28.5.18

Sztuka Opowieści w działaniu - Strach

Baśnie na warsztacie, Strach, straszne baśnie, storytelling, sztuka opowieści, Mateusz Świstak, Krwawe Baśnie, VisAnastasis
rys: VisAnastasis
Na warsztacie: Storytelling, sztuka opowieści, strach, praca z dziećmi


Historia zaczęła się kilka miesięcy temu. Już parokrotnie zdarzyło się, że proszono mnie o przeprowadzenie spotkań, których głównym tematem będzie strach... czyli szeroko rozumiane opowieści z dreszczykiem. I kilkakrotnie dziwiła mnie ta prośba, bo zazwyczaj nauczycielki, czy osoby wynajmujące mnie, proszą o coś wprost przeciwnego - żebym był delikatny, spuszczał z tonu, nie straszył, bo później dzieci "spać nie mogą". A tu nagle - Opowieści z dreszczykiem... i to nie raz.

Szczerze ucieszyła mnie ta prośba. Po pierwsze dlatego, że od paru dobrych lat pracuję sumiennie na opinię kogoś od tych mroczniejszych opowieści, a po drugie dlatego, że temat strachu jest inspirujący - nie tyle w rozrywce, co w życiu. Set Historie z dreszczykiem (czyli niestraszne, straszne opowieści) oficjalnie znalazł się więc w moim repertuarze, a dziś postanowiłem skreślić dla Was kilka słów na temat strachu w opowiadaniu. Niech to będzie pierwsza część poświęcona odpowiedzi na pytanie: dlaczego warto opowiadać straszne historie. W drugiej zajmiemy się tym, jak to robić i zostawię kilka trików, którymi sam posługuję się w swojej pracy. Gotowi? To jedziemy!

Zły początek


Rodzice chronią swoje dzieci. I to jest oczywiście super. Starają się zapewnić im wszystko, co najlepsze - miłość, ciepło, dobre przedszkole i szkołę, fajnych przyjaciół i bezpieczeństwo na każdym możliwym poziomie. Często dzieje się to przez izolację dziecka od świata. W ten sposób środowisko dziecka jest czyste, a ono realizuje się tam w możliwie pełny sposób. Niestety - przychodzi taki moment, kiedy drogi dziecka i rzeczywistości krzyżują się i wtedy często charakter i psychika dziecka pękają. Dlaczego? Z obserwacji wydaje mi się, że przez to, że rodzic za bardzo stawiał na pozytywne emocje, jednocześnie zamiatając te negatywne pod dywan.

I im dłużej pracuję, tym częściej trafiam na takie właśnie dzieciaki - te, które sobie nie radzą. I nie mówię tutaj o radzeniu sobie tylko z lękiem. To są dzieci, które w ogóle sobie nie radzą z z bardziej wymagającymi emocjami. Z przegraną, ze skupianiem się, z cierpliwością, z wyzwaniem. Jakby czegoś im brakowało. Gdzieś w ich oprogramowaniu nie ma odpowiedniego software'u by poradzić sobie z postawionym przed nimi zadaniami. Rzeczy neutralne, stają się początkiem złych na nie reakcji, emocjonalnej traumy.

U podstaw takiego podejścia do życia leży oczywiście troska. Ale o czym zapominają rodzice, to fakt, że świat składa się z dwóch aspektów - tego dobrego i tego złego. I jeśli przygotują dziecko tylko na jeden - ten drugi je zniszczy. Owszem - budujmy w dzieciach dobre emocje, wzmacniajmy je i dawajmy im poczucie bezpieczeństwa, ale musimy pamiętać, by robić to w otoczeniu wszystkich innych emocji.

Nauka pływania


Proponuję pomyśleć o tym jak o nauce pływania. Dobry nauczyciel nie mówi swojemu uczniowi - lepiej nie wchodź do wody, bo można się utopić. Jasne - można, ale przecież w nauce pływania chodzi o... pływanie. Chodzi o to, jak, będąc już w wodzie, nie utonąć. W nauce radzenia sobie z emocjami chodzi zaś o emocje. O to, w jaki sposób poradzimy sobie z trudnościami, kiedy te emocje zapukają do naszych drzwi. O wiele lepiej postąpimy jako rodzice, stopniowo otwierając przed naszymi dzieciakami złożoność emocji, z którymi (uwaga: odkrywam życiową prawdę) i tak będą musiały się zmierzyć.

Rolą tych, którzy sprawują pieczę nad kształtem dziecięcej duszy (czyli rodziców, wychowawców i edukatorów), jest stopniowe przyzwyczajanie jej do całego spektrum emocji. Strach, jest o tyle trudny, bo jednoznacznie kojarzy się z czymś negatywnym. Niemniej proponuję pomyśleć o tym tak: jeśli nasze dziecko nie pozna tego czym jest strach, nigdy nie będzie mogło być odważne. Bo czymże jest odwaga, jeśli nie przekraczaniem swojego własnego strachu? I jeszcze jedno ważne pytanie: Czy strach naprawdę jest czymś jednoznacznie negatywnym?

Baśnie na warsztacie, Strach, straszne baśnie, storytelling, sztuka opowieści, Mateusz Świstak, Krwawe Baśnie, Miwa yanagi
Miwa Yanagi


Strach powszedni


Przede wszystkim strach jest czymś pierwotnym. Boimy się ciemności, boimy się ognia, boimy się wielkich psów. I bardzo dobrze. Bo gdybyśmy się nie bali tych rzeczy, moglibyśmy się poparzyć, zostać pogryzieni, albo podczas nocnego spaceru po ostępach moglibyśmy stać się przekąską dla polującego akurat drapieżnika. Strach w pierwszej kolejności chroni nas przed robieniem rzeczy głupich. W drugiej jest tym czynnikiem, który informuje nas, że jesteśmy w sytuacji stresowej i uruchamia nasze obronne mechanizmy na poziomie "walcz... albo zwiewaj". Bez odpowiedniego rozeznania się we własnym strachu, jesteśmy dysfunkcyjni jako organizmy biologiczne.

Strach* o przyszłość pomaga nam o tę przyszłość zadbać, a strach przed wyzwaniem informuje, że ma ono dla nas większe niż tylko rutynowe znaczenie. Jeśli dziecko nie będzie potrafiło zarządzać nim (czyli wykazywać się tak rozwagą jaki i odwagą) - będzie narażone albo na poparzenia/ ugryzienie/ pożarcie/ potrącenie przez samochód etc. albo na paraliż, czyli niemoc działania. Niezwykle istotne jest więc to, żeby umiejętności zarządzania strachem dzieci nauczyły się od nas. Jeśli to my damy dziecku posmak strachu, będziemy mieli nad tym kontrolę. Zanim przejdę do roli opowieści w tym procesie, muszę wspomnieć o jeszcze jednym typie strachu, który w baśniach pojawia się na każdym kroku:

Strach przed nadprzyrodzonym


Duchy, zjawy i upiory, to coś, co w baśniach stanowi najbardziej niepokojący element. Z jednej strony wykracza on poza to, co zrozumiałe, z drugiej zaś różnica miedzy realnym a nierealnym jest dla dziecka trudna do wychwycenia i elementy fantastyczne mogą stać się częścią jego realnego świata, a to z kolei może eskalować strach. I choć to trudny temat, a moje kolejne słowa będą tylko pewnym uproszczeniem, myślę o tym tak: poza sferą fizyczną (czyli tym czego realnie można się obawiać), strach dociera także do sfery psychologicznej i duchowej dziecka. Symbole nadprzyrodzone są tym, co o wiele lepiej oddaje niektóre problemy niż najlepszy nawet konkret. Jeśli dobrze opowiadamy historię, wtedy konkretna zjawa staje się symbolem, z którym dziecko może się skonfrontować. To jak w tym zdaniu Chestertona: Baśnie nie mówią nam o tym, że istnieją smoki, ale pokazują, że każdego smoka można pokonać (parafraza).

Baśnie na warsztacie, Strach, straszne baśnie, storytelling, sztuka opowieści, Mateusz Świstak, Krwawe Baśnie, Haari i Deepti
Haari&Deepti


Poza tym jest jeszcze duchowość. Strefa, która może wyrządzić tyle złego, co dobrego. W której higiena wewnętrzna jest równie istotna, jak codzienne mycie się. Z jednej strony mamy wszelkie "złe filozofie", które mogą wrzucić nasze dziecko w życiowe bagno. Polem bitwy będzie umysł i dusza. Będzie strach i będzie odwaga - problem w tym, że punkt zaczepu będzie niematerialny. Albo jak wolicie nadprzyrodzony. Dobrze jest więc uzbroić dziecko w kilka metafor, za którymi będzie się mogło schować.

Z drugiej zaś strony jest jeszcze coś - wiara. Wiara w to, że po "drugiej stronie" naprawdę istnieje duchowa rzeczywistość. Weźmy jako przykład chrześcijan. Jeśli wierzą w Boga, to powinni też wierzyć w diabła. Na tym polega ich wiara! Na tej dychotomii, którą niweczy dopiero ofiara Jezusa. Jeśli wierzą w Boga, ale nie wierzą w diabła, to gdzieś coś coś jest nie tak. I bynajmniej nie chodzi mi tutaj o zabobon. Raczej o traktowanie tego, w co się wierzy na serio. Nieważne czy jesteś katolikiem, protestantem, żydem, muzułmaninem, czy wyznawcą shinto. Przestrzeń nadprzyrodzona dla osób wierzących powinna mieć równie realny (a może i bardziej realny) wymiar, co przestrzeń materialna. Chyba jedynie ateiści mają zwolnienie z tego założenia. A reszta musi sobie odpowiedzieć na proste pytanie - jak bardzo na poważnie wierzę w to, w co wierzę? I czego chcę o tym nauczyć swoich dzieci?

Opowiedz mi strach


Zupełnie szczerze - nie wydaje mi się, żeby od strachu była jakaś ucieczka. Przyjdzie w takiej lub innej formie i to raczej prędzej niż później. Warto więc powoli przyzwyczajać do niego dzieciaki. Na przykład poprzez opowieści. Spotkanie ze straszną narracją może okazać się świetnym pomysłem na wprowadzenie młodego umysłu na nieznane terytoria chociażby dlatego, że możemy regulować natężenie serwowanej historii. Już samo słowo ma tę właściwość, że dociera jedynie do granicy, do której wyobraźnia pozwala mu dotrzeć. Nie jest obrazem, od którego nie da się uciec, a jedynie sugestią. W zależności więc od tego jaki jest nasz słuchacz, możemy dozować mu właściwe emocje w odpowiedniej dawce. nie za dużo, ale też nie za mało. W przypadku słów granica jest o wiele bardziej elastyczna niż przy jakiejkolwiek innej formie przekazu. 

Ponadto o opowieści jest o wiele łatwiej porozmawiać już po, bo poruszamy się w obrębie jednego medium -  trudniej przeskoczyć z obrazu na słowo, niż ze słowa na słowo.

Baśnie na warsztacie, Strach, straszne baśnie, storytelling, sztuka opowieści, Mateusz Świstak, Krwawe Baśnie, Howard dale
Howard Dale

Ponadto, ponadto - opowieść, którą stopniowo budujemy i napełniamy tym, czego można się bać, w każdej chwili możemy rozładować, na przykład poprzez humor. Nie traci wtedy ona tego, co już zbudowaliśmy, jednocześnie z żartu tworzymy bezpieczną otulinę dla psychiki dziecka.

Ponadto, ponadto, ponadto - ramy opowieści tworzą to co ekran telewizora - dystans pomiędzy nami, którzy opowiadamy/słuchamy, a bohaterami historii. W głębi ducha dziecko wie, że to co się wydarza nie jest aż tak prawdziwe, jak próbujemy to zbudować. Dzięki tej nieprawdziwości strach ma także dobry wpływ na wydzielane do mózgu hormony (np. dopaminę). 

I na koniec, mały słuchacz, który konfrontuje się z opowieścią z dreszczykiem, nie jest jej biernym odbiorcą, ale aktywnym uczestnikiem. Może więc zareagować w momencie, w którym chce, w sposób w jaki chce, a my spokojnie możemy badać jego reakcję.

Baśń, straszna baśń działa trochę jak rozwiązywanie zadania. I to rozwiązywania w sposób kreatywny. W interakcji na linii opowiadający-słuchacz. Jeśli my - dorośli podejdziemy do tego z odpowiednim wyczuciem, może się okazać, że baśń stanie się dla dziecka przepustką do jego własnej odwagi. Przez poznanie swoich reakcji w sytuacji treningowej będzie o wiele lepiej radzić sobie w realnym świecie.

***

Jeśli chcecie poczytać trochę więcej na ten temat zapraszam do artykułu: Krwawa brutalność - brutalna krwawość (o przemocy w baśniach).

W następnej części o tym jak budować straszne opowieści.

A ilustrację do dzisiejszego wpisu pochodzą od niezastąpionej Miwy Yanagi, Duetu Haari i Deepti, Howard Dale art oraz Vis Anastasis


*Oddając sprawiedliwości sprawiedliwość, powinienem wprowadzić tutaj rozróżnienie na Strach i lęk. Strach jako to, co wyzwala reakcję stresową, a lęk jako obawę o przyszłość. Dla potrzeb tego tekstu traktuję te dwa zjawiska jako jedne problem edukacyjny. Wszystkich skrupulatnych przepraszam. Nie czuję się winny :) 

21.5.18

Nocne harce



Na warsztacie: Gedeon, rozbójnicy, prawda, męskość


Od kiedy zacząłem pisać o rozbójnikach, jak bumerang wraca do mnie historia Gedeona, która jest chyba najlepszym przykładem tego, co zrobić, żeby rozbójnikiem nie zostać. Pozwólcie zatem, że opowiem Wam interesujący mnie dziś fragment losów tego bohatera, a potem kilka myśli, które krążą chodzą mi po głowie. Całość możecie przeczytać w Księdze Sędziów (rozdziały 6-8).

Poprzednie dwa teksty dotyczące rozbójników i męskości znajdziecie tutaj:



A teraz do Gedeona:

Sytuacja Izraelitów była kiepska: Midianici i Amalekici najeżdżali ich ziemie i przed zbiorami niszczyli całe plony. Żeby się przed tym uchronić, Żydzi zbierali jeszcze niedojrzałe zborze i młócili je tam, gdzie nikt nie mógł ich dostrzec. Np. w tłoczni wina. Tam też poznajemy Gedeona. Przestraszonego chłopaka, którego nawiedza anioł z poselstwem od Boga. Bóg wybrał Gedeona na sędziego, czyli przywódcę swojego narodu. Problem jednak był taki, że Gedeon był do szpiku kości przerażony światem i sytuacją. Trząsł się na słowa anioła, trząsł się na myśl o tym, czego miał dokonać i raz po raz wystawiał Boga na próbę, żeby upewnić się na sto procent, czy to właśnie o niego chodzi i czy przypadkiem nie nastąpiła jakaś pomyłka. Te wątpliwości zostały mu zresztą do końca jego historii. nas jednak interesuje to, jak ta historia się zaczęła: 
Midianici i Amalekici wraz ze swoimi mieczami, przywieźli także swoich bogów, których pomniki i ołtarze stawiali na centralnych placach miast. Bóg rozkazał Gedeonowi zniszczyć jeden z takich pomników.
I Gedeon zabiera się za to w sposób właściwy jego usposobieniu. Cichaczem, w środku nocy (nb. ze strachu przed własnym ojcem i innymi mieszkańcami swojego miasta, a nie najeźdźcami) burzy ołtarz Baala i nawet się do tego nie przyznaje.
A później dzieje się coś niesamowitego. W dochodzeniu zostaje wykryte, że aktu "wandalizmu" dopuścił się właśnie Gedeon. I choć początkowo mieszkańcy miasta chcą chłopaka zabić, stopniowo sami zyskują odwagę, by wyciąć w pień okupantów. Rozpoczyna się powstanie, na którego czele postawiony zostaje nie kto inny jak Gedeon.


Zachęcam do przeczytania całej historii tego sędziego, bo jest to chyba jedna z najbardziej fascynujących postaci biblijnych. A na pewno jedna z moich ulubionych. Ciągle niepewna siebie, ciągle pytająca, a przez to bardzo ludzka. Jej największą siłą, jest to, że działa, pomimo tego strachu, który ją przepełnia. I obiektywnie rzecz ujmując zostaje dla Żydów tym kim dla Greków był Leonidas. Z tą może  różnicą, że Gedeon przeżył. Wróćmy jednak do tamtej nocy, w której nasz bohater niszczy pomnik Baala. 

Rozdroża


Gedeon był absolutnie nieodważny. W związku z tym, do zadania, które otrzymał podszedł właśnie w taki sposób. Absolutnie nieodważny. Istotne jest jednak to, że go nie zbagatelizował. Bóg kazał, więc on wykonał. Próbował się wymigać, podważając autorytet przysłanego do niego anioła, ale kiedy to się nie udało - zrobił co trzeba. 

I to jest pierwsza rzecz, która odróżnia Gedeona od rozbójników. Gedeon bierze odpowiedzialność za swoją misję. Bierze ją tak, jak stoi. Tchórzliwie, niepewnie, bez perspektywy zwycięstwa, ale się od niej nie odwraca. I to jest też pierwsza rzecz, której możemy się od Gedeona nauczyć. 

Jeśli mamy coś do zrobienia, to to róbmy. nie musimy przy tym świetnie wyglądać, czasem nawet nie musimy być przygotowani do końca. Po protu to zróbmy. I bynajmniej nie chodzi mi tutaj o odhaczanie kolejnych punktów z listy obowiązków, ale o te rzeczy, które mogą coś zmienić. Chodzi o te rzeczy, których nawet nie wpisujemy na listę, bo na samą o nich myśl ogarnia nas trwoga. Zmiana pracy, albo pocałowanie dziewczyny, która zawsze się nam podobała, albo ważna rozmowa z mężem lub żoną, albo przyznanie się do czegoś, co zrobiliśmy lub kim jesteśmy. Wszystko to, czym dla Gedeona w tamtym momencie była walka o wolność. 

Bo wiecie, że chodzi o wolność. Zawsze. Nawet kiedy jesteśmy komuś poddani, kiedy mamy względem kogoś obowiązki lub zobowiązania. W tym wszystkim chodzi o naszą duchową wolność. Możliwość poddania się czemuś (np. woli Bożej) z własnej woli, a nie z przymusu. Decyzje, które podejmujemy albo nas wyzwalają, albo zniewalają. Innych - nie ma. 

Siły na zamiary



Gedeon wybiera bycie posłusznym, a potem działa, tak jak umie. Nieporadnie, bez wielkiego rozgłosu, ale skutecznie. To kolejna rzecz, której można się od niego nauczyć. Nie chodzi o to, jak coś zrobimy, chodzi o to, żebyśmy to zrobili. Jeśli decyzja została podjęta, nie przygotowujmy się do niej za długo. Nie szukajmy doskonałej sytuacji, która świetnie wyglądać będzie w mediach. Nie o to toczy się gra. Chodzi o popchnięcie świata do przodu nawet o kilka milimetrów, chodzi o to, żeby coś zmienić na lepsze. 

I jeśli nie mamy odwagi na wielką zmianę, może mamy odwagę na małą. A jeśli tylko na tyle, to tyle zróbmy. Będziemy dzięki temu w innym miejscu, bliżej słusznej sprawy. Tej, która zmieni coś w życiu nie tylko naszym, ale i ludzi, którzy nas otaczają. 


Zmiana


Kiedy to się stanie, kiedy w rzeczywistości, która nas otacza coś faktycznie się zmieni - nawet odrobinę - wsparcie może przyjść z zewnątrz. Prosta prawda mówi, że mały kamień może wywołać lawinę, ale żeby tak się stało, ktoś musi ten kamień rzucić. Gedeon to zrobił, mając odwagę o określonych rozmiarach (na moje oko, wielkości chomika) i dzięki temu inni też mogli w sobie odwagę odnaleźć. Co ciekawe - pierwszą osobą, która stanęła za nim murem, był jego ojciec, czyli osoba, której Gedeon w pierwszej kolejności obawiał się najbardziej. 

Decyzja, by pójść wbrew swojemu charakterowi uczyniła z Gedeona bohatera. Nie dezerterował, jak robią to zbójnicy, nie dbał o siebie, ale zaufał słowom, które Bóg do niego przysłał. I dzięki temu, skończył jako bohater. 

To co zrobił nie było wielkie. Wielkie były rezultaty, które dzięki temu uzyskał. I o tym pamiętajmy. Kroczek za kroczkiem przełamujmy swoje strachy. Przełamujmy je tam, gdzie najłatwiej jest nam je przełamać, dzięki czemu - choć ślimaczym tempem - będziemy zmierzać w stronę, która jest dla nas przeznaczona. Staniemy się bohaterami swoje własnej historii i kto wie, może tak jak Gedeon nawet przy niewielkim potencjale, pokonamy naprawdę potężną armię. 

6.5.18

Rozkład Jazdy


Czyli co nowego na Baśniach na Warsztacie :)


Szanowni!

Od dłuższego czasu chodzi za mną to, żeby narzucić Baśniom na Warsztacie trochę więcej dyscypliny. Zarówno na blogu, jak i na fejsie. I oto wolnymi krokami zbliża się ten czas - czas zmian.
I o tych zmianach dzisiejszy wpis.

Po pierwsze - Poniedziałkowa Ilustracja


Jak już pewnie zauważyliście, w każdy poniedziałek prezentuję jakąś superwyśmienitą ilustrację baśniową. Taką, która mnie ujęła i taką, którą chciałbym się z Wami podzielić. Po waszych reakcjach widzę, że pomysł ten się sprawdza. Będę się go zatem trzymać.

Po drugie - Wtorkowa Porcja Wieprzowiny


Czyli pasek komiksowy z baśnonawarsztatową świnką i innymi baśniowymi postaciami. Paski powstają już od ponad roku i miałem nawet sposobność rozmawiać na temat ich publikacji z pewnym magazynem dla panów o trzyliterowym tytule. Rozmowy gdzieś ugrzęzły, więc postanowiłem, że podzielę się przygodami świnki z Wami. Poza cowtorkową publikacją na fb, raz w miesiącu postaram się zbierać te paski w jednym blogowym wpisie (i dodawać jakieś ekstrasy).
START 22.05


Po trzecie - TIMBURU !!!!!!!!!! (środa)


Umieszczam ten punkt jako trzeci, choć powinien być pierwszy, podkreślony i wyboldowany. Niemniej, strasznie (a nawet strasznie bardzo i OCH!) się denerwuję, więc niech leci chronologicznie. Postanowiłem, że od 27.06 przez całe wakacje na blogu pojawiać się będą kolejne rozdziały mojej książki w odcinkach. Jeśli poczujecie, że Was wciągnęło i nie macie ochoty czekać do kolejnej środy, będziecie mogli zakupić całość książki, jako e-book. I od razu przyznam, że samo pisanie o tym sprawia, że oddech mi się skraca, a ręce trzęsą z poddenerwowania. Dla mnie - rzecz megaważna i pewnie nie raz jeszcze o niej napiszę przed premierą. 
START 27.06



Po czwarte - Świnak w podróży

Baśnionawarsztatowa Świnka ostatnie kilka miesięcy przeżyła bardzo intensywnie. Przemierzyła pół świata, a do tego jeszcze pół Polski, a teraz postanowiła, że będzie się z Wami dzielić zdjęciami ze swoich podróży. Po Polsce, Europie i świecie. Jako narzędzie wspierające te podróże postanowiłem też odpalić baśnionawarsztatowy Instagram. Obserwujcie ją tam, a ja będę także przerzucać podróżnicze relacje na fejsa.
START 15.05 

Instagram już działa, choć ciągle dość nieśmiało, niemniej - zapraszam - nie krępujcie się ;)
A gdyby komuś przyszła ochota, by zabrać świnkę ze sobą - piszcie do mnie bez krępacji, świnka lubi nowe znajomości.

Po piąte - Artykuły


Jeśli chodzi o pisanie artykułów w tej materii nic się nie zmieni. Nadal publikowane będą nieregularnie, bo proces ich powstawania ma to do siebie, że nie mogę go przewidzieć. Czasem natchnienie przychodzi w rozmowie, czasem w czasie przypadkowej lektury, a czasem podczas siedzenia na balkonie i popijania wody z cytryną. Różnie bywa, więc w tym względzie nie mogę deklarować za dużo, a potem nie spełnić swoich deklaracji. Lepiej po prostu pisać. Znając swoje tempo pewnie dalej będą publikowane w tempie jeden lub dwa miesięcznie. 
START - KIEDY BĘDĄ

Po szóste - Świstacze rekomendacje


Poza standardowymi artykułami dotyczącymi baśni i sztuki opowieści, chciałbym rozpocząć jeszcze jedną rubrykę, którą planuję już od dawna. Roboczo nazywam ją Świstacze rekomendacje, a w skład jej wchodzić będą króciutkie recenzje książek (klasyka literatury dla dzieci i młodzieży) i filmów o tematyce baśniowej, które uważam za godne uwagi. W zasadzie opowiadam o tym w formacie zajęciowym, ale jakoś temat ten nie przebił się jeszcze na szpalty bloga. Czas to zmienić.
START - POCZĄTEK LIPCA

Po siódme - Ogłoszenia parafialne


Oczywiście nie może też zabraknąć informacji o tym, co się dzieje i co się działo. Przyznam szczerze - nie lubię się tym dzielić, ale zauważyłem, że od kiedy przestałem wrzucać zdjęcia z tego jak stoję i gadam do dzieciaków/dorosłych/młodzieży, to ruch na blogu zmalał. Oddamy więc świeczkę i ogarek komu trzeba, przy okazji uchylając rąbka tajemnicy na temat kilku dość szałowych przedsięwzięć, które od jesieni po cichutku tkałem. Nie zabraknie też informacji o koncertach Baśni Zebranych, czyli zaprzyjaźnionego zespołu, dla którego mam przyjemność pisać piosenki.

A Baśnionawarsztatowa Świnka znów rusza w podróż i znów ma te same dylematy... co zabrać:

***

Ufff...  dużo tego. I skoro już zostało spisane, to nie tylko po to, żebyście wiedzieli co i jak, ale przede wszystkim jako deklaracja mojego zaangażowania w życie tego bloga, którą niniejszym podpisuję swoim imieniem i nazwiskiem.

Niski ukłon
Mateusz Świstak