22.6.18

Klub Latających Podróżników - Posłowie

MEK, Kapitan Herman, Klub latających podróżników, zajęcia dla dzieci, dzieci i podróże, Mateusz Świstak, Baśnie na warsztacie,
fot. Grażyna Makara


Przez ostatnie 4 lata miałem zaszczyt i przyjemność prowadzić w Muzeum Etnograficznym w Krakowie cykl spotkań podróżniczych dla dzieci: Klub Latających Podróżników. To spotkania podróżnicze w 90% oparte na opowieściach. We wtorek 19 czerwca odbyło się ostatnie spotkanie czwartego sezonu i ostatnie spotkanie w ogóle. i w związku z tym przyszedł też czas na podsumowanie. 

Przyznam szczerze, że gdyby nie ten cykl to nie byłbym tym kim jestem. Jako opowiadacz i jako edukator. Bo zdarzyły się na początku mojej drogi w tym zawodzie, bo trwały przez ten cały czas, bo były moim polem eksperymentów z formą, treścią i własnym nastawieniem do pracy. 

Poniżej w kilku punktach chciałem napisać o tym, co dał mi Klub Latających Podróżników: 


1. Świata nie da się ogarnąć!


Od pierwszego spotkania moim celem było pokazanie, że świat jest tak wielki i skomplikowany, że nie da się go ogarnąć i nie można go mierzyć tylko i wyłącznie swoją miarą. Świat to zawsze coś więcej niż to, co wiemy na jego temat. Nie jest ani opisem z turystycznego folderu, ani zajawką w wiadomościach, ani też kliszą wyjętą z awanturniczych opowiadań. To zawsze coś więcej. Niestety przez filtry, jakimi podawany jest nam świat, często widzimy tylko jedną jego stronę - zazwyczaj tę, która najbardziej pasuje nam lub tym, którzy nam dany obrazek podają. Myślę, że przy pracy z dzieciakami warto jak najbardziej rozbijać ten obraz, zanim skostnieje na dobre. 

Niech przykładem będzie taka scenka: Pokazuję zdjęcie Masaja rozmawiającego przez komórkę. Na to jeden z chłopców pyta: "A skąd on ma telefon?". Odpowiadam: "bo to XXI wiek". Dla nas, chowanych na kliszach, gdzie dzikie plemiona nie robią nic innego jak tylko czyhają na bohatera, by zrobić z niego kolację, taka scenka jak Masaj z komórką, to trochę rozbijanie światopoglądu. I dobrze. 

MEK, Kapitan Herman, Klub latających podróżników, zajęcia dla dzieci, dzieci i podróże, Mateusz Świstak, Baśnie na warsztacie,
Fot. Olga Błaszczyńska


Ten świat nie do ogarnięcia, to miejsce w którym zazwyczaj będziemy naiwni i będzie nas o wiele łatwiej oszukać niż nam się wydaje. Jeśli jednak wiemy, że nie jest do ogarnięcia, otworzą nam się szerzej oczy być może wreszcie zobaczymy to co naprawdę znajduje się przed naszymi oczami. 

2. Trzeba opowiadać o trudnych sprawach!


Naszym zadaniem jako opiekunów intelektualnych naszych dzieciaków jest to, żebyśmy opowiadali o trudnych sprawach jak najprościej. A w zasadzie tak, żeby dzieciaki zrozumiały. Nie można ich zbywać, mówiąc "jesteś na to za młoda/młody" Nie! Jeśli dziecko stawia jakieś pytanie, to znaczy, że potrzebuje na nie odpowiedzi, a jeśli potrzebuje odpowiedzi, naszym zadaniem jest odpowiedzieć tak, żeby zrozumiało istotę problemu na tym poziomie, na który w danym momencie jest. Nasze zadanie to odpowiednio, znaczy prosto, ujmować nawet najbardziej skomplikowanie zagadnienia. Kiedy byliśmy w Republice Południowej Afryki nie mogliśmy nie powiedzieć o tym, co to był (jest?) apartheid, albo trudno było powiedzieć, dlaczego Ghandi zrobił to, co zrobił, bez wyjaśnienia na czym polegał problem Indii jego czasów. Podróżnicy dali mi odwagę mówić o tych rzeczach, a także otworzyli na nie głowę i serce. Za co nie mogę nie być im wdzięczny!

Czasem trudne tematy były prowokowane przez miejsca, w które jechaliśmy, czasem przez same dzieciaki i to też było wspaniałe. Bo to, że ktoś nagle pyta mnie: a co to są komisje sejmowe, albo dlaczego ludzie się rozstają (albo "dlaczego kiedy policja wykryje że mamy we krwi alkohol najlepiej odpowiedzieć, że jedliśmy jabłko") licząc na to, że znam odpowiedź, to znak, że osoba pytająca widzi we mnie osobę wiedzącą o rzeczach. Czasem wiedziałem, a czasem nie. I to jest kolejna rzeczy, której podróżnicy mnie nauczyli. Mówić szczerze: "nie wiem". 

3. Świat ciekawostek...


Wiecie, że w Nowej Zelandii był gość, który przegrał w pokera to, że musiał zmienić imię na: 
Full Metal Havok More Sexy N Intelligent Than Spock And All The Superheroes Combined With Frostnova? Widzicie - już wiecie. Albo na przykład to, że w związku z ogromną ilością operacji plastycznych powiększania piersi i pośladków, w Kolumbii konieczne jest produkowanie manekinów w nieco powiększonych rozmiarach? Widzicie - też już wiecie. Dla mnie każdorazowe przygotowanie zajęć, było zanurzaniem się w świat takich niezwykłości, że trudno sobie wyobrazić. Doszło nawet do tego, że kilkoro moich znajomych, znając moją inklinację do zbierania ciekawostek, zaczęło regularnie zasypywać mnie linkami do różnych historii. Wymienialiśmy się nimi, a wiedza o świecie osmotycznie wzrastała. Tele - Tobie szczególne i wielkie dziękuję.

MEK, Kapitan Herman, Klub latających podróżników, zajęcia dla dzieci, dzieci i podróże, Mateusz Świstak, Baśnie na warsztacie,
Fot. Marcin Wąsik



Przy okazji ciekawostek, taki life hack. Przyjdzie mi jeszcze pewnie kiedyś o tym napisać dwa zdania, ale jeśli kiedykolwiek będziecie przygotowywać zajęcia na jakikolwiek temat, zacznijcie od wpisania waszego hasła z dopiskiem "Ciekawostki" lub "interestung facts". Wiedzę uzyskacie podobną jak na Wikipedii i gwarantuję, że będziecie mieli z samej kwerendy większy ubaw. Jak tylko uporam się z trzecią i czwartą częścią artykułów o strachu, opiszę na przykładzie jak szperać w poszukiwaniu materiałów.

3. Edukacja to nie wychowanie!


Podróżnicy to grupa dzieciaków, z którą w swojej pracy miałem zdecydowanie największy kontakt. Nie dość, że widywaliśmy się raz w tygodniu, to jeszcze niektóre dzieciaki przychodziły na piątkowe "Tam i Tu" albo "Coś takiego" w naturalny sposób budowała się więc między nami więź. A im mocniejsza była ta więź, tym bardziej dochodziła do mnie jedna prawda: moją rolą jest przekazywanie dzieciakom wiedzy... i nic więcej. Mogę mieć swoje standardy zachowań i mogę próbować wytworzyć taką atmosferę, żeby uczestnicy zajęć mieścili się w ramach tych standardów, ale - przecież nie zmuszę ich, żeby byli inni niż ich wychowanie.

MEK, Kapitan Herman, Klub latających podróżników, zajęcia dla dzieci, dzieci i podróże, Mateusz Świstak, Baśnie na warsztacie,
Fot. Marcin Wąsik


Piszę o tym, bo często miałem ciągoty, żeby intencjonalnie próbować wychować jedno czy drugie dziecko i wiem, że spora grupa osób pracujących w tym biznesie ma takie same zagwozdki. O ile w przypadku Podróżników miałem szalenie dużo szczęścia do dzieciaków, o tyle podróżnicza perspektywa pozwoliła mi często stanąć z boku w pracy przy innych zleceniach,z takimi dzieciakami, o których wychowaniu zapomnieli nawet rodzice. Drodzy edkuatorzy, pozwólcie że powtórzę - naszym zadaniem jest edukować dzieciaki. Kropka. Reszta, to rola rodziców. A dla nas - albo wartość dodana, albo kłoda pod nogi. 

4. Nagrody


Klub Latających Podróżników otrzymał pośrednio dwie nagrody Słoneczników. Pośrednio, bo w 2016 roku dostaliśmy statuetkę za najlepsze zajęcia razem z Etnokalendarzem (czyli też Muzeum Etnograficzne), a w 2017 nagrodę rodziców otrzymały zajęcia Tam i Tu, które są pochodną Klubu. Już to jest wystarczy, żeby usiąść i klepać się po brzuszku. Niemniej, pomimo, że to jedne z najfajniejszych nagród jakie zdobyłem, nie są najważniejszymi nagrodami. Bo najważniejsi są ludzie, których w czasie tych 4 lat poznałem. Nie mogę nie wspomnieć o Ani Grajewskiej, która zaproponowała mi prowadzenie tych zajęć i Oldze Błaszczyńskiej, która sprawowała nad nimi pieczę, kontaktowała się tydzień w tydzień z rodzicami i ostatecznie dała zielone światło, żeby ruszyć z Tam i Tu. i oczywiście Natalii Ciemborowicz-Luber, która była najlepszym wsparciem promocyjnym jakie można sobie wyobrazić. Jeśli to czytacie - Dzięki Wam! Wielkie dzięki.

MEK, Kapitan Herman, Klub latających podróżników, zajęcia dla dzieci, dzieci i podróże, Mateusz Świstak, Baśnie na warsztacie,
Fot. Grażyna Makara
Nagrodą dla mnie byli oczywiście także rodzice, z którymi mogłem wymienić się nie tylko spostrzeżeniami na temat życia, wszechświata i całej reszty (dzięki Ado!), ale także tytułami filmów, seriali, książek i metodami przygotowań do maratonu. Dziękuję Wam! 

Wisienką na torcie są zawsze sami Podróżnicy, którzy stworzyli ze mną ten mały wszechświat. Pełen chaotycznej energii jaką miał kosmos u swego zarania. Tej energii, z której potem, mam nadzieje, wszystko wyewoluuje. Nie chcę wymieniać Was wszystkich z imienia i nazwiska, bo RODO, poza tym lista taka byłaby dość długa, a do tego systematyzowanie chaosu jest bez sensu. Umówmy się więc, że każde z Was wpisze swoje imię w puste miejsca poniższego zdania: 

Droga/Drogi _______________ twoja obecność podczas spotkań Klubu Latających Podróżników i więź jaką mogliśmy zbudować, była największą nagrodą dla mnie za prowadzenie tych zajęć. Dziękuję Ci bardzo. I życzę szerokiego świata, pełnego niespodzianek. 

5. Ciągi dalsze


Przyznam szczerze, że wszystko jest poniekąd ciągiem dalszym Klubu Latających Podróżników, bo tyle we mnie klubowego materiału i pomysłów, i tyle we mnie klubowego sposobu pracy, że trudno będzie się tego wyzbyć. I dobrze. Niech kiełkuje, niech buzuje, niech się z tego coś wykluje. Mam też nadzieję, zająć się bardziej na poważnie Dziennikiem Kapitana Hermana - czyli fikcyjną historią "wygrzebaną gdzieś z odmętów muzealnego archiwum", która stanowiła kanwę naszych zajęć. Lubię i kapitana, i Pimple'a, i nie chciałbym, żeby pozostali za drzwiami tego zamkniętego rozdziału. Potrzebuję tylko trochę przestrzeni i czasu, żeby ten duet mógł zajaśnieć w pełnej krasie, a wtedy Nelo, mała reporterko, drżyj! ;) 

MEK, Kapitan Herman, Klub latających podróżników, zajęcia dla dzieci, dzieci i podróże, Mateusz Świstak, Baśnie na warsztacie,
Fot. Marcin Wąsik

6. Koniec...


Im dłużej piszę, tym bardziej zdaję sobie sprawę, że choć w mojej pracy było wiele dużych momentów, świetnych projektów itd. Klub Latających Podróżników zawsze był tą rzeczą, która mnie definiowała (święta instytucja "we wtorek jestem zajęty"). Powiedzieć więc "Stop - już wystarczy" staje się momentem przedefiniowania. Mam nadzieję, że w dalszą drogę uda mi się ruszyć zabierając do swojego podróżnego plecaczka wszystko to, co czasie tych 4 lat było najbardziej wartościowe. 

Zakrzyknę zatem "Hej Przygodo!", zakrzyknę "Dzięki!" i "Do zobaczenia"... we wszystkich innych odsłonach.

Podobne:

Kiedyś pisałem o Gliwickich Bohaterach - innym cyklu, który wyglądał tak, jak wyglądał, właśnie przez moje doświadczenia z Klubem. W tekście jest też kilka wskazówek, jak mówić o sprawach nienajłatwiejszych.

Artykuł znajdziecie TUTAJ

(wszystkie zdjęcia pochodzą ze strony lub fanpejdża Muzeum Etnograficznego im. Seweryna Udzieli w Krakowie).

16.6.18

Szkice grimmowskie






Na warsztacie: Ilustracje do baśni, Baśnie braci Grimm, Katarzyna Smolarek




Dziś kilka ilustracji, które zatrzymały mnie na bardzo bardzo długo. Klimat szybkiego szkicu, wykonanego na przypadkowym kawałku papieru, rozlane kontury, zabrudzenia, ba, nawet plamy po kawie. Niektóre ilustracje wyglądają, jakby autorka zatrzymała się w połowie pracy, ale po dłuższym oglądzie widać, jak wiele technik i wysiłku jest w nie włożonych. 

Autorką jest Kasia Smolarek, a prezentowane poniżej ilustracje wynalazłem na jej profilu na Behence. Po więcej KLIKNIJ TU. A teraz już - smacznego!

Ilustracje, Baśnie braci grimm, Grimm, Kasia Smolarek, Fairy tale illustration, Baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak,
Złoty ptak

Ilustracje, Baśnie braci grimm, Grimm, Kasia Smolarek, Fairy tale illustration, Baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak,
Kuma Śmierć



Ilustracje, Baśnie braci grimm, Grimm, Kasia Smolarek, Fairy tale illustration, Baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak,
Muzykanci z Bremy

Ilustracje, Baśnie braci grimm, Grimm, Kasia Smolarek, Fairy tale illustration, Baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak,
Krzak jałowca



Ilustracje, Baśnie braci grimm, Grimm, Kasia Smolarek, Fairy tale illustration, Baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak,
Królewna Śnieżka


Czerwony Kapturek

8.6.18

Sztuka opowieści w działaniu - Strach (cz. II)

Kay Nielsen

Na warsztacie: Storytelling, sztuka opowieści, strach, warsztat opowiadacza, opowieści grozy




W poprzednim wpisie rozpocząłem rozważania na temat strachu. Pokrótce starałem się zebrać swoje spostrzeżenia na temat tego, dlaczego warto opowiadać dzieciakom straszne historie. Wpis znajdziecie, klikając TUTAJ.

Dziś, tak jak obiecałem, skupię się na kilu technikach, którymi sam posługuję się, kiedy chcę stworzyć straszną historię. Zaznaczam jednak, że to moje sposoby działania, przez co rozumiem, że nie są one żadną uniwersalną metodą na stworzenie strasznej historii. Piszę po prostu o tym, w czym sam czuję się dobrze, kiedy opowiadam. I o tym, w jaki sposób opowiadam, żeby czuć się dobrze. Miejcie to proszę z tyłu głowy podczas lektury poniższych kilku punktów i na bieżąco starajcie się odpowiadać na kilka pytań:

 - czy taka technika mi pasuje? 
Jeśli tak - dlaczego? 
Jeśli nie - co jest w niej nie tak i co bym zmienił/zmieniła, żeby skroić ją na własną miarę?

Jedno pytanie, które należy do moich ulubionych i któremu przyjdzie mi kiedyś poświęcić osobny tekst: Co jeszcze mogę zrobić, żeby dana technika była jeszcze lepsza?

W związku z tym, że konspekt tego tekstu okazał się bardzo obszerny, to z pewnością nie będzie ostatni artykuł poświęcony temu tematowi. 

Czego się boimy?


Zanim zaczniecie budować swoje indywidualne instrumentarium budowania grozy, zastanówcie się, czego Wy się boicie. Co sprawia, że wstrzymujecie oddech, w których momentach jeży Wam się skóra na rękach, a po plecach przebiegają dreszcze? Kiedy najwyżej podskakujecie w kinowym fotelu podczas seansu horroru. Zastanówcie się, jakie kategorie strachów są dla Was znośne, a jakich  nie jesteś w stanie nawet zaakceptować. To pomoże Wam zdeterminować, jakie tematy są najbardziej odpowiednie, by w nich rozpocząć swoją przygodę z opowieściami z dreszczykiem.

Podam swój przykład: historie z zombie są dla mnie raczej zabawne, lubię je, ale nie wzbudzają we mnie strachu, raczej zestaw innych odczuć (np. mieszankę obrzydzenia i rozbawienia). Podobnie jest z historiami o wampirach i psychopatycznych mordercach. Ciut wyżej w skali stoją wilkołaki i inne stwory, których ślepia mogą gapić się na mnie spomiędzy drzew -  ten strach rozumiem i jest mi dość bliski. Jeszcze wyżej na skali stoją duchy - dusze zmarłych, które wracają by się zemścić (taka Oiwa na przykład), albo te, które zamieszkują nawiedzone domy. Na skali strachów, to są rzeczy, które u mnie wywołują największy znośny strach. Jednak na nich skala się nie kończy. Dalej są wszelkiego typu opętania i czarownice. Nie czuję się z tymi historiami komfortowo i stopień grozy jakim mnie napełniają jest za duży, żebym mógł swobodnie się w nich poruszać.

strona fun-pic-space.com


Optymalnymi tematami dla mnie są więc te związane ze stworami i duchami. Ten kto mnie zna, wie, że jeśli można gdzieś wsadzić żart, to nie ma siły, która mnie przed tym powstrzyma. Zombiaki, skazane są więc w moim wykonaniu na pastisz, a więc nie ma mowy o grozie. Z kolei dochodząc do tego, czego naprawdę się boję (pierwsze miejsce zajmują zdecydowanie historie o  opętaniach) nie mogę swobodnie badać materiału, który powinienem mieć na warsztacie. Będę przyjmować do niego postawę obronną, co w moim przypadku oznacza... uciekanie w żart. Ci, którzy widzieli Alucardę, w wydaniu Teofila i moim doskonale wiedzą, o co chodzi.

Kiedy już uda się nam wyznaczyć ten złoty środek strachów własnych, zacznijmy się nim bawić. Wybierzmy jedną, albo dwie historie i testujmy na znajomych. Szukajmy swojej ulubionej wersji tej historii. Proponuję zacząć od odpowiedniego ustawienia perspektywy narracyjnej. Jaka jest najlepsza perspektywa tej opowieści dla nas. Opowiadajcie wybrana historię za każdym razem próbujmy dorzucić kolejne punkty, które sprawią, że historia stanie się niepokojąca.

Do czego dążymy?


To właśnie o niepokój nam przede wszystkim chodzi. Pomyślcie o tym tak - horror jest najbardziej przerażający nie wtedy, kiedy wydarzają się najokropniejsze rzeczy, ale zanim one się wydarzą. Najstraszniejszy jest wtedy, kiedy jeszcze wszystko jest zakryte. 

To trochę jak spacer dookoła budynku - za każdym rogiem może czaić się coś naprawdę groźnego. Im bliżej rogu więc jesteśmy, tym ostrożniej idziemy. I kiedy już staniemy, żeby wychylić się zza węgła, kiedy już prawie mamy spojrzeć, cóż - to jest to miejsce, w którym emocje gotują się w nas najbardziej. I to jest właśnie to miejsce na które my - opowiadacze - polujemy. A potem wychylamy się i... nic tam nie ma. Musimy iść dalej, do następnego rogu. I znów to samo - za chwilę coś może na nas wyskoczyć. Ale nikt nie gwarantuje, że tak właśnie się stanie.


Sztuka polega na tym, żeby jak najdłużej prowadzić widza dookoła takiego budynku i możliwie długo nie dawać mu odetchnąć.

Doskonałym przykładem takiego naciągania struny jest dmuchanie balonika. Im jest większy tym większe prawdopodobieństwo, że pęknie. I my musimy opowiadać tak, żeby nasz słuchacz czekał, aż balonik pęknie. I żeby balon nie pękał. I nie pękał... i nie pękał. Poniżej filmik poglądowy ;)



Tak na marginesie - zawsze, kiedy mam opowiadać historię, w taki właśnie sposób, gdzieś z tyłu głowy włącza mi się jedna melodia z kultowego horroru. Kto zgadnie jaka?

Co sprawia, że odczuwamy dyskomfort?


Znacie motyw z wsiadaniem do windy, w której ktoś stoi, ale twarzą do ściany? Ponoć przejażdżka z kimś takim między piętrami to jedno z najbardziej nieprzyjemnych doświadczeń, jakie można sobie zafundować i mało kto je wytrzymuje. Snucie opowieści grozy, to wstawianie takiego kolesia w zwyczajny świat.

Można to robić małymi przestawieniami w krajobrazie, sugestiami czegoś niepokojącego, ale bez widocznej intencji straszenia. Te drobne nic nie znaczące niepokoje będą jak pompowanie balonika. Choć najpierw wygląda on niegroźnie, naszym zadaniem jest od początku, sugerować że zaraz groźnie będzie. Że zaraz coś się stanie. Jednocześnie nie możemy przesadzać z mówieniem o sednie naszej historii otwarcie. Ale pozostawiony gdzieś kluczyk, cień o ludzkim kształcie przemykający przez salon w samo południe, komentarz rzucony półgębkiem przez postacie epizodyczne - to samo w sobie rozbija komfort słuchacza.  Im więcej powrzucamy do naszego balonika, tym więcej z niego wyleci, kiedy już pęknie.

Nie śpieszmy się i nie przesadzajmy. Dobra groza to taka, którą dobrze nasączymy naszego odbiorcę. Jeśli przesadzimy - będzie czuł się niekomfortowo, jeśli zbytnio popędzimy z opowieścią, nie zdążymy wybudować odpowiedniego nastroju i nasz słuchacz może nie zarejestrować tego, co ma być straszne.

Jak ukryć świat przed słuchaczem?


Jeśli najwięcej grozy jest w samym oczekiwaniu, to znaczy, że nasz strach dotyczy tego, czego nie widzimy. To w jaki sposób stworzymy niedopowiedziany świat, zależy od naszych umiejętności operowania językiem. Pozwólcie, że temu zagadnieniu poświęcę jeden z kolejnych wpisów, a dziś zostawię Was tylko z jednym, skutecznym sposobem maskowania rzeczywistości. A sposób ten zwie się... zaimek. Spójrzcie:

Coś zastukało. Tam, opodal. Tam, tam blisko. Ale nie mógł dojrzeć, co to. Po tym czymś, co przed chwilą, jak mu się wydawało, został tylko nieprzyjemny zapach, jakby to coś, przebiegło tamtędy…

Brzmi jak pójście na łatwiznę. Nie ma tu prawie żadnego opisu, a wszędzie tam, gdzie moglibyśmy poczęstować słuchacza opisem, zostaje rozbabrana plama zaimka. I byłaby to prawda, gdybyśmy źle balansowali swoją historię. Byłaby to prawda, gdybyśmy zamiast używać wyobraźni ratowali się wstawianiem w puste miejsca niewiele mówiących zastępczych części mowy.


Lucy Fleming

Zaimek może być jednak bardzo potężną bronią. Jego niekonkretność idealnie nadaje się do budowania dwuznacznych sytuacji. Sytuacji, w których nasza wyobraźnia zacznie galopować w swoje najmroczniejsze rejony. „To” czy „Coś” już same w sobie mają ładunek suspensu – dopóki my, jako opowiadający historię, nie rozwiążemy zagadki i nie odpowiemy, co konkretnie za nim stoi, nasz słuchacz jest zdany na naszą łaskę. Np.: 

...i nagle stanęło przed nimi właśnie to coś, coś czego szukali, a jednocześnie coś, czego tak bardzo nie chcieli spotkać – gigantyczna... gumowa... kura.

Dzięki zaimkom jesteśmy w stanie budować bardzo mgliste przestrzenie, które stają się zadaniem dla słuchacza. I może to być zadanie otwarte, albo quiz z kilkoma możliwymi odpowiedziami. Przy zabawie z zaimkami warto zaszczepić sugestie, czym może być to, co kryje się pod „coś”. Na przykład:

W lesie było wzgórze, z którego nikt jeszcze nie wrócił żywy. Niektórzy mówili, że mieszka tam niedźwiedź-ludojad, inni, że to wilkołak, a jeszcze inni posuwali się nawet do tego, żeby opowiadać o tym, jak na wzgórzu demon jakiś upatrzył sobie siedzibę, albo inna moc nieczysta.

Kiedy więc wyślemy bohatera na takie wzgórze i nagle coś zacznie poruszać się w pobliskich zaroślach, to... no właśnie – którą z powyższych opcji wybralibyście jako pierwszą? Niedźwiedzia, wilkołaka, czy może jakiegoś diabła… a ja Wam powiem, że to była tylko sarna.


Zaimek to świetne narzędzie do poruszenia wyobraźni. Używaj go, lecz nie nadużywaj. Bo jeśli w twojej opowieści pojawi się za dużo zaimków – może się okazać, że słuchacz czuje, że tak naprawdę nic mu nie dajesz, a obrazy które powstają w jego głowie, to zaledwie szkic.


... i na tym dziś poprzestanę. 

W następnej części opowiem trochę więcej o języku i o tym, czego nie warto robić w historiach z dreszczykiem.