29.12.15

Młodzieniec i zaczarowane czipsy 



Na warsztacie: warsztaty baśniowe, generator opowieści, 7 miliardów innych, jak powstają baśnie


To poświąteczny powrót do przedświątecznych warsztatów, które odbyły się w ramach wystawy 7 miliardów innych. Podczas nich konstruowaliśmy z uczestnikami baśń. Obiecałem, że wrzucę efekt naszej pracy na blog do końca roku, co niniejszym czynię. Powyżej prosty generator baśni stworzony jako pomoc do snucia opowieści, poniżej wersja wysnuta... 

Zakusy stworzenia literackiej wersji naszej opowieści zostawiam na boku, bo gdybym wsiąkł w ten tekst, nie wygrzebałbym się z niego przez najbliższych parę miesięcy. Poza tym im dłużej nad nim siedziałem, tym bardziej stawała się to moja wersja naszej wspólnej opowieści. Oczywiście, nie sposób tego uniknąć, bo tak dzieje się podczas każdego opowiadania, w tym jednak wypadku chciałbym zostawić miejsce na głos uczestników. 

Pozwalam sobie zatem wrzucić jego uproszczoną wersję. zbliżoną do procesu jego powstawania naszej opowieści:

PROLOG


Przez las przemykał młodzieniec. Był to zbieg z królewskiego pałacu, gdzie przez z pozoru drobne przewinienie, został skazany na śmierć. Jego ucieczka nie była prosta - poza strażnikami, którzy siedzieli mu na ogonie, były jeszcze głos. W jego głowie co chwila odzywał się kobiecy głos, wydając mu różnego rodzaju polecenia. Głos, który nie wiadomo, czy prowadził go ku wybawieniu, czy może raczej zwodził na manowce. Jedno było pewne, młodzieniec nie był w stanie sprzeciwić się słowom głosu. Uciekał więc, tam, gdzie wiodły go tajemnicze słowa. A może to wcale nie była ucieczka? Może tak na prawdę młodzieniec czegoś szukał? Może w tym lesie mieszkały odpowiedzi na pytania, które nurtowały go od pewnego czasu? 

Pytania pojawiły się na łożu śmierci jego ojca. Pewnego dnia, ojciec poczuł się słabo. Zamiast stać, usiadł więc, bo tak było łatwiej. Przywołał do siebie syna, po czym kazał mu opiekować się matką. "Resztę powie ci ona", to były jego ostatnie słowa. Potem zamiast siedzieć, położył się, bo tak było łatwiej, zamiast oddychać, nie oddychał. Oddał duszę Bogu z lekkim uśmiechem ulgi po ciężkim, ale dobrze przeżytym życiu. Tak było łatwiej. 

- Co masz mi powiedzieć? - spytał młodzieniec matki, kiedy żałobnicy rozeszli się już do domów. 

Matka westchnęła tylko ciężko po czym zza powały wyciągnęła małe zawiniątko. 

- Kiedy Cię znaleźliśmy, miałeś to przy sobie. - powiedziała wreszcie. W zawiniątku był niewielki, pozłacany kluczyk. Wiadomość, że "matka" i "ojciec" to tylko etykietki, które całe życie naklejał obcym sobie ludziom, sprawiła, że poczuł się nieswojo. Kim byli prawdziwi matka i ojciec? Kim był mężczyzna, który odszedł tak niedawno, kim była kobieta, która teraz dawała mu tę dziwną paczkę. Kim, jak nie jego matką i ojcem? A jednak przeszłość zaczęła go wołać. Chciał wiedzieć, dlaczego znalazł się w tym domu, kto postanowił porzucić niemowlę... kim jest? Chciał wiedzieć, jaka krew płynie w jego żyłach. 

- Twoim ojcem musiał być ktoś ważny... ktoś z pałacu. Idź, tam szukaj. Tu zawsze będzie twój dom. 

Młodzieniec i matka pożegnali się ze łzami w oczach. Potem on zabrał swój niewielki tobołek i ruszył w stronę zamku, a ona patrzyła, jak on znika za zakrętem drogi. Kiedy zniknął zupełnie, wróciła do domu i przez długie godziny siedziała wpatrując się w płomień świecy.

Młodzieniec zapytał o możliwość podjęcia służby na zamku. Został pomocnikiem kucharza, ale przez to, że twarz jego odznaczała się szlachetnym obliczem, a on sam sprawnością w wypełnianiu swoich obowiązków, szybko zyskał sympatię nie tylko dworzan, ale i kardynała, który w zamku grał pierwsze skrzypce! Ba, nawet sam król zapałał do młodzieńca sympatią. Dzięki temu, młodzieniec otrzymał bardzo odpowiedzialną funkcję noszenia królowi posiłków. Z lokaja szybko stał się królewskim powiernikiem . 

Także kardynał otaczał młodzieńca specyficzną dość opieką. Wysyłał go za swoimi drobnymi sprawami tu i tam, przekazując przez niego różnym szlachiurkom listy, paczki, czy prezenty. Kiedy taka wiadomość docierała do rąk adresata, ten tylko konspiracyjnie się uśmiechał. Od czasu do czasu młodzieniec odwiedzać też musiał niewielką chatę pod lasem, w której mieszkała dziwnie wyglądająca starucha, powszechnie przez wszystkich wiedźmą zwana. Od niej młodzieniec odbierał dla kardynała dziwaczne pakunki. Od niej też usłyszał pewnego dnia... "no no no - kardynał wiedział, kogo wybiera"... nie trzeba wspominać, że wszystkie te kurierskie zadania odbywały się w głębokiej tajemnicy przed królewskim majestatem.

FERALNA NOC


Snoopy powiedziałby, że kiedy to wszystko się zaczęło, była ciemna, burzliwa noc. Młodzieniec miał zanieść do królewskiej komnaty misę pełną czipsików, gdyż to był jeden z tych wieczorów, kiedy król zalegał przed telewizorem, żeby oddać się zapamiętałemu kibicowaniu swojej ulubionej drużynie. Niestety okazało się, że misa z czipsami, gdzieś zniknęła, a przynajmniej nie stała w kuchni, tam, gdzie powinna stać. Młodzieniec zaczął biegać od komnaty do komnaty w poszukiwaniu królewskiej przekąski. Wreszcie, przez uchylone drzwi dostrzegł ją w pokoju kardynała. Niewiele myśląc wbiegł więc do środka i już miał ją chwycić, już miał ją nieść, gdy nagle poczuł się głodny.

- Ot, czipsik, albo dwa - powiedział do siebie - król nawet nie zauważy.

Chwycił więc za czipsika, potem za drugiego, i chrup, chrup, nie było już czipsików. Dokładnie, dwa... tak jak powiedział. Lecz nie przełknął jeszcze dobrze, gdy coś jakby rozgrzana stalowa szpila, przeszyło jego głowę. Potwornym bólem. I ten głos... "Uciekaj! Ojciec Cię zabije!". Z krawędzi świadomości dotarły do niego tylko że ktoś krzyczy także w komnacie... "Straż! Straż", a z wewnątrz głowy, głos powtarzał... "Uciekaj, przez okno".

W drzwiach stał kardynał, z miną tak wściekłą, jak sam Lucyfer, gdy stawał w szranki z archaniołem Michałem. "Straż! Straż! Zdrada!" wrzeszczał. A ciszej, już do młodzieńca: "Jak śmiałeś, jak śmiałeś, wszystko zaprzepaściłeś! cały misterny plan... zjadłeś je! Zapłacisz za to głową!" i głośniej "STRAŻ!!!!"

"Przez okno - słyszał w głowie - skacz, zanim przyjdą". Wtedy też, po raz pierwszy młodzieniec zrozumiał, że nie ma siły przeciwstawić się głosowi. Niewiele więcej myśląc wyskoczył przez okno. Prosto do fosy. A potem przed siebie. w las... 

Wściekły kardynał stał w oknie, przyglądając się szumiącej gęstwinie. Jego długoletnie knowania, cały majątek poświęcony na zdobycie tych niepozornych czipsów został zaprzepaszczony przez jakiegoś młokosa. Królowi będzie to łatwo wytłumaczyć. Powie się po prostu, że przyłapano młodzieńca na próbie dodania do królewskiego posiłku trucizny. Kara śmierci dla młodzieńca całkowicie uzasadniona. 

Gorzej z czipsami. To one miały dać kardynałowi dostęp do wiedzy tajemnej. Do wszechwiedzy wręcz i umożliwić mu prosty, ale cichy przewrót. Teraz moc czipsów rozproszyła się, nie miał pewności jak mogą one zadziałać. I jak zadziałają na młodzieńca. Żeby plan się powiódł, młodzieniec musiał zginąć. To już postanowione. Szkoda, że kardynał zmuszony był wydać wyrok śmierci akurat na tego młodzieńca. Polubił go nawet, ale miał wybór - albo swoje sympatie, albo tron, o którym marzył od tak dawna... 

GŁOS


Król powiadomiony o zbrodniczych knowaniach młodzieńca, choć z ciężkim sercem, podpisał wyrok śmierci. Po czym zamknął się w swojej komnacie i długie godziny przesiedział w milczeniu. 

Głos w głowie młodzieńca nie cichł. Mówił gdzie iść, kiedy się zatrzymać. Mówił, w której dziupli się schować, z której wyciągnąć miód, i jakimi ziołami nasmarować bąble po pszczelich użądleniach. W las, powtarzał... w coraz głębszy las... aż do miejsca, gdzie cichły ptasie trele, gdzie przez gęstwinę nie przedzierały się ani sarny, ani rysie, ani zające. Gdzie nie zapuszczał się nawet wiatr. 

W powietrzu roznosił się złowrogi zapach. Młodzieniec czuł, że zza drzew coś go obserwuje... "To tu" powiedział głos, po czym, wbrew swojemu zwyczajowi zamilkł zupełnie. 

- Dzięki... akurat teraz. - mruknął pod nosem młodzieniec. 

I nagle huk. Ledwie udało mu się odskoczyć przed lecącym w jego stronę drzewem. 

- CO TU ROBISZ, ŚMIERTELNY PYLE? - usłyszał dudniący niczym Prachettowska Śmierć głos, gdzieś spomiędzy koron drzew. 

Na pniu zwalonego drzewa stała potężna łapa, uzbrojona w potężne pazury. Młodzieniec nie musiał wyobrażać sobie jej właściciela, gdyż wielka kosmaty łeb zbliżył się do niego na odległość, której nikt z żyjących sobie nie życzył. 

- CHCESZ PRZEJŚĆ? CZY MAM CIĘ OD RAZU ZABIĆ? 

Cóż, alternatywa żadna. Młodzieniec odpowiedział więc: 

- Oczywiście, że chcę przejść... nie po to cię przecież szukam!

Monstrum zdawało się uśmiechnąć, co tylko jeszcze bardziej je spotworniło. 

- SKORO TAK, MUSISZ ODPOWIEDZIEĆ NA ZAGADKĘ, SŁUCHAJ UWAŻNIE. NIE BĘDĘ SIĘ POWTARZAŁ.

Młodzieniec wytężył cała swoją uwagę... 

(tekst uszkodzony, najprawdopodobniej skryba rozlał kawę pergamin)

- To bardzo proste. "Jutro"... taka jest odpowiedź... 

Monstrum wydało z siebie potężny skowyt, po czym pękło, pozostawiając w powietrzu, chmurę seledynowego popiołu. Potem popiół opadł i oczom młodzieńca ukazało się wejście do jaskini. 

"Tamtędy..." odezwał się głos. 

Młodzieniec długo wędrował w dół, coraz niżej i niżej, i choć nie miał przy sobie pochodni, ciemność jaskini nie była ostateczna. Kontury falowały układając się w ścieżkę, aż na samo dno. Dno czego? 

Nieważne. Był tam, gdzie był i to było najważniejsze. Od kiedy wszedł do jaskini, miał wrażenie że coś go obserwuje. Setki niewidzialnych oczu patrzyły na każdy jego krok. Niektóre kibicowały mu w jego drodze w dół, inne życzyły mu skręcenia kostki. A wszystko w ciszy i w tej ciemności ciepłej i pachnącej jak cytrynowy kisiel. 

"Jesteś?" usłyszał głos... tym razem jednak głos nie brzmiał w jego głowie, ale odezwał się obok niego. Tuż przy jego uchu. Odwrócił się i w konturach ciemności zobaczył ją... kobietę, która od kilku dobrych dni nie dawała mu spokoju. Która kazała mu siebie odnaleźć. 

- Kim jesteś? - zapytał. 
- Jestem twoją matką. Pięknie mi wyrosłeś... szkoda, że nie mogłam być przy tobie, przez te wszystkie lata. 
- A gdzie byłaś?
- Tutaj, wśród innych umarłych. 

Wtedy młodzieniec ich ujrzał. Przelewali się przez ciemność zbici w gęstą masę, jeden przez drugiego. Mara za marą. Niczym leniwa rzeka. 

- Więc ty... 
- Tak. Ja już jestem tylko duchem. Ale przywołałam Cię tutaj, bo musisz uratować swojego ojca. Grozi mu śmiertelne niebezpieczeństwo. Kardynał knuje spisek przeciwko królowi. Jeśli wprowadzi go w życie, może to mieć straszne konsekwencje. 
- Chcesz powiedzieć, że moim ojcem jest... król?
- Myślisz, że król wydaliłby z pałacu swojego własnego syna? Nie! Twoim ojcem jest kardynał. I teraz o niego musimy się zatroszczyć. Bo choć tron jest w zasięgu jego ręki, jeśli po niego sięgnie, jego dusza będzie na zawsze przeklęta, nie możemy do tego dopuścić. Mam dla Ciebie prezent. Ostatni, który mogę Ci dać. Potem spotkamy się dopiero, kiedy suma twoich dni, stanie się właściwa.

Duch kobiety klasnął w ręce i ciemność rozproszyła się. Młodzieniec znów stał w lesie, obok zwalonego drzewa. Nie było śladu po wejściu do jaskini i tylko seledynowy pył spowijał okolicę. Przed młodzieńcem leżał drewniany kufer, zamknięty na solidną kłódkę. Młodzieniec ściągnął z szyi rzemień, na którym nosił kluczyk otrzymany od swojej pierwszej matki i nim otworzył skrzynie. W środku znajdował się... kapelusz. Tylko tyle. Włożył więc kapelusz na głowę i ruszył przed siebie... Tym razem jednak żaden głos go nie prowadził. 

SPISEK


Dotarł wreszcie do gościńca. Gdzie nieopatrznie wpadł na strażników. Ci jednak nie zwrócili na niego uwagi. Szli, jakby go nie było. 

- Powiemy kardynałowi, że wpadł do rzeki, już i tak zbyt długo się za nim uganiamy... kardynał powiedział przecież, że jeśli król, będzie ciągle na tronie do letniego przesilenia, trzeba będzie sprawy załatwić w sposób otwarty. Wszyscy ludzie będą mu wtedy potrzebni... 

Strażnicy rozmawiali tak, jakby w ogóle nie przejmowali się jego obecnością. Młodzieniec zrozumiał więc, że kapelusz musiał posiadać jakieś specjalne właściwości, które sprawiały, że stawał się niewidzialny.  Krok w krok szedł więc za strażnikami, poznając najmroczniejsze sekrety swojego ojca. W duszy zdecydował, że plan ten nie może wejść w życie, bo spisek spiskiem, ale urządzanie krwawej łaźni rodem z Gry o Tron to rzecz, której on nie ma zamiaru opowiadać potem swoim dzieciom... "Opowiem wam teraz o Waszym dziadku, który wymordował podstępnie królewską rodzinę..." 

Kiedy strażnicy zatrzymali się na nocleg, młodzieniec co sił w nogach pognał w stronę zamku. Korzystając ze swojej niewidzialności wkradł się do królewskiej komnaty i o wszystkim królowi opowiedział. 

W monarsze zawrzała gniew. Wezwał więc kilku zaufanych rycerzy i nim słońce nie pojawiło się na niebie, wszyscy spiskowcy, łącznie z kardynałem, zostali już wtrąceni do najciemniejszego z lochów.

Młodzieniec obsypany został bogactwem i zaszczytami. W jego głowie jednak krążyła tylko jedna myśl. Za zdradę grozi śmierć. A on zdradził przecież swojego własnego ojca. Chodził więc posępny, po pałacowym ogrodzie zastanawiając się, jak wybrnąć z tej sytuacji. Pewnego wieczoru, na kilka dni przed zaplanowaną egzekucją spiskowców przyszła mu do głowy pewna myśl. Wykorzystując swój kapelusz przekradł się do lochu, w którym więziono kardynała. Tam zdradził mu kim jest i powiedział, że chce go ocalić. 

Wspólnie uzgodnili, że następnego dnia, kardynał ma poprosić o audiencję u króla. Podczas tej audiencji oskarżyć młodzieńca o uknucie spisku nie przeciw królowi, ale przeciw kardynałowi. Ot - żeby oczyścić się z zarzutów, zdobyć splendor i bogactwo. I kiedy staną przed królem, ma wyzwać młodzieńca do konfrontacji... Długie godziny nocne omawiali szczegóły całego planu. 

Tak też się stało. Kardynał, wykorzystał resztkę swoich wpływów, by wybłagać u króla audiencję. I kiedy stanął przed królem w pysznych słowach oskarżył młodzieńca o to, o co miał go oskarżyć. 

- W mojej komnacie, jest jeszcze miska zatrutych przez młodzieńca czipsów. Każ ją o panie postawić przed nim samym i niech je! Jeśli jest tak jak mówi on, przeżyje a ja oddam swoją głowę pod katowski topór. Jeśli zaś to ja mówię prawdę... cóż, podstępna ta żmija zginie od własnego ukąszenia. 

Wtedy przed szereg wystąpił młodzieniec z kapeluszem w dłoni i ukłonił się nisko. Oczywiście, był gotów przyjąć wyzwanie rzucone mu przez kardynała. Wszyscy w zdenerwowaniu oczekiwali więc na przyniesienie  czary pełnej feralnych czipsików. Młodzieniec dobrze wiedział, że nic mu nie grozi. Ale przecież nie o to chodziło. Chodziło o odwrócenie uwagi. 

Wreszcie drzwi do sali tronowej otworzyły się. Lokaj powoli niósł naczynie z czipsami. poblaski światła na brzegach pucharu przykuwały wzrok wszystkich. Młodzieniec niepostrzeżenie upuścił u stóp kardynała swój kapelusz. 

Pokłonił się królowi i raz jeszcze upewniwszy monarchę o swojej wierności chwycił, największego z czipsów w dwa palce. Ceremonialnie podniósł go do ust. W komnacie panowała taka cisza, że gdy w końcu młodzieniec zagryzł czipsa, chrupnięcie było tak potężna, jakby piorun strzelił w zamkową wieżę. Bardziej wrażliwe niewiasty osunęły się na podłogę zemdlałe. Niektórzy dworscy fircykowie również padali z westchnieniem grozy na wypudrowanych swych rumianych wargach. 

Młodzieniec stał. Nieruchomo... i nic się nie wydarzało. Ile mieli czekać. kwadrans, godzinę. może kilka dni... 

- Jak widzisz, najjaśniejszy Panie, sprawiedliwość boska czuwa nade mną i widzi moje czyste serce. - odezwał się wreszcie młodzieniec. 

Król pokiwał znacząco głową, po czym powiedział: 

- Sprawiedliwość jest po twojej stronie. Co zaś się tyczy kardynała... 

Tutaj niespodziewanie urwał. Musiał urwać, bo kardynał, jak stał, tak zniknął. I nie było kardynała. 

Młodzieniec, za swoją lojalność otrzymał szlachecki tytuł i wysokie miejsce we dworze, gdzie podczas długich dni swojego życia miał wiele sposobności by dowieść o swoim sprycie, o rozwadze i o oddaniu do króla. 

Kardynała zaś szukano jeszcze długie lata. Niestety ślad po nim zaginął. Co się z nim stało? Kardynał w magicznym kapeluszu dotarł do małej chaty, w której przy stole siedziała wpatrzona w płomień świecy kobieta... 

- Czy mogę się tu zatrzymać na nocleg? - zapytał. 
- Na nocleg, na całe życie, jak wolicie... od kiedym owdowiała a syn odszedł na służbę do zamku, brakuje w obejściu gospodarskiej ręki. Jak się podoba, możecie zostać na dłużej i pomóc trochę samotnej kobiecie... 


Historię pokornie spisałem ja, który też byłem jej świadkiem. 












18.12.15

Franciszka, Lewis i ich Alicja



Na warsztacie: Lewis Carroll, Alicja po drugiej stronie lustra, Franciszka Themerson

Żeby znać Alicję, nie trzeba czytać książek Carrolla. Sceny z jej przygód są tak sugestywne, że po pierwszym, może drugim spotkaniu z nimi, bez pudła będziemy wiedzieć, że chodzi o tę małą, wygadaną dziewczynkę, której raz zdarzyło się wpaść do króliczej nory, raz przejść na drugą stronę lustra. W związku z tym każdego, kto chce napisać o Alicjach i nie chce się powtarzać czeka nie lada wyzwanie. Od czego w ogóle zacząć? 

Może od wierszyka:

Hojdy Bojdy na murze siadł,
Hojdy Bojdy z muru spadł.
Wszystkie konie i ludzie królewscy do kupy,
Nie mogli poskładać jego skorupy.
(tł. Robert Stiller)

Może jednak zacznijmy od czegoś innego. Może od stwierdzenia, że nie lubię Carrolla. Nie lubię go przede wszystkim dlatego, że wytwory jego wyobraźni są tak potężne i sugestywne, że można prawie wyodrębnić całą wielką krainę wyobraźni zdominowaną przez niego. Niestety z czasem Carrollowska Kraina Czarów coraz bardziej zastyga i skłania do lenistwa. Te wszystkie wielkie grzyby, żywe ogrody, krykiet, w który grywa się flamingami, albo herbatka u Zająców... dzisiaj to już klisze, którymi zapycha się miejsca przeznaczone na baśniowość, czy fantastyczność. Są jak etykietki na słoik z marzeniami. Problem w tym, że marzeniami musimy napełniać te słoiki sami... a często pozostajemy na czytaniu etykietki. 

Carroll był tytanem wyobraźni. W swoich dwóch książkach o Alicji łączył, żelazną logikę gier dla dorosłych (na przykład szachowych posunięć), żelazną logikę dziecięcych rymowanek i nieskrępowanego ciągnięcia się za język. Dla Carrolla słowa, choć wciąż zanurzone w prawidłach swojej własnej gramatyki, stają się plastyczne jak masa solna, z której autor ugniata nowe wszechświaty. Gdyby wrócić do surowego tekstu, może okazać się, że jest to najbardziej udana, jak do tej pory próba zapisu działania wyobraźni. Szczera lektura tekstu, jest jak kajakowy spływ rwącą rzeką - nieuważny czytelnik, który nie reaguje na zmiany nastrojów słowa, szybko może zaliczyć wywrotkę. Albo spojrzeć na tekst z boku i nie poczuć, czym tak naprawdę jest prąd tych historii. 

Do tego dochodzą wspaniałe ilustracje Johna Tenniela, które od początku towarzyszyły tekstowi. Ilustracje, podobnie jak tekst nadużywane, chociażby z tego powodu, że już dawno przestały być objęte prawami aktorskimi. To one wyznaczyły kurs słów Carrolla, zakuwając je trochę w kajdany.



Miałbym ochotę narzekać dalej, ale może lepiej skupić się na czymś pozytywnym. Dziś chciałbym Wam zaprezentować piękną alternatywę do pochłaniania świata Alicji w sposób konwencjonalny. Wymienić ilustratora i skupić się na pewnej subtelnej grze, do której zaprasza czytelnika Alicji Franciszka Themerson w swojej propozycji obrazków do Po drugiej stronie lustra

Ilustratorka popełniła wspaniałe, trójkolorowe ilustracje, które z jednej strony nawiązują do klasycznej Tennielowej poetyki (poprzez pozostawienie Alicji w tuszowej, wiktoriańskiej stylistyce), z drugiej zaś całkowicie odrywając się od ciężkiej kliszy nadużywanej "Carrollowej baśniowości". Zamiast tego, czego po Alicji można się spodziewać, Themerson proponuje bardzo proste, schematyczne wręcz obrazki, które raczej sugerują niż dają gotowe rozwiązanie. Dzięki temu czytelnik ma prawo decydować, jakiego kształtu nabierze postać w jego własnej głowie. Dla przykładu - oto Jabberwocky albo jak niektórzy wolą Żabrołaki...


Po lewej Themerson, po prawej Tenniel. Co ciekawe, propozycja Themerson o wiele lepiej odpowiada temu, o czym mówił z Alicją Hojdy Bojdy, czy jak kto woli Humpty Dumpty. Do tego ilustracja Themerson pozwala igrać tam, gdzie tekst pcha czytelnika do produkowania obrazów. Każda kolejna ilustracja daje możliwość takiej zabawy. Każda wspaniale bawi się dwoma, czasem trzema kolorami, tworząc kontur świata po drugiej stronie lustra. Resztę musimy zrobić sami.

Nową Alicję wydało wydawnictwo Festina Lente. Wydanie to bardzo smaczne, ładnie przygotowane typograficznie. W twardej, czarnej oprawie, po której biegają kontury kolejnych spotykanych przez Alicję bohaterów. Sam tytuł wypisany jest na obwolucie z technicznej półprzeźroczystej kalki. A nad nim góruje siedzący na murze Humpty... Książka drukowana na objętościowym papierze, co sprawia, że jest co trzymać w ręce. Numeracja i paginy bawią się kolorystyką zaproponowaną przez autorkę ilustracji. To jeden z tych przypadków, kiedy już samo obcowanie z książką jako obiektem sprawia przyjemność. 
 




Do tego, dla leniwych, albo zbyt niezaprzyjaźnionych z literaturą w papierze, przygotowana została wersja elektroniczna, w której animatorzy puścili w ruch ilustracje. 


Sama historia ilustracji też jest ciekawa. Franciszka Themerson została poproszona o ich stworzenie już w 1946 roku. Na potrzeby nowych wydań, które jedno z Londyńskich wydawnictw miało w planach, bo akurat upływał termin ochrony praw na drugą Alicję. Ilustracje powstały, umowa została podpisana, książki nie ujrzały światła dziennego, bo cośtam cośtam. I choć wszystko było gotowe, minął rok, potem drugi, potem jeszcze dwadzieścia i nic się z rysunkami nie działo. W 1969 ilustracje wróciły do autorki, ale sprawa tak się przeciągnęła, że pierwsze wydanie z jej obrazkami ujrzało światło dzienne dopiero w... 2015 roku. 

I choć nie lubię Carrolla, to obcowanie z tą propozycją daje całkowicie inne spojrzenie na Alicję Po drugiej stronie lustra. Przyjemne, świeże.

Ilustracje sponsorowała: Franciszka Themerson
Dzięki uprzejmości wydawnictwa Festina Lente. 

Więcej o wyobraźni w tekście Kraina Absolutnie Wszystkiego


6.12.15

O ludowej mądrości w baśniachchłopek roztropek, rzepa, baśnie braci grimm, morały baśni, ludowa mądrość baśni, Mateusz Świstak, Basśnie na Warsztacie


Na warsztacie: Chłopek-roztropek, Rzepa, baśnie braci Grimm


Przypadek 1: Facet w worku (Rzepa)

Było sobie dwóch braci. Jeden miał wszystko, a drugi nic. Los jednak chciał, że temu drugiemu bratu, którego pozwolę sobie nazywać bratem nic, wyrosła wielka rzepa, dzięki której zyskał królewskie łaski.  Bogaty brat strasznie się wnerwił i postanowił, żeby smutnym zrządzeniem losu, bratu nic stał się wypadek. W tym celu wynajął panów od mokrej roboty. Zbiry schwytały biednego brata nic do worka, po czym wyniosły za miasto, by tam, po ludzku go zaciukać i pozbyć się zwłok. Nim jednak wykonali swoją robotę, na drodze pojawił się mężczyzna na koniu - był to prosty czeladnik zmierzający do miasta. Mordercy wrzucili więc worek z bratem nic na drzewo i umknęli. 

Kiedy brat nic usłyszał nadjeżdżającego wędrowca, pozdrowił go serdecznie ze środka swojej pułapki. Czeladnik dziwił się, co ktoś może robić na drzewie, do tego zamknięty w worku. Brat nic odpowiedział, że kto siedzi w worku, uczy się mądrości. I on właśnie to robił. 

Czeladnik strasznie się zafascynował pomysłem, że w tak prosty sposób można zdobyć mądrość, postanowił więc wykupić od brata nic prawo do siedzenia w worku. Po chwili wahania i ociągania, brat nic wreszcie zgodził się na taką zamianę. Wepchał czeladnika do worka, worek wciągnął na drzewo, po czym dosiadłszy czeladniczego konia, odjechał. W ten sposób czeladnik nabył z pewnością wiele życiowego doświadczenia. 

Po godzinie brat nic przysłał pachołka, żeby biednego czeladnika uwolnić.   



Przypadek 2: Facet w beczce (Chłopek-roztropek)

Chłopek-roztropek strasznie naraził się mieszkańcom swojej wioski. Przez jego sprytny fortel, chciwi chłopi pozarzynali całe swoje bydło... i nie mieli już więcej bydła. Za karę postanowili zabić sprytnego pachołka. Śmierć przez utopienie. Chłopek-roztropek miał zostać zamknięty w dziurawej beczce i wrzucony z urwiska do rzeki. 

Kiedy został sam na sam z księdzem (który miał u niego dług wdzięczności), zauważył że drogą nieopodal idzie pasterz, który bardzo chciał być sołtysem. Chłopek-roztropek na całe gardło zaczął się wydzierać:



- Skoro nikt inny nie chce, to ja zostanę tym sołtysem! 


Zainteresowany pasterz zbliżył się do beczki i spytał, o co chodzi. Chłopek-roztropek wyjaśnił, że mieszkańcy wioski postanowili wybrać nowego sołtysa. Kto chciał nim zostać, miał dać się zamknąć w dziurawej beczce. No i oczywiście nikomu się nie spieszyło, więc on, w poczuciu obowiązku, wszedł do środka. Pasterz powiedział, że skoro Chłopkowi-roztropkowi jest tak ciężko, to mogą się zamienić. On wejdzie do beczki, a Chłopek-roztropek zabierze jego owce. Po chwili pertraktacji odbyła się zamiana - pasterz skończył w beczce. A potem na dnie rzeki... Panie, miej pieczę nad jego duszą. Chłopek-roztropek zaś był cały, zdrów i do tego jeszcze ze stadem owiec. 


chłopek roztropek, rzepa, baśnie braci grimm, morały baśni, ludowa mądrość baśni, Mateusz Świstak, Basśnie na Warsztacie

Widzimy dwie podobne sytuacje. Zagrożona postać wymyśla fortel, dzięki któremu ktoś inny zajmuje jej miejsce. Główny bohater ratuje życie, ktoś inny je traci. Wszystko dzięki odpowiedniemu manewrowi. W przypadku Chłopka-roztropka ten manewr był niezbędny, bo jego życie faktycznie wisiało na włosku. W przypadku brata nic - niezupełnie. A jeśli niezupełnie, można zapytać, czy jego manewr w ogóle był zasadny. 

Życzliwość

Brat nic został uprowadzony przez nieznanych sprawców. Ci porzucili go w worku na drzewie, po czym zbiegli. Nadszedł inny mężczyzna, a wraz z nim ocalenie. W każdych normalnych warunkach wystarczyłoby, żeby brat nic zakrzyknął "pomocy". A on nie! On zaczyna kręcić, wymyśla jakieś intrygi i podstępy, przez co biedny czeladnik trafia do worka. Pytanie, które nasuwa się prawie automatycznie brzmi - po co?

Być może obawiał się, że nadjeżdżający mężczyzna również może nie mieć względem niego dobrych zamiarów. Lepiej więc było się zabezpieczyć i pokazać siebie jako osobę w ciut lepszym położeniu. Wszak nie każdy może siedzieć w worku i mądrzeć. Załóżmy, że czeladnik uwalnia brata nic. Cel został osiągnięty. Brat nic jest wolny, czeladnik ma do niego co najmniej neutralne usposobienie, można wyznać prawdę. Brat nic woli zapakować swojego wybawcę do worka i nauczyć go mądrości.

Osobliwe to podziękowanie, które może mieć swój aspekt dydaktyczny. Wszak brat nic do swojego worka również dostał się przez podstęp. Być może chciał pokazać czeladnikowi, że świat nie jest tak kolorowy, na jaki wygląda i łatwo skończyć w worku. W podzięce daje swojemu wybawcy lekcję, którą sam przed chwilą otrzymał. Nabiera to, szczególnego wymiaru, gdy przypomnimy sobie, że w worku niesiono brata nic na śmierć. Czeladnik dostaje więc nauczkę w wersji light.

chłopek roztropek, rzepa, baśnie braci grimm, morały baśni, ludowa mądrość baśni, Mateusz Świstak, Basśnie na Warsztacie


Być może brat nic doskonale wiedział, że jedyna lekcja, która zostaje to taka, którą dostaje się na gołą skórę. Jego życzliwość i podziękowanie względem czeladnika miało więc charakter pragmatyczny. Wszak czeladnik po takim doświadczeniu na pewno będzie mądrzejszy. Co do tego brat nic zdecydowanie mówił prawdę. Wydaje mi się jednak, że w całej tej historii wcale nie chodziło o życzliwość.

Kusi mnie zresztą, żeby wyciągnąć z tej przygody następującą naukę: Kiedy widzisz faceta zawieszonego na drzewie w worku, nie pomagaj. Zostaw, bo jeszcze stanie Ci się krzywda. Niech sobie wisi. Następnym razem razem, kiedy napotkasz coś tak dziwnego, jak gadający worek, wiedz, że to ku twojej zgubie. Możesz przyładować w niego kijem. Zwróćcie uwagę, że nie występuje tutaj zjawisko zwane wdzięcznością, w naszym rozumieniu tego słowa. Wydaje mi się jednak, że nie chodziło tutaj o złą postawę brata nic, a raczej pewną zasadę.

Można powiedzieć więcej - w świecie, w którym rozgrywała się ta opowieść, uczucia, jakimi są życzliwość i wdzięczność właściwie nie istniały. Kiedy więc czeladnik został oszukany przez brata nic, po prostu pokazał, że jest głupszy, po prostu pokazał, że skoro da się go oszukać, to można. Niezależnie od tego, czy na naszym gardle leży ostrze brzytwy, czy nie. Jedyne, o co przez cały czas toczy się gra, to to, by być na górze.

Głupi z wozu, koniom lżej


Przygoda z beczką, jaka spotkała Chłopka-roztropka jest tego najlepszym przykładem. Zresztą nie tylko ta, ale wszystkie jego przygody mają podobny charakter. Chłopek-roztropek jest w swoim podejściu do ludzi ni mniej, ni więcej jak tylko bezlitosny. Zasada jego postępowania jest zawsze taka sama. Jeśli ktoś jest głupszy - mogę mu zrobić cokolwiek mi się podoba... byle dopiąć swego. Nie jest to trudne na wsi, w której procesy myślowe mieszkańców są sprawne jak Internet Explorer przy Chromie. Chłopek-roztropek wpływa na ludzi jednym zdaniem... bo może.  "Sprzedałem krowią skórę za trzysta talarów" - mówi. Cała wieś zarzyna swoje bydło, licząc na suty zarobek. Potem mają Chłopkowi to za złe, więc skazują go na beczkę. Można by zapytać - czy to wina Chłopka-roztropka, że wieśniacy są głupi. Nie. Oni są głupi, a on nie. Więc oni tracą, on zyskuje.

chłopek roztropek, rzepa, baśnie braci grimm, morały baśni, ludowa mądrość baśni, Mateusz Świstak, Basśnie na Warsztacie

Sytuacja z beczką jest tego najbardziej radykalnym przykładem. Nie chodzi w niej o to, kto zarobi, a kto straci, ale o to, kto przeżyje, a kto zginie. Zasada jest dokładnie taka sama i w słowach brzmi wyjątkowo brutalnie - jesteś głupszy, nie masz prawa żyć. Prawo stare jak świat, gdzie lepiej przystosowany organizm może przetrwać. I nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że ta zasada niezauważalnie przedostaje się do tkanki baśniowego systemu wartości, biorąc pod obcas wszystkie piękne historie o królewnach, o miłości nad życie, o szlachetności serca i szukaniu ponadczasowych wartości. Jeśli jest jakaś ponadczasowa wartość, to właśnie ta jedna. Przetrwaj, nieważne jakim kosztem.

Pod skórą baśni


To przeświadczenie mieszka pod skórą naszych dzisiejszych bohaterów. Chłopek-roztropek jest dla niego postacią wręcz archetypową. Sytuacja z pasterzem pokazuje z chirurgiczną niemal precyzją mechanizm wykorzystywany przez bohatera. Jakby ktoś nie był do końca przekonany zaraz po tym, jak posyła Chłopek-roztropek biednego pasterza na dno rzeki, posyła tam też... całą swoją wioskę, stając się jedynym właścicielem dóbr potopionych chłopów*. Kiedy zaś spojrzymy na brata nic, zobaczymy jak bardzo jest to zakorzenione w jego systemie wartości. Nie okazał wdzięczności swojemu wybawcy, po prostu skorzystał ze sposobności, żeby być tym wygranym. Litość okazał dopiero przegranemu i upokorzonemu. Kiedy jest się na wygranej pozycji, litość nic nie kosztuje.

Być może powodem tego jest fakt, że baśnie powstawały najczęściej w chłopskich chatach. A chłopi przez bardzo długi czas byli kimś, kto znaczył... nic. Uprawiali pole, ginęli, nie uczestniczyli w życiu publicznym. Jedyne co mięli to para w rękach i spryt. O ile do walki o swoje para w rękach przydawała się im tylko czasem i potem ponosili za to zazwyczaj krwawe konsekwencje, o tyle spryt był czymś, co mięli oni na co dzień. Podstawowym oprogramowaniem, które zaznaczało się nieufnością względem każdej sytuacji. Legendarna chłopska przebiegłość, która, leżąc u podstaw wszelkich motywacji, podważa całą resztę zasad, wdzięczność, współczucie, życzliwość**.

chłopek roztropek, rzepa, baśnie braci grimm, morały baśni, ludowa mądrość baśni, Mateusz Świstak, Basśnie na Warsztacie


Walka o przetrwanie jest dla obu postaci punktem wyjścia, jest im tak właściwa, jak nam codzienne sprawdzanie fejsbuka, jak płacenie rachunków, czy konsultowanie wszystkiego z Google. Jest naturalna, jak dla przeciętnego Polaka utyskiwanie na rząd. Jest jednak w tej walce coś przerażająco.
A nawet nie w samej walce, ale w tym, że jest ona obecna prawie w każdej baśni. Otwórzcie, którykolwiek z tomów grimmowskiego zbioru, przeczytajcie pierwszą z brzegu baśń. Znajdziecie to tak w Jasiu i Małgosi, jak w Śnieżce, znajdziecie to w bajce o spółce Kotka z myszką, znajdziecie w Jasiu Jeżyku, znajdziecie w Krzaku jałowca (to były moje otwarcia). Wszędzie spod podłogi wyłazi ta prosta zasada, że jeśli jesteś sprytniejszy, możesz drugiemu zrobić cokolwiek. Czasem idzie to w parze z moralnością w naszym rozumieniu tego słowa. Czasem nie.

I mógłbym na tym zakończyć, ale po głowie chodzi mi jeszcze jedna, dość upiorna myśl. A co, jeśli to właśnie jest prawda o człowieku. My, tutaj i dzisiaj, żyjemy w wygodnej bańce, w której łatwo jest być życzliwym, łatwo wierzyć w swoją moralność, w to, że my byśmy się tak nie zachowali. Załóżmy jednak, że ogniska zapalne, których w Europie coraz więcej trawią nasz wygodny świat i wszystko, czym jest nasza mała wygodna cywilizacja rozpada się w perzynę. I co dalej. Czy wtedy te duchy spod podłogi wyjdą, by opanować nasze serca. Byśmy stali się dla siebie niczym brat nic, albo Chłopek-roztropek. W gruncie rzeczy to nie jest złe. Nie jest też dobre. Jest po prostu dzikie (choć w ludzkich wymiarach).

Z całego serca nie życzę tego, ani sobie, ani Wam.



Zajrzyj także do tekstu o zbrodniach w baśni (Tańcujący szkielet, śpiewająca kość): TUTAJ


***

Marginalia:

*Swoją drogą, niezwykle polecam tę baśń. Moim skromnym zdaniem, to jedna z najbardziej oryginalnie skonstruowanych i ciekawych opowieści w całym grimmowskim zbiorze. Jest dynamiczna, błyskotliwa, do tego napełniona humorem, którego nie powstydziłby się sam Guy Ritchie.

** ten przypis jest dla ludzi o mocnych nerwach. Kiedy byłem dzieciakiem, strasznie nie lubiłem swojego przedszkola. W przypływach desperacji rzucałem się więc do kałuż (jeśli takimi ulica dysponowała). Tata najpierw trochę krzyczał, a potem odwoził mnie do ciotki, która mieszkała nieopodal. Ciotka była rocznikiem 1913, do tego ze wsi przy granicy z Białorusią. Ciotka czasem opowiadała, jak to było na wsi i z tych opowieści pamiętam jedną historię. "Była sobie piękna dziewczyna i nie chciała za mąż wyjść. Bo nie. W związku z tym, we wsi chłopcy postanowili ją ukarać za tę niedostępność i w ramach nauczki zbiorowo ją zgwałcili" Po czym ciotka dodawała "i bardzo dobrze". I w obliczu medialnych doniesień o gwałtach, szariatach ta zaściankowa wieś jest jakoś upiornie zbyt realna. Może inne są motywacje, ale ta sama zasada. 

Wierzcie mi, lub nie wierzcie, ale internety naprawdę nie postarały się o podpisy ilustracji: Z wiadomych mi twórców to wspominany wczoraj Shaun Tan, a poza nim oczywiście Chełmoński. 










2.12.15

Ilustracje w 3D

Najlepszy blog o baśniach, Mateusz Świstak, Baśnie na warsztacie, shaun tan, Ilustracje bracia grimm,

Na warsztacie: Shaun Tan, Grimm ilustracje

Przyznam, że tego wpisu zupełnie nie planowałem. Miało być o sprycie ludowym, rzepach i innych chłopkach-roztropkach, ale przy okazji poszukiwań ilustracji do wpisu trafiłem na Shauna tana -  "Ilustratora", który przebił wszystkie moje tegoroczne odkrycia. Otóż pan Shaun Tan swoje ilustracje do Grimmowskich opowieści lepi i fotografuje. Efektem są niezwykle klimatyczne zdjęcia estetyką zahaczające to o tandetne aniołki, które przywozi się na pamiątkę skądkolwiek, to o najlepsze porcelanowe figurki rodem z Ćmielowa. Wszystkie świetnie zaplanowane i przemyślane. Na moje niewyrobione oko - kapitalne. 

Fajne w nich jest też to, że wśród obrazków można znaleźć nie tylko te najpopularniejsze baśnie. Są też te opowieści, które mieszkają raczej w drugim rzędzie - Wieloskórka, Złota Klatka, Śpiewająca Kość, albo Pani Zima

Zapraszam: 

Najlepszy blog o baśniach, Mateusz Świstak, Baśnie na warsztacie, shaun tan, Ilustracje bracia grimm, ilustracje baśni

Najlepszy blog o baśniach, Mateusz Świstak, Baśnie na warsztacie, shaun tan, Ilustracje bracia grimm, ilustracje baśnie

Najlepszy blog o baśniach, Mateusz Świstak, Baśnie na warsztacie, shaun tan, Ilustracje bracia grimm, ilustracje baśnie

Najlepszy blog o baśniach, Mateusz Świstak, Baśnie na warsztacie, shaun tan, Ilustracje bracia grimm, ilustracje baśnie

Najlepszy blog o baśniach, Mateusz Świstak, Baśnie na warsztacie, shaun tan, Ilustracje bracia grimm, ilustracje baśnie

Najlepszy blog o baśniach, Mateusz Świstak, Baśnie na warsztacie, shaun tan, Ilustracje bracia grimm, ilustracje baśnie

Najlepszy blog o baśniach, Mateusz Świstak, Baśnie na warsztacie, shaun tan, Ilustracje bracia grimm, ilustracje baśnie

Najlepszy blog o baśniach, Mateusz Świstak, Baśnie na warsztacie, shaun tan, Ilustracje bracia grimm, ilustracje baśnie

Najlepszy blog o baśniach, Mateusz Świstak, Baśnie na warsztacie, shaun tan, Ilustracje bracia grimm, ilustracje baśnie

Najlepszy blog o baśniach, Mateusz Świstak, Baśnie na warsztacie, shaun tan, Ilustracje bracia grimm, ilustracje baśnie

22.11.15

Jak białe na... 

Sigrid Rødli, Mateusz Świstak, Baśnie na Warsztacie, Bracia Grimm, Ilustracje Baśni

Na warsztacie: Sigrid Rødli

Na Sigrida trafiłem, jak na większość fantastycznych ilustratorów całkowicie przez przypadek. 
Google niewiele o nim mówi, poza tym, że jest Norwegiem, mieszkającym w Anglii. Niewiele więcej zresztą potrzeba, reszta to świetne, stylowe ilustracje, wyglądające jak wydrapywane. 

Zapraszam na stronę artysty: KLIK

A tutaj kilka jego ilustracji:

Sigrid Rødli, Mateusz Świstak, Baśnie na Warsztacie, Bracia Grimm, Ilustracje Baśni

Sigrid Rødli, Mateusz Świstak, Baśnie na Warsztacie, Bracia Grimm, Ilustracje Baśni

Sigrid Rødli, Mateusz Świstak, Baśnie na Warsztacie, Bracia Grimm, Ilustracje Baśni

Sigrid Rødli, Mateusz Świstak, Baśnie na Warsztacie, Bracia Grimm, Ilustracje Baśni

Sigrid Rødli, Mateusz Świstak, Baśnie na Warsztacie, Bracia Grimm, Ilustracje Baśni

Sigrid Rødli, Mateusz Świstak, Baśnie na Warsztacie, Bracia Grimm, Ilustracje Baśni

Sigrid Rødli, Mateusz Świstak, Baśnie na Warsztacie, Bracia Grimm, Ilustracje Baśni

13.11.15

O interpretowaniu baśni


Na warsztacie: jak interpretować baśnie?

Wiecie, że jesteśmy już ze sobą ponad dwa lata? Przez ten czas wiele się wydarzyło. W mojej podróży z baśniami przez Polskę, często pojawiał się wątek interpretowania baśni. Co z nich można wyczytać i czego wyczytywać nie wolno. Jak to robić i czy czasem za dużo nie wymyślam (to ostatnie pytanie szczególnie dotyczyło tekstów z bloga) Rozmowa ta powtarza się, w różnych wariantach nad wyraz regularnie, ale ostatnio z pewną osobą wyszła niemal modelowo. Pozwólcie zatem, że wypowiem się na ten temat, trochę w formie artykułu, trochę w formie listownej odpowiedzi mojemu Szanownemu Rozmówcy, którego nazwę B. 

Brak konsekwencji


B. zarzucił mi, że moje teksty nie trzymają się kupy. Raz piszę o baśni jedno innym razem coś zupełnie innego, czasem sam sobie zaprzeczając. W pierwszej kolejności pozwolę sobie podziękować Ci, Szanowny B. za to, że jesteś tak wnikliwym czytelnikiem mojego bloga. Być może Ty jedyny to zauważasz. Już mniej dziękuję Ci, za twoje dalsze słowa, "mrzonki, bujdy, dyrdymały i blaga". Podoba mi się twój bezpośredni sposób definiowania rzeczy. Lubię go, bo często sam wolę konkretną nazwę, nawet jeśli będę się z niej potem musiał wycofać. Rozumiem też, że dla twojego przygotowanego akademicko umysłu moje teksty mogą takie być, lecz pozwól, że sam zaproponuję Ci trochę inny termin, który lepiej odzwierciedli to, czym są moje analizy i, mam nadzieję, skłoni Cię do tego, żeby zrobić krok w tył i spojrzeć na to również z mojej perspektywy. 

Drogi B. ja się bawię. A zabawa to nie blaga. Zabawa jest czymś śmiertelnie poważnym. Być może nie wnosi ona do życia postępu, ale wnosi coś o wiele ważniejszego. Wnosi smak, pewną jakość, której nie sposób odnaleźć w parciu naprzód ze zmarszczonym czołem. Czasem to właśnie zabawa stawia nas w miejscu, do którego tak naprawdę jeszcze nie dorośliśmy. Spójrz na dzieci, które bawią się w dom, policjantów i złodziei a nawet niesławnego doktora. One robią to całkiem na poważnie, stają się kim jeszcze nie są, tworzą swoją wersję świata swoich rodziców*, a mimo to cały czas to tylko zabawa. Tak samo z moimi tekstami. 

Ktoś bardzo ważny dla mojego serca przeczytał mi kiedyś piękny ustęp, którego pochodzenia nie mogę sobie przypomnieć (pewnie jakieś hinduskie filozofie), w którym jak refren pojawiała się fraza:
Rób rzeczy z lekkością i zwiewnością, jakbyś igrał. **

Drogi B. to właśnie jest cały klucz do tego, czym są moje teksty. Igraszka myśli, delikatne muśnięcia, a wraz z nimi, być może, rozbłyski Prawdy. Nagłe jak miłość. Niemożliwe do przekazania inaczej, jak przez wiatr. Metaforyczne, najpełniejsze tylko w okruchach. Bo jak chcesz opowiedzieć o tym ogromie, który mieści się pod opuszkami palców, kiedy dotykasz ukochanej? Tam jest wszechświat, nieskończoność i ty o tym wiesz, lecz jeśli chcesz o niej mówić, do dyspozycji masz tylko kilka słów. Zawsze za mało i kiedy mówisz, mówisz tylko o jednej z możliwości. To zawsze jest hańba dla ukochanej. Zawsze pokazuje ją w ułomności. 

Tak samo z baśniami. Jest w nich więcej, niż mogę powiedzieć w jednym tekście. Jeśli coś dostrzegam, chcę o tym napisać. Tyle. Nie oszukuję i nie chcę oszukiwać, ani Ciebie, ani tym bardziej siebie. Moje teksty są niedoskonałe jak mówienie o miłości i jeśli w jednej opowieści widzisz coś innego niż ja - doskonale! Byleś patrzył na to przez pryzmat tej samej miłości, co ja. Albo innej - byle była w tym miłość. Pasja, która Cię pochłonęła.

Baw się! Inaczej dołączysz do grona smutnych akademików, którzy katują swoimi tekstami młodych studentów, wysysając z nich swoją okrutną rozwlekłością życie. Wiem, rozumiem, że mówię to, jako ktoś, dla kogo nie ma i raczej nie będzie miejsca pośród bardzo poważnych i cenionych umysłów tego kraju (choć obiecuję, kiedyś dołożę do swoich tekstów przypisy i bardzo poważną bibliografię***), jednak tam, jest tylko garstka takich, w których buzuje miłość i pasja. Proszę, bądź jednym z nich! Pisz, jakbyś igrał. Nie projektujesz przecież samochodów, tylko myśli, kształtujesz ducha, przede wszystkim swojego. Dlaczego więc, ma to być smutny duch? Karm go i to karm życiem!

Ja się bawię. Żuję baśń, znajduję coś pożywnego, piszę o tym. Jeśli przy drugim żuciu znajdę coś innego, też o tym napiszę. Nawet jeśli oba teksty będą sprzeczne. Która wersja będzie prawdziwa?
To złe pytanie. O wiele trafniej, będzie zapytać o coś innego. Która wersja jest Ci bliższa, Drogi B.?

Która Ciebie bardziej inspiruje? Która Tobie pomaga lepiej spojrzeć na rzeczywistość, odnaleźć swoje miejsce we wszechświecie, w rodzinie, przy boku kobiety twojego życia? Weź sobie tę właśnie wersję, ciesz się nią, jest za darmo. I totalnie nie obchodzi baśni, o której mowa. W innych rękach, dla innego serca, ta baśń będzie całkowicie czymś innym. 

Jak interpretować baśnie?



To szczególnie ważne, dla Ciebie, jako akademika. Tak myślę. Każdy ma swoją praktykę, jednak pozwól, że podzielę się z Tobą refleksją na temat pewnej choroby, na którą cierpią wszyscy ludzie naszego pokroju (humaniści na co dzień pracujący z literaturą). W pewnym momencie i wiem, Drogi B., że ty też tego doświadczasz, zanika przyjemność z czytania. Trzeba czytać, więc się czyta, więc się analizuje, więc... teksty przelatują przez mózg, zostawiając tam osad, z którym nie wiadomo co zrobić. Bardziej osad w studzience ściekowej, niż żyzny muł. Zostaje zmęczenie i niechęć. Ja wciąż to mam. Niech to będzie takie małe wyjście z szafy, ale jedyna książka, która niezmiennie sprawia mi przyjemność to Czarodziejska Góra. Leży więc przy łóżku i kiedy mam potrzebę pięknych zdań, czytam akapit, albo dwa. Z resztą jest ciężko. Dopiero fakt opowiadania baśni dał mi możliwość ponownego cieszenia się tekstem. 

Jak więc interpretować baśnie? W drugiej kolejności. Bo baśnie nie są po to, żeby były interpretowane. Są po to, by je opowiadać, smakować ich, bać się, radować, by je odczuwać. To piękna i prosta literatura piękna. Nie mają niczego uczyć, a jeśli uczą, to mimochodem. Są tyle samo terapeutyczne, co Szekspir albo Rilke. Czytasz, co wypadnie, to Twoje. Nie mniej nie więcej. 

Lecz czytaj uważnie i zawsze więcej, niż się początkowo może wydawać. Tego nie muszę Ci mówić. Wiem, że jesteś o wiele uważniejszym czytelnikiem ode mnie. Szukasz wspaniałych powiązań w tekście. Znajdujesz je tam, gdzie ja nawet nie spojrzałbym. I tworzysz ze swoich spostrzeżeń piękne konstrukcje. A potem całkowicie zapominasz, że to tylko igraszka. Wiara - rozumiem. Ta może być niezmienna. W zasadzie, to chyba jedyna rzecz, o której możemy powiedzieć, że jest stała (przynajmniej to, w co wierzysz - to jak... też jest ciągłą zmianą). Ale cała reszta - nasze uczucia i myśli są jak ocean. Niby wszystko takie samo, lecz nigdy nie stoi. Stary dobry Heraklit wiedział, co mówi. Po cóż więc mamy umierać się na jakąś wersję tekstu? Walczyć o nią? 

To chyba różnica między pisarzem, a krytykiem literatury. Ten pierwszy tworzy, potem drukuje swoje teksty i przypina je pinezkami do drzew. Kto chce, niech czyta. Niech bierze z tekstu, co mu się podoba. Z czasem zostają na drzewach tylko te zardzewiałe pinezki. Krytyk ma swoje stanowisko. Musi mieć i musi wiedzieć, jak go bronić. W przeciwnym wypadku, nie byłby poważany (bo skoro pisze i nie potrafi wybronić swojego stanowiska - po co w ogóle pisze). To jest zrozumiałe i być może przyczynia się do postępu nauk humanistycznych. Jednak dla higieny osobistej, Drogi B. proszę Cię, jak tylko mogę, bądź odrobinę bardziej pisarzem. Jeśli chcesz, kupię Ci paczkę pinezek. Igraj!

Powtarzacze


Od tego jest tylko jeden wyjątek. Nienawidzę, serdecznie nienawidzę powtarzaczy. Kiedy spotykam takiego kogoś na swojej drodze, staję się naprawdę agresywny i nieprzyjemny. I choćbym uznawał, że tekst wciąż jest z kategorii "być może", w konfrontacji z powtarzaczem staje się dla mnie prawdą absolutną, której będę bronić do ostatniej kropli krwi. Kim są powtarzacze? To osoby, które naczytały się Jungów, Freudów, Bettelheimów i inszych Feministków, które w baśniach nie widzą tego, co tam jest, a tylko to, co przeczytały u kogoś innego. Nienawidzę! Ty masz swój mózg, swoje spostrzeżenia i swobodnie cytujesz różne mądre głowy, więc piszę to raczej dla stworzenia pełnego obrazu.Są osoby, które tak mocno uczepiają się metodologii, cytatów, perspektyw, że ostatecznie nie da się z nimi rozmawiać. Na tyle, na ile mogę, staję więc w szranki z ich Freudami, Jungami, czy Bettelheimami i niszczę, póki mi intelekt na to pozwala. i wiesz co? To wszystko też jest igraszka. 


Znam i lubię Bettelheima (choć mam do niego wiele zastrzeżeń), lubię Junga, Campbella, Eliadego, a ostatnio pana Peju (e z kreseczką, ale nie potrafię wstawić), czytałem Biegnącą z Wilkami (której nie lubię) kilka innych feministyczno-baśniowych pozycji też (żadna mnie nie przekonała, choć niektóre są pożywne, jeśli idzie o tropy), Z osób analizujących basnie Pani Jadwiga Wais, ma dla mnie szczególne znaczenie. Odwracam się w lewo do swojej biblioteczki i widzę, że można by wymieniać nazwiska jeszcze przez dobrą chwilę i gdybym miał ochotę skorzystać z tego, o czym mówią, wziąłbym do ręki ich książkę. Ale w moich myślach te osoby mają być tylko pożywką. Mają mi pomóc lepiej spotykać się z baśniami. 


Gdyby ich nie było, czy to baśnie, czy też literatura piękna (co wychodzi na jedno), byłyby dokładnie tym, czym są. Powtarzacz pakuje im na plecy worek z kamieniami cudzych myśli. Wtedy nie chce mi się już ani baśni, ani interpretacji. I lepiej, żeby tak baśń, jak i powtarzacz, udali się tam, gdzie może zabrać ich worek z kamieniami. Na dno zapomnienia. Piszę jednak o tym, bo choć przy Tobie, nie muszę się o to martwić, to jednak powtarzacze są plagą, od której nie sposób się opędzić. Szanowny B. jesteś bystrzejszy ode mnie. Proszę Cię zatem - kiedy spotkasz powtarzacza, nie zostaw na nim suchej nitki. Dla dobra ludzkości. Ja sam sobie nie poradzę.


I choć zawsze jest coś więcej, na teraz to chyba wszystko. Jeszcze napiszę. Mam nadzieję, że niedługo znów siądziemy przy kawie i będziemy mogli wrócić do naszych rozważań. 

Igraj Szanowny B. 

I Wy igrajcie! 

*****

*Co ważne, to nie jest kopia, raczej alternatywna rzeczywistość, której niestety zbyt mało się przyglądamy. Gdybyśmy czasem zdecydowali się uważniej przyjrzeć relacjom, jakie modelują dzieci w swoich zabawach, moglibyśmy czerpać z nich całymi garściami metody na poprawienie naszych dorosłych, poważnych relacji. 

** czego dotyczył tekst w całości, nie pamiętam. I jeśli zdarzyłoby Ci się znać go w całości, proszę, podeślij mi. Jeśli jednak okazałoby się, że zdanie wyrwane z kontekstu znaczy coś innego, proszę nie przesyłaj. To zdanie jest dla mnie cenne, takie, jakie jest i chciałbym, żeby takim też pozostało. 

*** Nie, nie martwcie się - nie dołożę!

8.11.15

Co baśnie mówią o śmierci?

Streszczenie baśni, Bracia grimm, śmierć kurki, Baśnie na Warsztacie, mit orfeusza, Żałoba w baśniach, co baśnie mówią o śmierci, śmierć w baśniach, baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak,

Na warsztacie: Śmierć Kurki, Baśnie Braci Grimm, Żałoba w baśniach

Z góry przyznaję, że pierwotny tytuł miał brzmieć "Lament Kogucika", ale znajomy, spec od internetów, powiedział, że taki tytuł jest beznadziejny dla wyszukiwarki. W trosce o bloga tytuł jest więc prostacki, pozbawiony polotu i tylko odrobinę rozmijający się z prawdą. Bo będzie o śmierci, choć w baśniach śmierć występuje raczej w liczbie mnogiej. Jest ta śmierć, po której musi nastąpić zmartwychwstanie i taka, po której nie ma nic. Jest śmierć rodzica, która rozpoczyna wędrówkę dziecka i śmierć ukochanej, która pozostawia tego, kto nadal ogląda słoneczko, w żałobie. kogucik pozostał w żałobie... 

Śmierć Kurki (wersja bez pand)

Rzecz działa się na Orzeszkowym Wzgórzu. To tam Kogucik wraz ze swoją połowicą, Kurką, przybyli w poszukiwaniu orzeszków. Umówili się między sobą, że kto znajdzie orzeszka, dzieli się z drugim na pół. Kogucik się dzielił, a kurka nie. Z tej swojej pazerności raz się kurka zakrztusiła, raz orzeszek utkwił jej w kurzym gardziołku. No i biedaczka zaczęła umierać. Kogucik starał się jej pomóc, biegał za wodą od strumienia, do panny młodej, od panny młodej do brzózki, od brzózki znów do panny młodej i do strumienia... i na nic to się zdało - zanim wrócił z wodą, Kurka była martwa.

W jaką rozpacz popadł Kogucik! Jakże płakał i lamentował. Żal było na biedaka patrzeć. W tej jego rozpaczy znalazły go myszki, które zaproponowały, że wezmą kurkę na cmentarz. Wrzuciły ją na powóz i same zaprzęgły się do niego zamiast koni. Kogucik siadł obok ciała swojej kurki na wozie... i płakał. Po drodze żałobnik spotkał kilka innych zwierząt leśnych. Lisa, wilka, jelenia i króliczka. Niedźwiedzia, dzika, sarnę i łasicę... i jeszcze co tam w lesie było. Napotkane zwierzaki również postanowiły towarzyszyć kurce w ostatniej podróży. Wsiadały więc kolejno na wóz i pewnie niebawem wszyscy znaleźliby się na cmentarzu, gdyby nie to, że trzeba było przeprawić się przez rzekę. A nurt, co tu dużo mówić, napierdzielał.


Streszczenie baśni, Bracia grimm, śmierć kurki, Baśnie na Warsztacie, mit orfeusza, Żałoba w baśniach, co baśnie mówią o śmierci, śmierć w baśniach, baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak,

Już nadzieja opuszczała wszystkich, bo jak tu na drugi brzeg, gdy nieopodal odezwał się węgielek. "Ja przerzucę się przez wodę, jestem gorący, woda się mnie wystraszy o odpłynie, wtedy wóz przejedzie". Świetna myśl, zakrzyknęli wszyscy. Więc węgielek wskoczył. Csssst... i po węgielku. A wóz jak stał, tak stał. Chwilę potem słomka zaoferowała się, że między brzegami zrobi z siebie most, po którym będzie mógł wóz przejechać. Świetna myśl, zakrzyknęli wszyscy. Słomka przerzuciła się na drugi brzeg , myszki na nią wbiegły, wóz się wtoczył, słomka pękła. myszki się potopiły, co do jednej. Wóz jakoś się wylizał. Lecz rzeka nieprzebyta, naparza jak naparzała. 

Wreszcie zjawił się kamyczek. Ot taki, który z rzeką sobie już nie raz radził. "Ja w wodę wskoczę, a wy po mnie" - powiedział. 
Świetna myśl, zakrzyknęli wszyscy (prócz myszek). Kogucik wprzęgł się w wóz, kamyczek w wodę wskoczył. Kogucik ruszył. Szło mu ciężko, ale szło. I już na drugim brzegu nóżki stawił, gdy wóz na kamyczku się wywrócił. Lisek, wilk, jelonek, króliczek, dzik, niedźwiedź, sarna łasica i co tam jeszcze na wozie było - wszystko w rzece potonęło. Tylko martwa kurka ocalała... jeśli mogę tak powiedzieć. 

Kogucik zabrał ją więc na cmentarz. Usypał nad jej ciałem zgrabny kurhanik, a potem sam siadł na szczycie tego kurhaniku i płakał, płakał, płakał, aż umarł.

I wszyscy żyli długo i szczęśliwie... albo i nie. 

Na pierwszy rzut oka baśń o śmierci kurki jest przykładam opowieści humorystycznej, pełnej absurdalnych obrazów, których zadaniem jest jedynie rozśmieszać. Jednak im głębiej wgryzamy się w jej treść, tym poważniejsza staje się historia, którą ona opowiada, a postawa kogucika zakorzeniona jest głęboko w archetypach. 

Patologiczne małżeństwo


Analizę tej baśni musimy rozpocząć od stwierdzenia, że w związku kurki z kogucikiem nie działo się najlepiej. Cała tragedia rozpoczyna się od tego, jak kurka oszukuje męża przy podziale orzeszków, za co, zgodnie z ludowym poczuciem sprawiedliwości zostaje ukarana. Kogucik, zgodnie z tym samym poczuciem sprawiedliwości mógłby w zasadzie pozwolić kurce umrzeć, całą sprawę kwitując dodatkowym stwierdzeniem: "Dobrze ci tak, o zła babo!". 

Nie byłoby to dziwne, zwłaszcza, gdy weźmiemy pod uwagę, że baśnie są raczej stanowcze, jeśli chodzi o moralność i rozdanie kar i nagród raczej nie miesza się w obrębie jednej historii. Jednak kogucik postanawia zachować się zupełnie niezgodnie z tym prawidłem. Choć kwokę miał straszną, to jednak ją kochał, więc zamiast pozwolić, by sprawiedliwości za dość się stało, postanowił ją ocalić. 

Streszczenie baśni, Bracia grimm, śmierć kurki, Baśnie na Warsztacie, mit orfeusza, Żałoba w baśniach, co baśnie mówią o śmierci, śmierć w baśniach, baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak,

A przynajmniej taką miał chęć, bo zabrał się za to gorzej niż ja za naprawy w domu. Zamiast działać uwikłał się w dziwaczny ciąg przyczynowo skutkowy. Strumyk powiedział  mu, "dam ci, jeśli ty...", to samo panna młoda "dam ci to, czego potrzebujesz, jeśli ty dasz mi to, czego chcę...". I niby jest to zabawa z baśniowym schematem, ale nie możemy zapominać, że kurka właśnie walczy o życie, próbując rozpaczliwie łapać powietrze. Kogucik w swoich próbach ocalenia żony był jak ambulans, który dostał wezwanie do wypadku, ale zamiast włączyć sygnał i pruć ile fabryka dała, trzymał się wszystkich przepisów... w godzinach szczytu. Innymi słowy, kogucik zupełnie nie potrafił zareagować na okoliczności. Co w ostateczności doprowadziło do śmierci jego połowicy. 

Początek żałoby


Kogucik, nie potrafił poradzić sobie ze stratą. Nie tyle, że miał wrzuty sumienia, bo nie udało mu się kurki ocalić, nie tyle, że czuł się winny. To wszystko zeszło na dalszy plan. Jemu po prostu umarła żona i on za tą żoną tak płakał i rozpaczał, że słońce poczerniało, a anioły smutku rozpostarły nad nim swoje mokre od łez, popielate skrzydła. To był ten typ rozpaczy, w której nie da się odnaleźć. Ten typ rozpaczy, który każe nam trzymać dłoń zmarłej i to trzymać, dopóki się da. Z nadzieją, że póki jej ręka jest w naszych dłoniach, zmarła z nami zostanie, nawet jeśli jej ciało toczą już robaki. Ten typ rozpaczy, która obezwładnia.

W początkach swojej żałoby kogucik nie robi nic. Pochówkiem żony zajmują się dopiero myszy, które organizują wszystko, jak trzeba. W wielkim cierpieniu kogucika, to myszy są głosem rozsądku. Wsadzają truchło kurki na wóz i kogucika do kompletu. A potem same zaczynają tę rozpacz ciągnąć.

Ważne, bardzo ważne, żeby w chwili tragedii, jaką jest śmierć bliskiej osoby mieć kogoś, kto racjonalnie myśli. To ta osoba, będzie musiała pociągnąć na swoich plecach to wszystko, co nazwać można codziennością. Ktoś pogrążony w rozpaczy zapomina, o tym, że śmierć ma dwa wymiary. Jeden, który rozkłada duszę żyjącego i drugi, który rozkłada ciało zmarłego. Nie zająć się tym drugim, to grzech i katastrofa biologiczna. Kogucik nie potrafił. Potrzebował myszek. Myszki musiały zatem przejąć dowodzenie. Zająć się tak kurką jak i kogucikiem.

Drugi etap


Niestety żałoba kogucika była zaraźliwa. Kogucik postawił ją na pierwszym miejscu i wciągał w nią każdego, kogo spotkał na swojej drodze. Wkrótce wydarzenie, które było tragedią tylko w wymiarze osobistym zaraziło cały las, wchłaniając wszystkich jego mieszkańców. Na jednym wózku (dosłownie i w przenośni) znaleźli się naturalni wrogowie. Lis jechał ramię w ramię z kurą i zającem, zając z wilkiem, wilk z sarną, sarna z niedźwiedziem. Cały leśny ekosystem został zakłócony przez śmierć jednej kurki. Oczywiście, czas żałoby rządzi się swoimi prawami i jednym z nich, jest zawieszanie zasad jakie panują na co dzień (np. o zmarłym nie mówi się źle), ale nie do granic, które pochłaniają cały las. I nie dla jednej, zwykłej kurki*.

Streszczenie baśni, Bracia grimm, śmierć kurki, Baśnie na Warsztacie, mit orfeusza, Żałoba w baśniach, co baśnie mówią o śmierci, śmierć w baśniach, baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak,

Śmierć zawsze pozostaje smutna, szczególnie, jeśli umiera ktoś bliski, ale czy ktokolwiek z Was, drodzy czytelnicy, płakałby, gdybym napisał, że zmarli moi rodzice? Z pewnością nie. Przyjęlibyście to, jako smutny fakt, może trochę byście powspółczuli, ale ostatecznie - to nie wasza sprawa. Śmierć jest sprawą bardzo osobistą, szczególnie dla bliskich, którzy pozostają przy życiu. I taka powinna być. Kurka była tylko kurką i kiedy zmarła, to przede wszystkim dotyczyło kogucika. Jednak ten posiadał niezwykły dar wciągania w swoją rozpacz innych. Dar do tego stopnia skuteczny, że zanim wóz stanął przy rzece, wyglądał jak mini arka Noego. Cały leśny "ekosystem" znalazł się w zawieszeniu i rozpaczy nad ciałem biednej, wiarołomnej i niewiele znaczącej kurki.

Największą tragedią tego wydarzenia nie jest śmierć, ale to, że cały ten kramik musiały ciągnąć biedne myszki.

Rzeka


Przychodzi jednak taki moment, gdy żałoba osiąg punkt krytyczny. Nie tylko zawiesza panujące w "ekosystemie" relacje, ale zaczyna domagać się ofiar. Zaczyna niszczyć to, do czego obrony została stworzona - życie. Bo żałoba to okres przejściowy. Owszem, prawa dnia powszedniego są w niej zawieszone, ale tylko po to, żeby żałobnik miał szansę przejść jakoś przez swoją stratę. Żałoba jest buforem, stanem chwilowym, z wektorem skierowanym na "wszytko wróciło do normy". U kogucika tak nie jest. Jego rozpacz jest rwąca, nieprzebrana i w ostatecznym rozrachunku zabójcza.

Humorystyczna scenka z węgielkiem i słomką pokazuje, że w całej tej rozpaczy nawet myszy, które wykazywały się największym rozsądkiem, przestają trzeźwo rozsądzać rzeczywistość. Absurdalne pomysły zaczynają wieść prym i choć same w sobie są śmieszne ich skutkiem jest śmierć. Najprawdziwsza śmierć myszek i całej ferajny siedzącej na wozie. Tylko kogucikowi udaje się przeżyć.

Wnioski z tego dwa. Niepohamowana rozpacz jest całkowicie destrukcyjna. To po pierwsze. Po drugie zaś - jeśli jesteśmy w rozpaczy, możemy mieć przy sobie myszkę, albo dwie, ale ostatecznie, prze żałobę musimy przejść sami.

Baśniowa rzeka zawsze jest granicą. Z jednej strony to miejsce transformacji. Pojawia się jak tablica informacyjne, że po drugiej stronie znajduje się coś innego - państwo, w którym stare prawa przestają obowiązywać. Taką rzekę spotkali na swojej drodze Jaś i Małgosia. Na drugim brzegu rozpościerał się zupełnie inny świat - nowy, lepszy i bez Baby Jagi (o czym przeczytać możecie tutaj). Taką rzeką był Styks, który stanowił wyraźnie rozgraniczenie między tym, co powinno odejść, a tym, co wciąż jest żywe. Taką rzeką była też zapewne rzeka kogucika.

Streszczenie baśni, Bracia grimm, śmierć kurki, Baśnie na Warsztacie, mit orfeusza, Żałoba w baśniach, co baśnie mówią o śmierci, śmierć w baśniach, baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak,


Niestety kogucik zupełnie nie zważał na to. Szedł za swoją rozpaczą, a za nim szli inni. Jemu rozpacz pozwoliła przejść, bo to była jego rozpacz. Ci wszyscy, którzy byli z kogucikiem niejako dla towarzystwa nie mieli szans przekroczyć granicy...

Dygresja o rzeczach własnych 


W tym miejscu pozwolę sobie trochę zboczyć z tematu. Posiadać własną rozpacz, to pozwolić, by docierała ona do najgłębszych pokładów naszej osoby i tam działała. Transformowała, zmieniała nas od korzenia. Podobnie jest ze wszystkim. Z pasją, z miłością, z misją i relacją z Bogiem. Mieć coś własnego, to mieć coś u podstaw. I kiedy to coś (rozpacz, pasja, miłość etc.) spływa w dół, płynie korytarzami wyznaczanymi przez naszą osobowość. Zawsze indywidualnie. Zawsze w jedyny, właściwy dla nas sposób. Rzeźbi nas niczym woda kanion. Uniwersalne prawdy staną się prawdziwe tylko, jeśli staną się nasze.

Sam proces docierania do korzenia, jest pasjonujący i tak mocny, że widać to na twarzy. Coś się zmienia w postawie, w sposobie intonowania, kiedy mówimy o tych najważniejszych rzeczach. Oczy patrzą inaczej, są jaśniejsze, pełniejsze, po prostu prawdziwsze. To się roznosi jak woń. I ta woń przyciąga. Często całe leśne "ekosystemy". Co ważne, niekoniecznie musimy chcieć się tym dzielić. Intensywność i być może prawdziwość pasji/miłości/rozpaczy unosi się w powietrzu, rażąc postronnych. I oni też zapragną tej prawdziwości, nieważne czy dotyczy to rozpaczy, czy euforii.

I postronni podłączeni do tego czegoś prawdziwego, też to poczują. Choć sami w sobie tego nie mają, ogarnia ich ta sama pasja co "nosiciela". Pójdą za tym. I być może z zewnątrz wszystko wygląda podobnie, lecz kiedy przyjdzie czas próby - utoną. Zaczną szukać nowej podniety, zmienią trenowany sport, wyznawaną filozofię, religię czy żonę. Ostygną. To bolączka wielu szkoleń - wspaniała atmosfera w trakcie i zerowy zwrot po wyjściu ze szkoleniowej sali. Bolączka wielu małżeństw, bolączka nudnej pracy i smutnych kościołów**.

Streszczenie baśni, Bracia grimm, śmierć kurki, Baśnie na Warsztacie, mit orfeusza, Żałoba w baśniach, co baśnie mówią o śmierci, śmierć w baśniach, baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak,


Czujemy potrzebę "prawdziwego" - prawdziwych emocji, relacji, prawdziwej pasji, prawdziwych osób. Lgniemy do nich, jak ćmy do ognia. Żeby choć trochę się ogrzać. To nas może zabić, albo znudzić. Bo nie jest nasze. I kiedy giniemy - giniemy; i  kiedy się nudzimy - odchodzimy, prosto do swojej słodkiej drętwoty dni powszednich. Koniec dygresji.

Koniec opowieści


Żałoba izoluje. Kogucik w swoim cierpieniu był całkowicie osamotniony. Był oddzielony od całej reszty świata rwącym nurtem, który niesie przemianę... a przynajmniej powinien nieść przemianę. Niestety, kiedy kogucik przedostaje się na drugą stronę, nie ma tam nowej, uleczonej rzeczywistości. na drugim brzegu rzeki jest to samo, co na pierwszym: zwłoki kurki. Śmierć i rozpacz. Być może to właśnie przez ciało kurki inne zwierzęta się potopiły. Nie było tam na nie miejsca, bo kogucik wciąż stawiał to, co bliskie lecz nieżywe nad tym, co żywe. Skutkiem tego, wszystko, co w tej baśni żywe, ostatecznie umarło. Kogucik roztaczał wokół siebie woń żałoby, kurka odór śmierci. Obydwa zaraźliwe. Kogucik chyba uzależnił się od swojej rozpaczy. Został sam w psychicznej izolacji, w miejscu, które nie jest przeznaczone dla żywych***. Usiadł na grobie kurki, gdzie zapłakał się na śmierć.

Zaczęło się źle, skończyło się źle. I nad tym wszystkim ciążyła wielka miłość dwóch na wskroś niedoskonałych istot. Ta niedoskonałość sprawiła, że mechanizmy, które wypracował sobie człowiek, żeby świat się nie zawalił, nie zaskoczyły. Skutek - świat się zawalił.

I byłaby to banalna historyjka, gdyby nie to, że korzeń jej tkwi w jednym z najbardziej znanych mitów. Kogucik zachowywał się dokładnie tak, jak Orfeusz, kurka, trochę gorzej niż Eurydyka. Jednak sam mechanizm wygląda dokładnie tak samo. Orfeusz też nie poradził sobie ze swoją rozpaczą po stracie żony. Nie udało mu się wrócić do żywych, przyszło mu więc tracić za to głowę. A jego śmierć i śmierć kogucika stało się tym, co przywróciło porządek światu.

W temacie śmierci, polecam także książkę Bracia Grimm i Siostra Śmierć, o której więcej TUTAJ

***

Myśli luźno powiązane, czyli przypisy:

*I chyba powinno być tak, że im bardziej osoba oddziałuje na świat (im bardziej wpływowe miejsce zajmuje, jest większym moralnym autorytetem, filantropem, bardziej wpływowym władcą), tym większy jest stopień zawieszenia rzeczywistości, jaki niesie za sobą śmierć i żałoba po niej. Z drugiej strony, kiedy myślę o naszym rodzimym podwórku, wydaje mi się, że naszych naturalnych animozji nic nie jest w stanie zawiesić. Od razu przypomina się mecz braterstwa miedzy Cracovią a Wisłą, po śmierci papieża, po którym kibice tradycyjnie wdali się w bójki. Albo lawinę niezbyt wyrafinowanych komentarzy, po 10 kwietnia 2010 roku i przerzucanie się wrakiem samolotu jako argumentem w walce politycznej. Naturalne instynkty nie uległy zawieszeniu na dłużej niż "ojej!". Potem wszystko wróciło do normy.

** W temacie. Codziennie staram się czytać Biblię, żeby mieć osobisty kontakt z czymś, co uznaję za Prawdę. Lubię też słuchać mądrych ludzi, którzy Słowo znają lepiej ode mnie. Jest taki pan, który zwie się Szustakiem Adamem. Wypuszcza świetne audiobooki ze swoimi analizami poszczególnych ksiąg Biblii. Uwielbiam go nie tylko dlatego, że mówi fajne rzeczy, ale dlatego, że w kolejnych audiobookach czuć jego osobisty wzrost w Bogu. Czyta, smakuje Pismo, rozwija się w Bogu. Kiedyś, bliska mi osoba zapytała, czy sądzę, że osoby, które go słuchają rozwijają się tak samo mocno jak on sam. Może tak, może nie, nie wiem. Natomiast moja rozmówczyni stwierdziła coś, do tej pory siedzi mi w głowie: "Widzisz Mateusz - powiedziała ta osoba - Szustak się rozwija bo czyta. Ci, którzy go słuchają zwykle nie czytają, więc choć słyszą mądre słowa, słyszą je płytko... i na chwilę". Być może tak jest. Słuchać mądrzejszych od siebie to jedno, przeżywać do korzenia, to drugie. I tylko jeśli obie te rzeczy zaistnieją jest szansa na zmianę.

*** Łukasz 9, 60: Niech umarli grzebią swoich umarłych, leczy ty idź i głoś Królestwo Boże.




Ilustracje do dzisiejszego wpisu sponsorują: Ross Sulivan-Weily, Walter Crane, Rachel Kugelman