna. Nawet scena odrąbywania rąk, która jeży włos na plecach, jakoś ginie w tej klasyczności. Powtarzalność motywów przynudza i boli. Kiedy jednak ostatnio wróciłem do tej historii zwrócił moją uwagę moment, gdy Zły odpuszcza.

Dzieje się to po potwornej scenie, w której ginie wszystko, co wcześniej było rodziną. Szczególną rolę odgrywa tutaj ojciec bezrękiej dziewczyny, który w zasadzie od początku tej opowieści jest mistrzem faux pas. Najpierw przypadkiem wchodzi w układy z diabłem, potem ze strachu okalecza własne dziecko, a potem mówi: "Wiesz co, w sumie to jest spoko i nic się nie stało. Jesteśmy bogaci,  diabeł zostawił nas w spokoju - będzie fajnie". I jest przy tym nawet całkiem zadowolony. W zasadzie dorobił się, a to, że jego córka chwilowo nie ma rąk, cóż - dopuszczalne straty. 

Diabeł wygrywa tutaj wszystko, co jest do wygrania. Nie dostaje wprawdzie duszy dziewczyny, ale to, jakie spustoszenie sieje w relacjach między bohaterami, jest w jego wykonaniu majstersztykiem. To jedna z tych sytuacji, w których w rodzinie dochodzi do wylania wiadra z nieczystościami. Mąż bije żonę, albo żona zdradza męża, albo na odwrót. Każde z nich być może ma jakiś powód, by robić to, co robi. Ojciec bał się o swoje życie, hipotetyczny mąż może nie wytrzymywał już piskliwego, oskarżycielskiego tonu głosu żony, a hipotetyczna żona nie cierpiała tego, że mąż woli od niej chodzić na siłownię.  Powody mogą być różne, niestety pojawia się po nich czyn, który w żaden sposób nie może być usprawiedliwiony tymi powodami. 

Ten czyn zawsze stanowi punkt zwrotny, po którym stać się mogą dwie rzeczy. Po pierwsze może się nic nie zmienić. Bezręka dziewczyna zostać może w domu i udawać, że wszystko jest w porządku. Problem w tym, że w takiej sytuacji hipotetyczna bita żona zawsze będzie bała się, że mąż znów podniesie na nią rękę, a hipotetycznie zdradzany mąż spoglądać będzie nieufnie w stronę każdego mijanego mężczyzny. Lub na odwrót. Życie zawieszone zostanie na kołku, wirując wokół feralnego wydarzenia i napełniając serca współuczestniczących w tym procederze osób coraz większą dozą niepewności, strachu, albo ciężkiej, jątrzącej się przez lata nienawiści. 

https://www.youtube.com/watch?v=ANbYvxpqx8A
Kadr z gry American Mgee's Grimm.


Czynnikiem który zmienia wszystko jest przebaczenie. Hipotetyczna żona może powiedzieć, że wybacza mężowi, a hipotetycznie zdradzany mąż, że wybacza żonie. Jednak samo powiedzenie "wybaczam" nie wystarczy. Bo bagno, w którym już się stoi machać może do nas świeżo odciętymi dłońmi. Czasem więc, żeby przebaczenie miało sens, potrzebne są radykalne kroki - trzeba odejść albo chociaż pokazać, że coś musi się zmienić i jeśli się nie zmieni, to będzie miało swoje konsekwencje. 

Odejście to dopiero początek 


Bezręka dziewczyna jest doskonałym przykładem, jak postępować. Mówi mniej więcej coś takiego: "Kocham Cię ojcze, wybaczam Ci, ale w tych okolicznościach nie ma już dla mnie miejsca". Ewidentnie daje do zrozumienia, że nie godzi się na życie w patologicznej sytuacji i niezależnie od tego, jak bardzo została zraniona, musi z niej wyjść. Jedyne, co zrobić może ojciec, to związać jej ręce za plecami i pobłogosławić na drogę. A potem zostać w tym, co sam narobił. Zwróćcie zresztą uwagę, że kiedy dziewczyna odchodzi, jedyne co po niej zostaje to machające do ojca odcięte dłonie... z którymi jakoś będzie musiał sobie poradzić... niezależnie od swojego majątku. Czy mu się to udało, tego niestety z baśni się nie dowiemy. 

Nas jednak o wiele bardziej interesuje dziewczyna. Powędrowała dalej i jej sytuacja pozornie nie uległa zmianie. Na pierwszy rzut oka nadal nie miała dłoni i wszystko ociekało mniej więcej  tą samą beznadzieją. Z drugiej strony jej nastawienie i decyzja sprawiły, że pojawił się obok anioł, który dbał o to, żeby w końcu rany dziewczyny zagoiły się. Jednak, żeby do tego doszło potrzebny jest czas... bardzo dużo czasu. 

Nim ten czas minie, dziewczyna, choć staje się królową i choć otrzymuje od króla srebrne protezy dłoni (namiastka normalności? jej atrapa?), i choć zostaje matką nadal jest tylko bezręką dziewczyną. Krzywda, którą wyrządził jej ojciec pracuje w niej o wiele bardziej niż nowa sytuacja. Nadal obok bohaterki, prócz anioła, staje Zły, który miesza jej w życiu i wciąż przysparza jej cierpienia. Od feralnej sytuacji z ojcem, aż do momentu, gdy królową, najbardziej konstytutywną cechą dziewczyny były jej kikuty. Wciąż była jedną wielką raną po krzywdzie zadanej przez ojca. Przez to zaś nie była w stanie stać się naprawdę królową. I przez to, tak mi się wydaje, Zły miał tyle w jej życiu do powiedzenia. 

Jak odrastają ręce? 


Po wybaczeniu musi przyjść więc czas, musi przyjść odosobnienie, w którym stare rany się zagoją. Naszej bohaterce dopiero w domku w lesie odrastają ręce. Choć była żoną, musiała udać się na odosobnienie. Robiła to, co do niej należało (pozostawała wszak matką dla swojego syna), ale żeby stać się pełnoprawną partnerką dla swojego męża, potrzebowała odsunąć się od niego. W samotności dopiero mógł zadziałać Bóg i uleczyć wszystkie krzywdy, które powstały na początku tej historii. 

Jak wiele osób potrafi jedynie siąść i patrzeć na swoje wewnętrzne kikuty? Często mylą nawet patrzenie na nie z pracą nad sobą i próbą przeskoczenia traumy, której są one wynikiem. Bezręka dziewczyna pokazuje, co trzeba zrobić, żeby wszystko wróciło do normy. 

Po pierwsze trzeba wybaczyć, co nie oznacza "nic się nie stało", raczej: "stało się, ale trzeba żyć dalej akceptując, że takie a takie wydarzenie miało miejsce". Po drugie odejść, czyli w jakimś stopniu nie pozostawać w feralnej sytuacji - czasami wystarczy zagrozić rozwodem, czasem powiedzieć nie, a czasem powiedzieć "do widzenia" i fizycznie wyjść. Po trzecie dać sobie czas i mieć świadomość, że przeszłość jeszcze niejedno naświni nam w życiorysie. Po czwarte, czasem odłączyć się od świata. I najważniejsze: wiedzieć, że prawdziwa naprawa przychodzi z góry. Dziewczyna ufała Bogu, dzięki temu anioł stał się jej obrońcą. To wszystko jest czasem potwornie długim procesem - u bezrękiej dziewczyny trwał siedem lat, ale kiedy się zakończył, mogła stanąć wreszcie przed swoim mężem z obiema dłońmi - cała, bez uszkodzeń. 

https://www.youtube.com/watch?v=ANbYvxpqx8A
Steff Hardy

Młynareczka i królowa


Ta scena podwójnego wesela jest jedną z najpiękniejszych w całej baśni. Coś co stało się raz, niekoniecznie musiało znaczyć to co powinno. Kiedy jednak dziewczyna poradziła sobie ze swoimi problemami, wreszcie mogła w pełni posmakować sytuacji, w której się znalazła. To wesele to jej symboliczne połączenie z porządkiem świata.

Kiedy czasem patrzę na swoje kikuty, mam wrażenie, że już sporo ich odrosło. Rany zawsze zostaną widoczne, ale przecież w życiu nie chodzi o to, żeby żyć, jak gdyby nic się nie stało, ale o to, żeby żyć, jakby się już wybaczyło. Czyli lepiej... dojrzalej. Dziewczyna z naszej baśni jest tego świetnym przykładem. Gdyby nic się nie wydarzyło, byłaby tylko córką młynarza. Kiedy jednak rzeczy podziały się tak, jak się podziały, nie była już córką drwala - była królową. 


***






10.7.18

Wtorkowa porcja wieprzowiny (I)


wieprzowina, wtorkowa porcja wieprzowiny, swinka, basnionawarsztatowa, basnie na warsztacie, komiks, Mateusz Świstak,  comic stripes, Baśnie,



Na warsztacie: Baśnionawarsztatowa świnka, wtorkowa porcja wieprzowiny, świnka w podróży, komiksy. 



Szanowni, tak jak obiecałem dziś, chociaż nie wtorek wrzucam wszystkie Wtorkowe Porcje Wieprzowiny, jakie do tej pory zostały udostępnione na fanpejdżu + jeden bonusowy komiks o trochę powiększonej kubaturze, który jest trochę moją refleksją na temat tego, że praca w kulturze to jedno, a natura, to coś zupełnie innego :) 


wieprzowina, wtorkowa porcja wieprzowiny, swinka, basnionawarsztatowa, basnie na warsztacie, komiks, Mateusz Świstak,  comic stripes, Baśnie,

wieprzowina, wtorkowa porcja wieprzowiny, swinka, basnionawarsztatowa, basnie na warsztacie, komiks, Mateusz Świstak,  comic stripes, Baśnie,

wieprzowina, wtorkowa porcja wieprzowiny, swinka, basnionawarsztatowa, basnie na warsztacie, komiks, Mateusz Świstak,  comic stripes, Baśnie,


wieprzowina, wtorkowa porcja wieprzowiny, swinka, basnionawarsztatowa, basnie na warsztacie, komiks, Mateusz Świstak,  comic stripes, Baśnie,

wieprzowina, wtorkowa porcja wieprzowiny, swinka, basnionawarsztatowa, basnie na warsztacie, komiks, Mateusz Świstak,  comic stripes, Baśnie,

 I BONUSIK :) 

wieprzowina, wtorkowa porcja wieprzowiny, swinka, basnionawarsztatowa, basnie na warsztacie, komiks, Mateusz Świstak,  comic stripes, Baśnie,


7.7.18

Sztuka opowieści w działaniu - Strach (cz. III)

Baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak, opowieści grozy, storytelling, Strach, sztuka opowieści, warsztat opowiadacza, jump scare, screamer, beksinski.
Mam poczucie, że prace Beksińskiego dobrze korespondują z dzisiejszym tematem.

Na warsztacie: Storytelling, sztuka opowieści, strach, warsztat opowiadacza, opowieści grozy, Jump Scare

To już trzecia podróż przez krainę strasznych opowieści. Pierwszą znajdziecie TUTAJ a drugą TUTAJ

Dziś chciałbym napisać o najprostszej i podstawowej technice straszenia w opowieściach. Technicznie nazywa się to jump scare i są to te wszystkie momenty, w których wydarza się coś, co sprawia, że wyskakujemy z fotela z głośnym "Łojezusie!" na ustach. 

Wygląda to mniej więcej tak:

Do pewnego opuszczonego domu wchodzi zagubiona dziewczyna. Wędruje korytarzem, a kamera leniwie przerzuca kadr z jej twarzy na jakieś niewiele znaczące elementy scenografii. Jednak to, w jaki sposób pracuje obraz i mina dziewczyny, która ujęcie po ujęciu robi się coraz bardziej niepewna, zaczyna rezonować w parzących na tę przedziwną wędrówkę. Niezauważalnie znikają też wszelkie dźwięki z tła, pozostawiając nas w ciszy... i nagle... BU! Zza rogu niespodziewanie wyskakuje wilkołak, czemu towarzyszy nieprzyjemny trzask i solidne uderzenie połączonych sił sekcji smyczkowej i dętej. Dźwięki i obrazy spadają na nas brutalnie i niespodziewanie, a jedyne co możemy zrobić to po prostu odskoczyć, albo krzyknąć sobie ze strachu. 

Po takim skoku oczywiście całe napięcie z nas schodzi, strach odpływa a nasz organizm zostaje zalany falą endorfin. "Uff - już po stresie - myśli nasze ciało - przeżyłem, mogę więc znów cieszyć się życiem". I spokojnie śledzi dalej historię... przynajmniej do następnego jumpa. 

Plusy i minusy 


Jump scare jest najpopularniejszą techniką straszenia, bo jest zarówno najmocniejszy i najłatwiejszy do przeprowadzenia. Jeśli dobrze jej użyjemy to będzie ten moment, który w naszym słuchaczu zostanie na długo. Ja do dziś pamiętam scenę z filmu Inni, w której Nicole Kidman próbuje zamknąć drzwi. Była tak mocna, że to od niej zaczynam odtwarzanie tego filmu w głowie (zresztą bardzo dobrego). To także technika od której trudno uciec. W toku opowieści i w sposobie jej prowadzenia można wyczuć, kiedy zbliżamy się do miejsca wielkiego BU! I nasze ciało podświadomie przygotowuje się do reakcji na to BU! Fizjologicznie będzie chciało odreagować napięcie, więc po prostu da się oszukać, a to ułatwia stosowanie jumpów. 

Baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak, opowieści grozy, storytelling, Strach, sztuka opowieści, warsztat opowiadacza, jump scare, screamer, beksinski.
Z. Beksiński


Z drugiej strony, ta łatwość prowadzi czasem do nadużywania. Dobry jump scare, to rzadki jump scare. Tak chyba jest zresztą ze wszysktim, im więcej słodzimy, tym więcej musimy słodzić, żeby czuć słodkość. Organizm po BU! traci mobilizację, relaksuje się, wchodzi w fazę odpoczynku. A to bywa zabójcze dla budowanej przez nas opowieści. Jeśli bowiem wrzucimy zbyt wiele mocnych momentów przed finałem, może się okazać, że sam finał wypada bardzo blado... i piszę o tym, jako osoba, która nie raz w ten sposób popłynęła. 

Jak używać?


Praktyka podpowiada mi, że jeśli chcecie użyć jump scare w swojej opowieści możecie zrobić to na trzy podstawowe sposoby. Po pierwsze budując krok po kroku klimat, żeby w odpowiednim momencie wypalić z BU! To najpopularniejsze wykorzystanie jumpa, którą szerzej opiszę poniżej.

Po drugie wrzucenie BU! bez budowania napięcia. Mówię, mówię, mówię, BU! O ile pierwszy ze sposobów jest, jak wizyta w domu strachów, o tyle ten drugi raczej przypomina zatłoczoną ulicę, na której nagle zostajemy spoliczkowani przez przypadkowego przechodnia. To też może być zaskakujące i zrobić robotę - zwłaszcza, że na takie rzeczy słuchacz zazwyczaj nie zdąży się przygotować.

Po trzecie można powiedzieć: Uwaga! zaraz Cię wystraszę! To sprawdza się szczególnie, gdy udało się nam już raz skutecznie wrzucić BU! i widzimy, że nasza publiczność naprawdę mocno zareagowała. Pamiętam pewne warsztaty, podczas których opowiadałem jako przykład jumpów Czerwonego Kapturka. Pewna pani zareagowała na BU! słowami "Jezu nie rób tego więcej!". Odpowiedziałem więc spokojnie, ale z pełną premedytacją- "ależ owszem - zaraz to powtórzę. czy jesteś gotowa?". Ciężar BU! przeniósł się co prawda z samej opowieści na sytuację, która wytworzyła się w grupie, ale to, że kazałem komuś czekać na kolejny straszny moment, wytworzyło naprawdę gęstą atmosferę. Polecam korzystać.

Wprowadzenie jumpa


Jumpem może być wszystko (od spadającego garnka, przez rękę na ramieniu, aż po koniec świata), dlatego najważniejsze jest to, jak my do niego podejdziemy. Jeśli chcecie użyć BU! Zacznijcie od odpowiedniego przygotowania miejsca na nie. To przygotowanie przede wszystkim polega na odwracaniu uwagi słuchacza od tego, co zaraz zamierzacie zrobić. Moją ulubioną metodą jest przenoszenie ciężkości narracji na jakiś przedmiot lub przypadkową sytuację.

Wracając do dziewczyny w opuszczonym domu: Nagle dziewczyna dostrzega obraz. Na nim kobietę, której wzrok wydaje się znajomy. Portret uśmiecha się tajemniczo, a zagubiona bohaterka czuje, że ta namalowana postać coś chce jej powiedzieć. Przybliża się do portretu, żeby przetrzeć mosiężną płytką, na której widnieje imię i nazwisko kobiety. Wyciąga rękę i BU! Wilkołak.

Obraz nie ma związku z tym, co się wydarzy za chwilę. Dla mnie był tylko pretekstem do odciągnięcia i skupienia uwagi odbiorcy. Te dwie rzeczy - odciągnięcie i skupienie uwagi są kluczowe dla dobrego efektu. Im większe skupienie, tym większa prędkość, z jaką wjedziemy w mur.  
Ważne jest więc, żeby ta wprowadzająca narracja była interesująca, nawet jeśli jest tylko wypychaczem.

Przy okazji - kilka razy zdarzyło mi się tak, że z dygresji, która miała być wprowadzeniem do BU! powstał całkiem solidny segment dodatkowy opowieści, który był na tyle interesujący, że ani słuchacze, ani ja nie chcieliśmy go opuszczać. To doprowadziło mnie do następującego wniosku - nawet jeśli chcesz kogoś przestraszyć, przede wszystkim skupiaj się na ciekawej opowieści. To czym przygotowujesz swoje BU! nie może być w najmniejszym stopniu mniej ciekawe niż samo BU!. BU! jest tylko efektem ubocznym. Szpilką, na którą w pewnym momencie nadziewa się zbyt mocno pompowany balonik. Naszym zadaniem, nie jest przebijanie balonika, ale jego pompowanie.


Niepewność i konspiracja


Przy przygotowaniu jump scare bardzo istotny jest głos. Zanim dotrzemy do BU! warto rozciągać słowa, robić ciut większe pauzy, zwolnić, rozkołysać tak niepewność, jak i zaciekawienie. Bardzo dobrze sprawdza się atmosfera konspiracji. Takie werbalne: "Chodźcie bliżej, powiem Wam coś ważnego".

Baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak, opowieści grozy, storytelling, Strach, sztuka opowieści, warsztat opowiadacza, jump scare, screamer, beksinski.
Z. Beksiśki


W tym jak opowiadamy, my sami możemy być niepewni o co chodzi, co tak naprawdę widzimy, możemy nawet uciec się do szukania odpowiednich słów, którymi uda się najlepiej określić daną sytuacje: Wiecie, ten portret patrzył, nie nie patrzył, przyglądał się, łypał na dziewczynę i ona nie potrafiła powiedzieć, czy kobieta z obrazu patrzyła w ten sposób na nią i tylko na nią, czy na każdego. Ale to coś znajomego, ta więź, która nagle zrodziła się między dziewczyną a kobietą, była jak... przyjaźń, nie jak przyjaźń, jakby obie miały wspólny, mroczny sekret...

Pamiętajcie - my jako opowiadacze też nie musimy wiedzieć wszystkiego co się wydarza w naszej opowieści i jeśli ta niewiedza wychodzi na dobre ustawieniu narracji, nie bójmy się jej pokazać.

Jeśli miałbym zasugerować, jakie obrazki wybierać do skonstruowania sceny przed BU! ogólnie powiedziałbym, że muszą zawierać w sobie odrobinę tajemnicy. Tajemnicy, której głaskanie samo w sobie będzie intrygujące. Niemniej - im lepszymi opowiadaczami jesteśmy, tym łatwiej zrobić nam jumpa ze wszystkiego: zamkniętego kufra, obierania ziemniaków, wchodzenia po schodach, głaskania chomika. Nie jest ważne co - ważne jest jak to opowiemy.

Przełamywanie rytmu


Dobrym sposobem na przygotowanie jest też stworzenie narracyjnego rytmu. Pewnej powtarzalności sytuacji i fraz, które swoim regularnym powtarzaniem się budują w słuchaczu pewne oczekiwanie na to, że zaraz pojawi się to samo. Przełamanie tego oczekiwania w sposób gwałtowny jest łatwym sposobem na wywołanie BU! A jeśli uda się nam połączyć tę rytmiczność, z zaciekawieniem ("dlaczego masz takie wielkie uszy?") to  mamy słuchacza w garści.


BU!


I kiedy już wyczujemy, że to ten moment - odpalamy bombę. Krótko, najlepiej jednosylabowo. BU! Jak najgłośniej i jak najmocniej. Krzyknijcie, klaśnijcie, rozbijcie szklankę, przewróćcie krzesło, skróćcie też dystans fizyczny przez szybki ruch w stronę widowni, albo sami zareagujcie jakby coś wybuchło. Im więcej bodźców na raz, tym lepiej. Tego się nie da poprawić. Albo siądzie, albo nie. Więc nie wahajcie się zrobić tego jak najmocniej!

Jak wejdzie to dobrze. Koniec. Nasza robota skończona. Bez ceregieli, bez ostrzeżenia. Jeśli widownia skoczy, znaczy, że się udało i możemy ciągnąć dalej opowieść. Tutaj mam tylko jedną uwagę: Lepiej trochę za wcześnie niż trochę za późno. Jeśli słuchacz już prawie jest gotowy, to i tak pewnie zareaguje lepiej niż jeśli moment grozy minie. Najlepiej oczywiście wstrzelić się w moment, ale jeśli to nie wyjdzie - zawsze strzelajcie pierwsi, nie dając mu czasu na reakcję.


A TERAZ ĆWICZENIE


Wybierz czynność domową. Zamiatanie, prasowanie, mycie zębów i zacznij o niej opowiadać. Najpierw normalnie, a potem przejdź do trybu konspiracyjego. Mów o niej jak o najważniejszej rzeczy na świecie. Możliwie ciekawie, a potem coraz wolniej i wolniej. I kiedy uznasz, że to odpowiedni moment - zrób BU! 

Sprawdź jak dużo czasu potrzebujesz na przygotowanie jumpa. czy jest to bardziej 20 sekund czy bardziej 2 minuty? Spróbuj też przeanalizować z ilu elementów składa się twoje BU! Co zrobiło twoje ciało, co zrobił twój głos, co jeszcze się wydarzyło? 

To pomoże Ci zrozumieć jak działasz i w czym czujesz się dobrze i mam nadzieję, w konsekwencji lepiej czuć się przed publicznością.

***

Jeśli Wam się spodobało i chcecie zajrzeć również do poprzednich części, to przypominam: Pierwszą znajdziecie TUTAJ a drugą TUTAJ


A jeśli chcecie sprawdzić szybciutko jak działa jump scare, cóż internet pełen jest filmików i memów nazywanych screamerami, które korzystają z tej techniki. 




4.7.18

Te bohaterskie Króliki!


Wodnikowe wzgórze, Richard Adams, WL 2015
Na warsztacie: Wodnikowe Wzgórze, Richard Adams, Świstacze Rekomendacje, opowieści


Wodnikowe Wzgórze to książka niezwykła. Z jednej strony traktuje tylko o królikach, szukających nowego domu, z drugiej zaś to fantastyczne studium charakterów i społeczeństwa. To jedna z tych pozycji, które doskonale odnajdą się zarówno na półce z literaturą dziecięcą, jak i na półce podpisanej "bardzo poważne książki" obok eposów pokroju Odysei czy Eneidy. To królicza opowieść o Mojżeszu, który wędruje ze swoim ludem do ziemi obiecanej. Serio! Dobra, dojrzała literatura piękna... o królikach. Ale po kolei. 

Wprowadzenie


Podobno Richard Adams wpadł na pomysł Wodnikowego Wzgórza, podróżując ze swoimi dziećmi przez Anglię. Dzieciaki, jak to dzieciaki były nad wyraz znudzone drogą. Biły się, krzyczały i takie tam. W pewnym momencie Adams krzyknął: "Patrzcie - Króliki!".  Dzieciaki uspokoiły się, (ja też bym się uspokoił), ale wiadomo - królik widziany z samochodu, to nie jakaś wielka gratka, zaczęły więc dopytywać ojca o życie tych małych, futrzastych zwierzątek. I ojciec zaczął opowiadać... 

... zaczęło się od tego, że w pewnej królikarni urodził się pewien dziwny królik. Na imię mu było Piątek i choć ostatni z miotu, więc raczej słabowity, był obdarzony wieszczym darem. Pewnego popołudnia miał wizję, w której zobaczył, że jego królikarnia zostanie zgładzona. Namówił więc swojego brata - Leszczynka, by ten przekonał auslę (to po króliczemu starszyzna królikarni) do wielkiego króliczego exodusu, a jeśli to się nie uda, by poprowadził wszystkie króliki, które zechcą uciec. Tak zawiązuje się jedna z najbardziej epickich podróży, jakie można odnaleźć na kartach literatury. 

Wędrujące króliki są brudne, zmęczone i często muszą naprawdę krwawo walczyć o swoje przetrwanie. Adams obdarzony jest tutaj subtelnością naturalisty, który z jednej strony rozumie, że natura wcale nie głaszcze swoich dzieci po główkach, a z drugiej potrafi jak nikt docenić heroiczną wolę przetrwania swoich bohaterów. Jesteśmy świadkami tego, jak tworzy się społeczność, jak Leszczynek ewoluuje do roli Wielkiego Królika i jak często okupione jest to poświęceniami. Króliki napotykają na swojej drodze inne królikarnie, każda z nich zorganizowana jest na swój własny, przedziwny sposób, który często ma na sobie antyutopijny sznyt (Orwell by się nie powstydził). 

Daleko tym królikom do disneyowskiej pluszowatości. Jeśli się boją, to naprawdę mają czego, jeśli nie mają co jeść - to głodują. Jeśli coś je zjada, to zjada na amen, ale właśnie dzięki temu, że nie ma taryfy ulgowej, ci króliczy bohaterowie to rasowe postacie z krwi i kości. Mylą się, muszą podejmować nieznośnie trudne decyzje i płacić za nie niebotycznie wysoką cenę, ale... na tym właśnie polega życie. I na tym polega piękno Wodnikowego Wzgórza

Królicze opowieści 


Kapitalną stroną tej książki jest też to, że Adams stworzył cały króliczy wszechświat. Króliki mają w nim nie tylko swoją własną organizację społeczną, ale także swój własny język (od przeczytania Wodnikowego Wzgórza każdy samochód to dla mnie zaczerpnięte z króliczej mowy "hrudududu"), mają też całą swoją mitologię. Mnie jako opowiadacza, ten drugi aspekt zachwyca najbardziej. 

Wyobraźcie sobie. Jesteście królikami, które wyruszyły w wielki świat. Wcześniej przez całe życie siedzieliście w jednej, niewielkiej królikarni, a teraz wszystko, absolutnie wszystko jest dla Was nowe, a tym samym wszystko może być dla Was niebezpieczne. Prawdopodobnie pod futerkiem odczuwacie coś w rodzaju paraliżującego strachu i niejeden z Was chciałby wrócić do domu... co w takiej chwili można zrobić? 

Czarny Królik z Ilne? 


Można na przykład opowiedzieć historię. O tym jak Wielki Frys stworzył świat i o tym jak pobłogosławił króliczego herosa El-ahrerę (co w mowie króliczej oznacza "Księcia o Tysiącu Wrogów" - wspaniały przykład, króliczej samoświadomości) za jego spryt i upór. Może to niewiele, ale świadomość, że macie po swojej stronie przychylność samego Stwórcy może dać naprawdę solidnego kopa i na jakiś czas powstrzymać ten wredny drapiący pod skórą strach. 

Gdybym miał podać przykład najlepiej ukazujący terapeutyczne wykorzystanie opowieści, zdecydowanie byłoby to Wodnikowe Wzgórze. Każda historia El-ahrery idealnie koresponduje z aktualną sytuacją kompanii Leszczynka. Kiedy walczą o pożywienie, pojawia się historia o kradzieży kapusty. Kiedy zaś Leszczynek musi poświęcić swoje życie (spokojnie - to nie spoiler) przychodzi czas na opowieść o spotkaniu El-ahrery z Czarnym Królikiem z Ilne, który dla królików jest personifikacją Śmierci. Przepiękne jest to, że te opowieści nie tylko stanowią miłe uzupełnienie całej historii, ale przede wszystkim stanowią integralną część życia królików, nadając tej naturalistycznej opowieści niemal mistyczny wymiar. Szczególnie piękny wyraz znajduje to w jednym z ostatnich rozdziałów książki (tak -to jest click bait). 

Na zakończenie


Pamiętam, że o książce opowiedziała mi koleżanka już na studiach. Pamiętam też, że podchodziłem do jej zachwytów sceptycznie i z uśmiechem politowania. Pamiętam, ze zdziwiłem się, że ta "książeczka o królikach" ma prawie 500 stron. I wreszcie pamiętam, jak nie mogłem się od niej oderwać i jak nie zauważyłem, że za oknem najpierw zaszło słońce, a potem znów wzeszło. 

Książka jest wyjątkowa - wyjątkowo dojrzała, mądra, wyjątkowo dobrze napisana i wyjątkowo pouczająca. Po lekturze zdecydowanie nie można patrzeć tak samo na króliki jak przed nią. Świat, który oferuje nam Adams to solidna literacka praca, której można mu tylko pozazdrościć. 

Wartka fabuła, bardzo rozsądne podejście do tematu, głębia i świetni bohaterowie to te rzeczy, dzięki którym Wodnikowe wzgórze zasługuje na tłustą dziewiątkę w skali 1-10. 

Lektura długa, ale od czego są wakacje :) 

Polecam serdecznie ja, 
Mateusz Świstak

Polecam ym bardziej, że krążą wieści, że BBC i Netflix planują uczynić nowy serial. A wiadomo - jak jest serial, to jakoś zapał do czytania słabnie. Spieszcie więc czytać książkę zanim będzie za późno ;)

Przy okazji: Jeśli macie smak na Wodnikowe wzgórze i nie macie nic przeciwko linkom partnerskim, to kliknijcie TUTAJ. Wy nic nie tracicie, a jeśli zakupicie książkę wspomożecie tym Baśnie na warsztacie :)