29.9.14

Klub Latających Podróżników - Kawa... 

Klub latających podróżników, Dziennik Kapitana Hermana, Mateusz Świstak, Muzeum Etnograficzne, Baśnie na warsztacie, Etiopia, plantacje kawy

Na warsztacie: Klub Podróżników, Muzeum Etnograficzne, zajęcia dla dzieci, Kapitan Herman

Już dzisiaj (czyli we wtorek 30 września) kolejna odsłona wędrówki kapitana Hermana. Tym razem podążymy jego śladami przez Róg Afryki, gdzie czas płynie inaczej, nowy rok wypada we wrześniu, a najkrótszy miesiąc ma tylko 5 dni. Odwiedzimy Etiopię. 

Przysłowie Etiopskie mówi: Jeśli jest ci smutno - napij się kawy, jeśli jest ci wesoło - napij się kawy, jeśli jesteś zmęczony - napij się kawy!

Etiopia to kraj pachnący kawą. Z każdego okna dobiega aromatyczna goryczka prażonych ziaren, z których wytwarza się ten niezwykły napój, a przed domami, przy niskich stolikach rozmawiają mężczyźni raz po raz podnosząc do ust niewielką glinianą czarkę. Nic w tym dziwnego - podobno wo w Etiopii odkryto właściwości kawy. 

W zapiskach Kapitana Hermana odnajdziemy informacje o tym jak sporządza się kawę i wspólnie z uczestnikami spróbujemy odtworzyć ten proces. Od zasadzenia ziarenka, aż po podanie jej na stół. Poznamy legendy dotyczące poznania kawy, a przy okazji dowiemy się też kim był ras, nygus, kim byli Amharowie i Felasze. 



Z dziennika kapitana (czyli trochę o tym, co wydarzyło się na poprzednich zajęciach):

1912 rok, Październik, chyba dwudziesty drugi, południe:

Efe (Pigmej i przewodnik Naszego Kapitana) pożegnał mnie na skraju dżungli. Nie chciał iść dalej, bo przestrzeń sawanny najwyraźniej go przerażała.
- Miejsce Pigmeja jest w dżungli. Sawanna to Bantu. 

I tak się rozstaliśmy.

Moi nowi przewodnicy okazali się o wiele mnie gadatliwi. Dowiedziałem się od nich tylko, że Bantu znaczy ludzie, ale tak naprawdę ich Plemię nazywa się zupełnie inaczej (Choć kilkukrotnie wymawiali tę nazwę, ciągle nie potrafię jej zapamiętać... a tym bardziej zapisać). Wzory na tarczach wojowników, są jak imię i nazwisko. Część rysunku znaczy z którego plemienia pochodzą, kolor i rysunek na drugiej połowie oznaczają zaś, do której rodziny należą. Trzeba mieć nie lada głowę, żeby to wszystko spamiętać, bo Bantu w Afryce jest chyba najwięcej. 

Choć rozmowa słabo się kleiła, przynajmniej nie szliśmy w ciszy...
Rozmowę przerwał nam szelest. Wszyscy mężczyźni chwycili mocniej za włócznie i tarcze (tylko dorosły mężczyzna mógł nosić tarczę i włócznię). Szelest narastał złowrogo, dodatkowo do moich uszu doszło sapanie i parskanie. 

Zamarliśmy. Odruchowo sięgnąłem po pistolet, gdy nagle spośród traw wyłoniły się dwa zawijane jak wąsy rogi. "Uff... - pomyślałem - to tylko bawół". 

- Mbogo!!! - Krzyknął któryś z mężczyzn, wyrywając mnie z zamyślenia - Uciekać!!!

Wszyscy rzucili się do najbliższego drzewa - dość pokaźnego baobabu. Mbogo, czyli bawół, ruszyl przed siebie jak czołg. Ledwie dognałem do drzewa i wspiąłem się na nie, gdy bawół z całym impetem uderzył głową w pień. Drzewo było ogromne, ale i tak poczułem, że się trzęsie...


Klub latających podróżników, Dziennik Kapitana Hermana, Mateusz Świstak, Muzeum Etnograficzne, Baśnie na warsztacie, Etiopia, plantacje kaw, bawół

A potem prychnął ze dwa razy i odszedł. 
- Czego on od nas chciał? - zapytałem przerażony. 
- Niczego. Mbogo są po prostu złośliwe. Nie jedzą mięsa, nie bronią młodych, ale wystarczy, żeby nie spodobał im się twój kapelusz i już cię pogonią. 

Potem opowiedział o wielkiej afrykańskiej piątce, czyli o tych zwierzętach, które są najbardziej niebezpieczne i waleczne. Wymienił lwa, lamparta, słonia, nosorożca oraz właśnie bawoła... 

- Ale to wymyślili Mzunga (czyli biali) - tacy jak ty - najniebezpieczniejszy może i jest lew, ale o wiele bardziej złośliwy jest bawół i hipopotam. 

A potem jeszcze długo opowiadał o najniebezpieczniejszych zwierzętach sawanny. Kiedy skończył, a na dole nie widać było już śladu bawoła, zapytałem: 

- Możemy już zejść? 
- Po co? Słońce za wysoko, żeby iść dalej. Możemy uciąć sobie drzemkę tutaj. 

A potem słyszałem już tylko miarowe chrapanie zmęczonych wojowników. 



21.9.14

Klub Latających Podróżników - Rzeka... 

Klub latających podróżników, Dziennik Kapitana Hermana, Mateusz Świstak, Muzeum Etnograficzne, Rwanda, Baśnie na warsztacie, Kongo, Bantu, Największy wodospad świata

Wraz z Muzeum Etnograficznym w Krakowie, zapraszamy wszystkich spragnionych wiedzy o świecie na drugą odsłonę opowieści o przygodach Kapitana Hermana. 

Już we wtorek o godzinie 17.00
zajęcia dla dzieci w wieku 6-9 lat

Jakie znaczenie dla mieszkańców środkowej Afryki ma rzeka. Co to za rzeka i jakie niebezpieczeństwa mogą czyhać tam na podróżników. Jakie są najniebezpieczniejsze zwierzęta mieszkające w wodnych szuwarach. Jaki jest największy wodospad świata i jak wydostać się z dżungli. 

Latający Podróżnicy kontynuować będą wędrówkę z kapitanem Hermanem przez międzyzwrotnikową dżunglę, a także przez Ruandyjską sawannę. Wspólnie z członkami plemienia Bantu zasiądą przy ognisku, aby móc posłuchać plemiennych opowieści.


ZAPISY TUTAJ


Z dziennika kapitana (czyli trochę o tym, co wydarzyło się na poprzednich zajęciach):

1912 rok, Październik, chyba trzeci, około południa:

Chodzę i chodzę po dżungli, ale nie wiem, jak daleko zaszedłem od miejsca mojego poprzedniego obozu. Tu wszystko jest takie samo. Drzewa są wielkie, ich korony zabierają światło. Powietrze duszne. Czasem nie wiem czy kiedy oddycham bardziej biorę wdech, czy wlewam sobie w usta szklankę wody. Koszula lepi się do ciała, a komary wielkości małych psów nie dają spokoju.

Przeklęta Wirunga - Kraina wulkanów. Jest tutaj tak stromo, że cały czas czuję, jakbym wchodził po schodach. Trzeba bardzo uważać, żeby nie stracić równowagi. No i często robić sobie przerwy. 

Klub latających podróżników, Dziennik Kapitana Hermana, Mateusz Świstak, Muzeum Etnograficzne, Rwanda, Baśnie na warsztacie, Kongo, Bantu, Największy wodospad świata, Wirunga

Do tego jeszcze te odgłosy. Są coraz bliżej. Czyżby tak właśnie brzmiały duchy dżungli, o których mówił mi Mekele? I o których w swoich pracach wspominał mój znajomy Alfred Adams? 

Pisał, że są duchy są wielkie i dysponują olbrzymią siłą. Groźne jak rozwścieczony lew. Kosmate jak niedźwiedź. Zamiast mówić do siebie, krzyczą tylko "Wrrrr!" "Grrrrr!" "Hrrrrrr!" Jak zepsuty automobil... zupełnie tak jak teraz.

Będę musiał zbadać dokładnie tę sprawę. Tymczasem - muszę pamiętać, żeby na nocleg rozwiesić swój hamak możliwie wysoko, tak jak radził to Mekele, gdy jeszcze podróżowaliśmy razem. No i przydałoby się znaleźć trochę wody.
 

[tutaj kapitan spotyka i Pigmejów i goryle]

1912 rok, Październik, chyba szósty, poranek

Wczorajszy wieczór przy ognisku, był pełen wrażeń. Alungama, czyli wódz Pigmejów, przy ogniu opowiadał historię, jak to Arebati, mieszkający na Księżycu, z gliny ulepił pierwszych ludzi. Pierwszy, był oczywiście Pigmejem (oni samo nazywają siebie Batwa), i powstał z czerwonej gliny. Czerni powstali z czarnej, a biali z białej. Kiedy to mówił, wszyscy spojrzeli na mnie, serdecznie się uśmiechając. 

Pierwszy człowiek miał podobno na imię Efe i był tak dobry i mądry, że Arebati wezwał go do siebie, żeby Efe pomagał mu w niebie. Efe czasami przychodzi do ludzi, a wtedy przynosi ze sobą wspaniałe prezenty. Na przykład włócznię. Niektóre zaś rzeczy Pigmeje sami musieli ukraść bogom. 

Klub latających podróżników, Dziennik Kapitana Hermana, Mateusz Świstak, Muzeum Etnograficzne, Rwanda, Baśnie na warsztacie, Kongo, Bantu, Największy wodospad świata, Wirunga, Pigmeje


Był wśród bogów lampart, który miał na imię Tore. Zadaniem Torego było napełnianie dżungli zwierzyną, żeby Pigmeje zawsze mieli na co polować. Bo Pigmeje to świetni myśliwi. Od kiedy podróżuję z nimi, mogłem to zaobserwować doskonale - w lesie poruszają się bezszelestnie. Bezbłędnie potrafią odnaleźć tropy, których mnie nawet nie przyszłoby do głowy szukać. Do polowań używają krótkich łuków i strzał. Kiedy chciałem dotknąć jednej z nich, żeby sprawdzić czy jest ostra, mój przewodnik powstrzymał mnie z krzykiem. Gdybym ukłuł się taką strzałą, pewnie umarłbym przed zachodem słońca, tak powiedział, gdyż strzały pigmejskich łuków są zatrute.

Tore miał jednak coś, czego Pigmeje bardzo chcieli. Miał ogień. Prosili Efego, żeby przyniósł im go w prezencie, a kiedy Pierwszy człowiek nie spełniał ich prośby, po prostu ukradli ogień lamaprtowi. Od tamtego czasu Tore poprzysiągł zemstę na Pigmejach. Stał się bogiem nie tylko leśnej zwierzyny, ale też bogiem, który zabiera myśliwych. Kiedy, któryś z Pigmejów nie wracał z polowania, mówiono, że spotkał Torego. 

... cóż mam nadzieję, że mnie uda się go nie spotkać. 



20.9.14

Puszkin Bardzo Wektorowy

puszkin, baśnie puszkina, Aleskander Puszkin, Dewugiestudio, Baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak

Na warsztacie: Aleksander Siergiejewicz Puszkin, Baśnie, Ilustracja

Niektóre piękne rzeczy przychodzą do nas same. Tak na przykład dzisiejsze ilustracje są wynikiem sprawdzenia poczty, gdzie figurował link, a w linku tym, takie oto cuda:

(Autorką projektu jest Magda Aksamit z Dewugie studio. 
Więcej projektów studia możecie znaleźć TUTAJ.
I oczywiście na fejsie.)


puszkin, baśnie puszkina, Aleskander Puszkin, Dewugiestudio, Baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak

puszkin, baśnie puszkina, Aleskander Puszkin, Dewugiestudio, Baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak

puszkin, baśnie puszkina, Aleskander Puszkin, Dewugiestudio, Baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak

puszkin, baśnie puszkina, Aleskander Puszkin, Dewugiestudio, Baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak

puszkin, baśnie puszkina, Aleskander Puszkin, Dewugiestudio, Baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak

puszkin, baśnie puszkina, Aleskander Puszkin, Dewugiestudio, Baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak

puszkin, baśnie puszkina, Aleskander Puszkin, Dewugiestudio, Baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak



9.9.14

Klub Latających Podróżników


Baśnie na warsztacie, klub podróżnika, Latający klub podróżnika, Muzeum Etnograficzne, Mateusz Świstak, Zajęcia edukacyjne, dzieci i podróże, Kapitan Herman,


Czyli spotkania podróżnicze w MUZEUM ETNOGRAFICZNYM w Krakowie


Już w najbliższy wtorek (czyli 16.09) o godzinie 17.00 pierwsze spotkanie klubu. 

Klub Latających Podróżników to cykl warsztatów w Muzeum Etnograficznym w Krakowie dla dzieci w wieku 6–9 lat. Warsztaty przybliżają wiedzę o sposobach życia na innych kontynentach, pełne są niespodzianek, jakie kryje tamtejsza przyroda. Stanowią zachętę do bliższego przyglądania się bliskim i dalekim zakątkom Ziemi. 


Dzieci mają okazję zapoznać się z różnymi kulturami i krainami geograficznymi – sięgnąć do muzealnej kolekcji obiektów pozaeuropejskich, wsłuchać się w lokalne opowieści i legendy. Odkrywając odmienne tradycje, języki i obyczaje, mogą jednocześnie dostrzec podobieństwa łączące ludzi zamieszkujących różne części świata. Wcielając się w role latających odróżników dzieci odkrywają możliwości tkwiące w mapach, plastyce, teatrze. Przede wszystkim zaś sięgają do własnej wyobraźni i kierują się własną ciekawością.



Wyprawom „Klubu Latających Podróżników”  towarzyszyć będą zapiski pewnego wyimaginowanego obieżyświata: DZIENNIK KAPITANA HERMANA. Kapitan Herman to angielski oficer, który  podczas jednej ze swoich podróży zgubił się w dżungli. Gdyby nie pomoc lokalnych mieszkańców, pewnie nigdy nie odnalazłby drogi do domu. Ta przygoda sprawiła, że Kapitan, postanowił zjeździć świat dookoła i poznawać nowe miejsca i kultury. W jego wyprawach towarzyszy mu zawsze wierny sierżant Pimple i biały kundelek Sparky. Jest też Pani Margaret, gosposia Kapitana, która robi najlepsze naleśniki z konfiturą na całym świecie, a także przygotowuje naszego podróżnika do kolejnych wypraw.


Notatki z tych podróży to kopalnia wiedzy na temat spotkanych tam ludzi ich obyczajów i miejsc, w których mieszkają. To szansa rozmowy o różnych językach i opowieści o przedziwnych potrawach, które można zjeść w różnych zakątkach ziemi. To także sposobność skonfrontowania dzieci z bardziej złożonymi kwestiami, takimi jak szacunek dla obcej kultury, bycie gościem albo najeźdźcą, moralnych obowiązkach podróżnika.

Baśnie na warsztacie, klub podróżnika, Latający klub podróżnika, Muzeum Etnograficzne, Mateusz Świstak, Zajęcia edukacyjne, dzieci i podróże, Kapitan Herman,

Pierwsze dwa warsztaty (16 i 23 września) poświęcimy na bliższe spotkanie z przyrodą oraz mieszkańcami Rwandy. Latający podróżnicy wybiorą się z Kapitanem Hermanem na zbocza wulkanów Rezerwatu Wirunga i spotkanie z żyjącymi tam gorylami górskimi. Kapitan będzie musiał poradzić sobie z gęstą dżunglą. Czym jest dżungla i jak sobie z radzić? Jakie niebezpieczeństwa mogą tam czyhać na wędrowców. Kim są Pigmeje, kim są Bantu oraz inni mieszkańcy tego regionu? Dlaczego w Rwandzie mówi się po francusku i kim była Dian Fossey? Na te wszystkie pytania odpowiemy podczas pierwszego zebrania klubu.


4.9.14

Szklane paciorki i porzucone prześcieradło

 Słuchanie baśni, interpretowanie baśni, List do Tymoteusza, Ewangelia Marak, Sinobrody, Biegnąca z Wilkami, Baśnie na Warsztacie, Mateusz Świstak, Pinkola Estes

Na warsztacie: Słuchanie baśni, interpretowanie baśni, List do Tymoteusza, Ewangelia Marka, Sinobrody, Biegnąca z Wilkami

Dzisiejszy artykuł przyszedł do mnie podczas popołudniowej lektury Pisma Świętego. Czytałem akurat list do Tymoteusza, gdzie Paweł przestrzega swojego ucznia o tym, by bardzo rozrtropnie podchodził do słuchanych i głoszonych słów. Być może mój wzrok już tak jest ustawiony, że zatrzymuje się wszędzie tam, gdzie pojawia się słowo „baśń”, ale wraz z tym zatrzymaniem pod czaszką pojawił się myśl, że to o czym pisze Paweł jest świetną receptą na czytanie baśni w ogóle.

Paweł pisze tak:
Albowiem przyjdzie czas, że zdrowej nauki nie ścierpią, ale według swoich upodobań nazbierają sobie nauczycieli, żądni tego, co ucho łechce, I odwrócą ucho od prawdy, a zwrócą się ku baśniom;
II Tymoteusza 3, 3-4

Myślę, że ten czas już nadszedł. I bynajmniej nie tylko ze względu na chrześcijaństwo, ale na każdą zdrową naukę. Zmiana jest łatwa i w ciągach naszych mrzonek możemy posuwać się w nieskończoność. Literatura popularna karmi swoich odbiorców banałami lekkostrawnymi, w prosty i przyjemny sposób wypierającymi egzystencjalne wątpliwości. Bardzo łatwo jest przemknąć przez życie w sposób niewymagający. Uchwycić się wygodnej koncepcji i podporządkowywać jej swoje patrzenie na wszystko. To zwalnia z myślenia. Ale to nie wszystko. Bo kiedy wybrana przez nas koncepcja zacznie uwierać, można śmiało wymienić ją na inną - łatwiejszą, bardziej nam odpowiadającą, która "ucho łechce". Jeśli ten czas już nadszedł, to jego wyznacznikiem jest to, że choć rzetelność pozostaje rzetelnością, przestaje być w cenie.

Paweł używa słowa "baśń" w znaczeniu negatywnym. Dla niego baśń jest nieprawdą, mrzonką, pójściem na łatwiznę. Jednak zdecydowanie rozumiał, że poza baśnią, o której mówi tutaj, jest jeszcze ta wielka Baśń, której poświęcił całe swoje życie i która była synonimem słowa Prawda. Musiał zatem wiedzieć też, jak odróżnić jedną od drugiej.  Przyznam, że bardzo długo nie lubiłem Pawła, zawsze wydawał mi się lekkim bufonem, któremu wydaje się, że wie za dużo i ma prawo prawić moralitety: „Nie róbcie złych rzeczy, tylko dobre, traktujcie sąsiada, jak kogoś, kto mieszka blisko was. Nie wkładaj skarpety do tostera. Nie kładź dżemu na magnes. Nigdy nie pakuj babci do torby, nie wysysaj soków z wampirów, żadnego mięska w piątek”. (tak parodiował list do Koryntian Eddie Izzard). 

Dziś z perspektywy osoby, która po pierwsze trochę siedzi już w listach, po drugie trochę siedzi w baśniach, uważam, że przestroga, którą Paweł zostawia Tymoteuszowi ma w sobie coś nad wyraz trafnego.  Dlaczego?

Kolorowe szklane paciorki


Baśnie są zawsze tym, czym są. Kilkanaście połączonych ze sobą zdań, opisujących pewną historię fabularną. To nigdy nie przestaje być prawdziwe. To jest wymiar, któremu nie można zaprzeczyć. Nie da się powiedzieć, że zdanie „Czerwony kapturek wyszedł do lasu” jest nieprawdziwe. Ono tylko opisuje pewną akcję. Jest jak szklana, bezbarwna kulka. Każde kolejne zdanie będzie jak kolejna szklana kulka, a cała baśń jak naszyjnik. Dopiero nasza interpretacja napełnia bezbarwne paciorki kolorami.

Bezbarwność szklanych kulek sprawia, że w interpretacji mogą one przybrać każdy kolor. Problem zaczyna się, kiedy osoba słuchająca baśni zaczyna przyznawać sobie prawo, nie do napełniania kulek kolorami, ale zaprzeczaniu, że są zrobione ze szkła. Wtedy baśń, która na początku była historią prawdziwą, staje się nagle baśnią-mrzonką. My, jako słuchacze baśni możemy to oczywiście robić, bo słowa bardzo łatwo się przeinaczają. Bądźmy jednak świadomi, że to, co można zmienić w interpretacji, to tylko kolory. Przynajmniej jeśli mówimy o baśniach.

Uczniowie jednej filozofii


Zdarza się jednak tak, że ktoś ma tylko jeden klucz interpretacyji rzeczywistości. Klasycznym przykładem będzie tutaj cały nurt interpretowania baśni, który wykwitł po „Biegnącej z wilkami” 
Clarissy Pinkoli Estés. W książce opisane są mity i baśnie przez pryzmat poszukiwań archetypu Dzikiej Kobiety. Autorka przemawia bardzo mocnym głosem, który potrafi zahipnotyzować. 

 Słuchanie baśni, interpretowanie baśni, List do Tymoteusza, Ewangelia Marak, Sinobrody, Biegnąca z Wilkami, Baśnie na Warsztacie, Mateusz Świstak, Pinkola Estes, Dzika kobieta

Ta książka sprawiła, że wiele baśni odczytywanych jest właśnie w kluczu „dzikiej kobiety”, a odczytania te podszyte są feminizmem tak naiwnym i tak pewnym siebie, że trudno doszukiwać się w nim głosu rozsądku. I trudno z nim rozmawiać. Zwłaszcza, kiedy same koraliki baśni nie uprawniają do wtłoczenia w nie emancypacyjnego klucza. Niestety Estes jest przekonująca… bardzo. I, co bardzo ważne, nie chodzi mi o nią, ale o te, które ruszyły jej śladem, wzięły jeden pomysł na baśnie i teraz wtykają go wszędzie, gdzie się tylko da. Powstało z tego kilka głupich książek, jeden bardzo niestrawny fanpejdź na fejsbuku i wiele, wiele ciężkich rozmów, w których trudno było o wymianę poglądów.

Nie zrozumcie mnie źle, nie twierdzę, że nie można mieć swojego ulubionego klucza interpretacyjnego. Znów najlepszym przykładem jest Paweł. Był chrześcijaninem nad wyraz radykalnym, ale nie było to jedyne „narzędzie”, którym potrafił się posługiwać. W Atenach doskonale orientował się w tamtejszej kulturze, poglądach religijnych i filozofii, a jego podwaliny intelektualne to przecież bardzo głęboko przestudiowany Judaizm. Więc kiedy rozmawiał z Żydami, wiedział, nie tylko to, co ma powiedzieć, ale też to (i to chyba najtrudniejsza sztuka w odczytywaniu baśni), o czym mówią jego rozmówcy. Nie był głuchy, lecz pewny swojej prawdy.

Bycie głuchym ma dwie strony medalu. Bo do czytania baśni można przystąpić na trzy sposoby.  Po pierwsze podważając ją na początku, po drugie od początku wierząc jej naiwnie, po trzecie – poszukując.

Zatrute owoce


Wyobraźcie sobie badacza roślin, który znajduje nowy gatunek owoców. Owoce wyglądają na soczyste i smaczne, więc pierwszą rzeczą, jaka przychodzi naszemu badaczowi do głowy jest zjedzenie znaleziska. Zjada. Potem umiera, bo owoce były zatrute. 

 Słuchanie baśni, interpretowanie baśni, List do Tymoteusza, Ewangelia Marak, Sinobrody, Biegnąca z Wilkami, Baśnie na Warsztacie, Mateusz Świstak, Pinkola Estes, Dzika kobieta

Bycie badaczem to mieszanka ciekawości i potrzeby odkrywania z nieufnością. To pierwsze rodzi w nas chęć, by przeć do przodu, to drugie sprawia, że to, co uda nam się odkryć będzie konkretne. a my żywi. 

Jest różnica między baśnią a życiem. Baśnie opowiadają o życiu, ale koniec końców, wciąż pozostają jedynie opowieściami. Są jak znalezione przez naszego badacza zatrute owoce, z którymi nie wiadomo, co zrobić. Bo chociaż nie nadają się do jedzenia, może substancje w nich zawarte będą pomocne przy zwalczaniu cukrzycy albo raka.

Jeszcze jeden fragment w temacie, tym razem z Ewangelii Marka:
A pewien młodzieniec, mając narzucone prześcieradło na gołe ciało, szedł za nim. I pochwycili go. Ale on pozostawił prześcieradło i uciekł nagi.
Marek 14, 51-52
To scena z pojmania Jezusa w ogrodzie Getsemani. Młodzieniec jest klasycznym przykładem kogoś, kto przyjmuje wszystko bez najmniejszego szemrania. Łyka każde słowo bez jakiejkolwiek wątpliwości. Skutkiem tego, jest całkowicie nieprzygotowany nie tylko do przyjmowania prawdy głoszonej przez swojego nauczyciela, ale przede wszystkim do życia.

Bo z każdą nauką (jak mówił Paweł), jest tak, że prawda w niej pozostanie prawdą. Problemy zaczynają się tam, gdzie ktoś nie wie, jak prawd owych słuchać. Bo można znać miliony opowieści i we wszystkie wierzyć, można całe życie przesiedzieć w aśramie i słuchać strzelistych słów swojego guru, które mają przygotować do życia, ostatecznie będąc jedynie młodzieńcem odzianym w prześcieradło. Gdy przyjdzie prawdziwe życie, taki ktoś zostanie nagi.

I znów – nie chodzi tutaj o prawdy głoszone przez Jezusa. Chodzi o uszy, które tych prawd słuchają.

Kto ma uszy do słuchania… 


… niech słucha. (Łk 14,8)

Albo inaczej – jak słuchać, by słyszeć.  Jak czytać, by nie obić szklanych koralików baśni. Myślę, że tak:

Nie podważaj opowieści, ale… nie wierz im. Bo jeśli zaczniesz podważać prawdziwość historii, nigdy nie trafisz na prawdę. A nawet Prawdę. I w drugą stronę tak samo, jeśli za bardzo im uwierzysz, nie będziesz tak samo oddalony od prawdy, jak w pierwszym przypadku, a do tego, będziesz całkowicie… bezbronny. Jak młodzieniec odziany w prześcieradło

Nie wierz – rozważaj. Nie wierz przede wszystkim swoim odpowiedziom, bo one już są w twojej głowie. Stają przed tobą zasłaniając opowieść. Pytaj i szukaj drugiej, trzeciej, milionowej odpowiedzi. Jeśli zmieniają się kolory szklanych paciorków, świetnie – ubogacasz się w nowe perspektywy odczytań. Jeśli zmieniają się ich kształty, znaczy, że twoje rozumowanie prowadzi Cię w niebezpieczną stronę.

Czytaj wiele razy. John Cleese powiedział w wykładzie na temat kreatywności, że jednym z najważniejszych czynników rozbudzających naszą pomysłowość jest czas. Jeśli staje przed nami jakiś problem, powinniśmy mu poświęcić więcej czasu, niż zajmie nam jego rozwiązanie. I tego się trzymać. Przykładowo – mamy do wymyślenia logo "Baśni na warsztacie". Wyznaczyliśmy sobie godzinę na stworzenie wstępnych projektów. Po pół godzinie projekty są już mniej więcej gotowe. Mamy jeszcze pół godziny, które możemy wykorzystać na zrobienie kawy… albo na ponowną lekturę. Te pół godziny, to czas, w którym możemy coś zrobić lepiej. Możemy coś zrobić inaczej. Zatrzymać się i zobaczyć ścieżki, ktorymi jeszcze nie wędrowaliśmy. Możemy więcej.

Dla mnie najlepszym przykładem jest Sinobrody. Każda kolejna lektura, to inna cegiełka interpretacyjna. Czasem uzupełniająca coś, co już wymyśliłem, a czasem zupełnie nowa. Czas pozwala przgryzać się przez wątpliwości. Utwierdzać w spostrzeżeniach, albo wyrzucać te spostrzeżenia do kosza. Czas klaruje myśli. Jeśli damy sobie czas na wielokrotną lekturę i na jej rozważania, poznamy swoje stanowisko zarówno względem historii, jak i Prawdy przez nią niesionej (jeśli uda nam się znaleźć Prawdy odpryski). Paweł przestanie być bufonem, a gdzieś między znanymi powszechnie rozdziałami w Getsemani pojawi się nagle młodzieniec odziany w samo prześcieradło.

Pytaj, nie odpowiadaj. Ci, którzy nie wierzą w baśnie i w ich prawdę, zazwyczaj nie wierzą w nie już przed przystąpieniem do lektury. Mają swoje odpowiedzi. Młodzieńcy w prześcieradłach, przed wejściem w opowieść również wiedzą wszystko z góry – są całkowicie na tak. Ich uszy nie są do słuchania. Żeby przegryźć się przez baśniową tkankę potrzebna jest pewna doza, za przeproszeniem, upierdliwości. Przeczytaj tekst raz, a potem linijka po linijce pytaj. Pytaj: „co?”; pytaj: „po co?”; pytaj: „po co?”; pytaj: „gdzie?”; pytaj: „kto?”; pytaj: „kiedy?”; a przede wszytkim pytaj: „dlaczego?”.  A potem…

Zamknij się! pozwól baśni mówić. Ona odpowie. Bądź cierpliwy. I miej uszy do słuchania.


Zobaczysz – w twoich szklanych koralikach zamigoczą wszystkie kolory tęczy. Albo staną się białe. 

*** 

Dzisiejsze ilustracje sponsorują: Chris Tsirgiotis, Gaya Orion, Internet