25.7.15

Dziewczynki Ceasara


Na warsztacie: Ray Caesar

Typ estetyki wykorzystywany przez Raya Ceasara, jest mi dość odległy. Wrzuca odbiorcę w niesamowitość dość śliską i chłodną, w kształt zdeformowany, ocierający się o pierwotne lęki. Prace artysty przenoszą nas w świat, jak z opowieści Lewisa Carrolla, lecz spotworniały, przepuszczony przez pryzmat dość specyficznej percepcji.

Caesar pracował przez 17 lat jako fotograf medyczny w Szpitalu Dziecięcym w Toronto. Obserwował świat dziecięcego cierpienia (głównie dzieci chore na raka) i dziecięcego heroizmu, który sprawia, że sam proces dorastania stawał zniekształcony. Bohaterkami Caesarowskiego imaginarium są przede wszystkim dziewczynki, uchwycone w procesie dorastania. Specyfika sytuacji, w której się znalazły sprawia, że proces ich dorastania czasem przyspiesza, czasem zatrzymuje się gdzieś pomiędzy dziewczynką a kobietą. Uwiecznione.. uwięzione. Sam Caesar mówił w jednym z wywiadów, że fotografie były dla niego, jak pisanie pamiętnika, pozwalały przelać gdzieś własne przeżycia... i pozbyć się ich z głowy. 

Potem te obrazy zaczęły żyć, ale już w opowieściach. W wyrenderowanych trójwymiarowych lolitkach, żyjących na styku barokowej estetyki, Alicji w Krainie czarów i wyobraźni rodem z powieści Lovecrafta. 

Gdyby ktoś miał ochotę zobaczyć prace Caesara na żywo - obecnie w Richard Goodall Gallery w Manchesterze jest ich wystawa (wspólnie z Diną Goldstein). 

Ray Caesar, Baśnie na Warsztacie, Mateusz Świstak, baśniowość

Ray Caesar, Baśnie na Warsztacie, Mateusz Świstak, baśniowość

Ray Caesar, Baśnie na Warsztacie, Mateusz Świstak, baśniowość

Ray Caesar, Baśnie na Warsztacie, Mateusz Świstak, baśniowość

Ray Caesar, Baśnie na Warsztacie, Mateusz Świstak, baśniowość

Ray Caesar, Baśnie na Warsztacie, Mateusz Świstak, baśniowość

Ray Caesar, Baśnie na Warsztacie, Mateusz Świstak, baśniowość

Ray Caesar, Baśnie na Warsztacie, Mateusz Świstak, baśniowość

Ray Caesar, Baśnie na Warsztacie, Mateusz Świstak, baśniowość

Ray Caesar, Baśnie na Warsztacie, Mateusz Świstak, baśniowość

Ray Caesar, Baśnie na Warsztacie, Mateusz Świstak, baśniowość

Ray Caesar, Baśnie na Warsztacie, Mateusz Świstak, baśniowość

Ray Caesar, Baśnie na Warsztacie, Mateusz Świstak, baśniowość

Ray Caesar, Baśnie na Warsztacie, Mateusz Świstak, baśniowość

Więcej prac Caesara znajdziecie TUTAJ

24.7.15

Wielki mały człowiek


Na warsztacie: Tomcio Paluch, Paluszek, Kirikou, ilustracje Baśni


Chyba, każdy folklor zawiera opowieści o takim malcu. Fizycznie dość mizerny, wielki na cal lub dwa, za to w głowie oleju mu nie brakuje. Można by wręcz rzec, że natura wymieniła mu centymetry na punkty IQ. Taki malec potrafi czynić rzeczy niestworzone, do tego jest niezwykle wdzięczny wizualnie. 

Dziś zatem garść ilustracji, których głównym bohaterem jest Tomcio Paluch, Tom Thumb, Daumling, Pulgarcito, Tom Pouce, Pedya Chovek, Malczik-Palczik itd. 


W przygotowaniu zaś tekst o tym, co może się wydarzyć, kiedy takiego malca, na wychowanie weźmie sobie olbrzym.

Zapraszam:

Baśnie na warsztacie, Tomcio Paluch, Kirikou, Paluszek, baśnie braci Grimm, ilustracje do baśni

Baśnie na warsztacie, Tomcio Paluch, Kirikou, Paluszek, baśnie braci Grimm, ilustracje do baśni


Baśnie na warsztacie, Tomcio Paluch, Kirikou, Paluszek, baśnie braci Grimm, ilustracje do baśni

Baśnie na warsztacie, Tomcio Paluch, Kirikou, Paluszek, baśnie braci Grimm, ilustracje do baśni

Baśnie na warsztacie, Tomcio Paluch, Kirikou, Paluszek, baśnie braci Grimm, ilustracje do baśni


Baśnie na warsztacie, Tomcio Paluch, Kirikou, Paluszek, baśnie braci Grimm, ilustracje do baśni

Baśnie na warsztacie, Tomcio Paluch, Kirikou, Paluszek, baśnie braci Grimm, ilustracje do baśni


Baśnie na warsztacie, Tomcio Paluch, Kirikou, Paluszek, baśnie braci Grimm, ilustracje do baśni

Baśnie na warsztacie, Tomcio Paluch, Kirikou, Paluszek, baśnie braci Grimm, ilustracje do baśni

Baśnie na warsztacie, Tomcio Paluch, Kirikou, Paluszek, baśnie braci Grimm, ilustracje do baśni

Baśnie na warsztacie, Tomcio Paluch, Kirikou, Paluszek, baśnie braci Grimm, ilustracje do baśni

Baśnie na warsztacie, Tomcio Paluch, Kirikou, Paluszek, baśnie braci Grimm, ilustracje do baśni

Baśnie na warsztacie, Tomcio Paluch, Kirikou, Paluszek, baśnie braci Grimm, ilustracje do baśni


Baśnie na warsztacie, Tomcio Paluch, Kirikou, Paluszek, baśnie braci Grimm, ilustracje do baśni

Baśnie na warsztacie, Tomcio Paluch, Kirikou, Paluszek, baśnie braci Grimm, ilustracje do baśni

Baśnie na warsztacie, Tomcio Paluch, Kirikou, Paluszek, baśnie braci Grimm, ilustracje do baśni

A to mój ulubiony Paluszek - Kirikou:

Baśnie na warsztacie, Tomcio Paluch, Kirikou, Paluszek, baśnie braci Grimm, ilustracje do baśni

Ilustracje do dzisiejszego wpisu sponsorują: Juan Cancelleri, Aviomarin, Maria Syska, Lidia Postman, Roweing, Spiralicus oraz Internet.


14.7.15

Wiedźmama i jej dzieci

Baśnie na warsztacie, Baba jaga, Jaś i małgosia, Baśnie braci grimm, Baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak,

Na warsztacie: Jaś i Małgosia

O złej macosze jako mrocznej stronie matki pisano od zarania dziejów, a przynajmniej od Bettelheima. Przychodzi czas, kiedy matka zaczyna wymagać, przestaje przymykać oko na dziecięce niedociągnięcia i kaprysy, zaś w oczach dziecka zaczynają wyrastać jej zęby i staje się istnym potworem. Wszystko, co do tej pory było w niej dobre i kochane umiera... niczym baśniowa mama. Na jej miejscu pojawia się macocha, albo wiedźma, która najzwyczajniej w świecie nie lubi swoich dzieci i która sprawia, że ich świat jest o wiele bardziej przerażający niż był, kiedy prawdziwa mama jeszcze żyła. 

No i dzieci muszą sobie z tym nowym, złym światem jakoś poradzić. Bo jeśli nie, to skończą rozszarpane na kawałki. Tak mówią baśnie. W praktyce chyba też tak jest. Wykastrowani mężczyźni którzy wycofują się ze świata - bez własnej siły, albo z siłą źle ulokowaną, albo trzydziestokilkuletnie, słodziutkie kobietki, które wciąż pozostają laleczkami swoich rodziców, albo wycofanymi cichymi myszkami. Droga baśniowego bohatera krzyżuje się z drogą złej macochy. Czasem krzyżuje się jak miecze i w walce macocha musi polec. Innym zaś razem te losy krzyżują się jak prawda z kłamstwem i to czas weryfikuje, kto jest górą.

Sytuacja w Jasiu i Małgosi jest o tyle ciekawsza, że do tej konfrontacji ze złym obliczem matki nie przystępuje jedno dziecko, ale rodzeństwo. I kiedy Jaś patrzy na Małgosię, widzi coś innego, niż kiedy Małgosia patrzy na Jasia.

Jaś je, Małgosia patrzy


Przypomnijmy. Baba Jaga miała względem Jasia nad wyraz prosty plan. Chciała go utuczyć, a potem zjeść. W tym celu zamknęła go w klatce i karmiła obficie. Sytuacja Jasia nie należała więc do najlepszych. Miejsca miał tyle, co kura z chowu klatkowego, był więźniem w najdokładniejszym tego słowa znaczeniu. Do tego musiał jeść. I to jego jedzenie nie było naturalnym jedzeniem. Jadł, ponad stan, jadł do tego stopnia, że samo jedzenie stawało się torturą. W dłuższej zaś perspektywie, widział tylko piec, do którego codziennie dokładała Małgosia. To jego przeznaczenie. Droga do ukrócenia wszystkich mąk. Niestety - to również najbardziej przerażająca część całej układanki.

Baśnie na warsztacie, Baba jaga, Jaś i małgosia, Baśnie braci grimm, Baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak,

Nie wydaje mi się jednak, żeby Małgosia miała na ten temat podobne zdanie. Z jej perspektywy położenie Jasia wyglądało przecież zgoła inaczej. Przecież Jaś nie musiał tyrać z wiadrami, nie musiał prać brudów wiedźmy i sprzątać jej mieszkania. I do tego wszystkiego dostawał jeść jak należy. Za nic. Być może gdzieś w głowie Małgosi pojawił się pomysł, że nawet za cenę skończenia w piecu zamieniłaby się z Jasiem.

Było zresztą coś sadystycznego w tym wyborze. "Zjem Jasia, nie zjem Małgosi". Innymi słowy, Jaś był smaczny a Małgosia nie. Jaś był wyjątkowy, a Małgosia to tylko dodatek do niego. Jeśli przyjrzymy się tej relacji z perspektywy Małgosi, zobaczymy jak bardzo była odsunięta od centrum wydarzeń przez większą część historii. Obiektywnie, w tym odrzuceniu można upatrywać jej przyszłego ocalenia, jednak z perspektywy dziecka (do tego dziecka, które już raz zostało odrzucone), to musiało być naprawdę przerażające. Niemniej, to nie tylko Małgosia miała oczy.

Małgosia jest, Jaś patrzy


Dla Jasia z kolei, to los Małgosi mógł wydać się wymarzony. Bo chociaż jej życie stało pod znakiem niewolniczej pracy i głodowych racji żywnościowych, to miała w przeciwieństwie do brata coś bardzo istotnego... była wolna. Mogła chodzić gdzie chciała (względnie) - nie została pozbawiona możliwości ruchu - do tego jej osoba nie była w centrum uwagi czarownicy. Przez całą opowieść przemykała bokiem.

Być może to ta chwila, gdy tęsknoty obojga za miejscem tego drugiego stały się punktem, w którym Baba Jaga zwróciła na Małgosię uwagę. Jaś nie chciał swojego miejsca. Małgosia chciała miejsce Jasia, wiedźma dostrzegła więc to, co dostrzec chciała (ona i dzieci) - zdrowe i soczyste mięśnie dziewczynki.

Baśnie na warsztacie, Baba jaga, Jaś i małgosia, Baśnie braci grimm, Baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak,

Patrząc na całą sytuację zza cukrowej szybki, możemy dostrzec obie strony monety. Sytuacja Jasia jest tak samo zła, jak sytuacja Małgosi. Są po prostu inne w swojej beznadziei. Jednak Jaś nie widział beznadziei Małgosi, widział tylko tę swoją. Podobnież Małgosia. I tęsknili do tego, co miało drugie, nawet za cenę śmierci. Zza szybki widać też, że całą tę sytuację animowała wiedźma.

Dzieci są, wiedźma patrzy


Czy Baba Jaga stworzyła całą sytuację celowo? Czy zdawała sobie sprawę z tego, co robi?

Matka, która zamienia się w złą czarownicę - wiedźmama, tworzy przestrzeń, w której dzieci najbliżej mają do podjęcia złych decyzji. W świecie czarownicy, prędzej czy później Małgosia skorzysta ze swojego statusu bycia nikim i kto wie, może po prostu zniknie z domu, zamieniając sytuację emocjonalną w konkret. Albo zatęskni tak bardzo za miejscem Jasia, że aby zwrócić na siebie uwagę, zrobi cokolwiek, czasem nawet coś naprawdę głupiego. Zacznie rozrabiać, albo po prostu wchodzić w sytuacje, które dadzą jej kilka punktów uwagi ze strony wiedźmamy. Może spotka kogoś nieodpowiedniego, może zajdzie w ciążę. Może...

A Jaś, który wciąż jest głaskany po głowie, a jednocześnie ma spętane ręce? Co z nim? Może po prostu się przyzwyczai i przez całe życie pozostanie małym grubaskiem w klatce, przeświadczonym o swojej ważności. Bez osiągnięć, bez zacięcia, żeby coś z tym światem zrobić, tylko z ręką wiedźmamy we włosach i michą podstawianą pod tłustą buźkę. Może zazdrościć Małgosi, może chcieć zacząć żyć tak jak ona, jednak o wiele bardziej prawdopodobne jest to, że zamiast wziąć się za siebie, weźmie się jeszcze bardziej za Małgosię, niejako przejmując rolę Baby Jagi.

A może będzie chciał wyjść. Jakimś cudem uda mu się zerwać swoje pęta, stanie się wielkim zawodem rodziny. Pójdzie w świat, ale ten świat okaże się za duży na jego słabe, porośnięte warstwą tłuszczyku nóżki. Spotka go wilk... i zje (oszuka pan od kredytów, "nieuczciwy" pracodawca itd.).

Baśnie na warsztacie, Baba jaga, Jaś i małgosia, Baśnie braci grimm, Baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak,

To oczywiście bardzo czarny scenariusz. Wysoce prawdopodobny, z dużym pokryciem w rzeczywistości, ale czarny. Jaś i Małgosia przetrwali, bo nie zgadzali się na swoje położenie od samego początku. Wiedzieli, że to nie to miejsce, w którym powinni być. Ani tam, przy ognisku, kiedy zostali porzuceni, ani też w domu Baby Jagi. Ich wola przetrwania, choć bardzo mocna, nie zwróciła ich także przeciwko sobie. Jaś zawsze pozostawał bratem Małgosi, Małgosia siostrą Jasia. Do tego oboje wykorzystali to, co zawsze było ich silną stroną (o tym zagadnieniu pisałem Tutaj) .

Wiedźmama działa, my patrzymy


Dlaczego napisałem ten tekst? Nie z powodu jakiejś olśniewającej prawdy, jaka się za nim kryje. Nie ma w nim też złotego środka na to, jak można naprawić relacje na liniach brat-siostra-rodzic. Jest za to Jaś i Małgosia skazani na toksyczną wiedźmamę, w domu, gdzie jedyną perspektywą jest czeluść pieca. W chorym układzie interpersonalnym. Kiedy zaglądam do środka zza cukrowej szybki, zastanawiam się, czy na mojej głowie nie leży szponiasta dłoń czarownicy i czy zachrypły głos nie mówi do mnie słodko "Jedz Jasiu, Jedz...". To szczególnie istotne, bo wiedźmama nie pojawia się tylko tam, gdzie jest brat i siostra. Jest tam, gdzie starsze rodzeństwo może konkurować z młodszym. Jest jeszcze w innym miejscu...

Biegliśmy kiedyś ze znajomym wzdłuż Wisły. Niedawno się ożenił i naturalnym prawem wraz z małżonką przypadła mu w udziale teściowa. I choć początkowo był nią zachwycony, zaczął się żalić, że nie daje rady do niej przyjeżdżać, bo za każdym razem, gdy jest w gościach u rodziców swojej poślubionej, trafia na potężną ucztę animowaną przez teściową, w której to on ma jeść, a jego żona, ma biegać i pomagać... on jeść nie lubi, ale je. Żona nie lubi takiego ceremoniału, ale bierze w nim udział. Bo tak...  Kłócą się o to dopiero w samochodzie.

- Jak Baba Jaga z Jasia i Małgosi. - powiedział.
- Taka wiedź-mama - pomyślałem.

I nie jest to bynajmniej aluzja do teściowych. Jest to aluzja to tych wszystkich animatorek zepsucia, twórczyń chorych domowych układów, matek uzależniających swoje dzieci i tych, które jedne stawiają ponad drugimi**, te które sprawiają, że świat pożre tak Jasia, jak i Małgosię...

Miejsce wiedźmamy jest w piecu.


***
Myśli luźne i przypisy:


* to znam z pewnej rodziny. Chłopczyk ma może siedem lat, dziewczynka pięć. Słowa w jej stronę są dość dosadne. Matka zdaje się kochać oboje, z czego ją trochę mniej.

** Nie mam tu na myśli lubienia. Można któreś dziecko woleć, jednak niedopuszczalna jest sytuacja, gdy przez to wolenie drugie zaczyna być tłamszone i poniżane. Ostatecznie, pomimo różnic w naszych preferencjach. Wszystkie nasze dzieci są równe. 



Ilustracje do dzisiejszego wpisu sponsorują: jenskine eckwell, Yohei Horishita, Ashley Fisher

2.7.15

KLUB...

Klub latających podrózników, Kapitan Herman MEK, Baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak

Na warsztacie: Klub Latających podróżników, Muzeum Etnograficzne w Krakowie

Poniedziałek ,29 czerwca

Dziś rano obudziłem się z tym dziwnym uczuciem, że powinienem był coś zrobić... krzątałem się więc po mieszkaniu, próbując rozgryźć, co to mogło być. Opróżniłem zmywarkę, ale to nie było, to. Naładowałem więc zmywarkę nowymi brudami, ale o to też nie chodziło. Nie było tym nawet pozbieranie moich porozrzucanych po mieszkaniu skarpet. Siadłem więc przy porannej kawie i zacząłem myśleć, o co chodzi... No tak. Powinienem zabrać się za przygotowanie wtorkowych zajęć. Wklepać w wyszukiwarkę Peru, albo Boliwię, Republikę Zielonego Przylądka, albo inny zakątek świata, w który chcę zabrać dzieciaki i zacząć sprawdzać informacje na dany temat. Powinienem przygotować jakiś scenariusz zajęć, wymyślić lub wyguglować kilka zabaw, przygotować jakieś zadanie plastyczne... ale nic z tego. Za oknem czerwcowe, zachmurzone niebo, a w radiu trąbią, że wakacje. Że pierwsza edycja Klubu Latających Podróżników trafia w ontologiczną przestrzeń zwaną przeszłością. I co z tym zrobić?

Pomyślałem, że chciałbym Wam trochę opowiedzieć o tym, czym dla mnie stał się Klub przez ten rok i czego się dzięki tym zajęciom nauczyłem. Zacznijmy zatem od początku:

Po pierwsze: Kapitan Herman


Całe zajęcia kręciły się wokół Dziennika Kapitana Hermana, którego stali czytelnicy bloga zdążyli już poznać, a niektórzy nawet polubić. Ja polubiłem go bardzo. I to bynajmniej nie dlatego, że sam go wymyśliłem, ale dlatego, że z tygodnia na tydzień byłem coraz bardziej ciekaw, gdzie poniesie go kolejna podróż. Chciałem, żeby każdy kolejny odcinek dziennika był jeszcze fajniejszy. Nie zawsze się to udawało i czasem wpisy dziennikowe były tak złe, że redagowałem je na bieżąco, podczas czytania. Inne były dobre. Do niektórych mam nawet wielki sentyment. Do tej pory nie wiem, jak to się stało, że nagle Kapitan zaczął po prostu żyć. Poza anegdotami z podróży, zaczął mieć swoją własną historię. On i Pimple. Czy Kapitan istniał naprawdę? Z tym pytaniem po każdych zajęciach przybiegała do mnie Sonia. Otóż, Droga Sonio, chciałbym odpowiedzieć Ci jednoznacznie. Ale się nie da. Bo mogę odpowiedzieć, że nie. Kapitan Filip Archibald Herman nigdy nie istniał. Sam go wymyśliłem, żeby łatwiej przybliżać Tobie i reszcie Podróżników świat. Z drugiej strony Kapitan stał się o wiele prawdziwszy niż sobie to zaplanowałem.  Więc nie, nie było Kapitana, ale jednocześnie tak - Kapitan był! Pamiętasz, Olga powiedziała raz, że skoro jest dziennik, to musiał być jakiś kapitan, który mógł go napisać. Trzymajmy się tej wersji. 

Klub latających podrózników, Kapitan Herman MEK, Baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak
Podczas pierwszych zajęć wspólnie wymyśliliśmy Kapitana. "Mamy jego dziennik, ale nie zostały żadne zdjęcia, więc możemy sami go stworzyć". Tak więc dzieciaki opowiadały, a ja rysowałem. Powstał Kapitan. 
Nie to jest jednak najważniejsze. Sam dziennik był dla mnie potwierdzeniem wszelkich dociekań teoretycznych na temat wykorzystania w edukacji schematów narracyjnych. Przed Podróżnikami, owszem, korzystałem z baśni jako narzędzi do pobudzania zmysłów, jednak poziom Baśniowej Szkoły Rysunków i poziom Klubu Latających Podróżników, to dwie różne bajki. Dziennik jest skomplikowany, bo mówi o rzeczach trudnych. Jednocześnie musiał być na tyle prosty, żeby te skomplikowane rzeczy dało się zrozumieć. Dziennik był mi potrzebny, jako dodatkowy napęd do przekazywania wiedzy. I spełnił swoją rolę, udowadniając mi, że o wiele więcej można zdziałać, jeśli ma się za plecami wsparcie w postaci odpowiedniej historii. Verba docent, exempla trahunt, mawiali starożytni Rzymianie. Teraz mogę to potwierdzić własnym, dziennikowym doświadczeniem. I choć nie odkryłem Ameryki, z każdym takim olśnieniem czuję się jak Kolumb. 


Po drugie: Pani Margaret


Tego samego nie mogę niestety powiedzieć o Pani Margaret, następczyni Kapitana, która przez drugi semestr pisała do niego listy. Dzieciaki często były niezainteresowane jej historyjkami i przyznam, że w dużej mierze tylko z tego jednego powodu, że to nie był Kapitan Herman. Zmieniłem im jadło. Niestety to nowe nie zasmakowało. Listy pojawiały się więc nieregularnie. Nie zawsze je czytałem, ale... zawsze pisałem. Dla swojej własnej satysfakcji.

Kiedy zamyślałem dziennik, chciałem, żeby dział się on przed tymi wszystkimi okropieństwami jakie przyniósł Europie i światu XX wiek. Chciałem nie musieć mówić o wojnach, chciałem pominąć bałagan będący następstwem rozpadu systemu kolonialnego, pokazać Rwandę przed masakrą Tutsi, Ugandę przed Aminem, kraje Lewantu przed konfliktem Izraelsko-Palestyńskim. Dziennik zaczął się więc na kilka lat przed I wojną światową. Jednak im więcej czasu upłynęło, tym wojna stawała się coraz bardziej nieunikniona.

Im bliżej roku 1914 tym w podróży Kapitana więcej było półsłówkowych wzmianek o powrocie. Wreszcie zakończenie Dziennika i Kapitan, który dostaje odłamkiem pocisku w głowę, przez co... traci oko. Jednak tego dowiadujemy się dopiero w listach, w których Margaret raz za razem pyta o sytuacje na froncie, o zdrowie Pimple'a i jego żony, o oko Kapitana. Dzięki temu, mogłem sprawić, że Kapitan i Pimple żyli. Czas wciąż dla nich płynął. I dla Margaret, która pewnego dnia postanowiła uciec przed wojną wraz ze swoim młodszym synem (może po to, żeby go chronić) do Ameryki Południowej. Dzieciaki tego nie wiedziały, ale ja tak. I to była moja mała przyjemnostka, która sprawiała, że kolejne listy powstawały niezależnie od tego, czy były dobre, czy też nie.

Po trzecie: Każdy wtorek


Klub Latających podróżników, to była jedna z niewielu rzeczy, które trzymały mnie w ryzach dyscypliny. Większość rzeczy, które robię, nie mają swojego stałego miejsca w kalendarzu. Klub odbywał się co wtorek więc w każdą niedzielę musiałem zaczynać przygotowania, w każdy poniedziałek uczyć się o nowym państwie, względnie wycinać materiały na część plastyczną. 

W takiej pracy uzyskuje się zupełnie inną jakość. Życie od eventu do eventu, pozwala na folgowanie sobie i skrócony czas mobilizacji. Kiedy jadę do przedszkola, albo przygotowuję piknik, mogę się powtarzać, bo ludzie do których jadę, nie znają mnie. Kiedy jednak widzę się z kimś w każdy wtorek, wiem, że powtarzanie się to najkrótsza droga do nudy uczestników. Musiało być więc podobnie, ale też za każdym razem musiało być coś innego. Zajęcia miały swój schemat i dzieciaki wiedziały, że w jednym miejscu czytam im Dziennik/listy, w innym, opowiadam baśnie, a w jeszcze innym jest kino (czyli slajdowisko z opowieściami o danym państwie), ale to, co wydarzało się w każdym z tych miejsc, było zawsze inne. 

Klub latających podrózników, Kapitan Herman MEK, Baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak
Podróże w przestrzeni Muzeum Etnograficznego w Krakowie były także szansą, by poznać co nieco
rodzimej kultury. Można opowiadać o znaczeniu pieca, o rozkładzie izby, można na przykład o szopkach. 
Także fakt, że w każdy wtorek musiałem uczyć się o czymś innym, był pasjonującą przygodą. Nie chcę pisać zdań pokroju: "Ileż ja się dowiedziałem!" albo "Teraz to dopiero świat poznałem", bo to nie w moim stylu. Z drugiej jednak strony - ILEŻ JA SIĘ DOWIEDZIAŁEM!!!! 

Owszem, dopowiedziałem się mnóstwa ciekawych rzeczy. I nie chodziło tylko o zbieranie danych. To było najważniejsze, ale poza tym dowiedziałem się, gdzie chciałbym pojechać (Tajlandia), albo które regiony świata wolałbym omijać (Meksyk, szczególnie z dziewczyną), dowiedziałem się (choć to powinno być oczywiste), że w każdej części świata ludzie są mniej więcej tacy sami, tylko w różny sposób to pokazują. I jeszcze coś - gdzieś w Stu latach samotności, jest taka para, z której ona jeździ po świecie, a on siedzi w domu i czyta książki. I kiedy się spotykają, on wie wszystko, co ona mu chce opowiedzieć. Wreszcie na pytanie, skąd to wie, odpowiada (to chyba był Aureliano Buendia - ten ostatni): "wszystko można wyczytać"*. Podróżnicy udowodnili mi, że bohater Marqueza miał rację. 

Klub latających podrózników, Kapitan Herman MEK, Baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak
Egipt. Zabawy w mumie. Jedni chcą być mumiami i są w tym świetni... inni wolą owijać... Po zajęciach zrobiłem dla Mileny głowę Anubisa, tak była wprawna w wysyłaniu dziewcząt do krainy Ozyrysa. W tym czasie chłopcy rysowali postacie z Gwiezdnych Wojen... 
Klub latających podrózników, Kapitan Herman MEK, Baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak
...w tym samym czasie Marysia, ze skrupulatnością skarabeusza toczy kulkę. 
I jeszcze jedno - nauczyłem się nie oszczędzać dzieciaków. Opowiadałem im o świecie, a świat jest okrutny. Świat jest pełen brutalności i owijanie go w kolorowy papierek byłoby nie fair w stosunku do moich podopiecznych. Owszem, kolorowe papierki mają uzasadnienie, ale tylko jeśli w pewnym momencie odpakujemy cukierek i damy im skosztować, jak on smakuje. Mówiliśmy więc o śmierci, polowaniach na wieloryby, wyciąganiu mózgu przez nos (przy okazji mumifikacji) i wojnie o ptasią kupę. Było tego wiele. Wystarczyło odpowiednio dobierać słowa i, choć zabrzmi to paradoksalnie, nie traktować dzieci jak dzieci. Zrozumieją. Choć... może to kwestia tych a nie innych dzieciaków?

Po czwarte: Podróżnicy!


To najważniejsze. Bo Klub nie był by klubem bez TAKICH Podróżników. Bo w tym wszystkim najważniejsze było to, że w każdy następny wtorek mogę spotkać się właśnie z nimi. Ze wspomnianymi już Olgą i Sonią, z Tosią, z Milenami, z Marysią, z którą nie zawsze było łatwo i z drugą Marysią, która była zawsze pomocna. Z Jackiem, który wiedział o zwierzętach o wiele więcej niż ja, i z Witoszem i Tymkiem, którzy razem byli nie lada rozbójnikami. To dla nich chciało mi się starać. To oni sprawiali, że Klub Latających Podróżników, to była tak wyśmienita zabawa. Byli bezlitośni. Kiedy mnie zdarzało się przygotować nudne zajęcia, po prostu mnie nie słuchali. Czasem mieliśmy kryzysy, czasem krzyczeliśmy po sobie, czasem ktoś się przewrócił i nabił guza, ktoś zapłakał, ktoś się obraził - jak w życiu. Z tygodnia na tydzień poznawaliśmy się coraz lepiej. A ja się przywiązuję. Do klubu, do Podróżników. Cieszę się, że ci pierwsi, których miałem pod swoimi skrzydłami, byli tak wspaniałą drużyną. Mam nadzieję, że zostanie w nich choć odrobina tego co razem zrobiliśmy. Nie informacji o państwach, ani ciekawostek. Mam nadzieję, że zostanie w nich trochę Klubu... kawałek mnie. Oni we mnie zostaną na pewno. 

Klub latających podrózników, Kapitan Herman MEK, Baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak

Klub latających podrózników, Kapitan Herman MEK, Baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak

Klub latających podrózników, Kapitan Herman MEK, Baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak

Po piąte: Pożegnanie


Ostatni list pani Margaret był Adresowany do Podróżników. Brzmiał on mniej więcej tak:

Szanowni Podróżnicy!

To ostatni list z mojej podróży. Od kilku tygodni pod stopami mam już ziemię swojej ukochanej Anglii. Wojna dobiegła końca i mam wrażenie, że nigdy jej tutaj nie było. Czasem dopada mnie myśl, po co była mi ta cała podróż. Te wszystkie lata w odległych krajach. Z dala od domu. Tam został kawałek serca, mój i Alberta i teraz tam, gdzieś daleko, też jest nasz dom. A może domem jest już sama podróż. Zwłaszcza kiedy trwa ona tak długo. 

Choć wszystko jest tutaj niby takie samo, wszystko jest inaczej. Filip, naprawdę stracił oko i zrozumiałam to dopiero, kiedy mogłam go ponownie zobaczyć. Teraz nosi opaskę, przez co wygląda jak jeden z tych jego pirackich krewnych. Pimple też bardzo spoważniał. Kiedy jest przy nim jego piękna mongolska żona Golad, chodzi wyprostowany, mówi znacznie mniej i nawet przestał wywracać filiżanki. Jedynie kiedy zaczyna opowiadać o bumerangach, wraca ten stary Józef Pimple, którego tak dobrze pamiętałam. Bo nie przestał rzucać bumerangami. I jest w tym coraz lepszy. 

Choć wszystko jest tutaj niby takie samo, kiedy zbieramy się razem na herbatce, jest w nas jakiś smutek. Tęsknimy za tym, co jest tam. Kapitan wspomina Chiny, Pimple chce do Australii... a ja? 
Cóż - serce podróżnika jest w drodze. Zawsze.

Być może jeszcze tego nie rozumiecie, ale spokojnie. I na zrozumienie przyjdzie odpowiedni czas.
A dziś życzę Wam otwartych oczu i serca, nóg zawsze chętnych do wędrowania i tego, byście to Wy byli ludźmi, których chce się spotykać na swojej drodze.

Pozdrawiam z całego serca...
Wasza Margaret. 

***
Fotografie do wpisu sponsoruję... ja. Za zgodą rodziców i opiekunów oczywiście. 

*Ta rozmowa mogła wyglądać trochę inaczej, ale tak została w mojej pamięci.