28.2.15

Łazarz itp.
(Pod prąd rytuałom cz. 3)

Baśnie na warsztacie, wskrzeszenia w Biblii, wskrzeszenie Łazarza, Biblia lego, Elizeusz, Eliasz, Przeciw rytuałom, rytuały i nawyki

Na warsztacie: Wskrzeszenie Łazarza, Eliasz, Elizeusz, Piotr

Dziś ostatnia część cyklu pod prąd rytuałom. Poprzednie dwie tutaj:

Część druga - Drewniana klatka


Tę ostatnią część chciałbym poświęcić sferze, która z rytuałem najbardziej jest kojarzona, sferze myślenia religijnego i to czytaną przez pryzmat rytuału naszego, swojskiego, polskiego . Chciałbym to uczynić, biorąc na warsztat drobny wycinek biblijnego materiału, a mianowicie wskrzeszenia umarłych. 

Biblijnych scen wskrzeszania umarłych naliczyłem pięć. Eliasz wskrzesza syna wdowy, u której mieszka, jego uczeń i następca Elizeusz dokonuje podobnego cudu na synu swojej gospodyni. Następnie Jezus przywraca do żywych Łazarza i córkę Jaira. W Dziejach Apostolskich cudu wskrzeszenia dokonuje zaś Piotr na kobiecie o wdzięcznym imieniu Gazela.

Te pięć razy traktować można jako wyjątki potwierdzające regułę, że "kto umarł, ten nie żyje". Jednak w tych pięciu razach jest coś, co zdecydowanie odbiega od religijnego sposobu myślenia sytuując je po drugiej stronie rytuału.

Punkt wyjścia


W naszym myśleniu o wierze jest coś, co przerzuca nas od słów takich jak "wiara", "Bóg", "religia", do słów takich jak "nuda". Jest coś, co odsyła nas do myślenia o religii w kategoriach idiotycznego przymusu, który wiąże ręce (trzeba iść do kościoła... nooo... trzeba). Szczególnie przy dysonansie, jaki od pewnego czasu można obserwować w mediach, który z boku wygląda mniej więcej tak: głupie media, mówią o głupich księżach, głupi księża mówią o głupich mediach, i to wszystko w merytorycznie głupich kategoriach, a do tego kościół dostaje sześć milionów, i jeszcze raz sześć milionów na szpetny budynek, co oburza mniej więcej 90% społeczeństwa, bo kultura cierpi, budynek jest szpetny, a księża i tak żyją jak pączki w maśle. Summa summarum są to niewiele znaczące przepychanki, zapełniające gazetowe szpalty i antenowy czas (do tego wszystkiego jest jeszcze obrońca dobrego imienia Kościoła - Ojciec Mateusz). Kiedy zaś pojawiają się wzmianki o samej wierze, mają one w sobie coś z lizania cukierka przez papierek liturgii*. Tradycja, tradycja, tradycja. Gdzieś pomiędzy tym wszystkim znika sedno relacji człowieka z Bogiem. 

Tymczasem wskrzeszenia biblijne pokazuję nam, że tam, gdzie potrzebna jest nadprzyrodzona interwencja, wszystko o czym mówi się, kiedy mówi się o liturgii i kościele można schować do kieszeni. Rytuał sprawdza się, jak grudniowe obsiewanie pola. Powodów jest kilka:

Po pierwsze motywacje


Motywacje są wspólne dla wszystkich wskrzeszających, choć u każdego objawiają się troszkę inaczej. Łazarz był bliskim przyjacielem Jezusa. To wiadomo. Wiadomo, że mieszkał w Betanii, miał dwie siostry Marię i Martę, które są zresztą bohaterkami całkiem innego epizodu**. Wiadomo też, że umarł. Jezus wiedział o tym, że jego przyjaciel niedługo pożegna się z tym padołem, a mimo nie pospieszył, by go uleczyć. Odczekał, żeby pokazać innym, gdzie jego miejsce i ich, kiedy pójdą za nim. Chciał pokazać chwałę królestwa. I siostry trochę o tym wiedziały, trochę zaś miały mu to za złe. To zresztą jedna z moich ulubionych scen "wiary" - tu leży martwy brat, a On mówi do nich "uwierz, że się uda" i one wierzą - najpierw jedna, potem druga, choć wszystko na pierwszy rzut oka wygląda jak porządny absurd. One wierzą i prowadzą Jezusa do grobu, gdzie od czterech dni Łazarz leży i się rozkłada. I tutaj kolejne miejsce, w którym ta opowieść pięknie meandruje. Tam, przy grobie Łazarza, Jezusowi robi się cholernie żal tego, co się wydarzyło. Robi mu się żal żałobników i żal Łazarza. I płacze, tak jak płacze się nad zwłokami przyjaciela. W tym żalu właśnie wydarza się cud. Jezus mówi: odsuńcie kamień, a potem krzyczy do Łazarza - "Chodź!" I Łazarz wstaje. Lecz to nie koniec. Drugą część roboty, muszą zrobić ci, którzy byli dookoła - zedrzeć z Łazarza krępujące go grobowe wdzianko i uznać za ponownie żywego. (Jan 11, 1-44)

Baśnie na warsztacie, wskrzeszenia w Biblii, wskrzeszenie Łazarza, Biblia lego, Elizeusz, Eliasz, Przeciw rytuałom, rytuały i nawyki

Córkę Jaira Jezus uzdrowił, bo Jair go o to prosił. Po prostu chwycił ją za rękę, a potem powiedział. "Dziewczynko wstań!"... i wstała. Ojcu zaś powiedział podobnie, jak później Marii i Marcie, "Nie bój się, tylko wierz". I po krzyku. (Marek 5 35-43). Wszystko zaczęło się od tego, że zrobiło mu się Jaira żal. 

Elizeusza też zdjęła litość, podobnież z Piotrem. No i był też Eliasz. Eliasz, który w chwilę przed wskrzeszeniem całkowicie zapomina o tym, że jak Bóg coś zrobił, to jest zrobione, a jak ktoś umarł to nie żyje. Nie, po prostu się wkurzył i zaczął wyrzucać Bogu, że śmierć chłopca jest niesprawiedliwa. Potem rozciągnął się trzy razy nad ciałem chłopca i poprosił Boga o zwrot duszy. Kto wie, może właśnie przez to, że stanął przed Bogiem tak po prostu i zrobił to, co miał zrobić, że nie próbował jakichś sprawdzonych metod, tylko zdeterminowany postanowił "Naprawić tę niesprawiedliwość". (1 Krl, 17, 17-24).

W całym tym wskrzeszaniu nie było nic z rytuału. Wszyscy czterej po prostu trafili na ludzi, których zrobiło im się serdecznie żal. Na tyle żal, żeby wstawić się za nimi do Boga. Na tyle żal, żeby czasem, tak jak Eliasz, zacząć krzyczeć do Boga, że świat nie jest sprawiedliwy... i że trzeba coś z tym zrobić. Coś co ich łączyło, to jeszcze to, że wszyscy mieli wystarczająco dużo wiary, żeby nie tylko współczuć i biadolić, ale żeby zacząć działać. To połączenie chęci z działaniem, to coś, co i owszem, często można spotkać w rytuałach, ale często jest też przez nie krępowane. Od naszych bohaterów nie były wymagane żadne przygotowania. Po prostu było coś do zrobienia, więc zakasali rękawy i zaczęli z bożą pomocą działać. Tak jak im się wydawało za stosowne. Gdzie w tym wszystkim był rytuał?

A był?

Wskrzeszenie jest cudem


Teraz będzie banał, ale istotny. Wskrzeszenie jest cudem. A cud nie mieści się w przestrzeni rytualnej. Dlaczego nie? Bo rytuały, chociaż macają się z nadnaturalnym, mają z punktu A przeprowadzić do punktu B (plucie przez ramię, ma odgonić pecha, poświęcenie palny i zatknięcie jej za święty obrazek ma chronić dom przed nieszczęściami, spowiedź ma wymazać nasze grzechy). Coś jest za coś. Nigdy dalej. Tymczasem to, co dzieje się w historiach wskrzeszeń wbija się w sam środek rytuały i go rozsadza. Łazarz nie żył przez cztery dni. Został pochowany (zgodnie z rytuałem) i śmierdział (zgodnie ze naturalnym rozkładem). Pochówek miał mu zapewnić wieczne odpoczywanie, a tutaj nagle ktoś krzyczy "Łazarzu! Wychodźże!". I cały wieczny odpoczynek zostaje odroczony na czas jakiś. Piotr wchodzi do domu Tabity w sam środek żałoby. Płaczki pokazują mu pamiątki po zmarłej. Potem ciało. A Piotr na to: "Dobra - wynocha stąd. Zostawcie mnie z nią sam na sam!"... i po żałobie, po rytuale. Piotr się modli - Bóg działa. (Dz 9, 36-43)

Baśnie na warsztacie, wskrzeszenia w Biblii, wskrzeszenie Łazarza, Biblia lego, Elizeusz, Eliasz, Przeciw rytuałom, rytuały i nawyki

Jak Piotr się modlił? Nie wiadomo. Wiadomo tylko, że jego modlitwa odniosła realny skutek. Nie taki, jak był z góry zaplanowany, tylko taki, jakiego akurat Tabita i żałobnicy potrzebowali. Cuda zdarzają się nie w nadnaturalnym. Są czymś zupełnie innym. Cuda to nie magia. Cuda to relacja z Bogiem. Powiedzenie Mu, "Boże, coś jest nie tak, i ja chcę coś z tym zrobić. I robię... jesteś ze mną czy nie?". Rytuał ma swoje brzegi. Jest po coś i tylko po to. Kiedy jednak trzeba wyjść z rzeki rytuału i zwrócić się w stronę całkowicie nadprzyrodzonego, cóż... wielbiciele rytuału mogą się zdrowo rozeźlić. Czasem nawet przestać nas za to lubić. Czasem nawet próbują powstrzymać cud, albo go zanegować. Pytanie tylko, czy kiedy będzie trzeba działać poza rytuałami, będziemy w stanie na tyle zaufać Bogu i temu, co mamy do zrobienia, żeby działać też wbrew tym, którzy próbują nas wepchnąć z powrotem w koryto oczywistego rytuału***? 

Metodologia


Sposób, w jaki zmarli przywracani są do życia, to chyba najciekawsza część całej tej opowieści. Bo to punkt, w którym cała zabawa odbija od rytuału tak daleko, jak to tylko możliwe. Otóż: Ani jedno ze wskrzeszeń nie wygląda tak samo. Każdy z naszych bohaterów jest w swojej robocie oryginałem. Eliasz trzy razy wyciąga się nad ciałem chłopca, Jezus chwyta dziewczynkę za rękę i mówi "talita kum" i ona kum. Piotr podobnie do Jezusa po prostu mówi do Gazeli wstawaj, ale najpierw się modli (tutaj podobieństwo jest zresztą uzasadnione, bo Piotr działa przecież w autorytecie Jezusa). Natomiast najpiękniejszą robotę robi Elizeusz. Najpierw wysyła swojego sługę Gehaziego, by ten położył na zwłokach chłopca drewniany kostur. To nie skutkuje, więc Elizeusz sam idzie do chłopca. Modli się, potem kładzie na ciele dziecka i swoim ciałem ogrzewał umarłego. Chłopiec zostawał martwy, więc Elizeusz schodził z niego modlił się i wracał, żeby znów go ogrzać. Nie wiadomo czy zrobił to dwa razy, czy może robił to do skutku - aż do momentu, gdy chłopiec ziewnął siedmiokroć i otworzył oczy. (2 Krl 4, 18-37)

Działanie Elizeusza ma trzy aspekt - po pierwsze jest zdeterminowane. Nie przestawał, dopóki nie skończył. Po drugie - jest pokorne. Jeśli coś nie działało, po to przede wszystkim Elizeusz zwracał się do tego, który mógł cudu dokonać - modlił się. Po trzecie - w tej scenie jest niemal erotyczna intymność. Nic tam nie jest formalne. Elizeusz jest tam bez jakiegokolwiek zapośredniczenia. Czoło do czoła, oczy do oczy, dłonie w dłonie.

Baśnie na warsztacie, wskrzeszenia w Biblii, wskrzeszenie Łazarza, Biblia lego, Elizeusz, Eliasz, Przeciw rytuałom, rytuały i nawyki

To w tej bliskości może dokonać się cud. Nie w biegu i klepaniu formułek. Bliskości ze światem, z którym łączy nas więź współczucia, ale jeszcze bardziej bliskość z Tym, który jako jedyny jest cudu dokonać.

A co z rytuałem? 

Pisząc ten tekst przyszedł mi do głowy pewien obraz. Wyobraźcie sobie znakomitego kucharza. Kucharz ten ma głowę pełną przepisów najkunsztowniejszych. Przepisów potraw, których same nazwy sprawiają, że ślinka cieknie. Wie, że czosnek kroi się inaczej i marchewkę inaczej. Potrafi doskonale dobrać nóż do każdego typu mięsa, a każde cięcie w jego wykonaniu jest perfekcyjne. Proporcje zawsze dobiera idealnie, kiedy stawia garnki na ogniu, stawia je na tyle na ile trzeba, nie myli się nawet o sekundę. Potrafi doskonale wymierzyć każdą szczyptę przypraw. Problem w tym, że w jego kuchni, kiedy tak uwija się w swojej perfekcji, nie ma ani jednego produktu spożywczego. W garnkach bulgocze tylko woda, a jego ruchy, choć idealne, są ruchami przez powietrze.

Sala restauracji jest przepełniona. Czekają tam klienci, do których dotarła sława kucharza, wszyscy głodni i pełni nadziei. Tymczasem za progiem restauracji stoi facet i rozdaje jabłka. Tak Elizeusz, Eliasz, Piotr albo Jezus.

Kto wstanie po jabłka?

***

Przypisuy i myśli przy okazji:

*i ciągnąc tę myśl - potem ktoś wypowiada się o tym jak smakuje Bóg, znając tylko smak papierka w który Bóg jest "owinięty".

**a tak przy okazji, może to wcale nie są niepowiązane ze sobą epizody. Może to, co dzieje się po przyjściu do domu sióstr po śmierci Łazarza jest organicznie powiązane z poprzednią sceną, kiedy to Maria rozbija flakon z wonnościami nad Jezusem i udziela mu "ostatniego namaszczenia". Te dwie sceny łączą się choćby zapachem. Zapachem Jezusa, strachem przed smrodem rozkładającego się łazarzowego ciała... a dalej?

*** a może z tymi cudami jest tak, że nie dokonuje się ich w konfrontacji z rzeczywistością, ale raczej w konfrontacji z całą krytyką jaką serwuje nam świat, z rutyną i niedowiarstwem tych, którzy cud nasz podważają.

Ilustracje do dzisiejszego wpisu sponsorują: Lego, Frederic Lighton, Wiliam Blake


13.2.15

Trzecia Świnka
z cyklu "morały" baśni

Trzy małe świnki, morały baśni, morał baśni trzy małe świnki, streszczenie baśni, baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak, Limbo, three little pigs

Na warsztacie: Trzy małe świnki, morały baśni

Pisałem już o pomijanym zakończeniu i "morale" Czerwonego Kapturka - Drugi Wilk
Pisałem już o pomijanym zakończeniu i "morale" Jasia i Małgosi - Po Drugiej Stronie Pieca

Dziś kolej na Trzy świnki:

Ze świnkami niby sprawa oczywista - trzy świnki, z czego dwie leniwe, trzy domki, z czego dwa felerne, jeden wilk lubiący się chwalić pojemnością płuc i jedna bardzo mądra świnka, która ratuje siostry. A tutaj psikus. Kto zaglądał do zakładki Streszczenia Baśni, ten pewnie trafił na tekst o tym, co stało się po śmierci dwóch pierwszych świnek

A było to tak: 

Stoimy przed domkiem trzeciej świnki. Choć wilk srodze dmucha w ceglane mury, te nawet nie drgną. Konstrukcja jest solidna. W środku siedzi ostatnia ze świnek. Pozostałe dwie przeciskają się właśnie przez przewód pokarmowy wilka, by raz jeszcze zobaczyć światło dzienne - w nieco zmienionej już formie i konsystencji. Być może przez procesy trawienne wilk nie ma w płucach wystarczającej pary, by zmieść ceglany domek z powierzchni ziemi. Dmucha i chucha, i chucha, i dmucha i nic. Domek stoi jak stał, a świnka żyje, jak żyła. Tylko doniczki z parapetów pospadały. 

Wilk nie jest jednak w ciemię bity, żeby płuca sobie wypluć. To nie działa - trzeba spróbować czegoś innego. Mówi więc do świnki tak:
- Hej malutka, mam dla Ciebie propozycję. Znam miejsce, za górką, gdzie rosną świetne marchewki. Możemy tam jutro pójść, nazbieramy co nieco razem, pośpiewamy sobie dumki.
- Okej - odpowiedziała świnka. 
- No to super. Będę jutro o 12. Ciao Bambino. 
Po czym zarzucając z lekka ogonem odmaszerował w stronę swojego ciemnego lasu. 

Świnka do tych głupich należeć nie należała, bo po pierwsze żyła, po drugie - całkiem nieźle jej to wychodziło. Podstęp wilka wyczuła po sposobie, w jaki bestia się pociła, postanowiła więc sama wilka przechytrzyć. Nim słońce wstało ona wybrała się za górkę, gdzie odnalazła pole ślicznych marchewek, nazbierała ile się dało i zanim wybiła dwunasta, była już w domu. 

Wilka to rozeźliło, ale nie tracił rezonu, spróbował raz jeszcze z jabłkami i raz jeszcze świnka wpuściła go w maliny. Za trzecim razem wilk olał już zabawę w sklep warzywny. Postanowił skusić świnkę wyprawą na targowisko. Wielkim światem, pięknymi chustami, kiecami jak z żurnala mody powiatowej. Koloryzował, jak się dało, aż powietrze zaczęło nieprzyjemnie pachnieć od tej słodkości... jak przypalone ciasto. 

- Okej - powiedziała świnka - umawiamy się na 10. 

Wilk wiedział, że świnka go oszuka i świnka wiedziała, że wilk wie. Zaczął się więc wyścig z czasem. Kto będzie pierwszy? Drapieżnik czy jego ofiara? Okazało się, że drapieżnik. Spotkali się na górce, tuż przed domem świnki. "Wreszcie" - pomyślała bestia "zmów paciorek dziecino!". Świnka miała jednak w głowie inny plan. Wskoczyła do świeżo zakupionej bańki na mleko i tocząc się z góry staranowała wilka, a potem wylądowała prosto pod drzwiami swojego domku. Szybkim skokiem znalazła się w środku i zaryglowała drzwi.

Trzy małe świnki, morały baśni, morał baśni trzy małe świnki, streszczenie baśni, baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak, Limbo, three little pigs


Tej zniewagi wilk już nie wytrzymał. Cała jego zmyślność, cały spryt przestały się liczyć. Liczyło się tylko to, żeby dorwać tego małego prosiaka i zrobić sobie z niego ucztę... najboleśniej jak się da. Nikt nie może nabijać się z wilka. I to go zgubiło. Zaczął wyć i dobijać się z do domku z każdej strony. Na nic to jednak się zdało, bo murarka solidna, a i głód zaczynał już trochę doskwierać. Wspiął się więc zwierz na komin, którym miał zamiar dostać się do środka. 


I dostał się... do środka domu, a potem do środka brytfanki pełnej wrzątku. Świnka błyskawicznie zatrzasnęła brytfankę pokrywką i wilk ugotował się żywcem. 

Ostatnia z ocalałych sióstr wyszła przed dom, żeby rozkoszować się ostatnimi promieniami słońca. Ostatnie tego dnia. Dla niej przyjdzie kolejny wschód. Była bezpieczna... i do tego miała cały garniec porządnej, wilczej zupy.

***

Kiedy opowiadam tę baśń dzieciakom, zazwyczaj ograniczam się do pierwszej próby. Zazwyczaj też zaczyna się od wielkiego buntu: "Jak to? Dlaczego wilk nie wchodzi na komin? Tego nie było w prawdziwej opowieści, to jakieś..." po chwili już nie ma z tym problemu. Rozmowa wilka ze świnką porywa dzieciaki i za sprawą zwykłego prawa opowieści (czyli chęci dowiedzenia się, co było dalej) siedzą, jak na szpilkach. Słuchają. Przeżywają. Coś się zmienia w postrzeganiu świnek. Przestają patrzeć na tę opowieść już z nudą jej wiecznego powtarzania, a zamiast tego na ich młodziutkich buźkach pojawia się wyraz zrozumienia, mówiący: "A więc to o to chodzi..."

Zastanawaiam się nad tym, skąd bierze się taka reakcja. Pierwszy pomysł jest prosty - po prostu porywam je kawałkiem historii, którego nie znają. A potem pojawia się jeszcze jedno pytanie - dlaczego mnie tak bardzo porywa ta baśń?

I myślę sobie, że porywa bo:

Po budowaniu przychodzi burzenie


Początkowe losy trzech świnek są słodziutkie, jak ich ryjki. Idą, bawią się, tańczą. Budują. I każda na swoją modłę. I kiedy budują, zawsze zaczynają od rzeczy zupełnie niedoskonałych. Ot - snopek siana, ot kilka niezgrabnie zbitych ze sobą desek. Albo porządna ceglana konstrukcja. Niezależnie od umiejętności - każdą ze świnek kieruje ta sama potrzeba. I każda próbuje ją zrealizować najlepiej, jak potrafi. Nawet jeśli nie potrafi - potrzeba domu i schronienia jest o wiele silniejsza. Jest czymś tak potężnym, że zatrzymuje ich to w ich życiowej wędrówce.

I to jest zupełnie naturalne. Dzieci bawią się w dom, młodzież bawi się w związki (co jest częstokroć tylko wariacją zabawy w "dom") i tylko czasem udaje się stworzyć coś naprawdę dojrzałego za pierwszym razem. Zazwyczaj najpierw trzeba coś spartaczyć.

Nasze życia są jak dziecięce pokoje. Na początku, kiedy jesteśmy dziećmi, przepełniają je zabawki - mądrzejsze lub głupsze, ale niezbyt przydatne. Im jesteśmy starsi, tym w pokoju zjawia się więcej przedmiotów "na poważnie". Zamiast plastikowego zestawu narzędzi, pojawi się prawdziwy śrubokręt, zamiast książek z bajkami, jakiś poradnik, na komputerze zamiast tylko gier, pojawią się programy edukacyjne, albo fotoszop.

Trzy małe świnki, morały baśni, morał baśni trzy małe świnki, streszczenie baśni, baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak, Limbo, three little pigs

Może się jednak zdarzyć tak, że przy wielkiej ilości zabawek, jakie nagromadziliśmy w tym pokoju, nie będzie w nim miejsca na te "poważne" rzeczy. Będzie nam dobrze wśród tego, co już tam jest, przyzwyczaimy się do kolorów, kształtów i absolutnej niepraktyczności naszych skarbów. Choć przyjdzie czas na zmianę ze słomy na drewno, nie będzie gdzie tej zmiany dokonać. Wtedy potrzebny będzie wilk. I to tyczy się także naszych głów, naszych przekonań, doświadczeń i podejścia do tych doświadczeń. Na pewnych etapach po prostu potrzebujemy wilka.

Baśń o trzech świnkach pokazuje proces tej wymiany w sposób niezwykle sugestywny. Rozkłada go nie tylko w czasie, ale i w przestrzeni. Jest jak laboratorium, w którym przygotowano trzy stanowiska z trzema różnymi stadiami próbki. Słuchacz zaś jest jak naukowiec, który przechodzi od próbki do próbki i obserwuje, jak zareaguje ona, kiedy dobierze się do niej wilk.

I okazuje się, że tak siano, jak i drewno, są jeszcze niegotowe na swój test. Ich zniszczenie nie jest tylko wyeliminowaniem słabszego. Ma jeszcze jeden walor - kiedy wilk zabija dwie pierwsze świnki i niszczy ich domy, robi miejsce na coś innego. W świecie baśni zostaje tylko dobre. Ostatnia próbka. A przy okazji - ze świata wyeliminowana zostaje także idea stawiania domków ze słomy i z siana.  Wszak nie tylko domki zostają zniszczone. Także świnki tracą życie. Nikt już nie wpadnie na ten sam głupi pomysł. Zburzone już nigdy się nie odbuduje. Nie ma z czego.

Mnogość prób


Test trzeciej świnki nie kończy się jednak na domku. Gdyby tak było, słuchacze mogliby pomyśleć, że wystarczy kilka cegieł, żeby pokonać przeciwności losu. Jednak wilk uczy świnkę nie tylko się kryć. Uczy ją także walki i to walki najważniejszej, bo polegającej na używaniu rozumu. Między drapieżnikiem a ofiarą rozpoczyna się pojedynek na oszustwa. Z każdą kolejną próbą ryzyko otarcia się o śmierć rośnie. I to też jest genialne w tej baśni. Za każdym razem nie tylko świnka ewoluuje, ale też wilk. Od zwykłego oszustwa, do skomplikowanej konstrukcji o modelu "on wie, że ja wiem, że on wie", próba trzeciej świnki staje się coraz bardziej niebezpieczna. I każde kolejne zwycięstwo jest dowodem na to, że świnka zasłużyła, by przetrwać.

I jeszcze coś - wilk nie oszukuje bez pokrycia. Kiedy obiecuje coś śwince, zawsze opiera się na rzeczywistości. Obiecuje marchewki - i te marchewki naprawdę istnieją i naprawdę są tak soczyste i piękne, jak mówił o nich wilk. Podobnie z jabłkami. A Chustki na targowisku są tak przepiękne, że świnka nawet o nich nie śniła i, co najważniejsze, są prawdziwe.

Trzy małe świnki, morały baśni, morał baśni trzy małe świnki, streszczenie baśni, baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak, Limbo, three little pigs

To chyba najczęstszy i zarazem najtrudniejszy typ pokusy, jakiej świat może nas poddać. Bo kiedy ktoś zaczepi nas na ulicy i obiecuje nam 10 milionów złotych, potraktujemy go jako oszusta albo wariata. Natomiast jeśli połączy te 10 milionów z czymś realnym, o wiele łatwiej przyjdzie nam uwierzyć. Wystarczy pokazać kogoś, komu udało się coś podobnego ("wyślij kupon, a wygrasz w lotto, tak jak pan Edek z Biłgoraja", "Zjedz nasz suplement, a będziesz biegać na nartach jak Justyna Kowalczyk"), albo pokazać piękno tego, co ma być przynętą. Tak zrobił wąż w ogrodzie - pokazał Ewie, jak piękne są owoce z zakazanego drzewa. Tak robią obnośni sprzedawcy dajmy na to garnków za tysiące złotych, którzy pokazują, że ziemniaki ugotowane w ich garnkach naprawdę są lepsze od tych, gotowanych w zwykłych garnkach. Oczywiście są zwycięzcy w lotto, jest Justyna Kowalczyk a garnki może naprawdę dają odrobinę lepsze rezultaty gotowania ziemniaków, ale pomiędzy nimi, a nami jest zazwyczaj przepaść, w której czają się drapieżniki*.

Wilk wykorzystuje więc prawdę, żeby świnka wpadła w przepaść, która leży pomiędzy nią a prawdziwą nagrodą. Zadaniem świnki jest zaś wykorzystać swój rozumek po to, by obejść tą przepaść i dostać się do nagrody i to tak, żeby wilk tego nie dostrzegł.

Świnka udowadnia, że potrafi, ale to nie koniec:

Gra o najwyższe stawki


To kolejna rzecz, która zachwyca mnie w tej baśni. Przez całą opowieść gra nigdy nie toczy się o domki, chusteczki, czy marchewki. Ona toczy się o życie świnki. Pomiędzy dmuchaniem wilka i marchewkami dzieją się sprawy ostateczne. Kto wie - może tak samo jest z loteriami, albo supernowoczesnymi garnkami, albo jakimkolwiek innym mydleniem oczu? Nigdy nie chodzi o te dwa, czy trzy złote na kupon, ale o tę przepaść, w którą przez te dwa złote wpadamy. Może nie tak drastycznie, jak świnka mogłaby wpaść, ale baśń jest przecież wynaturzoną perspektywą - wielkim, powiększającym szkłem, które pokazuje pewien model. Niemniej - mechanizm pozostaje ten sam... i stawka ta sama. Życie świnki... jego jakość, subtelność, smak, nieskrępowanie... być może.

Świnka potrafi ocenić prawdziwą wartość przynęty, tak samo, jak potrafi ocenić ryzyko jej zdobycia. I tak zadziałać, żeby zminimalizować ryzyko zsunięcia się w wilczą pułapkę. Każda kolejna próba jest coraz trudniejsza, jednak za każdym razem mamy do czynienia z coraz silniejszą świnką. I coraz słabszym wilkiem.

Bo wilk, który przecież jest przez całą prawie historię górą, w chwili, gdy angażuje się w pojedynek ze świnką, coraz bardziej traci rezon. I traci go to tego stopnia, że w pewnym momencie ignoruje swój intelekt i robi najgłupszy z możliwych błędów. Dlatego musi przegrać. I w tym miejscu dowiadujemy się jeszcze jednej rzeczy - nie tylko życie świnki było stawką w tej grze. Na szali były życia wszystkich jej uczestników.

I świnka mogła okazać się zwycięzcą dopiero, kiedy wilk przegrał całą swoją pulę. Wpadł do kotła i zginął.

A ja, jako słuchacz zostaję z poczuciem zwycięstwa. Zwycięstwa właśnie tam, gdzie pomiędzy marchewkami i domkami czają się sprawy ostateczne. Prawdziwa śmierć i prawdziwe życie.


Pozostałe teksty cyklu:

1. Drugi wilk - o pomijanym fragmencie Czerwonego Kapturka. 
2. Po drugiej stronie pieca - o pomijanym fragmencie Jasia i Małgosi



***

Jedyny, acz istotny przypis:

 *Ciągle was nie przekonałem? Pomyślcie o frankowiczach.



Ilustracje do dzisiejszego wpisu sponsorują: SwS, dwah, Benasso oraz Internet.




8.2.15

Klub Latających Podróżników - Pożegnanie kapitana 


Na warsztacie: Klub Latających Podróżników, Dziennik Kapitana Hermana, Muzeum Etnograficzne w Krakowie


Odlatujemy we wtorek 10.02 o godzinie 17.00

Podczas ostatniego przed feriami spotkania, Latający Podróżnicy będą mieli okazje podsumować wszystkie podróże. Od wizyty na porośniętych dżunglą zboczy wulkanów w Rwandzie, przez pełne świętych krów Indie, przez Jawę, Sumatrę, Cejlon, przez Persję i Ziemię świętą, przez Państwo Środka i Kraj Kwitnącej Wiśni, aż po Tajlandię i bezkresne stepy Mongolii. 

Klub spotykał się pół roku, kapitan Herman, wędrował przez ponad dwa i pół roku. I nagle w jego dzienniku pojawiła się dziwna strona. Nie jest zapisana pismem kapitana, bo też nie on ją zapisał. Z zapisków dowiadujemy się, że podczas zmagań wojennych, kapitan odniósł ranę. Teraz jego przyjaciel i towarzysz podróży, sierżant Pimple spisuje majaki kapitana, które odsyłają go raz za razem w różne części świata. W minione podróże, rozmowy ze spotkanymi ludźmi, w poszukiwania skarbów i opowieści o piratach, w rzeczy, których dowiedział się o świecie. 



Będzie ostatnie spotkanie z dziennikiem, będą quizy i nagrody, będzie sprawdzenie, ile Klubowicze zapamiętali z naszych podróży. 

Będzie pożegnanie z dziennikiem, ale sam kapitan Herman jeszcze powróci. Już dziś zachęcam do zapisów na przyszły semestr, gdzie w podróżach przez obie Ameryki towarzyszyć będziemy Pani Margaret, która o swoich przygodach opowiadać będzie w listach. Już dziś można zapisać się na zajęcia. Zapraszam!



ZAPISY TUTAJ


Zasadniczo powinienem wrzucić tutaj ostatni kawałek dziennika. Ale... 

...pomyślałem, że po wtorkowych zajęciach, chciałbym w jednym wpisie zebrać całą naszą podróż. Żeby ci, którzy dołączyli do Klubu mogli uzupełnić, ci, którzy byli od początku - przypomnieć sobie, a ci, których nigdy nie było choć na chwilę poczuć się jak klubowicze. Więc jeszcze jeden wpis. Już niebawem. A potem Listy Pani Margaret

5.2.15

List, List, List!!!




Takie wiadomości, jak ta, sprawiają, że chce się pracować. Dzięki Kasiu!

Cześć.  
Uczestniczyłam wczoraj w spotkaniu w Karmniku Filozoficznym i chciałam Ci podziękować za otwarcie mojej pamięci, opisując, co się wydarzyło. Bo tym splotem przypadkowych okoliczności, że tam wczoraj trafiłam, spowodowałeś, że rozwikłałam wielką tajemnicę mojego dzieciństwa. Historia sięga moich pierwszych lat życia, kiedy jako mała dziewczynka uwielbiałam wchodzić do pokoju mojej już od wielu lat nieżyjącej Babci, ponieważ miała w nim wiele "skarbów" i książek z bajkami, które mi czytała. Jedna z nich była szczególnie przeze mnie ulubiona, ponieważ zawierała przepiękne ilustracje. Wertowałam tą książeczkę tam i z powrotem i w najdrobniejszych szczegółach przyglądałam się tym kolorowym obrazkom. Do wczoraj (przez prawie 30 lat) pamiętałam jedynie to wrażenie, jakie na mnie wywoływały te obrazki, byłam nimi kompletnie zahipnotyzowana. Niestety zupełnie nie mogłam sobie przypomnieć, co na nich było i jaka to była bajka. No i wczoraj mnie olśniło. Była to bajka Brat i Siostra, bo przypomniałam sobie, że na tych ilustracjach była właśnie dziewczynka z jelonkiem. Spędziłam dzisiaj kilka godzin szperając w szufladach i regałach w domu rodzinnym, bo wiedziałam już, czego mam szukać. I znalazłam. Malutka książeczka, z wyborem baśni, zatytułowana właśnie Brat i Siostra. Być może spotkałeś się z tym wydaniem - jest bardzo stare, dedykacja dla Babci pochodzi z 24.grudnia 1929 roku (kiedy sama była bardzo małą dziewczynką), ale niestety nie ma informacji co do roku wydania książki. Tłumaczenie Mirandoli, Wydawnictwo Polskie. Piszę Ci tą historię, bo chciałam Ci bardzo podziękować za tą niespodziewaną pomoc w powrocie do dzieciństwa. Książkę zabrałam do siebie i teraz już się na pewno nie zagubi.  
Pozdrawiam Kasia

2.2.15

Zakochanych czas

Baśnie na walentynki, Baśnie dla zakochanych, Baśnie na warsztacie, Mateusz Swistak


W związku ze zbliżającym się dniem zakochanych odbędą się trzy baśniowe spotkania.

Spotkanie obejmować będzie baśnie i opowieści ze wszystkich stron świata. Od znanych wszystkim opowieści, przez piosenki, aż do historii o dwóch zakochanych w sobie butach.

Po raz pierwszy, w ramach baśniowych już czwartków widzimy się w Old Timers Garage w Katowicach. Zapraszamy pary i osoby, które kochają słuchać historii.

Szczegóły TUTAJ


Po raz drugi Jedziemy do Gliwic, gdzie podczas Speed Datingu przyjdzie mi dorzucić swoje trzy grosze. Szczegóły niebawem. A Bajać i zakochiwać się będziemy Tutaj.

W same walentynki zaś, schronieniem dla opowieści i wszystkich zakochanych, którzy mieliby ochotę ich posłuchać, będzie klubokawiarnia Aquarium w Bielsku Białej, czyli Tutaj.

Zapraszam Wszystkich!

1.2.15

Klub Latających Podróżników - Życie w siodle

Dziennik Kapitana Hermana, Baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak, Muzeum Etnograficzne, MEK, Warsztaty dla dzieci, Klub latających podróżników, Mongolia, Tajlandia,

Na warsztacie: Klub Podróżników, Muzeum Etnograficzne, zajęcia dla dzieci, Kapitan Herman, Mongolia

Odlatujemy we wtorek, 3 lutego, o godzinie 17.00 


Nim kapitan Herman zakończy swoją podróż, odwiedzimy wraz z nim jeszcze jedno miejsce. Miejsce niezwykłe. Miejsce, gdzie wzrok ledwie sięga horyzontu. Miejsce wielkich stepów i gór, gdzieś w oddali. Miejsce, gdzie bez konia człowiek nie mógłby przetrwać. Wraz z kapitanem i Pimplem poznamy uroki życia w siodle pomiędzy mongolskimi ludźmi stepu. Posłuchamy ich pieśni, dowiemy się czym jest jurta i ważna była w niej kobieta. Posłuchamy także opowieści, które snute były przy mongolskich ogniskach.


Z dziennika kapitana Hermana

1913 rok, 10 grudnia, Bangkok, albo jak kto woli:

Krung Thep Mahanakhon Amon Rattanakosin Mahinthara Ayuthaya Mahadilok Phop Noppharat Ratchathani Burirom Udomratchaniwet Mahasathan Amon Piman Awatan Sathit Sakkathattiya Witsanukam Prasit

W garnizonie chodzą pogłoski, że do Europy zbliża się wielkimi krokami. I to nie byle jaka wojna, ale coś naprawdę dużego. Już teraz dostaliśmy rozkaz powrotu do Europy. Część żołnierzy odpłynęła statkiem, a mnie czeka podróż do Chin i dalej przez Mongolię do Rosji. Tam czekać mam na dalsze rozkazy. Co będzie dalej?Tego nie wie nikt. 

Tutaj, w Bangkoku nikt nie interesuje się wojną. Ludzie przechodzą obok mojego stolika i znikają w tłumie wielkiego targowiska. Można tam kupić wiele niezwykłych rzeczy. Na przykład kwiaty. Tajowie uwielbiają kwiaty, a targ w Bangkoku, to najlepsze miejsce, żeby zatonąć w ich wszystkich kolorach. To miasto pełne jest kwiatów i większość pochodzi zapewne z tego właśnie miejsca. 

Można też kupić tutaj szczura, albo tarantulę... a potem je zjeść. 

Są tutaj pająki w karmelu albo na ostro. Są sałatki z małymi jaszczurkami i są żuki. Są też ryby, które wyglądają jak węże (to chyba jakaś odmiana węgorza), podawane z trawą cytrynową i solą. Zresztą. węże też są... i też można je zjeść. 

To bardzo ciekawe miejsce. Zastanawia mnie, jak zareagowaliby na posiłek z, powiedzmy, szczura w Europie. Tam pewnie byłoby to coś obrzydliwego. Tutaj, na twarzach widać uśmiech.

Zresztą, tutaj bardzo dużo się uśmiechają. I sam nie wiem dlaczego. A skoro nie wiem, trzeba zapytać. 

Pytam więc pracującą w najbliższym straganie kobietę, ale ona nie rozumie po angielsku, więc... uśmiecha się. Pytam stojącego opodal sprzedawcę kaczek (takich do zjedzenia). Ten rozumie i mówi, że Tajowie uśmiechają się, kiedy czegoś nie potrafią, albo kiedy się wstydzą, albo czują się skrępowani... no i oczywiście uśmiechają się, kiedy chcą się do kogoś uśmiechnąć... bo go lubią. 

- Więc uśmiechają się zawsze? - zapytałem
- O nie. Nie uśmiechamy się, kiedy ktoś obraża naszego króla, albo jego rodzinę. Nie uśmiechamy się, kiedy ktoś obcy dotknie nas w głowę, nie uśmiechamy się, kiedy ktoś pokaże na kogoś stopą... albo dotknie mnicha... albo... 

Okazało się, że jest tego całkiem sporo... wyciągnąłem więc notes, żeby wszystko sobie dokładnie zapisać.