25.8.17

O mojej sztuce opowiadania

Baśnie na warsztacie, storytelling, Mateusz Świstak, Sztuka opowieści


Na warsztacie: Baśnie na warsztacie ;) 

Siedzę na balkonie. Słońce niedawno zaszło i niebo tuż nad horyzontem nadal ma kolor bursztynu. Chmury także przyozdobiły się bursztynowymi mazami, choć one są o wiele bardziej radykalne - albo płoną ostatkami słonecznego światła z intensywnością właściwą zakochanym, albo zapadają się w ciemniejsze niż niebo indygo. I ta ciemność, też chyba jest właściwa niedojrzałej miłości. Jest się na szczytach jasności, albo na dnie rozpaczy. Mnie dane jest podziwiać to widowisko prawie każdego dnia. Szczególnie w pochmurne dni, o tej godzinie, kiedy słońce znajdzie się w wąskiej szczelinie pomiędzy stropem obłoków a horyzontem. Po niebie rozlewają się najpiękniejsze wieczorne scenografie, spod balkonu dochodzi mnie cykanie tego, co zazwyczaj o tej porze roku cyka, a w oddali szumi ulica, przytłumiona, ale wyraźna jak linia basu. Bliżej przesuwa się jednostajnym dudnieniem pociąg, a potem znów tylko linia basu i następny pociąg. Już zdążyłem się do nich przyzwyczaić - mózg wymazuje je z bazy otaczających hałasów. Zresztą - nigdy nie były zbyt natarczywe. Przeszkadzają jedynie, gdy chce się oglądnąć film. Poza tym odbiera się je podprogowo. Gdyby ucichły na dłużej mógłbym poczuć się nieswojo. A tak wiem, że jestem w domu. Powietrze zaczyna pachnieć wilgocią. Nie tą duszną, która spada na świat podczas kanikuły. To ta wilgoć, w która przemyca pierwszy chłód - bilecik wizytowy jesieni.

Siedzę na tym balkonie, od kiedy słońce wisiało jeszcze nad horyzontem. Przerzucałem trochę myśli próbując poukładać je sobie w podsumowanie moich ostatnich czterech lat bycia opowiadaczem. BO to już cztery lata, od kiedy pojawił się pierwszy wpis na blogu, cztery od momentu, w którym "rzuciłem wszystko i wyjechałem w Bieszczady"... tak jakby. Lat bardzo dobrych. Lat innych niż wszystkie poprzednie, a przede wszystkim lat, w których dzień po dniu utwierdzałem się w tym, że kroczę drogą, na której raduje się moje serce. I to właśnie na ten temat chciałbym Wam dziś zostawić kilka słów.

Bycie opowiadaczem


Opowiadaczem można być na różne sposoby. Można być nim tak, jak Szymon Góralczyk czy Magda Polkowska na pełny etat. Można być nim z doskoku, traktując to raczej jako hobby, albo metodę samodoskonalenia. A można być opowiadaczem przede wszystkim, swoje zajęcie zawodowe wykorzystując jako środek do celu. Sztukę opowieści można naginać pod siebie, żeby była naszym narzędziem, niezależnie od tego, co robimy, z kim to robimy i gdzie. Na tej osi, którą w dość upraszczający sposób zarysowałem poniżej, przewędrowałem od osoby, która chce tylko opowiadać do miejsca, gdzie sztuka opowieści jest pewnym jądrem. Dookoła niej obraca się wszystko, co robię. Ona wyznacza kierunek. Ona zawsze stanowi punkt odniesienia. Niemniej, coraz częściej zdarza mi się rozlewać także po innych dziedzinach. I to w swoim byciu opowiadaczem lubię najbardziej. Ja zawsze mówię, że pracuję jako opowiadacz (mam to nawet wpisane w akcie ślubu), ale dookoła - animator, aktor, mim, kabareciarz, pan nauczyciel czy "warsztaciarz". To wszystko jedno. Jeśli dzięki temu mogę opowiadać, niech będzie. Niech se mnie nazywają jak chcą, bo dopóki opowiadam i wiem, jak to robić dobrze, będę przede wszystkim opowiadaczem.

I myślę, że to o to chodzi. Jeśli jesteśmy do czegoś przekonani i pomimo gadania świata robimy, to co robimy, to w końcu tym właśnie się stajemy. Niezależnie od przypiętej nam przez świat łatki. Jedno w tym wszystkim jest zastrzeżenie - trzeba robić swoje. Bo żadna nazwa nie zastąpi pracy. Można mówić o sobie, że jest się aktorem i nie grać. Można mówić, że jest się biznesmenem i bać się inwestować, można mówić, że jest się inżynierem tylko na papierku. Można... tylko, po co się oszukiwać? Jeśli nie grasz, nie jesteś aktorem, jeśli nie robisz biznesów, nie jesteś biznesmenem, jeśli poza dyplomem z inżynierii jesteś księgowym, to sorry - jesteś księgowym. Ja jestem opowiadaczem. Po czterech latach mogę to o sobie powiedzieć. Bo to potrafię i, co ważniejsze, bo to robię, czasem do granic własnej wytrzymałości.

A wiecie, jak sprawdzić, czy robi się to, co się powinno? Miarą tego są nasze sukcesy. Zdałem sobie niedawno sprawę, że na dobrej ścieżce, więcej jest sukcesów niż porażek. Może nam się czasem powinąć noga, ale w ostatecznym rozrachunku ilość sukcesów przeważy. Szczególnie tych malutkich. Czasem nawet niedostrzegalnych. Udane zajęcia, kolejny telefon z propozycją (to też sukces, jeśli ktoś do nas zgłasza się sam), zadowolona publiczność, wynik finansowy pod koniec miesiąca, czy po prostu wewnętrzne poczucie spełnienia. Sukcesy i sukcesiki nie są tylko nagrodą za to, co robimy, są też drogowskazami, które informują nas o tym, że idziemy w dobrą stronę. 

Baśnie na warsztacie, storytelling, Mateusz Świstak, Sztuka opowieści


Ciekawe jest też to, że z czasem miara spełnienia się zmienia. Zresztą zmienia się wszystko. Przede wszystkim czas pokazuje mi, jak zmienia się moje serce jako opowiadacza. Dziś widzę, jak opowieści przychodzą i odchodzą. Jak te baśnie, które kiedyś należały do moich popisowych numerów, w zasadzie straciły rację bytu, a inne, na które dawniej nie zwróciłbym uwagi, dziś stają się moimi faworytami. Widzę także te opowieści, które po prostu ze mną są i nic ich nie wyrwie z mojego prywatnego kanonu (do nich zdecydowanie należy baśń o Króliku i Słoniu, Trzy Świnki i Opowieść o butach, które się kochały - mogę je opowiadać na okrągło i nie są w stanie mnie zanudzić). Poza opowieściami, widzę również, jak zmienia się moje serce, względem grup. Tych, z którymi mam najlepszy kontakt i tych, dla których potrafię naginać sam siebie. Lubię obserwować te zmiany, lubię obserwować ich przebieg i patrzeć, jak przez nie zmienia się moja percepcja świata. Upewniają mnie one, że idę. Czy do przodu? Nie wiem, za to wiem, że na pewno przed siebie.

Przywileje


Czasem, szczególnie pod koniec sezonu, mój mózg odmawia posłuszeństwa. Bo praca, którą wykonuję wymaga ode mnie ciągłego przyswajania nowego materiału. Choć studia skończyłem w 2010 roku, od jakiegoś czasu czuję, jakbym nieustannie przygotowywał się do sesji. I każde zajęcia są trochę jak zdawanie egzaminu. Jeśli wyjdą, zdaję na piątkę. Jeśli nie wyjdą oblewam (na szczęście przez te cztery lata zdarzyło mi się oblać może raz... co było zresztą wspaniałą nauką). To wspaniała gra, która nauczyła mnie jednego. Możliwość nieustannego uczenia się w pewnym wieku staje się przywilejem, a nie przykrym obowiązkiem.

Kiedy mieszkałem jeszcze w Krakowie, do mojego pokoju wszedł kumpel. Akurat przygotowywałem się do Klubu Latających Podróżników. Kumpel spytał mnie, co robię, więc zgodnie z prawdą odpowiedziałem mu, że się uczę. On na to do mnie: "Kujon!". I wtedy mnie tknęły dwie rzeczy. Po pierwsze, że choć pewnie nie miał takiego zamiaru, z ust kumpla słowo kujon było komplementem. Po drugie zaś, że po etapie formalnej edukacji wiele ludzi odpuszcza sobie uczenie. Może czasem jedzie na jakieś szkolenie, które też traktuje jako część "formalnej" edukacji, ale głód wiedzy gdzieś zanika... o ile w ogóle był. Im jestem starszy, tym bardziej dostrzegam to, że uczenie się jest przywilejem. Uczenie się jest przywilejem. Przywilejem!

Baśnie na warsztacie, storytelling, Mateusz Świstak, Sztuka opowieści


Wiedza i doświadczenie pomagają jeszcze w jednym. Pomagają w przekraczaniu granic w bezpieczny sposób. Pozwalają wchodzić w procesy, które z zewnątrz wyglądają chaotycznie, a w środku są pod kontrolą. Ba! W takie, które dla postronnego wzroku wydają się być pomylone, albo niebezpieczne. Z perspektywy zdobytego materiału wiem jednak, że czasem to są najlepsze rozwiązania i warto z nich skorzystać. Warto zaryzykować. Wiedza i doświadczenie dają też ten przywilej, że łatwiej się ryzykuje... z drugiej strony, Bogiem a prawdą, ryzyko często wygląda na większe niż jest naprawdę. Ale to wiadomo tylko, jeśli ma się już doświadczenie pewnych rzeczy. 

Jeszcze jedno z odkryć dotyczących nauki. Większość wiedzy, którą przyswajam ma raczej charakter niepraktyczny. To ciekawostki o świecie, baśnie i bajki, zabawy dla dzieciaków. I zdaje mi się, że zawsze tak było. Większość wiedzy, która do mnie docierała nijak nie miała mi się przydać w dorosłym życiu. A tu BACH! TO właśnie ona okazałe się moim największym kapitałem. Tym, z czego tkam całą swoją pracę i, co równie ważne, tym, co daje mi pieniądze. A to z kolei prowadzi do kolejnego punktu, czyli:

Umiejętność cenienia się


To jest dla mnie najtrudniejsze ze wszystkiego. Choć trzydziestka na karku, temat pieniędzy zawsze u mnie kulał. I to na wszystkie cztery łapy. Do teraz kuleje, choć przez te cztery lata zmieniło się prawie wszystko. Każde kolejne spotkanie z dziećmi uczyło mnie o wartości tego, co robię. Uczyło przede wszystkim tego, że wartość naszej pracy zaczyna się w nas samych. Jeśli nie jesteśmy pewni, że to, co robimy jest dobre, to nie przekonamy do tego innych. A co za tym idzie, trudniej będzie nam za to zażądać zadowalającej nas stawki. A potem pojawił się kolejny problem. Może i jesteśmy pewni, co do wartości oferowanej przez nas usługi, ale jak powiedzieć, że kosztuje ona tyle i tyle. Mnie kosztowało to wiele wysiłku i konieczności przełamywania się. I co prawda wiem, że nadal zaniżam stawkę, nadal umaczam na elementarnym rozróżnieniu na brutto i netto, ale w przeciwieństwie do tego, jak było na początku, jestem o wiele dalej.

Baśnie na warsztacie, storytelling, Mateusz Świstak, Sztuka opowieści

To się może komuś przydać, więc podzielę się swoim sposobem na radzenie sobie z wyceną własnej pracy. Moim pierwszym problemem było to, że w ogóle bałem się prosić o pieniądze za swoją pracę (choć brzmi to absurdalnie, serio bałem się po prostu powiedzieć, że moja usługa kosztuje tyle i tyle). Postanowiłem, że ustawię sobie pewien limit, do którego będę chciał dobijać. Dla mnie tym limitem była stówa za dzień, w którym mam zajęcia. Czy to mało? Dziś powiem, że tak. Wtedy potrzebowałem jakiegoś punktu odniesienia, szczególnie biorąc pod uwagę, że często ta stówa wpadała w niecałą godzinę roboczą. Na początek, to był dobry wyznacznik, który dodatkowo motywował, do tego, by zapełniać jak najwięcej dni zajęciami. Dodatkowo w przedszkolach i szkołach, które już mnie chciały, zawsze podawałem stawkę za dziecko, a nie za grupę. Wiecie dlaczego? Bo o wiele łatwiej było mi powiedzieć, że chcę np. piątkę od dziecka, niż 300 złotych. Zresztą dzięki temu, można było uzyskać całkiem dobry wynik.

Czas i konieczność mówienia uczą, jak mówić. Poza tym im więcej coś robimy, tym więcej mamy szans żeby eksperymentować. Także z ceną. Czas daje też rozeznanie we własnej wartości w kontekście innych, co również pomaga w wycenie swoich własnych usług.

Nie mówię tego jednak, jako ekspert. Przede mną w kwestii finansów wciąż potężna droga do przebycia. Czego nauczyły mnie jednak baśnie, to to, że mierzenie się z pieniędzmi może być też fantastyczną przygodą, która bardzo rozwija.

Roślinka


A propos rozwijania. Jest jeszcze coś niesamowitego w tej pracy. Od kiedy zacząłem swoją przygodę z opowiadaniem baśni, widzę, jak Baśnie na warsztacie rosną. Przypomina to życie roślinki, która wypuszcza pędy to tam, to tu, niekoniecznie licząc się z moim zdaniem. Czasami są to rzeczy tak niespodziewane, że gdybym miał je wymyślić, to w życiu nie dałbym rady. Pewnego razu na przykład po baśniach dla dorosłych zgłosił się do mnie Staszek Wengierski z propozycją, żebym pisał baśnie... do autobusów. Żeby pasażerowie mogli sobie poczytać na wyświetlaczu. Nie za długie (tak na 20 plansz), byle uchwycić klimat baśni. Od słowa do słowa i moje adaptacje baśni jeździły przez prawie rok po Rybniku. Inna nietypowa propozycja, którą otrzymałem to napisanie przewodnika po Katowicach i okolicach. Przyznam, że jedno z trudniejszych wyzwań, ale zwieńczone sukcesem (przewodnik wydany nakładem wydawnictwa Bezdroża). Tempo pracy było zabójcze, co się nakląłem to moje, co moja żona wycierpiała to jej, ale z efektu jestem bardzo zadowolony. A wiecie dlaczego dostałem to zlecenie? Kiedyś po Klubie Latających Podróżników zostały dwie dziewczynki. Przyszła po nie mama i powiedziała "chodźcie, dziołszki". Ta forma mnie ubawiła, więc zapytałem:
"Pani jest Ślązaczką?". Okazało się, że tak. To i ja się przyznałem, że jestem. Jakiś czas później, tamta mama powiedziała o mnie redaktorce z Bezdroży a reszta już się potoczyła.

Baśnie na warsztacie, storytelling, Mateusz Świstak, Sztuka opowieści


Myślę, że to jest dobry przykład tego, o czym pisałem wcześniej. Jeśli mamy dobrze ustawione jądro, to wszystko może się wokół niego bezkolizyjnie kręcić. W środku są opowieści, które stały się bazą dla Klubu Latających Podróżników. Klub połączył przestrzeń ze sztuką używania słowa, czego wypadkową stał się przewodnik. Ale to nie wszystko. Klub Latających Podróżników, sam ewoluował - po pierwsze w zajęcia Tam i Tu, które są tą częścią klubu, którą lubię najbardziej, po drugie zaś w zajęcia w Domu Oświatowym Bilblioteki Śląskiej, gdzie znalazłem się właśnie ze względu na zacięcie do opowiadania o podróżach. Tam dostałem za zadanie poprowadzić Klub Alfreda Szklarskiego, a potem szereg innych projektów z nagraniami baśni moich podopiecznych na czele. Na początku była opowieść, a drzewko rosło i rosło i rosło.

A teraz coś, co jest najbardziej kosmiczną odskocznią od mojej sztuki opowieści, jednocześnie idealnie wpasowuje się w to, o czym mówię. Ostatnio dostałem propozycję stworzenia storytellingu dla parku rozrywki. Nie tylko bajki, ale bajki, która będzie żyła w przestrzeni. Bajki, którą będzie można dotknąć, która swoje rozwinięcie będzie miała w postaci karuzel i wytworzonego materialnie świata. I najpiękniejsze jest to, że jądrem nadal pozostają baśnie.

Jest jeszcze kilka projektów, które mieszczą się w tej kategorii, ale oszczędzę Wam mówienia o nich, bo i tak czuję, że z krótkiej notatki zrobił się już całkiem pokaźny tekst. Obiecuję, że choć pisałbym i pisał, poniżej będzie jeszcze tylko jeden punkt.

Ludzie


To jest największa nauka i największy prezent jaki dostałem od Baśni na Warsztacie. Ludzie. Bo z natury jestem solistą i naprawdę nie czuję się dobrze w towarzystwie, a w szczególności we współpracy z ludźmi. A Baśnie zmuszają mnie do tej współpracy w sposób najdoskonalszy i najprzyjemniejszy. I wiem, że to właśnie za ludzi mogę Bogu najbardziej dziękować. Zaczynając od tych, którzy wspierali moje działania od samego początku (Kasiu Doroto, za to nie przestanę być Ci wdzięczny do końca życia), albo za tych, którzy powiedzieli czasem jedno zdanie, które stawiało mnie do pionu, albo dawało nadzieję. Przez tych, przy których nadal mogę pracować tak jak lubię najbardziej, czyli sam. Mam tutaj na myśli przede wszystkim wspaniałe Panie z Muzeum Etnograficznego, które są za większością moich pomysłów, a po drugie zostawiają mi wolną rękę w ich realizacji (Aniu, Olgo, Natalio - uwielbiam Was za to i dziękuję). Podobnie jest w Domu Oświatowym Biblioteki Śląskiej, czyli na okręcie pod dowództwem Ewy Kokot. Wspaniałe i inspirujące środowisko, które motywuje do tego, by za każdym razem być o krok dalej. Tacy ludzie wokół to prawdziwy skarb. Choć te dwa miejsca mają dla mnie szczególne znaczenie, to podobnie inspirujące i popychające mnie do przodu osoby, spotykam co krok: w gliwickiej Willi Caro, w Tarnogórskim Centrum Kultury, w Kinie Amok. 

Baśnie na warsztacie, storytelling, Mateusz Świstak, Sztuka opowieści

Jest oczywiście Teofil, mój ukochany partner sceniczny. Jego obecność pokazuje mi takie rejony mojej własnej sztuki, o które bym się nie podejrzewał. Choć często idzie nam jak po grudzie i gdybyśmy się sprężyli, bylibyśmy gwiazdami internetów, przeglądów muzycznych, kabaretowych i aktorskich, jeździlibyśmy czerwonymi farrari a na nocnym stoliku trzymalibyśmy szkatułki pełne kokainy, to to wszystko nie ma znaczenia. Najważniejsze jest porozumienie. Ta iskra, która przeskakuje pomiędzy opowieścią i akordeonem. To jest bezcenne. I mam nadzieję, że będzie trwało. 

Nie wiem, czy się chwaliłem, ale mamy nawet swoją własną stronę - KLIKNIJ TUTAJ.

Miałem też szczęście, że zdarzył mi się Lufcik na Korbkę, z którym każdy projekt to najprzedniejsza z możliwych zabaw. I nie mogę nie dziękować Agnieszcze Batóg, że w stwierdzeniu "Lufcik i przyjaciele" Baśnie na warsztacie znalazły się w części "...i przyjaciele". 

Mógłbym wymieniać i wymieniać, ale w gruncie rzeczy zmierzam do tego, że dzięki baśniom znalazłem się w takiej siatce połączeń międzyludzkich, którego nie byłbym sobie w stanie ani wymyślić, ani wymarzyć. Ludzie, którzy mnie otaczają to niewyczerpana skarbnica inspiracji, a przede wszystkim poczucie, że jestem na właściwym miejscu. I wiecie, co, także ich zawdzięczam baśniom. 

***


Na zegarze wybiła 23.00. Po bursztynowym niebie nie ma już śladu. Niebo jest czarne i tylko gdzieniegdzie obecność nocnych chmur dekonspirowana jest przez miejską poświatę. Pociągi dalej mkną po torach, gdzieś w oddali szumi ulica i tylko cykanie staje się jakby głośniejsze, a chłód bardziej przenikliwy. 

Kończę ten wpis z przeświadczeniem, że piąty rok Baśni będzie inny. W jakimś stopniu przełomowy. Jedyne, co trzeba zrobić, to mieć otwarte oczy i nie bać się mówić tak temu, co świat podaje nam na dłoni. Kończę ten wpis także z przeświadczeniem, że przesadziłem z długością. Ale jeśli czytasz te słowa, znaczy, że dotrwałaś/dotrwałeś. Dzięki!



Dzięki, że jesteś!




17.8.17

Jak stać się ptakiem?

Baśnie na Warsztacie, Przemiana w ptaka, dzikie łabędzie, Andersen, Grimm, łabędzie, kruki, dojrzałość, Mateusz Świstak

Na warsztacie: O siedmiu Krukach, Bajka o dwunastu Braciach, Dzikie Łabędzie.

Historia z dzisiejszej baśni należy do tych najpopularniejszych i bodaj najbardziej tradycyjnych. U Grimmów nosi tytuł Bajki o dwunastu łabędziach, albo baśni o siedmiu krukach. U Andersena to Dzikie łabędzie. W skrócie brzmi ona tak:

Pewien król miał dwunastu synów, gdy jego małżonka po raz kolejny zaszła w ciążę. Król tak się ucieszył, że wydał następujący rozkaz. Jeśli następne dziecko będzie dziewczynką, wszyscy synowie muszą zginąć. Przerażona matka, oddaliła chłopców z pałacu by ci, żyli z dala w odosobnieniu. Oczywiście urodziła się córka i nad jej braćmi zawisł katowski topór. Na szczęście żyło im się całkiem nieźle, gdzieś pośród lasu w chatce.
Niestety kiedy ich siostra dorosła i poznała czarną historię swojej rodziny, postanowiła braci odnaleźć. Tak też się stało. Zaczęli żyć razem, ale szczęście nie trwało długo, bo złe czary sprawiły, że chłopcy zamienili się w ptaki. Jakie to czary? najróżniejsze - raz klątwa ojca , raz knowania podstępnej macochy a raz nieuwaga siostry, która z zaczarowanego ogrodu zrywa zaczarowane lilie.
Bracia ulatują, dzieląc swój żywot pomiędzy niebem (w dzień) a ziemią (w nocy).

By ich odczarować dziewczynka zobowiązuje się przez siedem lat nic nie mówić. Co więcej, przez te siedem lat zobowiązuje się także nie śmiać, nie wzruszać, ani nie okazywać żadnych emocji. Do tego musi dla braci tkać koszule. Czasem z astrów, czasem z cmentarnych pokrzyw. Oczywiście dziewczyna podejmuje się wykoania tego karkołomnego zadania bez zająknięcia (bo jak tutaj zająknąć, kiedy nic nie można powiedzieć).

Niestety dzieje się tak, że akurat w momencie, gdy przychodzi jej milczeć przez 7 lat. drogą obok zaczarowanego domku przejeżdża książę. Zauroczony pięknem dziewczyny postanawia wziąć ją sobie za żonę. Nie przeszkadza mu nawet, że jest totalnie niema.

Biorą ślub i tak sobie żyją. Są nawet szczęśliwi, przynajmniej do pierwszego dziecka. Bo kiedy to się rodzi, zła macocha porywa je i smaruje usta dziewczynie, a potem wmawia księciu, że niemowa jest potworem, który zjada własne dzieci (w najmocniejszej z wersji). Dziewczyna nie ma jak się bronić, ale książę raczej wierzy, że pomówienia złej matki są bezpodstawne. Niestety sytuacja powtarza się, jeszcze dwa razy, co w połączeniu z tym, że dziewczyna nocami wymyka się na cmentarz, by zrywać tam pokrzywy, zmusza męża do skazania swojej małżonki na śmierć.

Kiedy dziewczyna prowadzona jest na stos, tak się akurat składa, że mija 7 lat jej milczenia. Tak się też składa, że akurat ma przy sobie prawie wszystkie utkane koszule. Tuż przed tym, zanim zostanie podłożony pod stos ogień, nad głową dziewczyny przelatuje klucz łabędzi. Lecą nisko, ona podrzuca do góry swoje koszule, i jeden po drugim łabędź przemienia się w pięknego królewicza. Tylko ten ostatni, ten najmłodszy ma niewykończoną koszulę i chociaż ląduje jak inni. Jego jedna ręka wciąż pozostaje skrzydłem.

Już prawie koniec. Jeszcze tylko trzeba ukarać złą matkę, która porywała dzieci dziewczyny... ale z tym nie ma problemu, wszak stos już stoi, kat już czeka z pochodnią...


A kiedy pojawi się dziewczynka...


W powyższej kompilacji można dostrzec pewną prawidłowość - cała chryja z chłopcami zaczyna się w chwili, kiedy do ich świata wdziera się pierwiastek kobiecy. I kiedy to się dzieje, świat ulega rozkładowi. Dlaczego? Mam wrażenie, że pierwotną przyczyną tego rozkładu jest postawa króla, który nie potrafi poradzić sobie z akceptacją rzeczywistości, w której pomieści się zarówno jedno, jak i drugie. Najlepiej widać to w grimmowskiej wersji opowieci o dwunastu braciach. Mamy tutaj klasyczny obraz dwunastu miesięcy słonecznych, do których nagle dodany jest jeszcze jeden, ten księżycowy (jak dwanaście wróżek w śpiącej królewnie) i kiedy tak się dzieje, cały porządek świata rozsypuje się. Obie rzeczywistości oczywiście są w stanie na siebie się nakładać, ale czasem osoby wrzucone w tę dwoistość stają do niej okoniem. Król jest świetnym tego przykładem. to nie rzeczywistość obiektywna ma ze sobą problemy. To rzeczywistość króla odbiega od tego, co dzieje się dookoła. I w zasadzie nie powinno to nas dziwić, wszak wszyscy odbieramy świat dokładnie tak jak król, czyli po swojemu. Król był tylko bardziej radykalny... i miał władzę by tę swoją radykalność przekuwać w czyny. Zdaje się mówić: będzie tak, albo tak. I nie ma innej możliwości. Rzeczywistość w oczach króla jest spolaryzowana, a on jest zawsze tylko po jednej stronie wahadła i robi wszystko, by wahadło po tej właśnie stronie się zatrzymało. I tracą na tym wszyscy - tracą bracia, traci siostra, matka cierpi, a król ostatecznie pozostaje bez potomstwa, więc i on jest na minusie.

Baśnie na Warsztacie, Przemiana w ptaka, dzikie łabędzie, Andersen, Grimm, łabędzie, kruki, dojrzałość, Mateusz Świstak


Królowi świat się rozpada, kiedy musi zaakceptować to, że męskie to nie wszystko. On, zamiast akceptować, stwierdza, że skoro męskie to nie wszystko, wszystkim musi być żeńskie. Resztę zaś trzeba odrzucić. Taki podział może się objawić nie tylko w opozycji żeńskie-męskie. Taki podział może się objawić praktycznie we wszystkim, sięgając choćby na nasze podwórko - prawaki albo lewaki, czarni albo biali, katole albo feministki, różaniec albo skrobanka, Partia Razem albo ONR... można by tak długo wymieniać. Ironia, którą ocieka królewski sposób rozumienia rzeczywistości polega na tym, że jeśli nie jesteś jednym, jesteś automatycznie klasyfikowany jako drugie. Nie jesteś dziewczynką musisz umrzeć. Nie jesteś za aborcją, jesteś katolem, pewnie z tych moherowych. Zawsze jesteś tym drugim, choćbyś nawet nim nie był, choćbyś nawet nim nie była. W próbie przykrojenia świata do wizji, nasze-wasze, jest coś, co sprawia, że większość nie znajduje się po jednej, albo drugiej stronie. Większość znajduje się poza marginesem samego rozsądzenia świata. Kiedy król decyduje, że bracia umrą, oni nie mają nic do gadania. Nie opowiadają się ani za jedną, ani za drugą stroną. Są przedmiotem w sporze. I od początku do końca nie był to ich wybór. Jedyne co mogą zrobić, to uciekać...

Dzieci ucieczki


Problem braci polega na ich niemocy przeciwstawienia się ojcowskiej wizji świata. Nie chcą walczyć, nie wiedzą jak się bronić. Znajdują sobie mały domek w środku lasu, gdzie w gąszczu rzeczy całkowicie nienazwanych mogą stworzyć swoją własną rzeczywistość. Jednak ta rzeczywistość w ogóle nie jest określona. Nie ma tam ról społecznych, nie ma obowiązków. Część braci poluje, część ogarnia dom (to jest istotne w kontekście klasycznej baśni, gdzie podział prac i zaakceptowanie go były szczególnie istotne w kontekście zaakceptowania swojej tożsamości). Nie przejmują się ani tym, kim są, ani tym, kim mogliby się stać. Po prostu żyją. Bez planu i dnia jutrzejszego. Jedyne co wynieśli z domu rodzinnego, to niechęć do wartości. Są i to im wystarczy. 

Pierwszą konsekwencją takiej postawy są lilie w magicznym ogrodzie. To one symbolizują braci. Można więc powiedzieć, że z jednej strony bracia są wolni, a z drugiej stali się roślinami - wzrastają, ale nie mogą nic zmienić w świecie, który ich otacza. Lilia to z jednej strony królewska godność, czystość i niewinność, z drugiej zaś smutek (złamany lub zerwany kwiat). To lilie pozostawia się na grobach. Szczęście braci jest tylko pozorne. Żyją jako uciekinierzy i tylko w tej wersji ich życie jest szczęśliwe. To ta chwila, kiedy podczas obławy na moment przestaje się słyszeć ujadanie ścigających nas psów. I bracia uznają to za ostateczną rzeczywistość. 

To bardzo trudne położenie. Po pierwsze dlatego, że aby cokolwiek zmienić, trzeba wejść w starą, spolaryzowaną rzeczywistość. Tę, z której bracia zostali wypisani. Oni i tak pewnie nie chcą być jej  uczestnikami: nie brać udziału w miesięcznicach, ani w protestach przeciw miesięcznicom. Nie być częścią marszów równości, ani częścią marszów czystości rodziny. Ich postawa jest prosta - żyj i pozwól żyć. Bez walki, bez napinania się względem świata. To niszczy, a oni nie chcą dać się zniszczyć. Oni chcą jedynie żyć. I w lesie byłoby to proste, ale - niestety - my nie jesteśmy już mieszkańcami lasu. Jeśli my nie będziemy chcieli wyjść do ludzi, ludzie przyjdą do nas. I przyniosą swoje wartości i my, chcąc nie chcąc będziemy musieli się do nich ustosunkować.

Baśnie na Warsztacie, Przemiana w ptaka, dzikie łabędzie, Andersen, Grimm, łabędzie, kruki, dojrzałość, Mateusz Świstak


Tak dzieje się z braćmi. Nagle na ich progu staje siostra, zrywa ich lilie, pozbawia ich niewinności. Kwiat staje się symbolem smutku, a bracia? Bracia nadal nie wchodzą w kontakt z rzeczywistością, wolą uciekać, lecz cena jaką przyjdzie im za to zapłacić jest taka, że już nawet ludźmi być przestają. 

Odlot - Kruki


Bracia stają się łabędziami. Lub krukami. Otrzymują skrzydła, co sprawia, że nie muszą już dłużej bać się ziemi i jej spraw. Tylko na drobną chwilę, wracają w ludzkiej formie. Większą część czasu mają ziemskie sprawy w głębokim poważaniu. Jeśli wziąć kruki na warsztat, można czytać braci jako zawieszonych w powietrzu, ale również jako zawieszonych pomiędzy życiem i śmiercią. Kruki wszak, jako ścierwojady miały ze śmiercią bliski kontakt. Były ptakami pogranicza. Niezwykle mądre, ale też bardzo nieczyste. Ta krucza mądrość najczęściej unosiła się nad polami bitew, a jego głos nie zwiastował ludziom nic dobrego. Ciekawi mnie, co jedli bracia, kiedy zostali przemienieni w kruki. Może metaforycznie można by powiedzieć, że ich pokarmem stawały się resztki ludzkiego świata. Mogliby odlecieć, ale coś jednak przykuwało ich do naszej rzeczywistości. Niezależnie od tego, czy chcieli czy nie, byli ludźmi i to przede wszystkim ludzkie sprawy stanowiły o tym, co było dla nich ważne. 

Często o tym zapominamy. Myślimy na przykład jak ważna jest natura. I robimy wszystko, by ją chronić. Ale samo stwierdzenie, że natura jest ważna jest błędne. O wiele poprawniej byłoby stwierdzić, jak ważna jest natura dla człowieka, jak ważna jest nasza relacja z naturą.  W zasadzie można tak potraktować każdą sprawę. Nie jak ważna jest w oderwaniu od nas, ale właśnie w związku z nami. Musimy mieć jakiś stosunek do tego, co ludzkie i do relacji tego co ludzkie z cała resztą. I co najfajniejsze - to może być zupełnie inny stosunek niż ma pozostałe 7 miliardów ludzi, ale musimy, go mieć. I znając ten stosunek, musimy zgodnie z nim reagować. W przeciwnym razie tracimy jakikolwiek wpływ na rzeczywistość. Możemy karmić się tylko jej ochłapami. Będziemy gdzieś pomiędzy... i całkowicie bez znaczenia. 

Odlot - Łabędzie


Jeszcze ciekawiej przedstawia się symbolika łabędzia. Ptak, który wiąże się z niewinnością, a dalej ze sztuką i Apollinem (czyli bogiem słońca), a jeszcze dalej ptak, który zwyczajowo uznawany był za ptaka niemego. Chłopcy, którzy zamieniają się w łabędzie, być może sięgają wyżyn duchowych, są czyści i niewinni jak lilie, ale w swej postawie odebrany im zostaje jakikolwiek głos. Mogą rozmawiać z siostrą nocami, ale w dzień, kiedy toczy się życie (kiedy jest czas działania) nie mają prawa głosu. Może ich pomysły są wspaniałe, może rozumieją ducha ludzkiego lepiej niż ktokolwiek inny, ale co z tego? Nie mają mocy sprawczej. Ich ucieczka przerodziła się w bezwład.

Baśnie na Warsztacie, Przemiana w ptaka, dzikie łabędzie, Andersen, Grimm, łabędzie, kruki, dojrzałość, Mateusz Świstak


Taka przemiana jest chyba bardziej właściwa mężczyznom niż kobietom. O wiele więcej mężów zajmuje pozycję wiedzy, pozycję intelektualnych autorytetów, znawców polityki i odpowiedzi na "wielkie pytanie o życie, wszechświat i całą resztę", a gdy niespodziewanie przychodzi do wezwania hydraulika, albo telefon do banku, nagle odlatują. Nie ma ich. Z problemami świata (tymi faktycznymi, które trzeba i da się rozwiązać) pozostaje żona sama. Ładne słowa i zerowa życiowa zaradność. To piękne miejsce, bo widoki z niego przecudne, ale w konfrontacji z rzeczywistością to jest z góry przegrana pozycja. Pozwala takim osobom jak król, dalej rozdzierać rzeczywistość na jedno lub drugie, rozdzierać ją na dwa bezsensowne albo-albo. 

Dyktatura wahadła

Bracia zostali uratowani przez swoją siostrę. W momencie, kiedy to co żeńskie i to co męskie zostało uznane za pełnoprawne. Żeby dotrzeć do tego, w jaki sposób to się stało, będziemy musieli przyjrzeć się dokładniej losom dziewczynki, ale to wymaga osobnego artykułu. Dziś skończmy na podsumowaniu.

Bycie ptakiem jest w porządku, ale nie w dzień. Wielkie idee serca i umysłu są nam potrzebne jak powietrze, ale żeby miały bezpośredni na nas wpływ, muszą zejść na ziemię. To po ziemi chodzą ludzie, nawet jeśli z utęsknieniem spoglądają w niebo. To na ziemi jest jedyne miejsce, w którym możemy coś zdziałać. Bracia tylko odlatywali. I choć mieli prawo nazywać się królewskimi potomkami, to nigdy nimi się tak naprawdę nie stali. Nie zajęli miejsca tego, po którym mogli coś naprawić. Zamiast tego uciekli, a ich ojciec, kto wie, może wciąż przytrzymywał wahadło po stronie swoich przekonań, zapewne licząc, że ono pozostanie tam na zawsze.

Baśnie na Warsztacie, Przemiana w ptaka, dzikie łabędzie, Andersen, Grimm, łabędzie, kruki, dojrzałość, Mateusz Świstak


W końcu jednak przyjdzie dzień, gdy król osłabnie i wypuści z rąk swoje albo, wahadło przetoczy się przez wszelkie poglądy i wyląduje po drugiej stronie. Tak samo radykalnej jak ta pierwsza. Ktoś inny zadecyduje, co jest dobre, a co złe, co ma prawo żyć, a co musi umrzeć. I kiedy tak się stanie, znów większość znajdzie się poza nawiasem, poza nowym albo-albo i z niejednego domu w niebo uniosą się białe łabędzie, które po prostu chcą żyć. 

Nie można zgadzać się na dyktaturę wahadła. Ono zawsze będzie się poruszać i zawsze będzie zahaczać o jedną bądź drugą skrajność. A my będziemy musieli w tym wytrwać. Nie popadając w skrajności, nie sprzeniewierzając się sobie samym i co najważniejsze - nie uciekając. Bo nasze ucieczki dają siłę każdej kolejnej skrajności, każdej aberracji. Tej po prawej stronie wahadła i tej po lewej. Bądźmy w swoich przekonaniach, odpowiadając na pytanie - jaka jest relacja z rzeczywistością, w której chciałbym się znaleźć. A kiedy odpowiemy, żyjmy zgodnie z tą odpowiedzią i tańczmy pomiędzy ruchami wahadła. W przeciwnym razie pozostaje nam ucieczka. Jako żywiące się ochłapami, lub jako nieme łabędzie.


***


ilustracje do dzisiejszego wpisu sponsorują: unsorteddots, Anna & Elena Balbusso, Harry Rountree, Eleonore Abbott, Vera Smirinova













3.8.17

I tylko jedno skrzydło


dzikie łabędzie, przemiana, Andersen, Baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak, ilustracje baśni,

Na warsztacie: Dzikie łabędzie, ilustracje baśni

Dziś garść ilustracji do baśni Dzikie łabędzie, tak przynajmniej zatytułował ją Andersen. Motyw bardzo klasyczny i bardzo wdzięczny graficznie. Zatem pierwszy, ale na pewno nie ostatni raz zapraszam i smacznego:

dzikie łabędzie, przemiana, Andersen, Baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak, ilustracje baśni,

dzikie łabędzie, przemiana, Andersen, Baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak, ilustracje baśni,

dzikie łabędzie, przemiana, Andersen, Baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak, ilustracje baśni,

dzikie łabędzie, przemiana, Andersen, Baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak, ilustracje baśni,

dzikie łabędzie, przemiana, Andersen, Baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak, ilustracje baśni,

dzikie łabędzie, przemiana, Andersen, Baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak, ilustracje baśni,
dzikie łabędzie, przemiana, Andersen, Baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak, ilustracje baśni,


dzikie łabędzie, przemiana, Andersen, Baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak, ilustracje baśni,

dzikie łabędzie, przemiana, Andersen, Baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak, ilustracje baśni,

dzikie łabędzie, przemiana, Andersen, Baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak, ilustracje baśni,

dzikie łabędzie, przemiana, Andersen, Baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak, ilustracje baśni,



Autorami ilustracji są: Anne Ivone Gilbert, Ann Bork, Sven Otto Sorensen, Kaarina Kalina, Susan Jeffers, Steven Henney, Mercer Meyer, Eleonora Abbot, Peter Newel, yuko Shimizu i Teresa Martinez