28.4.17


Polowanie 

Baśnie o skunksie, baśnie o sprycie, jaguar baśnie ameryki, Baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak, baśnie o Śmierci, współczesne baśnie,




Na warsztacie: Jaguar i Skunks, baśnie Ameryki Południowej 

Jaguar został ojcem chrzestnym małego skunksika. Pewnego dnia, kiedy w domu skunksów skończyło się mięso, odwiedził swojego chrześniaka i obiecał, że zabierze go na polowanie. W końcu nie chciał, żeby mały skunks był ciućma i oferma, ale żeby wiedział, jak sobie w życiu radzić. A polowanie, to przecież kwestia najważniejsza. Mamie skunksowej w ogóle się to nie podobało, ale po usilnych namowach syna i zapewnieniach jaguara, że przecież pod jego opieką nic się skunksikowi nie stanie, zgodziła się. Drapieżnik wraz ze swym chrześniakiem ruszyli więc nad wodę. Tam jaguar naostrzył swoje pazury, a potem ułożył się na gałęzi i poinstruował, że skunksik ma go obudzić, jeśli w pobliżu pojawi się jakaś rozsądna łowna zwierzyna.

- Ale pamiętaj, budź mnie tylko, jeśli pojawi się naprawdę duże zwierzę.
Po czym smacznie zasnął. Mały skunksik zaś sumiennie stał na czatach i obserwował. Gdy pojawił się spory tapir, skunksik obudził swojego ojca chrzestnego, a ten niczym błyskawica spadł na ofiarę. Nie minęła minuta i było po polowaniu. Tak jaguar, jak i skunksik tęgo się najedli, a pozostałe mięso zanieśli do mamy skunksowej. Tam jaguar się pożegnał i ruszył w swoją stronę.

Jakiś czas później w domu skunksów skończyło się jedzenie.
- Nic się nie martw mamo - powiedział skunksik - pójdę zapolować i przyniosę nam dużo mięsa. W końcu jaguar dokładnie pokazał mi jak to się robi.

Matce pomysł ten w ogóle się nie podobał, ale skunksia ani słuchał jej protestów. Ruszył nad wodę i tam naostrzył swoje pazurki. A potem uciął sobie krótką drzemkę, bo tak przecież zrobił jego ojciec chrzestny. Kiedy się obudził, zaczął wypatrywać ofiary

- Ale pamiętaj - powtarzał sobie - tylko naprawdę duże zwierzę.
Wreszcie zjawił się tapir. Może nie tak wielki, jak ten poprzedni, ale dla małego skunksika i tak miał on imponujące rozmiary. Skunksik co sił popędził w stronę swojej ofiary. Rzucił się na nią i wbił w jej kark pazurki. Tapir poczuł, że coś uwiera go w kark, co było dla niego wyjątkowo nieprzyjemne. 
Rzucił się przed siebie, a mały skunksik zawisł przerażony na jego grzbiecie. I wisiał na tapirze i wisiał, a tapir pędził przed siebie próbując strącić z szyi natręta. Wreszcie otarł się o pień jakiegoś drzewa i uderzył w nie skunksikiem. Tak pozbywszy się feralnego łowcy, pobiegł w las. A skunsik leżał pod tym drzewem i leżał, i leżał... zupełnie martwy.


Baśnie o skunksie, baśnie o sprycie, jaguar baśnie ameryki, Baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak, baśnie o Śmierci, współczesne baśnie,


Życie jako slogan


Baśń to może niewesoła, ale za to na wskroś współczesna, przez to godna uwagi. Gdzieś w popularnym obiegu powtarza się nam, że jeśli chcemy, możemy. Więcej - jeśli chcemy możemy w każdej chwili. Zniknęły z naszego języka takie słowa jak nieprzygotowanie, brak talentu wiedzy czy nawet kondycji. Zewsząd jesteśmy otaczani sloganami, łechtającymi nasze złudne poczucie wartości. I strasznie trudno się przed tym ochronić. Bo gdzieś w głębi duszy chcemy być tą najlepszą wersją samych siebie. Kiedy więc możemy to otrzymać za prawie darmochę (a przynajmniej tak nam się próbuje wmówić), trudno nie wyciągnąć po nie ręki. Chcemy udowodnić sobie własną odwagę, więc idziemy skoczyć na bungee, chcemy być seksowne więc kupujemy drogie ciuchy i robimy makijaże, chcemy być wyjątkowi, więc na fejsie rozwiązujemy testy osobowościowe, w których nie ma złych wyników, chcemy być uznawani za majętnych, więc raz za razem machamy wszem i wobec paragonami za naszego najnowszego ajfona, albo inny elektroniczny gadżet. 

To wszystko zaczyna się od sloganów, których codziennie mamy okazję tęgo się nasłuchać. Taki był właśnie nasz skunksik. Jak my, którzy zapominamy, że w głębi naszej natury jesteśmy tylko i wyłącznie skunksikami. Ale po kolei: 

Świat jaguarów


Jaguar jest w tej opowieści tylko i wyłącznie sobą. Jeśli ktoś ma być dla małego skunksa wzorem, nie ma lepszego kandydata. Zwierzę z samego czubka łańcucha pokarmowego, zwierzę potężne, szybkie, bezlitosne, a do tego szczodrze obdarzone przez naturę wszelkimi ewolucyjnymi bajerami, które pomagają mu być tym, kim być powinien. Idealny łowca. Do tego dodajmy jeszcze jedną, ważną cegiełkę. Tego idealnego łowcę łączyła ze skunksem bardzo bliska relacja. Łatwo więc było mu wejść w pozycję autorytetu. Jego błędem było jedynie to, że od początku do końca swojej obecności w baśni nie powiedział do swojego chrześniaka, że ten jest inny. Zobacz - ty jesteś skunksem, przez co jesteś taki a taki, a ja jestem jaguarem, przez co jestem taki a taki. Być może chciał mu pokazać kawałek swojego świata, ale zapominał głośno powiedzieć, że tak wygląda świat jaguarów.

Baśnie o skunksie, baśnie o sprycie, jaguar baśnie ameryki, Baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak, baśnie o Śmierci, współczesne baśnie,


Pamiętam pewną wizytę w labolatoriach AGH. Odwiedzałem tam z przyjaciółką jej ówczesnego chłopaka, który był jednym z doktorantów. Weszliśmy do pomieszczenia pełnego skomplikowanej aparatury, maszyn które robiły "ping" i komputerów z monitorami pełnymi cyferek i szlaczków wykresów. Moja przyjaciółka cieszyła się tym miejscem, jak dziecko sklepem zabawkowym, biegając od maszyny do maszyny, wymieniając ich nazwy, mówiąc do czego służą. A dla mnie było to tylko kilka blaszanych puszek, podpiętych do prądu. Nie należałem do świata tego miejsca i nie rościłem sobie do tego pretensji. Mam swoje zajawki, swoje rzeczy, w których jestem najlepszy i te w których jestem najgorszy i dla własnego zdrowia psychicznego staram się jednych z drugimi nie mieszać. Skunksik pomieszał. 

Często jesteśmy bombardowani obrazkami jaguarów - ludzi sukcesu, ludzi o pięknych ciałach, ludzi o wielkich portfelach, ludzi otoczonych opalonymi dziewczynami z idealnie wykrojonymi piersiami. Ktoś co rusz podsuwa nam pod nos obrazki nie z tego kompletu, wmawiając, że to jedyna słuszna wersja rzeczywistości. A to jest zabójcze... dla ducha, a czasem i dla ciała. 

Skunksik łowca


Jednym z powodów, dla których lubię tę baśń jest jej komiczny ładunek. Kiedy skunks rusza na polowanie, można z niej zrobić kawałek, przy którym płacze się ze śmiechu. Wszystkie dostojne czynności jaguara w wykonaniu jego chrześniaka karłowacieją, stając się komedią. Można boki zrywać, kiedy skunksik ostrzy pazurki - gdzieś z tyłu głowy mamy przecież wielką łapę jaguara a przed oczami "niedorozwiniętą" łapkę skunksa. Widzimy spokój drzemiącego łowcy skontrastowany z płytkim oddechem zwiniętego w kulkę czarnego futerka w białe pasy. Widzimy wreszcie błyskawiczną akcję uśmiercenia tapira, pomarańczową smugę przemykającą przez gąszcz w dwóch susach i szybkie kłapnięcie zębów, i trzask łamanego tapirzego karku, a potem zdyszanego małego skunksika, który drobić musi swoimi nóżkami, żeby w ogóle znaleźć się blisko swojej "zdobyczy" a potem cieniutki głosik krzyczący "ojej ojej ojej", kiedy rozwścieczony tapir niesie go przez las. I wiecie co - skunksik pewnie nie zauważa swojej śmieszności. I wiecie, co jeszcze? Kiedy my próbujemy być kimś, kim nie jesteśmy - stajemy się tylko i wyłącznie karykaturą jakiegoś ideału. Skunksami udającymi jaguary. A gdzie to prowadzi? 

Śmierć


Mały skunksik swoim udawaniem doprowadził siebie do śmierci. I my też umieramy. I co najgorsze - nie umieramy jako ci, których próbowaliśmy udawać, ale jako ci, którymi jesteśmy. Skunks umiera nie jako jaguar, ale jako skunks. Umiera jego istota, nie jego wyobrażenie o sobie. Wszystko kim naprawdę był. I my tak samo umieramy - może nie fizyczną śmiercią, ale gdzieś tam w środku. Jałowiejemy jak ziemia, z której wykarczowano dżunglę, by zasiać zboże - może zboże porośnie przez sezon lub dwa, ale potem zostanie jedynie pustynia. I śmierć. Bo śmierć, to niestety coś, co nie targuje się z naszymi oczekiwaniami względem siebie. Dopada nas, obnażając ułudę naszych marzeń, czy też mrzonek o nas samych. Niektórzy w chwili końca widzą prawdę inni umierają wciąż wierząc w swoje (lub nie swoje) kłamstwa.


Baśnie o skunksie, baśnie o sprycie, jaguar baśnie ameryki, Baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak, baśnie o Śmierci, współczesne baśnie,



Zwierzogród


Żeby nie kończyć tego tekstu w tak minorowym nastroju, jeszcze jedna uwaga. Akurat wczoraj po napisaniu większej części powyższego, obejrzałem Zwierzogród. Piękną animację, o króliczce, która chce zostać policjantką, bo "Zwierzogród to miejsce w którym każdy może być czym tylko chce" tak głosiło oficjalne hasło miasta. Oczywiście królik w ogólnie przyjętym myśleniu w ogóle nie nadaje się by zostać policjantem. A ona zostaje i bardzo dobrze sobie radzi. Ale co jest ważne - nie radzi sobie jako w sowiej roli właśnie jako królik. Wykorzystuje do swojej pracy wszystko kim jest. A poza tym, zrealizowanie tego marzenia kosztuje ją wiele wyrzeczeń, wiele wysiłku, pracy i upokorzeń. Jej wewnętrzny głos podpowiada jej kim jest naprawdę - policjantką i królikiem. Jej zadaniem jest tylko włożyć w to marzenie odpowiednio dużo wysiłku i dostosować je do materiału wyjściowego. I zawsze pozostawać w zgodzie z tym, kim się jest. 


Dzisiejsze ilustracje sponsoruje: Dider Vazquez, Sarah Goodreau oraz Interenet.

27.3.17

Smok i Róża

Śpiąca Królewna, Baśnie Duńskie, Baśnie dla dorosłych, baśnie na warsztacie, mateusz Świstak, król lindor, męskość i kobiecość, baśnie o smokach,

Na warsztacie: Król Lindor

Zanim przejdziemy do sedna dzisiejszych rozważań, pozwólcie, że opowiem wam baśń o Królu Lindorze: 

Pewna królowa nie mogąc mieć potomstwa, zwróciła się do mądrej baby o pomoc. Mądra baba doradziła, żeby królowa zjadła różę - białą, jeśli chce mieć dziewczynkę, czerwoną, jeśli chłopca. Królowa nie mogąc się zdecydować, zjadła obie. Co z tego wyszło. Bliźnięta. Młodsze okazało się pięknym, rumianym chłopczykiem, starsze zaś - smokiem. Zaraz po narodzinach poczwara wpełzła pod jakiś mebel i cały dwór jednogłośnie o niej zapomniał. Durgi syn rósł zaś pięknie i nim się wszyscy spostrzegli był już rumianym, dojrzałym młodzieńcem, który mógł zacząć rozglądać się za żoną. Tak też uczynił. Wsiadł w powóz i ruszył na poszukiwanie swojej księżniczki, jednak nie ujechał nawet za najbliższe skrzyżowanie, gdy drogę zastąpił mu smok. Potwór powtarzał tylko jedno słowo: "Żona" i młody książę zrozumiał, że jedyne co może zrobić, to zawrócić. W pałacu doszło do ujawnienia wielkiej rodzinnej tajemnicy - oto książę spotkał swojego starszego brata i nie ma innej możliwości, jak tylko sprawić poczwarze żonę. 

Król wysłał więc do sąsiedniego królestwa poselstwo, w którym prosił o królewnę dla swojego syna. Wszyscy myśleli, że chodzi o pięknego królewicza, więc radośnie przysłali dziewczynę. Ta dopiero na ślubnym kobiercu zorientowała się, jaki los ją czeka. Smok powiedział "Tak", ona powiedziała tak i po zakończonej ceremonii młoda para powędrowała do małżeńskiej komnaty. Tam w jękach i trzeszczeniu małżeńskiego łoża związek ich został skonsumowany. Raczej w dosłownym tego słowa znaczeniu. Bo o ile Smok leżał na małżeńskim łożu, o tyle jego małżonka leżała trochę na małżeńskim łożu, trochę na kominku, trochę na firankach, a po części służba w ogóle nie mogła jej znaleźć.

Król myślał, że to wystarczy, by udobruchać smoka. Niestety, kiedy młody książę po raz drugi wyruszył w świat, by znaleźć żonę dla siebie, sytuacja powtórzyła się. Na rozstaju dróg znów pojawił się smok. Król powtórzył manewr ze sprowadzeniem dla niego dziewczyny, a potwór, tak samo jak za pierwszym razem rozsmarował dziewczynę po ścianach małżeńskiej komnaty.

Za trzecim razem, gdy smok zażądał żony dla siebie, król postanowił, że nie ma sensu ubijać kolejnej królewny i psuć sobie stosunków dyplomatycznych z ościennymi krajami. Zamiast tego odkupił od młynarza jego córkę, wymył ją, upudrował i ubrał w piękne szaty, a potem przedstawił stworowi, jako nową kandydatkę na żonę.

Dziewczyna doskonale wiedziała jaki los ją czeka. Przed ceremonią nie mogła zasnąć i tylko chodziła po pałacowym ogrodzie, zanosząc się łzami. Tam spotkała mądrą babę, która nie pozostawiła dziewczyny bez pomocy. Doradziła nieszczęśliwej kandydatce na smoczą żonę, by ta poprosiła króla o siedem wanien pełnych ługu, siedem rózeg i siedem białych koszul. Po czym wyjaśniła, co i jak trzeba zrobić.

I oto nadeszła noc poślubna. Wybrankowie powiedzieli sobie "tak" i do komnaty wtoczyło się cielsko smoka, a za nim odziana w białą koszulę weszła dziewczyna. W środku czekało na nowożeńców przystrojone w wieńce łoże, a także siedem wanien napełnionych po brzegi ługiem i siedem świeżych wierzbowych pęków.
Smok nie zauważył tych zmian, zamiast tego, powiedział do dziewczyny:
- Rozbieraj się!
Dziewczyna odpowiedziała na to:
- Najpierw ty, potem ja.
- Jeszcze nikt do mnie tak nie powiedział - zdziwił się smok.
- Ale ja mówię - odparła pani młoda - no już... ściągaj skórkę.
Co miał zrobić smok? wbił pazury w skórę i zaczął odrywać ją kawałek po kawałku. Trzeszczało przy tym, jakby ktoś poszewkę na kołdrę rozrywał, a gdy łuski spadały na posadzkę, brzęczały jak wysypane jednogroszówki. Kiedy skończył, dziewczyna zdjęła z siebie suknię i rzuciła ją na skórę. I kiedy ją zdjęła, dalej miała na sobie białą suknię.
- Rozbieraj się! - powtórzył smok.
- Najpierw ty, potem ja - odparła dziewczyna.
Więc on kolejną warstwę skóry. I skórę na koszulę. A potem ona zwiewnym ruchem ściągnęła białą koszulinę i na skórę smoczą rzuciła... i dalej była ubrana.
- Rozbieraj się! - powtórzył smok.
Lecz nie miał już wielkiej nadziei. Wpił więc pazury w siebie samego i zaczął drzeć kolejną warstwę. A potem kolejną i kolejną. A dziewczyna zrzucała po sukience i na zdartą smoczą skórę kładła.
Kiedy smok zerwał z siebie siódmą skórę, już nie był nawet smokiem. Z poczwary, stał się małą, drżącą, zakrwawioną poczwarką, która ledwie oddychała.
Wtedy dziewczyna chwyciła to, co po smoku zostało i do pierwszej wanny. I w tej wannie pierze go i pierze, a potem wyciąga i okładać zaczyna wierzbową rózgą. I do drugiej, i rózga, i do trzeciej, i znów leje i tak przez siedem wanien. Pod koniec tego osobliwego prania ze smoka zostało jeszcze mniej niż poczwarka. Dziewczyna zaś chwyciła te resztki, mocno ścisnęła i tak trzymając, zaciągnęła do małżeńskiego łoża i tam zasnęła.
Następnego ranka, kiedy służba przygotowania do pozbierania resztek panny młodej stanęła na progu komnaty ujrzeli coś, czemu przez długi czas nie mogli się nadziwić. I bynajmniej nie chodziło o rozchlapaną wokół wanien wodę, ani o połamane rózgi. Nie chodziło nawet o przekładańca ze smoczej skóry i białych sukien. Chodziło o to, że na łożu leżała dziewczyna - i to w jednym kawałku! - a obok niej, zamiast smoka, leżał młodzieniec. Piękny, jak królewski syn.
Ten to, bo pierworodny, syn po swoim ojcu został królem i rządził jako mądry władca, który wśród ludu znany był jako król Lindor. Zaś u jego boku, królowała dobra i piękna młynareczką... przepraszam - nie młynareczka - królowa.


Mały Smok



To jedna z moich ulubionych opowieści, która nadaje się do rozważenia na co najmniej kilku płaszczyznach: poczynając od relacji między rodzicami a ich dziećmi, niezdecydowania królowej, jej bezpłodności, czy wreszcie trzech kandydatek na żony i sprzedaży młynareczki, na kilku innych wątkach kończąc. Dziś jednak zajmiemy się tylko jednym aspektem Lindora - dziś będzie o seksie. Bo odkąd poznałem tę baśń, jest ona dla mnie przede wszystkim opowieścią o seksie, a dokładniej opowieść o patologicznej męskiej seksualności. Co więcej, patologia ta nie jest bynajmniej tak rzadka jak smoki, choć wkroczyć w nią przyjdzie nam najpewniej właśnie od strony smoka. 

Bo kimże jest Lindor-smok? Nie reprezentuje on mądrych smoków Dalekiego Wschodu, nie ma w sobie też nic z diabolicznych obrazów Janowej Apokalipsy, nie kojarzy się z pupilami Daenerys ani nie jest on stworem siejącym spustoszenie nad państwem czy krainą. Jest raczej smokiem małym, stworzonym w taki sposób, by wszystkie smocze cechy zwijały się jakby do środka, czyniąc ze smoczych przymiotów jego wewnętrzną charakterystykę. Bo owszem, jest paskudnym gadem pokrytym łuską, ale nie pokazuje tego wszem i wobec. Jest krwiożerczy, nie będąc jednak zagrożeniem dla stad królewskich, a tylko dla kilku kobiet. I podobnie, jak każdy szanujący się smok, ma on predylekcję do dziewic, choć w dość pokrętny sposób, w jego głowie rodzi się myśl, że jednak może z tej dziewicy zrobić swoją żonę. Na koniec warto wspomnieć brutalnym, iście smoczym usposobieniu, jednak zamkniętym na kilkunastu metrach kwadratowych małżeńskiej alkowy. 

Dlaczego smokiem został? Może przez złe decyzje matki, może powodem była magia, może przez ciężkie życie odrzuconego dzieciaka, a może był jakiś inny powód, który pozostaje przed nami nieodkryty. O wiele bardziej interesujące będzie dla nas przyjrzenie się skutkom jego smoczości... szczególnie w relacji z kobietami. Dlatego uchylmy na chwilę drzwi komnaty małżeńskiej. 

Smok w alkowie


Kiedy to zrobimy, zobaczymy dwie rzeczy. Po pierwsze zadowolonego smoka, po drugie całkowicie zdemolowaną, księżniczkę. Razem daje nam to dwie przegrane. Smok nie dostał tego, czego chciał, księżniczka traci życie. I tutaj musimy trochę rozbić naszą smoczą metaforę. Bo jeśli to jest wewnętrzny smok, to przenieśmy go na osobowość mniej baśniową. Kim byłby taki "smoczy mężczyzna"?

Po pierwsze kimś brutalnym. Dla kobiety... w łóżku. I bynajmniej nie mam tutaj na myśli kogoś lubującego się w klimatach BDSM - te mimo wszystko wymagają wejścia w rolę, wymagają taktu i wyczucia, którego Lindorowi najzwyczajniej brakowało. Lindor to mężczyzna, który nie interesuje się w łóżku niczym poza sobą. Myślę, że można to łóżko rozszerzyć do intymnej relacji, w której mamy smoka i kogoś drugiego. Zauważcie zresztą- choć smok tak bardzo pragnął żony, księżniczka jest nieistotna. Smok jej chce, jednocześnie postępując z nią jak chce. Nie interesuje go ona jako osoba, ale jako ktoś, kto ma smoka zadowolić. W intymności związku, dla kobiety oznacza to nic innego jak śmierć... jeśli w ogóle można mówić o intymności. 

Jej wewnętrzny świat zostaje rozdarty na kawałki. A po jej szlachetnym pochodzeniu i tym, kim była jako córka króla niewiele zostanie. Jeśli mężczyzna nie liczy się z tym, kim jest jego kobieta, jeśli w stosunku do niej jest smokiem (nawet królewskiej krwi), prędzej czy później doprowadzi do tego, że ona umrze wewnętrznie. A on? On zacznie szukać nowej księżniczki. 

Smok i księżniczki


Zanim oskarżymy Lindora o to, że jak każdy niewdzięczny samiec najpierw wykorzystywał dziewczyny a potem, gdy obumierały wewnętrznie, szukał sobie innych (ładniejszych, młodszych, z większym biustem etc.) musimy na chwilę jeszcze pochylić się nad jego motywacjami. 

Czy smok chciał żony? Myślę, że odpowiedź na to pytanie nie jest taka prosta. Tak chciał żony, ale nie o żonę mu chodziło. O wiele bardziej chodziło mu o ocalenie. Czuł, że to coś, co go gryzie, ta jego smoczość tylko przy odpowiedniej kobiecie może zostać przełamana. Nie chciał, smoczym zwyczajem dziewicy - chciał żony! Żony! A to znaczy coś więcej niż przypadkowa kobieta. To znaczy komunia ciała, duszy i umysłu. Tego mu było trzeba!

Pomyślcie zresztą - ktoś, kto większość swojego życia spędził pod meblami, musiał czuć się bardzo samotnie. Znał świat, ale nie doświadczył człowieka. Znał świat, więc pewnie gdzieś w środku wiedział także, że jednym z najważniejszych miejsc spotkania z drugą osobą jest miłość, a jej najwyższym przejawem małżeństwo, że mężczyzna nie spotyka nikogo tak bardzo jak może spotkać kobietę. Szczególnie, gdy razem zamkną się w sypialni nie jako ktoś i ktoś, ale jako jedno ciało - mąż i żona. 

Śpiąca Królewna, Baśnie Duńskie, Baśnie dla dorosłych, baśnie na warsztacie, mateusz Świstak, król lindor, męskość i kobiecość, baśnie o smokach,


Przyglądając się zresztą popkulturze, łatwo można przekonać się, że Miłość przeskoczyła wszystkich bogów na pozycję jedynego panaceum na nieszczęścia świata. Co najgorsze, Ta miłość przez duże "M" stawiana na piedestale, to zazwyczaj taka egoistyczna dość, łatwa do wymiany damsko-męska miłość. Wyobraźcie sobie Lindora, który w swej samotności oglądał Pamiętnik, Po prostu miłość, czy Notting Hill i widział, jak tam pięknie się kochają. I on też tego chce. W jego głowie powstała klisza. Że miłość, że cielesne zbliżenie, że radość i spełnienie. I Lindor zapewne chciał być kochany... za wszelką cenę.

Niestety, królewny nie były w stanie odczarować Lindora. Dlaczego? Jest kilka powodów. Po pierwsze taka królewna nie miała pojęcia o tym, jak się pierze. Taka królewna nie miała na tyle pary żeby zlać biedny smoczy grzbiet rózgą, jak trzeba. Wreszcie, czy do sprzeciwienia się smoczej woli jest zdolny ktoś, kto całe życie chował się na dworze, gdzie prym wiódł przede wszystkim konwenans? Nie, nie, po trzykroć nie! Szerzej o tym jednak opowiemy za chwilę. 

Po drugie to właśnie księżniczkowość była jedną z przyczyn nieszczęścia Lindora. On, który w pewien sposób lawirował, pomiędzy swoją samotnością, potrzebą miłości za wszelką cenę, a możliwościami podrzuconymi mu przez świat, nagle natrafiał na czysty konwenans. A czysty konwenans może tylko zabić. Wielkie potrzeby, ześlizgiwały się po smoczych łuskach i smok, w tej największej chwili intymności pozostawał tak samo samotny, jak zawsze. A może nawet bardziej. Księżniczka to nie tylko kobieta, to cały szereg tradycji, a smok nie potrzebował konwenansu, potrzebował drugiego człowieka. 

Dygresja przed drzwiami sypialni 


Zanim przejdziemy do młynareczki jedna uwaga związana z budowanymi w naszej głowie kliszami. Choć Lindor od zawsze był jedną z moich ulubionych baśni, wrócił do mnie przez pewne zajęcia. Prowadziłem je z dzieciakami z pierwszej klasy gimnazjum. Wielokrotnie wracał podczas nich temat Seksmasterki. Niestety czułem się jak piernik nie wiedząc, kim jest ta, jakże dobrze młodzieży znana, persona. Po zajęciach sprawdziłem, co i jak, i trochę mnie ścięło. W skrócie - dziewczyna prowadzi swój kanał na yt, na którym opowiada o seksie. Bez głosu fajnie się na nią patrzy, bo jednak jest ładnie poprawiona plastycznie i stylizuje się w przyjemnie tani i wyzywający sposób (no dobrze, trochę przesadzam z tym "przyjemnie"). Kiedy jednak dojdzie do tego fonia człowiek zaczyna zastanawiać się, w jakich czasach przyszło mu żyć. Opowieści Seksmasterki sprowadzają się do taniej pornografii zaczynającej się i kończącej na jej kroczu i stricte fizycznych przyjemnościach. Nie byłoby o czym pisać, gdyby nie to, że Seksmasterka buduje kliszę i buduje oczekiwania młodych ludzi względem ich przyszłego życia seksualnego. Bez próby dotarcia gdzieś głębiej niż do punktu G. 

Przenosząc to na naszego Lindora. Jeśli gość, zwija się do środka tak bardzo, że jedyne co zostaje na zewnątrz to twarda, gadzia skóra i zwierzęca brutalność, to jego zewnętrzne zachowanie będzie czerpało z tego, co podsuwa mu się pod nos - taniej, romantycznej miłości i kiepskiego porno, czasem w wydaniu dla nastolatków (jak Seksmasterka czy książeczki o Grey'u). Słowa popularnych guru będą punktem, poza który taki Lindor nawet nie będzie chciał się posunąć. Tylko, że podświadomie wiedział, że jest coś dalej. Po cichu przypuszczam, że to właśnie wydarzało się w sypialni Lindora. Ona nie chciała wiedzieć kim on jest, on nie czuł, że może do siebie ją dopuścić, bo ona przecież nie chciała wiedzieć kim on jest. Zaczęli więc poruszać się po taniej pornografii, dochodzili do płaskości swej skóry  i banalności genitaliów, która w nim wzmagała tylko samotność, a wraz z nią jego całą brutalność i ostatecznie - doprowadziła do śmierci kobiety. Klisza przelała się przez ich ciała i co ciekawe, także przez dusze - robiąc w nich całkowitą demolkę. 

Młynareczka


Aż nagle pojawił się ktoś inny. Ktoś, kto zamiast robić, co powinno być zrobione, zadaje najważniejsze dla smoka pytanie: "Jaki jesteś w środku?". Smok dziwi się tym pytaniem. "Nikt mi jeszcze tak nie powiedział". I to jest szansa, by smoka pokonać. Nie pytać, jakie są powinności, czyim kto jest synem, ale jakim jest człowiekiem. Pod tym wszystkim. I czasem droga do samego jądra Lindora jest dłuższa niż może się początkowo wydawać. 

Śpiąca Królewna, Baśnie Duńskie, Baśnie dla dorosłych, baśnie na warsztacie, mateusz Świstak, król lindor, męskość i kobiecość, baśnie o smokach,


To jest coś, na co chciałbym zwrócić waszą uwagę - czasem nie wystarczy zerwanie jednej skóry. Czasem pod nią jest kolejna zbroja z łusek. Poznawanie jest więc procesem, który może potrwać o wiele dłużej i wymagać od nas o wiele bardziej stalowych nerwów, niżby się to początkowo wydawało. W tym, co robi dziewczyna jest jeszcze jedna ważna rzecz - ona zaczyna od seksu. Zaczyna od kuszenia go. Dobrze wie, że jeśli Lindor całe życie kierował się pożądaniem, nie ma sensu zaczynać opowiadać mu o kwiatkach, czy literaturze. To by ją zabiło - smok rozumie tylko ciało. Dlatego dziewczyna zaczyna od jego pożądliwości i dopiero przez nie, skóra po skórze zaczyna zagłębiać się w to kim jest naprawdę. A kim jest pod skórami - zgliszczami siebie samego. Poczwarką. I kiedy dziewczyna tam dociera, moglibyśmy powiedzieć, że zwyciężyła. Smok został pokonany. 

Ale na tym nie koniec. To, co zostaje po smoczości Lindora to ból i ropiejąca rana. Żeby odkryć to kim jest smok człowiek pod smoczą skórą, nie wystarczy zerwać łusek. Trzeba jeszcze podwinąć rękawy i wrzucić to, co zostało do pralki (bo tym byłoby dziś ługowanie). Siedem razy - czyli tyle, ile trzeba. I wywirować (bo tym mogłoby być lanie rózgami). A potem, na sam koniec... Kochać, jedynie kochać. 

Mur


To co działo się z Lindorem można podsumować tak: pewien człowiek strasznie bał się pokazać tego kim jest, obudował się więc murem, w postaci smoczej skóry. To mu pasowało, bo przecież poza odgrodzeniem się od świata, dawało mu jeszcze siłę. Był więc Lindor w środku i był na zewnątrz. W poszukiwaniu kontaktu z człowiekiem posługiwał się tym co znał, ale niepowodzenia doprowadzały go do furii, co krwawą czkawką odbijało się jego "najbliższym". Dopiero, kiedy ktoś chciał poznać go tak naprawdę, zejść do głębi jego istoty, nie pytając o nic poza tym, kim jest, udaje się zdjąć czar i odnaleźć prawdziwe piękno. 

I kiedy myślę o tej baśni, przypomina mi się inna opowieść. O pewnej dziewczynie, która również skryła się za murem, w stuletnim śnie, otoczyła ciernistymi krzewami, o które rozbijali się kolejni śmiałkowie, aż pewien książę postanowił, że chce poznać piękno śpiącej królewny. Baśń o Lindorze, to tylko jedno oblicze historii, która przydarza się tak nam - mężczyznom, jak i Wam - kobietom. 

Pomyślcie o swoich znajomych - ilu z nich, żyje w związkach, w których jedno od drugiego oddzielone jest murem. Ilu mężczyzn rozbija się o ostre ciernie, broniące dostępu do ich kobiet, bo zapominają, o tym najważniejszym poszukiwaniu, o pytaniu "kim jesteś tam w środku". Ilu mężczyzn wchodzi ze swoimi gadzimi cielskami w życie księżniczek i rozrywa ich plany, marzenia, a potem żyje z kobietą rozdartą na strzępy i wewnętrznie martwą. 

Nie jest łatwo zdzierać skóry, nie jest łatwo forsować mury wielkiego zamczyska, nie jest łatwo przerwać stuletni sen, ale dzisiejsza baśń opowiada właśnie o tym, że to jest możliwe. Wystarczy podwinąć rękawy... i zacząć tam, gdzie stoimy, i zacząć od najważniejszej z potrzeb - chcę Cię poznać. Tego prawdziwego, najprawdziwszego. Tą najprawdziwszą. W tym pytaniu mieszka piękno. 

***

Zobacz także artykuł o ŚPIĄCEJ KRÓLEWNIE

I o kobiecości, z nieco innej perspektywy: DOM SŁOWIKÓW



Ilustracje z deviant art by neocos, Gustave Dore z Orlanda Szalonego oraz Kadr z filmu Dragonslayer. 










5.2.17

Z codziennika opowieści IX



Część pierwszą znajdziecie TUTAJ
Część drugą TUTAJ
Część trzecia TUTAJ
Część czwartą TUTAJ
Część piątą TUTAJ
Część szóstą TUTAJ
Część siódmą TUTAJ
Część ósmą zaś TUTAJ


Ten wpis mógłby też nosić tytuł: "Wtorek"

Zdarzają się bowiem takie wtorki, kiedy wędrując od miejsca do miejsca wpadam na historie. Dobre historie. a może raczej - zdarza się tak, że to one wpadają na mnie. Takim dniem był właśnie ubiegły wtorek.


Clown i Morderca Jarek


Zaczęło się od spotkania z Andrzejem, który opowiadał o clownach. Lubi clowny, sam jest zresztą jednym z nich. Siedzi tak głęboko w swoim zawodzie (czy też w swoim byciu clownem), że rozmawiać z nim o aspektach technicznych tej profesji nie sposób. Bo jak profan może zrozumieć mistyka? Niemniej, podczas naszego spotkania zdarzyło się kilka perełek, które nieudolnie postaram się tutaj przytoczyć.

1.

Po pierwsze ogrodzenie. W swoim starym domu Andrzej nie posiadał  ogrodzenia, a zamiast tego w oknie siedziała clowna i patrzyła. A wiadomo, jak clowny patrzą - one patrzą w taki sposób, że skóra na plecach cierpnie i po nocach śnią się koszmary. Zabezpieczenie domu stosowane przez Andrzeja było tak skuteczne, że nawet sąsiedzi bali się przechodzić pod oknami.
- Myślałem też o alarmie w postaci clowniego śmiechu - ciągnął historię Andrzej -  który włączałby się, podczas włamania... z tekstami w stylu "Haaa ha haaaaa haaaaaa... no to będzie się działo...". Włamywacze wialiby, aż miło.

Przez głowę przeszła mi myśl, że gdybym sam był takim włamywaczem, nie wiałbym nigdzie - raczej padłbym trupem na miejscu, ze strachu. Ale cóż - diaboliczny Tim Curry przebrany za clowna był jedną z największych traum mojego dzieciństwa.

2.

Jako dygresję do włamań pozwolę sobie przytoczyć jeszcze jedną historię, która w tamtej chwili do mnie wróciła. Historia dotyczy Jarka. Tak go nazwijmy. Otóż Jarek był mordercą - prawdziwym mordercą, który zaciukał żonę, matkę, albo innego kogoś. Przypadkiem czy z rozmysłem, nie wiadomo.  W każdym razie poszedł za to siedzieć.

Odsiedział swoje, a potem wrócił do domu, który mieścił się gdzieś w okolicy Pszczyny. Mieszkał tam sam i stronił od ludzi, tak jak i oni stronili od niego - bo i po co się zadawać z Jarkiem Mordercą?

Pewnej nocy zdarzyło się jednak tak, że jakiś niezorientowany włamywacz wkradł się do domu Jarka Mordercy. W dodatku zrobił to tak niefortunnie, że dał się Jarkowi złapać. Jarek postanowił dać mężczyźnie nauczkę. Zaciągnął go do piwnicy i przywiązawszy do krzesła, a może do kaloryfera, zaczął opowiadać swoją historię, która zaczynała się od słów: "Wiesz jak nazywają mnie w okolicy? Jarek Morderca... A wiesz dlaczego?"... i tak dalej... Po czym zabrał siekierę i mówiąc, że idzie ją naostrzyć, wyszedł. Zadzwonił po policję, która po jakimś czasie zabrała przerażonego włamywacza do aresztu. Jarek stał się cichym bohaterem okolicy, a co do schwytanego przez niego człowieka - dzieje milczą.

Oczywiście może to być tylko legenda miejska, ale jest na tyle smakowita, że warto jej poświęcić chwilę. Posmakować atmosfery tamtej piwnicy , tamtej sytuacji. Poza tym to, co zrobił Jarek Morderca, jest jednym z najlepszych przykładów opowieści edukacyjnej, jaki znam. Koniec dygresji.


3.

Wracając do clownów:
- Każdy powinien być clownem, powinien pielęgnować w sobie clowna - mówił Andrzej - bo clown obezwładnia i rozbraja. Może przez to, że jest trochę upośledzony (nie wiem czy tego dokładnie słowa użył Andrzej - najwyżej będzie na mnie). I występowałem w różnych miejscach, dla dzieci i dla dorosłych... na przykład kiedy występowałem na dyskotekach i jakiś kark do mnie doskakiwał, to wystarczyło, że pytałem "co? Clowna, chcesz bić?" i gość był rozbrojony. Bo clown rezonuje z czymś, co jest w nas niewinne i bezbronne.

4.

Potem rozmawialiśmy przez chwilę o sprawach, w których go odwiedziłem, a potem Andrzej rzucił jeszcze jedną myśl, która co prawda sama w sobie nie jest opowieścią, ale sądzę, że warto ją przytoczyć:

- Jeśli przez długi czas nie oglądałeś telewizji i nagle ją włączysz, nie będziesz w stanie znieść jej poziomu. Szczególnie jeśli liczysz na to, że dostaniesz to, co mówią, że dostaniesz. Bo telewizja pompuje wszystko, nawet, gdy to nie ma żadnej wartości. I wiesz co - ludzie się przyzwyczajają. Oni wiedzą, że zostaną oszukani. To jest ich standard. Najgorsze jest to, że przestają ufać tym, którzy chcą dać to, co mówią, że chcą dać. Jeśli mówimy, że kawa będzie dobra i jest dobra, gdzieś u pijącej ją osoby może się nawet pojawić myśl, że może chcemy ją oszukać. Że nasza szczerość wcale nie jest szczera, a oszustwo to jedyne, na co można liczyć.

Gdzieś podświadomie się z tym zgadzam. Na szczęście jest też coś takiego jak wierna publiczność, która przychodzi do nas, bo dajemy kawę, którą obiecaliśmy. Andrzej taką ma i ja taką mam. Może dlatego da się wytrzymać z tą swoją szczerością.

Andrzej wygląda tak:



Jeśli chcecie zobaczyć, jakim clownem jest Andrzej - nic prostszego: odwiedźcie jego Teatr Szczęście.

Samotność i matematyka


5.

Jakieś pół godziny później, pod Baranami rozmowa zeszła na temat zdjęcia. Jednego z tych, które wciągają w swój mały świat. Jego jądrem jest szklanka wody, a w nią wpatrzona staruszka z twarzą tak przeżytą, że nawet najbardziej niewinny uśmiech ma na niej miliony znaczeń. Jest sama. Wokół niej puste stoliki niknące gdzieś w rozmyciu. Samotność ograna kontrastami, wtopiona w czerń i biel...

Tak naprawdę lokal wcale nie był pusty. Wokół kręciło się wiele osób, zamawiały jedzenie, szukało stolika, czekało na znajomych. Wtedy pojawiła się tamta kobieta. Usiadła przy pustym stoliku i siedziała. Czekając na nikogo, zamawiając nic. Może naszą samotność nosimy w sobie. I ona z nas wylewa się na okoliczne stoliki. Do kobiety podeszła kelnerka, zamienili kilka słów. Kelnerka odeszła, po chwili wracając ze szklanką wody. Postawiła ją przed kobietą i odeszła. W samotności kobiety nic, prócz szklanki wody się nie zmieniło. Czasem szklanka wody, może jednak zmienić wszystko. Wtedy fotograf podniósł aparat do oka i zrobił tamto zdjęcie. Nie podszedł do kobiety - ktoś inny się dosiadł, przyniósł jej coś do jedzenia, zaczął rozmawiać, chwila prysła, życie potoczyło się w swoim gwarnym, restauracyjnym tempie. Chwila samotności pozostał na karcie aparatu, wtopiona w czerń i biel, ograna kontrastami...

Autorem zdjęcia, jest Sabawoon Dost, a tutaj samo zdjęcie:




6.

Chwilę później w samochodzie wywiązała się rozmowa na temat interpolacji. Sabawoon, jako osoba ogarnięta w temacie próbował wytłumaczyć mnie i Pawłowi co to słowo oznacza. Niestety, mnie zrozumienie matematycznych definicji nie przychodzi łatwo i kiedy pojawia się słowo funkcja - mój mózg robi sobie wolne. Paweł próbował jeszcze się bronić, więc całe uśrednianie funkcji postanowił przełożyć na swoje...
- Zatem jeśli mam żubrówkę i mam sok jabłkowy, to interpolacją będzie tatanka...
- Nie interpolacja to by była, gdybyś wypił najpierw żubrówkę, a potem sok jabłkowy.

Nie mam pojęcia ile jest w tym rozumowaniu słuszności, ale na pewno będę ten przykład podawać swoim dzieciom...

7.

A w tramwaju pewien pan krzyczał do słuchawki, że pewna pani jest złodziejka i oszustka, że on już zapłacił jej za leczenie syna grube tysiące dolarów, a jak jej jest mało, to trudno poszuka gdzieś indziej, a ona niech się w dupę pocałuje. 

24.1.17

Sześć miedziaków


Na warsztacie: Chłopak i kot, baśń islandzka. 

Dziś islandzka bajka, która choć dość słaba, od ostatniego wtorku wraca do mnie, jak kauczukowa piłeczka rzucona w ścianę. Historia, która w telegraficznym skrócie brzmi tak:

Pewien człowiek, wraz z całą swoją rodziną żył w chlewie. Nie znaczy to jednak, że był biedakiem. W starym skórzanym worku trzymał on cały stos złotych monet. Ale miał też tę przywarę, bardzo ludzką przywarę, że blask złota milszy był mu niż czyste ubranie, pełny brzuch czy szczęście rodziny. Żona mu od tego jego bogactwa umarłą, a i on sam się rozchorował i zmarł. 

Został po nim syn, który, co tu dużo opowiadać, po śmierci ojca odetchnął z ulgą, bo miłość nie miłość, szacunek nie szacunek, ale jednak wreszcie mógł się najeść, wreszcie żyć, jak na człowieka przystało, a kto wie - może i na człowieka majętnego. Planował otworzyć skórzany worek ojca, kupić normalne jedzeni, normalne ubranie i wyprowadzić się z tego przeklętego chlewu. 

Tak się jednak nie stało, gdyż pewnej nocy, tuż po śmierci ojca, młodzieńcowi przyśnił się dziwny mężczyzna, który powiedział, by połowę skarbu oddać ubogim, drugą zaś wyrzucić w takim a takim miejscu do morza. A potem patrzeć na powierzchnię, bo cokolwiek się na niej pojawi, będzie zbawieniem dla chłopaka. Nie była to dobra wiadomość, bo przecież tak blisko był młodzieniec od wyjścia z nędzy, a tutaj nagle nadprzyrodzone znaki mówią mu, że wcale nie. 

Cóż miał jednak robić? Znaki z góry to w końcu znaki z góry, więc sprzeciwiać im się nie ma jak. Ze skórzanego wora rozdał więc połowę podobnym sobie, a potem stanął z pozostałymi pieniędzmi na wskazanym przez senną marę miejscu i z ciężkim sercem cisnął worek w morze. A potem wytężył wzrok i patrzył na falującą w oddali wodę. Nagle w falach zamigotało coś białego - chyba kartka papieru. Jak cokolwiek, to cokolwiek, powiedział do siebie i popłynął po dryfującą kartkę. Okazało się, że była to koperta, w której znajdowało się sześć miedziaków. 

Chłopiec schował je za pazuchę i ruszył w świat - bo co miał innego robić? Wreszcie dotarł do chatki, w której poprosił o nocleg i misę zupy. Podczas posiłku zobaczył dziwne zwierzę, jakiego wcześniej jeszcze nie spotkał. Był to kot. Gospodarze, którzy mieli już dość miauczenia futrzastego stwora zaproponowali, że jeśli młodzieniec zechce, to sprzedadzą mu tego zwierzę za, powiedzmy, sześć miedziaków. Ta niezwykła zbieżności trzymanych za pazuchą pieniędzy i ceny kota sprawiły, że młodzieniec ani chwili się nie wahał. 

A potem - i to opowiem wam już w skrócie - trafił na królewski zamek, gdzie zamiast monarchy rządziła horda bezczelnych szczurów. Kiedy kot naszego wędrowca to zobaczył, odezwały się w nim wszystkie instynkty, jakie mieszkają w małych niewinnych kocich oczach. Król nie zdążył mrugnąć oczami, gdy po stole walały się już tylko resztki przykrych towarzyszy każdego obiadu. Młodzieniec otrzymał za to rękę królewny i wszyscy, prócz szczurów, żyli długo i szczęśliwie. Koniec. 

Sny biedaków


Nasz bohater miał wielką potrzebę. Chciał wyjść z biedy. Pożegnać się z chlewem, w którym mieszkał, pożegnać swój pusty brzuch i potargane ubranie, które nosił na sobie. I jego sytuacja byłaby może zwyczajna, gdyby nie to, że jej rozwiązanie tkwiło przez cały czas pod nosem - w skórzanym worku jego ojca. Idę o zakład, że chłopiec niejedną noc przeleżał w kącie chlewika, marząc o choćby jednej monecie strzeżonej przez ojca. Pewnie marzył o tym, co mógłby za tę monetę kupić do jedzenia. Jak odmieniłaby ona jego nędzne życie. Pewnie marzył, jak marzą biedacy o wygranej w totka. Gdybym wygrał 12 milionów...

Ta wygrana nagle nadeszła, jak czasem trafia się szóstkę w lotto i wtedy... i wtedy zaczyna się największy problem każdego zwycięzcy. Czy nasz bohater byłby sobie w stanie poradzić z takimi pieniędzmi? Pewnie by mógł - wszak niewielki procent tych, którzy wygrywają jakoś sobie radzi. W przypadku większości jednak, nagła zmiana sytuacji doprowadza ich do moralnej ruiny. Nie wiedzą, co zrobić z aż tak dużymi pieniędzmi - trwonią je w najrozmaitszy sposób: Rozdają, topią w z góry skazanych na niepowodzenia biznesach, czy przepijają, przećpywają, lub marnotrawią na inne czcze uciechy*. Internety są pełne historii ludzi, których zdobycie olbrzymich pieniędzy najzwyczajniej zniszczyło. Być może nasz bohater należał do grupy podwyższonego ryzyka (na co wskazywać może to, w jaki sposób zachowywał się jego ojciec), dlatego w chwili największej pokusy musiał pojawić się nadnaturalny znak.



Wracając na chwilę do naszego worka złotych monet i porzucając porównanie do wygranej w totka, nim przejdziemy dalej, chciałbym jeszcze raz podsumować - nasz dobrobyt i nasze wybawienie z nędzy, obojętnie, czy jest to nędza materialna, czy duchowa, często nie znajduje się tam, gdzie akurat patrzymy, a to, co często podsuwane jest nam pod nos jako rozwiązanie, może być dla nas nie wybawieniem, a zgubą.

Duch Marlowa


Nasz młodzieniec miał na tyle szczęścia, że ochroniła go niewidzialna siła. Czym duch, nawiedzający go we śnie był - nie wiadomo. Może elf jakiś, dobra wróżka, a może po prostu to coś, co gniecie nas w środku i tylko w snach może otrzymać twarz napotkanego dzień wcześniej przechodnia. Może to ktoś na kształt ducha Marlowa z Opowieści Wigilijnej, który z zza grobu ostrzega swojego towarzysza przed przyszłą niedolą beznadziejnym pobrzękiwaniem łańcucha. Może sam ojciec. To nie jest aż tak istotne, o wiele ważniejsze jest chyba samo to, że ów nieznajomy przybył. Być może w młodzieńcu od dawna narastała ta dusząca sprzeczność, w której jedynym wyzwoleniem z nędzy jest śmierć ojca. I czekał z utęsknieniem na tę śmierć i czuł się z tym swoim czekaniem źle. Ta śmierć wiązała się też z tym, że to syn zajmuje miejsce ojca, przy worku z pieniędzmi. Wydawanie równałoby się wtedy z profanacją pamięci po zmarłym... być może. A może młodzieniec nasłuchał się za dużo o feralnych zwycięzcach w lotto i po prostu się bał... albo zjawa pojawiła się w snach ze zgoła odmiennego powodu.

Grunt, że dowiedział się, że droga jego ocalenia jest całkiem inna niż ta, której mógłby się spodziewać.

Ocalenie


Postać ze snów kazała mu wyrzucić pieniądze, co mniej więcej miało znaczyć tyle, że ocalenie znajduje się poza znanym młodzieńcowi światem. "Rzuć to wszystko" - zdawał się mówić duch. I jest to rada na wagę złota. Bynajmniej jednak nie dodał "a potem wyjedź w Bieszczady". Nie! To co musiał zrobić młodzieniec to skończyć ze swoim starym życiem i starym sposobem myślenia. Zamknąć pewien etap w sposób wyjątkowo bolesny. Połowę pieniędzy miał oddać tym, którzy znajdowali się w podobnej do niego sytuacji. Nie był to więc dla młodzieńca gest łaski, fanaberia bogacza - on, jak nikt inny rozumiał, co znaczy bieda i to właśnie tę biedę musiał podratować. To był trudny test, bo podczas jego wykonywania musiał dawać innym tego, co sam sobie odmawiał, ale to nie było najtrudniejsze. Drugą część skarbu miał przecież po prostu wyrzucić.

Nie wiem, jak sam zachowałbym się w sytuacji młodzieńca, ale gdybym był jednym z tych natrętnych doradców, którzy znajdują się w każdej bajce pewnie powiedziałbym mu - sam sobie wystarczysz za wszystkie te skarby. Rzucaj... a jak nie chcesz rzucać, to możesz mnie oddać tę skrzynkę. Bo może o to właśnie chodziło w tej próbie. By młodzieniec postawił na siebie. Wyszedł z zaklętego kręgu skarbu swojego ojca i stał się tym, kim mógł być najlepiej na świecie - sobą samym.

W baśni nic takiego jednak się nie pojawia, zamiast gadającego za plecami starca - samotność. Zamiast worka ze złotem papierek z sześcioma nędznymi pieniążkami. Masz - to Ci wystarczy. Oto ostatnie słowa "ducha Marlowa" - sześć miedzianych monet i tyle. Dlaczego tyle? Bo to jest suma, z którą ktoś w takim położeniu wiedział, co można zrobić. To nie były grube miliony, od których mógł postradać rozum i moralność. To było coś, z czego on mógł zrobić więcej. Gdyby w tamtym momencie rozsupłał worek ojca, pomiędzy nim, a przyszłością mogłaby pojawić się przyszłość nie do przeskoczenia. Za duży plan na zbyt krótkie nóżki. sześć miedziaków było akurat. To przecież dzięki nim nasz bohater osiągnął bogactwo o wiele większe niż to, które pozostawił mu ojciec.



I to jest największa nauka tej baśni. Kiedy spojrzymy w ten sposób na siebie będziemy musieli rozeznać dwie rzeczy - po pierwsze w czym pokładamy swoje nadzieje. Gdzie nasze plany są za wielkie w stosunku do środków, którymi dysponujemy. Czy rozwiązania, które mamy przed oczami na nasze bolączki to te właściwe rozwiązania. Czy kiedy żona nas wnerwia, czy tylko rozwód jest rozwiązaniem? Czy na problemy z szefem pomóc może zmiana pracy? Albo alkohol? Albo kupienie lepszego samochodu? Czy wszystko się zmieni w naszej relacji z mężem, jeśli pojedziemy na egzotyczne wakacje? Czy na problemy z sobą samym najlepsze rozwiązanie to samobójstwo? Każdy ma jakiś pomysł, ale często droga od miejsca, w którym stoimy do pozytywnego rozwiązania to dla nas za dużo. Patrząc na takie rozwiązanie okłamujemy się, krzywdzimy, zabijamy. 

O wiele rozsądniej jest rozejrzeć się za tym najmniejszym czymś, co mamy pod ręką i co w zupełności wystarczy, żeby ruszyć w stronę rozwiązania. Czasem to nic, czasem bardzo niewiele. Wystarczy sześć miedziaków. I zgoda na to - że tyle wystarczy. Bo tyle właśnie wystarczy.

***


Ilustacje do dzisiejszego wpisu sponsoruje Mykel A.D.

Przypisy i myśli rozsypane:

*aż ciśnie się na usta, że może pieniądze można podzielić na pieniądze biedaków i pieniądze ludzi bogatych. Jaka jest różnica pomiędzy jednymi a drugimi. Jeśli biedak dostanie w swoje ręce milon złotych, to wyda go, na potrzeby i marzenia biedaków. I nie jest ważna wielkość kwoty. Ważne jest to, w jaką drogę są one wysyłane przez rękę, która nimi gospodaruje. Gdzie skarb twój tam serce twoje. Jak powiedział Jezus (Mt 6, 21)



5.1.17

Złe Baśnie (część I)


Na warsztacie: Historia Roja, współczesne opowieści

Na początek tego tekstu muszę wam coś wyznać. Dla mnie baśnie to nic innego jak pewna odmiana mitologii. To taki niewielki, może niepoważny zbiór opowieści, z którego wyrasta cała głębia człowieczeństwa. W nich skrywa się to, co jest najważniejsze dla opowiadających je ludzi. Tak jednostek, jak i społeczeństw. Dlatego właśnie warto zaglądać pod baśniową podszewkę i przyglądać się, kim byli ludzi, którzy opowiadali tamte baśnie. I oczywiście, co mówią one o naszym człowieczeństwie.

Kontekst opowieści


Baśnie mówią o ludziach, tak jak mówią wielkie mityczne narracje. I baśnie nie umierają. Zmienia się tylko ich charakter. Są te historie, które pozostaną wiecznie żywe, poza tymkażda epoka ma swoje opowieści. Sarmaci mieli swoje, Polacy pod zaborami swoje (martyrologiczne), ludzie rewolucji przemysłowej swoje, a my mamy swoje. Mitologie zmieniały się wraz ze zmianami, jakie następowały w społeczeństwach. Jedne mity wypierały inne, a potem same zastępowane były przez młodsze, bardziej aktualne. A wszytko płynęło w rytmie upływającego czasu i społecznych potrzeb.

Przeglądając się temu, w którą stronę przesuwają się baśnie lub mity danego okresu można śmiało zobaczyć, w którą stronę obraca swoje zatroskane spojrzenie człowiek. Alicję z Krainy czarów zastąpił Neo z Matrixa, domki trzech świnek Surogaci, a podróż walkę ze smokiem, zmagania Tony'ego Starka i jego ekipy. Zły czarodziej na swój pokryty brodawkami nos nałożył czarny hełm Dartha Vadera, a domek na kurzej nodze zamienił się w Gwiazdę Śmierci. Baśń mówi o tym, czego się boimy i o tym, jak z tym strachem możemy sobie poradzić. 

W tym oglądaniu baśni warto zwrócić uwagę na drobny fakt, że historie te ukazują raczej wartości pozytywne. Wspaniałomyślność, współczucie, czasem surową, ale jednak sprawiedliwość, wychwalają porządek, którym jest chociażby posłuszeństwo dzieci rodzicom, opieka męża nad żoną, niechęć do zdrady. Ustawiają człowieka nie tylko w odpowiedniej relacji między nim, a drugim człowiekiem, ale też w relacji między nim a naturą (bo czym są te duchy leśne, straszydła, utopce i skarbniki, jak nie przypomnieniem, że poza czubkiem ludzkiego nosa jest jeszcze cały świat).


Opowieści zbędne


Czasem zdarza się jednak, że na mitologię ktoś ma pomysł. Czasy pędzą po swojemu, ale ktoś całkiem na to nie zwraca uwagi. Nie interesuje go to, że dziś człowiek przede wszystkim stoi przed wyzwaniami natury cywilizacyjnej: musi odnaleźć swoje miejsce w galopującym jak wściekły koń postępie technologicznym, wzroście znaczenia świata cyfrowego, czy nieuniknionej wielokulturowości. I krzyczy swoje mity nieaktualne, krzyczy swoje historie, które nikogo nie interesują, które nikomu w dzisiejszych czasach na nic. 

Takim przykładem może być lansowana przez pewne środowiska mitologia żołnierzy wyklętych, czyli oddziałów partyzanckich, które po zakończeniu wojny nie złożyły broni, walcząc z okupacją radziecką. Właściwie do początku lat 90 pielęgnowanie tego mitu byłoby uzasadnione - bo jako kraj nie do końca cieszyliśmy się suwerennością. Co ciekawe, nawet gdyby mieć z tyłu głowy istnienie żołnierzy wyklętych, Polacy ostatecznie rozwiązali swój problem i wygrali swoje walki idąc zupełnie inną drogą - tą Solidarności. 



Dziś mamy 2017 rok, wielki ideał Solidarności i jego herosów stara się zepchnąć z piedestału i ustawić na nim biegających po lasach partyzantów, którzy przede wszystkim przelewali krew. I jest z tym dość spory problem, nie tylko ze względu na brutalność, ale przede wszystkim z tego powodu - że taki typ "bohatera" dziś jest całkowicie NIEPOTRZEBNY! Potrzebujemy Korczaków, bo zawsze ich potrzebujemy, potrzebujemy Wałęsów, Gandhich i Mandelów. Bo wnoszą w świat światło, jakiego nie wniesie weń żadna strzelba ani pistolet. 

Na żołnierzy wyklętych powinno się znaleźć miejsce w podręcznikach historii, to nie ulega żadnej wątpliwości. Na swoje czasy byli postaciami heroicznymi, które niosły potrzebne społeczności wartości (niezłomność, obrona swojej suwerenności, poświęcenie). Dziś warto o nich wspomnieć, nie warto stawiać ich jako wzór - dlaczego. Otóż powtarzam -  to kim byli ni jak ma się do czasów, które są. Dziś ich ideały i metody się nie sprawdzają. Bo nie mają punktu przyłożenia. Są z kosmosu i prehistorii i uważanie ich za obowiązujące może przynieść tylko chaos i eskalację przemocy. 

Przykład


Szczególnie wykazują to takie realizacje (bo trudno nazwać to dziełami) jak Historia Roja, jeden z najpotworniejszych filmów, który zdarzyło mi się oglądać (tak w ubiegłym roku, jak i w ogóle). Kiepski technicznie, a w swojej symbolice odpychający. Co pokazuje? Streściłbym go tak: 

Jak coś mi nie pasuje, powinienem to zabić. Jeśli będę się przy tym modlić i krzyczeć orzeł biały (lub inny tego typu bełkot) - jestem bohaterem. Jak mam wątpliwości - jestem ścierwem. Jak nie wierzę w to co ty - zdrajcą. Tak zdrajcy jak i ścierwa zasługują na kulkę. 

W Historii... zabijanie goni zabijanie, przemoc potęguje przemoc i narodowe symbole, wiara i ideały zyskują w tej produkcji rangę stadionowych przyśpiewek. I chyba nie pisałbym tyle o jednym bardzo złym filmie, który raczej odpycha niż przyciąga, gdyby nie próbował on ustanowić pewnej baśniowej narracji, która, niestety za bardzo chwyta. I to, że chwyta przeraża chyba najbardziej. Nie pisałbym o nim, gdyby po ulicach nie biegało coraz więcej zdesperowanych młodych ludzi w zbrojach "żołnierzy wyklętych" (tzn. bluzach) z pseudopatriotycznymi hasłami na ustach i kretyńską, jak rzekłby mój przyjaciel, ideologią w głowie. Albo inaczej - jeśli kibolstwo ma sposobność, by poprzeć się pseudonarodową mitologią, to zaczyna robić się niebezpiecznie. 

Bo ścierają się tutaj dwa bardzo niebezpieczne zjawiska. Musimy pamiętać, że wykorzystane w narracji myślenie baśniowe jest operowaniem w przestrzeni, której się nie rozumie. Działa ona raczej na zasadzie wiary, zgadza się na nią lub nie. Bez pytania o jakiekolwiek moralne umotywowanie.  w ten sposób forma baśni napełnia się niebaśniowymi treściami. Baśń o żołnierzach wyklętych swoim charakterem wchodzi na tereny, na których uzasadnia przemoc - tę najprymitywniejszą i godną najsurowszego napiętnowania. I kibolstwo, które w swej istocie zawsze pozostaje jedynie kibolstwem, nagle otrzymuje wyższą rangę. Nie wiedzieć czemu. 



Jest to komuś potrzebne - być może. Nie chcę się na ten temat wypowiadać, bo mam zbyt małą wiedzę, by przeprowadzić rzetelną analizę. Powiem tylko, że niezależnie od uzasadnień Kibolstwo zawsze pozostaje kibolstwem i każda narracja, która próbuje je usprawiedliwić jest szkodliwa i godna potępienia. 

I cieszy fakt, że Ci, którzy się nią posługują prędzej czy później trafią do piekła, nie ważne jakie matki boskie częstochowskie wychodzą z ich ust. Gorzej, że nim tam trafią, narobią jeszcze wiele spustoszenia - tak w społeczeństwie, jak i w wielu duszach. Język baśniowy jest potężnym narzędziem i Ci, którzy tworzą te żenujące narracje, zapewne zdają sobie z tego sprawę. W używaniu języka są jednak jak uczniowie czarodzieja i nie zdają sobie sprawy, że ta potęga nie jest do okiełznania. Można ją rozumieć, czuć do niej szacunek, ale nie można jej wykorzystać, bo w swej istocie jest o wiele większa niż nasze małe ludzkie sprawy. 

Opowieści kontra opowieści


Zagladając do tych najbardziej klasycznych z klasycznych z klasycznych baśni, pochodzących z dość zamkniętych społeczeństw i tak zobaczymy tam, że bohater owszem - konfrontuje się ze złem i zwykle to zło jest ukarane, jak trzeba, ale to nie zło jest jego próbą - próbą bohatera jest spotkanie z innym. To właśnie to spotkanie jest zwycięstwem bohatera. 

Wasylisa nie przychodzi do Baby Jagi z roszczeniami. Nie mówi - "dawaj ogień, albo manto!", raczej: "pokaż, jak się u Ciebie żyje, a ja spróbuję to poznać". Także w przytaczanej w ostatnik artykule baśni Pani Zima widzimy to jeszcze wyraźniej - siostra, która wchodzi w relację z Zimą, uczy się, żyje z nią jak trzeba i ostatecznie - obsypana jest złotem, zaś ta, która od relacji się odcina kończy pokryta szlamem. To tyczy się tak tych, którzy przyjeżdżają, jak i nas, którzy jesteśmy ich gospodarzami. Jeśli będziemy karmić się naszym narodowym "ja" najgorszego sortu (bo tym się nas teraz karmi), skończymy jako błoto, bezwartościowe  i godne pogardy. 

I nie wiem, czy w tym miejscu jest sens pisać takie rzeczy, bo liczę, że czytelnicy bloga doskonale to wiedzą, ale jeśli ta kretyńska fala polski wyklętej dalej będzie zmierzała w stronę w którą zmierza i nasz patriotyzm objawiać się będzie chęcią spuszczeniu panu z kebaba wpierdolu (przepraszam za wyrażenie), to będziemy szlamem, a nie dumnym narodem. A dalej - nie chodzi tylko o to, jakim jesteśmy narodem, ale przede wszystkim jakimi jesteśmy ludźmi. 

***

Foto z tego koszmarngo filmu, którego nikomu nie polecam. 



Na koniec, przypisowo już dwie myśli, które wykluły się podczas pisania tego artykułu, a które niekoniecznie nadają się na jego część: 

1) tym którzy posługują się taką narracją, nie życzę śmierci. Życzę, żeby spotkał ich ten sam los co dinozaury - przy czym do dinozaurów czuję o wiele większą sympatię. Niemniej - czasy dinozaurów się skończyły, podobnie jak czasy żołnierzy wyklętych. Inne niebo nad nami... 

2) Z drugiej strony biorąc pod uwagę politykę, jaką prowadzą nasi rządzący, może stać się ona zachętą dla naszego wschodniego sąsiada, by jednak znów wziął co jego (czyli co wolno). wtedy znów znajdziemy się w sytuacji, w której mit żołnierzy wyklętych będzie jak najbardziej aktualny. Wtedy lansowanie tej mitologii będzie wieszcze... taki gorzki dowcip...