9.10.17

Gliwiccy Bohaterowie - posłowie

Gliwiccy Bohaterowie, Mateusz Świstak, Baśnie na warsztacie, Muzeum w Gliwicach, willa Caro, Warsztaty dla dzieci,


Na warsztacie: Gliwiccy Bohaterowie. 


Wczoraj zakończyłem swoją przygodę z Gliwickimi Bohaterami, cyklem, który prowadziłem dla Muzeum w Gliwicach od października 2016 roku. W związku z tym, że to była chyba najbardziej karkołomna seria zajęć, jakie mam na swoim koncie, chciałbym podzielić się kilkoma refleksjami na jej temat. 

Pomysłodawczynią cyklu była Ewa Chudyba, która wyznaczyła mi postacie bohaterów na kolejne spotkania. Jej ideą było pokazanie różnych aspektów bohaterstwa, na plejadzie doborowych, lokalnych osobistości. Sama idea była piękna, zwłaszcza dziś, kiedy oficjalne kanały faszerują nas jedną, dość wątpliwą wizją bohaterstwa patriotyczno-bojówkarskiego. Mówienie o tym, gdzie można znaleźć swoją małą bohaterską niszę dziś jest nie tylko ważne, a wręcz konieczne, bo dzieciaki są chłonne i nie potrafią przefiltrować walącej zewsząd propagandy. Pokazanie im innych możliwości, które skrywa słowo "bohater" pomaga nabrać dystansu i dać możliwość zdecydowania samemu, jakim bohaterem chciałoby się być. 

Cel szczytny, natomiast dobór postaci spędzał mi sen z powiek. Bo poza tematami prostymi, jak dzielne Gliwiczanki, które oblewały gotowaną kaszą najeźdźców oblegających miasto, albo jak Wilhelm von Blandowski, albo Władysław Sulecki, w puli znajdowały się także postacie, które zajmowały się przestrzeniami niemożliwymi do ogarnięcia... przynajmniej z punktu widzenia edukatora. Bo jak przekazać dzieciakom w wieku 6-9 (w porywach 5-15), bohaterstwo Różewicza, nie wyjaśniając mechanizmów działania poezji, siły słowa, emocji w nim zawartej itd.,  albo jak opowiedzieć o działających w Gliwicach profesorach, albo kronikarzach, albo o estetyce przestrzeni... Każde zajęcia stanowiły pewne wyzwanie w przenoszeniu abstrakcyjnego pojęcia, na którym osadza się bohaterstwo danego bohatera, na namacalny i uchwytny dla dziecka przykład. 

Gliwiccy Bohaterowie, Mateusz Świstak, Baśnie na warsztacie, Muzeum w Gliwicach, willa Caro, Warsztaty dla dzieci,


I wiecie co - dzieciakom da się przekazać prawie wszystko. I one zrozumieją. Od koncepcji wiedzy, przez poezję i cenzurę, po komunistyczne represje. Potrzebnych jest tylko kilka rzeczy. Po pierwsze - zaufanie do dziecka, że zrozumie trochę więcej niż się po nim początkowo spodziewamy. Nieco powyżej, a nie poniżej ich możliwości, jak mawiał Tolkien. Dać dziecku kredyt zaufania i wierzyć, że jeśli dziecko nie zrozumie naszych słów teraz, to zrozumie je za chwilę, albo może nic nie zrozumie, ale za jakiś czas łatwiej mu będzie pojąć słowa kogoś innego... dzięki temu pierwotnemu doświadczeniu, które my w dla niego wytworzymy. 

Poza kredytem zaufania potrzebny jest klarowny przykład. Jeśli chcemy mówić o sprawach trudnych, to musimy rozbić je na czynniki pierwsze i nie wdając się w niuanse przekazać to, co najistotniejsze. Najlepiej jedno, albo dwa zdania. Jeden fakt, który zostanie. Na niuanse czasem pojawi się miejsce, wtedy warto o nich powiedzieć, ale przede wszystkim chodzi nam o istotę, albo raczej niekomplikowanie i tak skomplikowanej rzeczywistości. Musimy więc zdecydować z czym chcemy wypuścić dziecko. Z jakim słowem, z jakim doświadczeniem. Jest w tym tylko jedno zastrzeżenie - to, co chcemy dziecku zostawić musi być zgodne z prawdą. Nie wdawać się w to, co my myślimy o danej rzeczy, ale zostawić je z możliwie czystym "tak było". Zawsze można porozmawiać z dzieciakami, czy było to złe czy dobre, ale pozwolić im decydować. Wyłuskiwanie faktów, najbardziej reprezentatywnych, łatwych do pojęcia przez dziecko, a przy tym pozbawionych interpretacji (albo zbyt mocnej interpretacji), to jedna z większych lekcji, jakie otrzymałem od Bohaterów. Polecam wszystkim edukatorom jako ćwiczenie. 

Kolejna rzecz, której nauczyłem się podczas Bohaterów to to, że łatwiej coś przekazać, budując emocje i to nie tylko dobre. Niech będzie na przykładzie:

 Było o komunizmie. O Polsce, która po wojnie musiała radzić sobie z nową władzą. Zacząłem od wyznaczenia na ziemi obszaru, który jest Polską. Potem dzieciaki dostały wyciętego z papieru człowieczka i polecenie, żeby narysowały go, jak im się tylko podoba. Kiedy pracowały, krążyłem między nimi, zadając pytania dotyczące ich pracy (jak ma na imię ludek, kim jest, co dziecko w nim lubi itd). Chodziło o zbudowanie więzi z papierowym ludkiem. Potem wszyscy wracaliśmy do środka "Polski" i tam chwilę się bawiliśmy w normalne życie. A potem wchodziłem ja i mówiłem, że od dziś jestem władzą i decyduję, co jest dobre, a co nie. Na przykład, że w "Polsce" mogą zostać tylko ludzie w okularach. Dzieciaki miały dwa wyjścia, albo wyjść z "Polski" albo dorysować okulary. Potem brody, dziewczynki się buntowały, ale dalej miały wybór, albo rysować, albo za granicę. I tak stopniowo do coraz gorszych rzeczy: zmiana koloru ludka, robienie mu kwadratowej głowy, obcięcie nóg i rąk, aż do tego, żeby została, jak nazwał to O. "prostokątna parówka". 

Gliwiccy Bohaterowie, Mateusz Świstak, Baśnie na warsztacie, Muzeum w Gliwicach, willa Caro, Warsztaty dla dzieci,


A kiedy proces się skończył, zaczynała się prosta analiza. Prosta. Na własnych oczach dzieci mogły zobaczyć, co zostało z ich pracy, to po pierwsze. Mamy łatwy przekaz, mamy emocjonalne zaangażowanie, mamy mocną metaforę. Poza tym to, co działo się w międzyczasie było świetnym materiałem do omawiania postaw, wskazania na emocje, pokazania, że niektóre rzeczy to proces. A wszystko zaczyna się od ludka z papieru. Jeśli mówiłem, że możemy darować sobie niuanse, to tutaj muszę sobie zaprzeczyć. Niuanse pojawiają się wraz z postawami dzieciaków i wtedy możemy o nich mówić. Bo niuans, pewna specyficzna postawa wiąże się tutaj mocno z osobistym doświadczeniem, którego nie wolno nam zignorować. Dziecko z takiego laboratorium wychodzi bogatsze o pewną wiedzę powiązaną z emocjami, której może dziś nie zrozumie, ale kto wie - może za parę lat, to właśnie to doświadczenie przyczyni się do bardziej empatycznego spojrzenia na kogoś w potrzebie, albo na wyrobienie postawy niezłomności przeciwko złu świata. Mam nadzieję. 

Moim zdaniem najlepiej zostawić dziecko w dylemacie. Nie rozwiązywać świata za nie. Stali czytelnicy bloga wiedzą, że dla mnie baśń to przede wszystkim opowieść, rzadko kiedy zaś morał. Sądzę, że z warsztatami jest podobnie. Morał, może zabić subtelność. Warto wskazać stronę, ale nie rozwiązywać rzeczywistości za dziecko. Przynajmniej na ograniczonym poziomie oferowanym przez zajęcia. 

Gliwiccy Bohaterowie, Mateusz Świstak, Baśnie na warsztacie, Muzeum w Gliwicach, willa Caro, Warsztaty dla dzieci,


Każde zajęcia wymagają refleksu. Szczególnie refleksu głowy i języka, ale Bohaterowie, ze względu na różnorodność grup (jak wspominałem czasem rozstrzał między dzieciakami to było ok 8 lat, a to przepaść), a czasem też na ich liczność sprawiały, że czułem się jak na torze F1 w Monte Carlo. Chodzi tu zarówno o szybkie zmiany w scenariuszu (kiedy okazywało się, że na sali są za małe dzieci, albo grupa jest mniejsza niż się spodziewałem), jak i o szybkie przeskakiwanie pomiędzy dzieciakami, żeby każde coś wyniosło. Problemem dla mnie, który potęgował konieczność szybkiej reakcji było też częściowe zawieszenie tego, w czym jestem najlepszy, czyli moich umiejętności storytellerskich ze względu na specyficzny, czyli niefabularny charakter materii, po której się poruszaliśmy. Moja sztuka opowieści stała się w trakcie trwania Bohaterów o wiele bardziej rozciągliwa, zaczepiała się o najmniejsze nawet preteksty, by zaistnieć... to bardzo rozwijające. I myślę, że to mogę zostawić też jako naukę do innych edukatorów: jeśli nie możesz robić tego, co robisz najlepiej, zastanów się, jak naciągnąć to, w czym jesteś najlepszy, żeby znów miało to swoje zastosowanie. Ucz się, jak najszerzej być sobą. A poza tym ucz się! Cały czas się ucz!

ufff... Chciałem, żeby to była krótka notatka, o zaufaniu do dzieci i ich rozumków, a zrobił się dość pokaźny wpis. Urywam więc. Gliwiccy Bohaterowie, to była wymagająca, ale bardzo owocna przygoda, która dała mi wiele materiału do przemyśleń i kilka nowych umiejętności twardych (jeśli mogę tak powiedzieć). Takich doświadczeń Wam życzę i już kończę... 

***

...no dobra.... jeszcze nie kończę....  jeszcze jedna rzecz, która po Bohaterach zostanie mi na bardzo długo. Kiedy robiliśmy zajęcia poświęcone Zofii Rydet, jednym z zadań dzieciaków było uchwycenie osób znajdujących się na sali w ich naturalnym środowisku. Jeden z chłopców podbiegł do taty, kazał my wyciągnąć telefon i patrzeć w ekran. Potem zrobił zdjęcie. Zapytałem więc, co tata robi na telefonie, na to chłopak odpowiedział: "Jak to co? Gra w TVN24?". Od tamtego momentu moja żona co rano gra w tvn24... boskie. 


Zdjęcia pochodzą z fb Muzeum w Gliwicach. Po więcej zapraszam TAM

2.10.17

Słoneczniki 2017




Szanowni!

Niezmiernie miło mi donieść, że Tam i Tu, o świecie opowiadanie, czyli cykl wykładów o świecie, który prowadzimy z Edkiem w Muzeum Etnograficznym w Krakowie, otrzymał Nagrodę Rodziców w kategorii język. Rozpiera nas duma i radość. 

Edek się cieszy, ja jestem wdzięczny, ryba chce pożreć słonecznik. Oczywiście zapraszam na Tam i Tu, które rusza od 13 października. Na wszystkie inne zajęcia również zapraszam, ale o nich jeszcze przyjdzie mi pisać. 

A dziś taka drobna refleksja, która naszła mnie, w piątek, czyli na dwa dni przed małopolską galą. Otóż był we mnie bardzo dziwny dysonans, bo z jednej strony nie liczyłem, że dyplom trafi do mnie, z drugiej zaś wiedziałem, że jeśli nie trafi, będę zawiedziony. Na szczęście trafił, więc choć nie liczyłem, nie czuję się zawiedziony i dziękuję bardzo raz jeszcze. 

Trzymajcie się! Jesteście wspaniali!

21.9.17

Własne historie


Na warsztacie: Bronisław Malinowski, prywatne opowieści

Jakiś czas temu wpadł mi w ręce tom prac Bronisława Malinowskiego. Przeglądałem go sobie od eseju do eseju, gdy wtem natrafiłem na opis typów opowieści wśród melanezyjskich plemion, z którymi badacz żył. Były oczywiście wielkie kosmogoniczne narracje, fundujące podstawy świata, były opowieści spod znaku techne - umiejętności praktycznych przekazywanych wraz z historiami, ale były też kukwanebu, nieduże opowieści opowiadane po żniwach, kiedy niewiele pozostawało do roboty, od tak - dla draki. I choć mają one najmniejsze znaczenie w wymiarze praktycznym, jest jeden szczegół, który przykuł moją uwagę. Każda z takich opowieści ma swojego "właściciela". Nawet jeśli wszyscy znają daną historię, to tylko jeden z członków społeczności jest jej właścicielem i tylko jeden ma prawo publicznie ją opowiadać.

Właściwie tyle z Malinowskiego, bo po tych kilku słowach moje myśli podryfowały w stronę współczesności i następujących pytań: A jakich opowieści ja jestem właścicielem? Które należą do mnie, pomimo, że znają je wszyscy. Które należą tylko do mnie i które jako jedyny mam prawo opowiadać?

W zasadzie mam to szczęście, że moja praca pozwala mi łatwo zdeterminować, które opowieści są bardziej moje niż inne. W dużej mierze pokrywa się to z moim repertuarem "the best of" o czym pisałem przy innej okazji (TUTAJ). Poza nimi, do tej puli dochodzi kilka dowcipów, historia o miłości pewnej patologicznej pary i garść drobnych opowiastek. Oczywiście prawa autorskie tutaj nie obowiązują i każdy może opowiedzieć te historie po mnie (bo dlaczegoby nie?). Tutaj raczej chodzi o poczucie, że w nich czuję się lepiej niż ktokolwiek, kto próbowałby je opowiedzieć. Natomiast mowa tutaj ciągle o poziomie artykulacji. 

Jeśli zaś chodzi o osobistą opowieść, cóż, to jest zupełnie inna historia. Bo może jest wiele opowieści, które rezonują z naszym stylem. Jednak tych, które wwiercają się w nasze wnętrza do samego rdzenia - jedna, może dwie na całe życie. Te historie, z których nie potrafimy się otrząsnąć, te które prowadzą nas przez codzienność, które są dla nas drogowskazem, otuchą albo ostrzeżeniem. Może to być historia, którą zasłyszymy, albo zobaczymy (bo film, to przecież też historia), może to być przypadkowo przeczytany artykuł, albo książka, która wdeptała nas w fotel. A potem minęły lata i ona nie dość, że nie przestaje z nami być, to dalej nas zmienia. Może to historia, którą opowiedzieliśmy sobie sami, historia powstała ze zlepków naszych przeżyć, ze słów, które wirowały w powietrzu, a których nikt jeszcze nie wypowiedział. Nieważne skąd do nas przyjdzie. Ważne, czy ją mamy. 

I chciałbym Cię zapytać, moja Droga Czytelniczko i mój Drogi Czytelniku - czy Ty trafiłaś/eś na swoje historie? Czy wiesz, w jakich opowieściach czujesz się najlepiej? Które Ci leżą? Które historie są tak naznaczone Tobą że, jeśli ktoś je usłyszy, od razu powie, że to do Ciebie należy? Na tym zwykłym poziomie, poziomie wypowiadania się. Co to za historie? (nie pytam o to "dlaczego", bo opowieści stają się nasze bez powodu - po prostu przychodzą). 

A jeszcze głębiej - czy znalazłaś już swoją historię, czy znalazłeś tę jedną jedyną historię, bez której byłbyś uboższy? Czy wiesz, jakie słowa Cię prowadzą? Czy wiesz jak opowieść Cię przekształca? Spróbuj usiąść w jakimś spokojnym miejscu, wyłączyć wszelkie przeszkadzajki (łącznie z dziećmi) i słuchać tej jednej, najważniejszej historii. W których punktach styka się z twoim życiem, co cię w niej frapuje, co sprawia, że stawiasz nogę w miejscu, w którym ją stawiasz? W jakich okolicznościach wraca do Ciebie ta twoja historia? I jeszcze jedno - czy to Ty jesteś jej właścicielką/właścicielem czy może Ty należysz do niej? 

Spróbuj się nad tym zastanowić - pielęgnowanie historii pozwala lepiej ją zrozumieć, bardziej wgryźć się w jej niuanse i zintegrować ją ze sobą samym. Zresztą historia też może ulegać transformacji zmieniać się wraz z nami, ukazywać nam swoją nową twarz. Warto to śledzić. Nie warto się z tego ograbiać. 

Może taka opowieść jeszcze do Ciebie nie przyszła. To nic. Może przyjdzie, a może nie. To nie są rzeczy, które zależą od nas, my jedynie mysimy być cierpliwi i mieć uszy i oczy szeroko otwarte. Jeśli tak będzie, któraś opowieść pachnie do nas ręką i stania się naszą. 


6.9.17

Dziewczyna na drzewie



Na warsztacie: O siedmiu Krukach, Bajka o dwunastu Braciach, Dzikie Łabędzie.

Dzisiejszy tekst to druga część rozważań na temat baśni Dzikie Łabędzie, albo szerzej - baśni z motywem braci zamienionych w ptaki i ich siostry. 

Pierwszą znajdziecie TUTAJ.

Po kliknięciu będziecie mogli się zapoznać z kompilacją baśni, o których dziś mowa. Przyjdzie nam trochę uzupełnić tę kompilację bo skupiała się ona na chłopcach zamienionych w ptaki, a dziś na warsztat weźmiemy ich siostrę... z całą jej kobiecością. 

Bo o siostrze nie świadczy najlepiej jej milczenie i to, że tka i tka, i tka nie zważając na ból i upokorzenia. Nie! Jedną z najwspanialszych scen w jej historii jest moment poznania księcia. Moim zdaniem zresztą, to jedna z najlepszych baśniowych scen w ogóle. A dziewczyna jest jedną z najlepszych baśniowych bohaterek... w ogóle. Stańmy zatem obok księcia i przyjrzyjmy się całej sytuacji: 

Kiedy książę ze swoją świtą przejeżdża obok domku braci (tych już nie ma), przestraszona siostra wskakuje na drzewo. Książę wypatrzywszy ją prosi, żeby zeszła. Dziewczyna zamiast tego zrzuca mu tylko fragment swojej biżuterii. Zaintrygowany książę ponawia swoją prośbę i wtedy z drzewa znów spada jedynie kawałek garderoby. Prośba i odpowiedź tego typu powtarzają się po wielokroć, aż w końcu siostra pozostaje bez niczego. Dopiero wtedy, na ostatnią już prośbę księcia, schodzi z drzewa. 

Mężczyzna widzi przed sobą nagą dziewczynę, jest oniemiały z zachwytu. Jak to w baśniach bywa, od razu prosi ją o rękę i szczerze mówiąc, nie dziwię mu się. 




Gra 


Dziewczyna, choć dotknięta prawdziwą tragedią (utraty braci) i poddana srogiej próbie (siedem lat milczenia), nie straciła nic ze swojej kobiecości. To, co robi siedząc na drzewie jest prawdziwym popisem kobiecego wdzięku i zmyślności. Bo dzieją się tam dwie rzeczy. Po pierwsze - ona sama poddaje księcia próbie. Zamiast wykonać jego polecenie, wciąga go do swojej własnej gry. Zachęca, by ten, nie wiedząc jaka ona jest naprawdę, chciał jej więcej i więcej. Pozostawia po sobie ślady, odwlekając moment spotkania w czasie. To co się działo pod drzewem musiało być dla mężczyzny nieznośne. Za każdym razem, kiedy książę otrzymywał jedynie odroczenie, jego pożądanie musiało wzrastać. Na takim ciągłym "za sekundkę" można się nieźle zafiksować... przedłużająca się gra wstępna, albo bardzo zmysłowy striptiz. Czy jest to złe? Absolutnie nie. To właśnie gry tego typu stanowią najwspanialszy ze smaków pierwszego kontaktu między mężczyzną a kobietą.

Z mojej perspektywy, jako mężczyzny, to kobieta wyznacza długość takiego odroczenia. Być może w rękach mężczyzny leży działanie, w jego oku kumuluje się pożądanie, ale to kobieta mówi jak długo to potrwa, a im wprawniej rozumie ona samą grę, tym więcej przyjemności taka gra dostarcza obu stronom. To nie jest seria mechanicznie wykonywanych czynności, to wirtuozerskie operowanie czasem, które jedynie podnieść ma napięcie pomiędzy uczestniczącymi w grze osobami. I w tym dziewczyna na drzewie nie ma sobie równych.


Pragnienie spełnienia często jest tym, w czym się zakochujemy. Może więc książę kochał ją, zanim ta zeszła  z drzewa. Zakochał się w jej śladach, w strzępkach jej obecności. Być może, choć sama baśń nie stawia tego jako pewnik. Na pewno jednak książę dał się wciągnąć w grę dziewczyny. 

Dopóki gra trwała, oboje graczy grało w nią najlepiej jak umiało. On mówił zejdź, ona przeciągała tę grę w czasie. Lecz kiedy staje przed nim kończy się gra, a zaczyna szczerość. 


Szczerość


Właśnie. Po drugie dziewczyna jest szczera. Kiedy schodzi, staje przed księciem naga. Oczywiście już w dosłownej warstwie jest to piękny obraz i osobiście bardzo chciałbym się znaleźć na miejscu tego szczęściarza, ale jeśli przeniesiemy tę nagość w wymiar symboliczny, siostra nieszczęsnych braci-ptaków okaże się najniezwyklejszą kobietą świata. Już wiemy, że potrafi ona bardzo wprawnie grać w erotyczną grę. Pamiętajmy jednak, że każda gra ma znamiona pozoru. Ma coś ukryć, ustanowić zestaw pewnych sztucznych zasad, na które zgadzają się jej uczestnicy w celu uzyskania przyjemności. Może ona powiedzieć jakim kto jest graczem, ale mało mówi o tym, jakim kto jest człowiekiem. 

Kiedy dziewczyna gra, to gra, lecz kiedy decyduje się zejść z drzewa na żadne gry nie ma miejsca. Jest sobą i nie boi się tego. Milczącą, pewnie trochę przestraszoną i oszałamiająco piękną. To piękno wynika zapewne w dużej mierze właśnie ze szczerości. Nie skrywa się za makijaże, nie skrywa za gustownymi ciuchami ani zachęcającymi słowami. Nie uwodzi księcia dowcipem. Ona po prostu jest. Staje przed księciem będąc tylko sobą i, jeśli nie stało się to wcześniej, to właśnie w takim kimś zakochuje się mężczyzna. Wniosek - musiała być naprawdę niesamowita. Jak biblijna Estera, nie potrzebowała nic, by być najpiękniejszą ze wszystkich kandydatek na żonę Achaszwerosza.


I pozwólcie, że zapytam: Panie, kiedy spotykacie mężczyznę, czy jesteście na tyle odważne by stanąć przed nim "nago"? Czy jesteście na tyle pewne siebie, żeby na randkę się nie wymalować, albo ubrać w coś wyjątkowo niegustownego? Albo inaczej - czy jesteście w stanie pokazać się bez maski kobiecych atrybutów (wymieńcie sobie te, których najczęściej używacie, żeby się przypodobać). I drugie pytanie: za czym najczęściej się ukrywacie? I jeszcze może trzecie: dlaczego się ukrywacie? 

Panowie: A wy? Czy potrafilibyście nie imponować kobietom wielkością swojego portfela, waszymi osiągnięciami, rozmiarem klaty, albo ego? W jaki sposób ukrywacie swoją nagość... tę symboliczną? I po co? 

Oczywiście te pytania mają sens dopiero na pewnym etapie znajomości. Bo przecież na początku zawsze jest gra. Gra spojrzeń, wymiany uprzejmości lub ciętych słówek. Gra proszenia i odwlekania. Problem pojawia się w chwili, gdy trzeba zejść z drzewa. W milczeniu i nago. To odważny krok. I chyba warto go podejmować. Pokazać kim się jest bez względu na konsekwencję. Naszej bohaterce się to udało. Kto wiem, może zawsze się udaje, tylko mało kto próbuje.

***


Autorami wykorzystanych ilustracji są: Warwick Goble, Jane Rey, mercer meyer, Raphael Tuck

25.8.17

O mojej sztuce opowiadania

Baśnie na warsztacie, storytelling, Mateusz Świstak, Sztuka opowieści


Na warsztacie: Baśnie na warsztacie ;) 

Siedzę na balkonie. Słońce niedawno zaszło i niebo tuż nad horyzontem nadal ma kolor bursztynu. Chmury także przyozdobiły się bursztynowymi mazami, choć one są o wiele bardziej radykalne - albo płoną ostatkami słonecznego światła z intensywnością właściwą zakochanym, albo zapadają się w ciemniejsze niż niebo indygo. I ta ciemność, też chyba jest właściwa niedojrzałej miłości. Jest się na szczytach jasności, albo na dnie rozpaczy. Mnie dane jest podziwiać to widowisko prawie każdego dnia. Szczególnie w pochmurne dni, o tej godzinie, kiedy słońce znajdzie się w wąskiej szczelinie pomiędzy stropem obłoków a horyzontem. Po niebie rozlewają się najpiękniejsze wieczorne scenografie, spod balkonu dochodzi mnie cykanie tego, co zazwyczaj o tej porze roku cyka, a w oddali szumi ulica, przytłumiona, ale wyraźna jak linia basu. Bliżej przesuwa się jednostajnym dudnieniem pociąg, a potem znów tylko linia basu i następny pociąg. Już zdążyłem się do nich przyzwyczaić - mózg wymazuje je z bazy otaczających hałasów. Zresztą - nigdy nie były zbyt natarczywe. Przeszkadzają jedynie, gdy chce się oglądnąć film. Poza tym odbiera się je podprogowo. Gdyby ucichły na dłużej mógłbym poczuć się nieswojo. A tak wiem, że jestem w domu. Powietrze zaczyna pachnieć wilgocią. Nie tą duszną, która spada na świat podczas kanikuły. To ta wilgoć, w która przemyca pierwszy chłód - bilecik wizytowy jesieni.

Siedzę na tym balkonie, od kiedy słońce wisiało jeszcze nad horyzontem. Przerzucałem trochę myśli próbując poukładać je sobie w podsumowanie moich ostatnich czterech lat bycia opowiadaczem. BO to już cztery lata, od kiedy pojawił się pierwszy wpis na blogu, cztery od momentu, w którym "rzuciłem wszystko i wyjechałem w Bieszczady"... tak jakby. Lat bardzo dobrych. Lat innych niż wszystkie poprzednie, a przede wszystkim lat, w których dzień po dniu utwierdzałem się w tym, że kroczę drogą, na której raduje się moje serce. I to właśnie na ten temat chciałbym Wam dziś zostawić kilka słów.

Bycie opowiadaczem


Opowiadaczem można być na różne sposoby. Można być nim tak, jak Szymon Góralczyk czy Magda Polkowska na pełny etat. Można być nim z doskoku, traktując to raczej jako hobby, albo metodę samodoskonalenia. A można być opowiadaczem przede wszystkim, swoje zajęcie zawodowe wykorzystując jako środek do celu. Sztukę opowieści można naginać pod siebie, żeby była naszym narzędziem, niezależnie od tego, co robimy, z kim to robimy i gdzie. Na tej osi, którą w dość upraszczający sposób zarysowałem poniżej, przewędrowałem od osoby, która chce tylko opowiadać do miejsca, gdzie sztuka opowieści jest pewnym jądrem. Dookoła niej obraca się wszystko, co robię. Ona wyznacza kierunek. Ona zawsze stanowi punkt odniesienia. Niemniej, coraz częściej zdarza mi się rozlewać także po innych dziedzinach. I to w swoim byciu opowiadaczem lubię najbardziej. Ja zawsze mówię, że pracuję jako opowiadacz (mam to nawet wpisane w akcie ślubu), ale dookoła - animator, aktor, mim, kabareciarz, pan nauczyciel czy "warsztaciarz". To wszystko jedno. Jeśli dzięki temu mogę opowiadać, niech będzie. Niech se mnie nazywają jak chcą, bo dopóki opowiadam i wiem, jak to robić dobrze, będę przede wszystkim opowiadaczem.

I myślę, że to o to chodzi. Jeśli jesteśmy do czegoś przekonani i pomimo gadania świata robimy, to co robimy, to w końcu tym właśnie się stajemy. Niezależnie od przypiętej nam przez świat łatki. Jedno w tym wszystkim jest zastrzeżenie - trzeba robić swoje. Bo żadna nazwa nie zastąpi pracy. Można mówić o sobie, że jest się aktorem i nie grać. Można mówić, że jest się biznesmenem i bać się inwestować, można mówić, że jest się inżynierem tylko na papierku. Można... tylko, po co się oszukiwać? Jeśli nie grasz, nie jesteś aktorem, jeśli nie robisz biznesów, nie jesteś biznesmenem, jeśli poza dyplomem z inżynierii jesteś księgowym, to sorry - jesteś księgowym. Ja jestem opowiadaczem. Po czterech latach mogę to o sobie powiedzieć. Bo to potrafię i, co ważniejsze, bo to robię, czasem do granic własnej wytrzymałości.

A wiecie, jak sprawdzić, czy robi się to, co się powinno? Miarą tego są nasze sukcesy. Zdałem sobie niedawno sprawę, że na dobrej ścieżce, więcej jest sukcesów niż porażek. Może nam się czasem powinąć noga, ale w ostatecznym rozrachunku ilość sukcesów przeważy. Szczególnie tych malutkich. Czasem nawet niedostrzegalnych. Udane zajęcia, kolejny telefon z propozycją (to też sukces, jeśli ktoś do nas zgłasza się sam), zadowolona publiczność, wynik finansowy pod koniec miesiąca, czy po prostu wewnętrzne poczucie spełnienia. Sukcesy i sukcesiki nie są tylko nagrodą za to, co robimy, są też drogowskazami, które informują nas o tym, że idziemy w dobrą stronę. 

Baśnie na warsztacie, storytelling, Mateusz Świstak, Sztuka opowieści


Ciekawe jest też to, że z czasem miara spełnienia się zmienia. Zresztą zmienia się wszystko. Przede wszystkim czas pokazuje mi, jak zmienia się moje serce jako opowiadacza. Dziś widzę, jak opowieści przychodzą i odchodzą. Jak te baśnie, które kiedyś należały do moich popisowych numerów, w zasadzie straciły rację bytu, a inne, na które dawniej nie zwróciłbym uwagi, dziś stają się moimi faworytami. Widzę także te opowieści, które po prostu ze mną są i nic ich nie wyrwie z mojego prywatnego kanonu (do nich zdecydowanie należy baśń o Króliku i Słoniu, Trzy Świnki i Opowieść o butach, które się kochały - mogę je opowiadać na okrągło i nie są w stanie mnie zanudzić). Poza opowieściami, widzę również, jak zmienia się moje serce, względem grup. Tych, z którymi mam najlepszy kontakt i tych, dla których potrafię naginać sam siebie. Lubię obserwować te zmiany, lubię obserwować ich przebieg i patrzeć, jak przez nie zmienia się moja percepcja świata. Upewniają mnie one, że idę. Czy do przodu? Nie wiem, za to wiem, że na pewno przed siebie.

Przywileje


Czasem, szczególnie pod koniec sezonu, mój mózg odmawia posłuszeństwa. Bo praca, którą wykonuję wymaga ode mnie ciągłego przyswajania nowego materiału. Choć studia skończyłem w 2010 roku, od jakiegoś czasu czuję, jakbym nieustannie przygotowywał się do sesji. I każde zajęcia są trochę jak zdawanie egzaminu. Jeśli wyjdą, zdaję na piątkę. Jeśli nie wyjdą oblewam (na szczęście przez te cztery lata zdarzyło mi się oblać może raz... co było zresztą wspaniałą nauką). To wspaniała gra, która nauczyła mnie jednego. Możliwość nieustannego uczenia się w pewnym wieku staje się przywilejem, a nie przykrym obowiązkiem.

Kiedy mieszkałem jeszcze w Krakowie, do mojego pokoju wszedł kumpel. Akurat przygotowywałem się do Klubu Latających Podróżników. Kumpel spytał mnie, co robię, więc zgodnie z prawdą odpowiedziałem mu, że się uczę. On na to do mnie: "Kujon!". I wtedy mnie tknęły dwie rzeczy. Po pierwsze, że choć pewnie nie miał takiego zamiaru, z ust kumpla słowo kujon było komplementem. Po drugie zaś, że po etapie formalnej edukacji wiele ludzi odpuszcza sobie uczenie. Może czasem jedzie na jakieś szkolenie, które też traktuje jako część "formalnej" edukacji, ale głód wiedzy gdzieś zanika... o ile w ogóle był. Im jestem starszy, tym bardziej dostrzegam to, że uczenie się jest przywilejem. Uczenie się jest przywilejem. Przywilejem!

Baśnie na warsztacie, storytelling, Mateusz Świstak, Sztuka opowieści


Wiedza i doświadczenie pomagają jeszcze w jednym. Pomagają w przekraczaniu granic w bezpieczny sposób. Pozwalają wchodzić w procesy, które z zewnątrz wyglądają chaotycznie, a w środku są pod kontrolą. Ba! W takie, które dla postronnego wzroku wydają się być pomylone, albo niebezpieczne. Z perspektywy zdobytego materiału wiem jednak, że czasem to są najlepsze rozwiązania i warto z nich skorzystać. Warto zaryzykować. Wiedza i doświadczenie dają też ten przywilej, że łatwiej się ryzykuje... z drugiej strony, Bogiem a prawdą, ryzyko często wygląda na większe niż jest naprawdę. Ale to wiadomo tylko, jeśli ma się już doświadczenie pewnych rzeczy. 

Jeszcze jedno z odkryć dotyczących nauki. Większość wiedzy, którą przyswajam ma raczej charakter niepraktyczny. To ciekawostki o świecie, baśnie i bajki, zabawy dla dzieciaków. I zdaje mi się, że zawsze tak było. Większość wiedzy, która do mnie docierała nijak nie miała mi się przydać w dorosłym życiu. A tu BACH! TO właśnie ona okazałe się moim największym kapitałem. Tym, z czego tkam całą swoją pracę i, co równie ważne, tym, co daje mi pieniądze. A to z kolei prowadzi do kolejnego punktu, czyli:

Umiejętność cenienia się


To jest dla mnie najtrudniejsze ze wszystkiego. Choć trzydziestka na karku, temat pieniędzy zawsze u mnie kulał. I to na wszystkie cztery łapy. Do teraz kuleje, choć przez te cztery lata zmieniło się prawie wszystko. Każde kolejne spotkanie z dziećmi uczyło mnie o wartości tego, co robię. Uczyło przede wszystkim tego, że wartość naszej pracy zaczyna się w nas samych. Jeśli nie jesteśmy pewni, że to, co robimy jest dobre, to nie przekonamy do tego innych. A co za tym idzie, trudniej będzie nam za to zażądać zadowalającej nas stawki. A potem pojawił się kolejny problem. Może i jesteśmy pewni, co do wartości oferowanej przez nas usługi, ale jak powiedzieć, że kosztuje ona tyle i tyle. Mnie kosztowało to wiele wysiłku i konieczności przełamywania się. I co prawda wiem, że nadal zaniżam stawkę, nadal umaczam na elementarnym rozróżnieniu na brutto i netto, ale w przeciwieństwie do tego, jak było na początku, jestem o wiele dalej.

Baśnie na warsztacie, storytelling, Mateusz Świstak, Sztuka opowieści

To się może komuś przydać, więc podzielę się swoim sposobem na radzenie sobie z wyceną własnej pracy. Moim pierwszym problemem było to, że w ogóle bałem się prosić o pieniądze za swoją pracę (choć brzmi to absurdalnie, serio bałem się po prostu powiedzieć, że moja usługa kosztuje tyle i tyle). Postanowiłem, że ustawię sobie pewien limit, do którego będę chciał dobijać. Dla mnie tym limitem była stówa za dzień, w którym mam zajęcia. Czy to mało? Dziś powiem, że tak. Wtedy potrzebowałem jakiegoś punktu odniesienia, szczególnie biorąc pod uwagę, że często ta stówa wpadała w niecałą godzinę roboczą. Na początek, to był dobry wyznacznik, który dodatkowo motywował, do tego, by zapełniać jak najwięcej dni zajęciami. Dodatkowo w przedszkolach i szkołach, które już mnie chciały, zawsze podawałem stawkę za dziecko, a nie za grupę. Wiecie dlaczego? Bo o wiele łatwiej było mi powiedzieć, że chcę np. piątkę od dziecka, niż 300 złotych. Zresztą dzięki temu, można było uzyskać całkiem dobry wynik.

Czas i konieczność mówienia uczą, jak mówić. Poza tym im więcej coś robimy, tym więcej mamy szans żeby eksperymentować. Także z ceną. Czas daje też rozeznanie we własnej wartości w kontekście innych, co również pomaga w wycenie swoich własnych usług.

Nie mówię tego jednak, jako ekspert. Przede mną w kwestii finansów wciąż potężna droga do przebycia. Czego nauczyły mnie jednak baśnie, to to, że mierzenie się z pieniędzmi może być też fantastyczną przygodą, która bardzo rozwija.

Roślinka


A propos rozwijania. Jest jeszcze coś niesamowitego w tej pracy. Od kiedy zacząłem swoją przygodę z opowiadaniem baśni, widzę, jak Baśnie na warsztacie rosną. Przypomina to życie roślinki, która wypuszcza pędy to tam, to tu, niekoniecznie licząc się z moim zdaniem. Czasami są to rzeczy tak niespodziewane, że gdybym miał je wymyślić, to w życiu nie dałbym rady. Pewnego razu na przykład po baśniach dla dorosłych zgłosił się do mnie Staszek Wengierski z propozycją, żebym pisał baśnie... do autobusów. Żeby pasażerowie mogli sobie poczytać na wyświetlaczu. Nie za długie (tak na 20 plansz), byle uchwycić klimat baśni. Od słowa do słowa i moje adaptacje baśni jeździły przez prawie rok po Rybniku. Inna nietypowa propozycja, którą otrzymałem to napisanie przewodnika po Katowicach i okolicach. Przyznam, że jedno z trudniejszych wyzwań, ale zwieńczone sukcesem (przewodnik wydany nakładem wydawnictwa Bezdroża). Tempo pracy było zabójcze, co się nakląłem to moje, co moja żona wycierpiała to jej, ale z efektu jestem bardzo zadowolony. A wiecie dlaczego dostałem to zlecenie? Kiedyś po Klubie Latających Podróżników zostały dwie dziewczynki. Przyszła po nie mama i powiedziała "chodźcie, dziołszki". Ta forma mnie ubawiła, więc zapytałem:
"Pani jest Ślązaczką?". Okazało się, że tak. To i ja się przyznałem, że jestem. Jakiś czas później, tamta mama powiedziała o mnie redaktorce z Bezdroży a reszta już się potoczyła.

Baśnie na warsztacie, storytelling, Mateusz Świstak, Sztuka opowieści


Myślę, że to jest dobry przykład tego, o czym pisałem wcześniej. Jeśli mamy dobrze ustawione jądro, to wszystko może się wokół niego bezkolizyjnie kręcić. W środku są opowieści, które stały się bazą dla Klubu Latających Podróżników. Klub połączył przestrzeń ze sztuką używania słowa, czego wypadkową stał się przewodnik. Ale to nie wszystko. Klub Latających Podróżników, sam ewoluował - po pierwsze w zajęcia Tam i Tu, które są tą częścią klubu, którą lubię najbardziej, po drugie zaś w zajęcia w Domu Oświatowym Bilblioteki Śląskiej, gdzie znalazłem się właśnie ze względu na zacięcie do opowiadania o podróżach. Tam dostałem za zadanie poprowadzić Klub Alfreda Szklarskiego, a potem szereg innych projektów z nagraniami baśni moich podopiecznych na czele. Na początku była opowieść, a drzewko rosło i rosło i rosło.

A teraz coś, co jest najbardziej kosmiczną odskocznią od mojej sztuki opowieści, jednocześnie idealnie wpasowuje się w to, o czym mówię. Ostatnio dostałem propozycję stworzenia storytellingu dla parku rozrywki. Nie tylko bajki, ale bajki, która będzie żyła w przestrzeni. Bajki, którą będzie można dotknąć, która swoje rozwinięcie będzie miała w postaci karuzel i wytworzonego materialnie świata. I najpiękniejsze jest to, że jądrem nadal pozostają baśnie.

Jest jeszcze kilka projektów, które mieszczą się w tej kategorii, ale oszczędzę Wam mówienia o nich, bo i tak czuję, że z krótkiej notatki zrobił się już całkiem pokaźny tekst. Obiecuję, że choć pisałbym i pisał, poniżej będzie jeszcze tylko jeden punkt.

Ludzie


To jest największa nauka i największy prezent jaki dostałem od Baśni na Warsztacie. Ludzie. Bo z natury jestem solistą i naprawdę nie czuję się dobrze w towarzystwie, a w szczególności we współpracy z ludźmi. A Baśnie zmuszają mnie do tej współpracy w sposób najdoskonalszy i najprzyjemniejszy. I wiem, że to właśnie za ludzi mogę Bogu najbardziej dziękować. Zaczynając od tych, którzy wspierali moje działania od samego początku (Kasiu Doroto, za to nie przestanę być Ci wdzięczny do końca życia), albo za tych, którzy powiedzieli czasem jedno zdanie, które stawiało mnie do pionu, albo dawało nadzieję. Przez tych, przy których nadal mogę pracować tak jak lubię najbardziej, czyli sam. Mam tutaj na myśli przede wszystkim wspaniałe Panie z Muzeum Etnograficznego, które są za większością moich pomysłów, a po drugie zostawiają mi wolną rękę w ich realizacji (Aniu, Olgo, Natalio - uwielbiam Was za to i dziękuję). Podobnie jest w Domu Oświatowym Biblioteki Śląskiej, czyli na okręcie pod dowództwem Ewy Kokot. Wspaniałe i inspirujące środowisko, które motywuje do tego, by za każdym razem być o krok dalej. Tacy ludzie wokół to prawdziwy skarb. Choć te dwa miejsca mają dla mnie szczególne znaczenie, to podobnie inspirujące i popychające mnie do przodu osoby, spotykam co krok: w gliwickiej Willi Caro, w Tarnogórskim Centrum Kultury, w Kinie Amok. 

Baśnie na warsztacie, storytelling, Mateusz Świstak, Sztuka opowieści

Jest oczywiście Teofil, mój ukochany partner sceniczny. Jego obecność pokazuje mi takie rejony mojej własnej sztuki, o które bym się nie podejrzewał. Choć często idzie nam jak po grudzie i gdybyśmy się sprężyli, bylibyśmy gwiazdami internetów, przeglądów muzycznych, kabaretowych i aktorskich, jeździlibyśmy czerwonymi farrari a na nocnym stoliku trzymalibyśmy szkatułki pełne kokainy, to to wszystko nie ma znaczenia. Najważniejsze jest porozumienie. Ta iskra, która przeskakuje pomiędzy opowieścią i akordeonem. To jest bezcenne. I mam nadzieję, że będzie trwało. 

Nie wiem, czy się chwaliłem, ale mamy nawet swoją własną stronę - KLIKNIJ TUTAJ.

Miałem też szczęście, że zdarzył mi się Lufcik na Korbkę, z którym każdy projekt to najprzedniejsza z możliwych zabaw. I nie mogę nie dziękować Agnieszcze Batóg, że w stwierdzeniu "Lufcik i przyjaciele" Baśnie na warsztacie znalazły się w części "...i przyjaciele". 

Mógłbym wymieniać i wymieniać, ale w gruncie rzeczy zmierzam do tego, że dzięki baśniom znalazłem się w takiej siatce połączeń międzyludzkich, którego nie byłbym sobie w stanie ani wymyślić, ani wymarzyć. Ludzie, którzy mnie otaczają to niewyczerpana skarbnica inspiracji, a przede wszystkim poczucie, że jestem na właściwym miejscu. I wiecie, co, także ich zawdzięczam baśniom. 

***


Na zegarze wybiła 23.00. Po bursztynowym niebie nie ma już śladu. Niebo jest czarne i tylko gdzieniegdzie obecność nocnych chmur dekonspirowana jest przez miejską poświatę. Pociągi dalej mkną po torach, gdzieś w oddali szumi ulica i tylko cykanie staje się jakby głośniejsze, a chłód bardziej przenikliwy. 

Kończę ten wpis z przeświadczeniem, że piąty rok Baśni będzie inny. W jakimś stopniu przełomowy. Jedyne, co trzeba zrobić, to mieć otwarte oczy i nie bać się mówić tak temu, co świat podaje nam na dłoni. Kończę ten wpis także z przeświadczeniem, że przesadziłem z długością. Ale jeśli czytasz te słowa, znaczy, że dotrwałaś/dotrwałeś. Dzięki!



Dzięki, że jesteś!




17.8.17

Jak stać się ptakiem?

Baśnie na Warsztacie, Przemiana w ptaka, dzikie łabędzie, Andersen, Grimm, łabędzie, kruki, dojrzałość, Mateusz Świstak

Na warsztacie: O siedmiu Krukach, Bajka o dwunastu Braciach, Dzikie Łabędzie.

Historia z dzisiejszej baśni należy do tych najpopularniejszych i bodaj najbardziej tradycyjnych. U Grimmów nosi tytuł Bajki o dwunastu łabędziach, albo baśni o siedmiu krukach. U Andersena to Dzikie łabędzie. W skrócie brzmi ona tak:

Pewien król miał dwunastu synów, gdy jego małżonka po raz kolejny zaszła w ciążę. Król tak się ucieszył, że wydał następujący rozkaz. Jeśli następne dziecko będzie dziewczynką, wszyscy synowie muszą zginąć. Przerażona matka, oddaliła chłopców z pałacu by ci, żyli z dala w odosobnieniu. Oczywiście urodziła się córka i nad jej braćmi zawisł katowski topór. Na szczęście żyło im się całkiem nieźle, gdzieś pośród lasu w chatce.
Niestety kiedy ich siostra dorosła i poznała czarną historię swojej rodziny, postanowiła braci odnaleźć. Tak też się stało. Zaczęli żyć razem, ale szczęście nie trwało długo, bo złe czary sprawiły, że chłopcy zamienili się w ptaki. Jakie to czary? najróżniejsze - raz klątwa ojca , raz knowania podstępnej macochy a raz nieuwaga siostry, która z zaczarowanego ogrodu zrywa zaczarowane lilie.
Bracia ulatują, dzieląc swój żywot pomiędzy niebem (w dzień) a ziemią (w nocy).

By ich odczarować dziewczynka zobowiązuje się przez siedem lat nic nie mówić. Co więcej, przez te siedem lat zobowiązuje się także nie śmiać, nie wzruszać, ani nie okazywać żadnych emocji. Do tego musi dla braci tkać koszule. Czasem z astrów, czasem z cmentarnych pokrzyw. Oczywiście dziewczyna podejmuje się wykoania tego karkołomnego zadania bez zająknięcia (bo jak tutaj zająknąć, kiedy nic nie można powiedzieć).

Niestety dzieje się tak, że akurat w momencie, gdy przychodzi jej milczeć przez 7 lat. drogą obok zaczarowanego domku przejeżdża książę. Zauroczony pięknem dziewczyny postanawia wziąć ją sobie za żonę. Nie przeszkadza mu nawet, że jest totalnie niema.

Biorą ślub i tak sobie żyją. Są nawet szczęśliwi, przynajmniej do pierwszego dziecka. Bo kiedy to się rodzi, zła macocha porywa je i smaruje usta dziewczynie, a potem wmawia księciu, że niemowa jest potworem, który zjada własne dzieci (w najmocniejszej z wersji). Dziewczyna nie ma jak się bronić, ale książę raczej wierzy, że pomówienia złej matki są bezpodstawne. Niestety sytuacja powtarza się, jeszcze dwa razy, co w połączeniu z tym, że dziewczyna nocami wymyka się na cmentarz, by zrywać tam pokrzywy, zmusza męża do skazania swojej małżonki na śmierć.

Kiedy dziewczyna prowadzona jest na stos, tak się akurat składa, że mija 7 lat jej milczenia. Tak się też składa, że akurat ma przy sobie prawie wszystkie utkane koszule. Tuż przed tym, zanim zostanie podłożony pod stos ogień, nad głową dziewczyny przelatuje klucz łabędzi. Lecą nisko, ona podrzuca do góry swoje koszule, i jeden po drugim łabędź przemienia się w pięknego królewicza. Tylko ten ostatni, ten najmłodszy ma niewykończoną koszulę i chociaż ląduje jak inni. Jego jedna ręka wciąż pozostaje skrzydłem.

Już prawie koniec. Jeszcze tylko trzeba ukarać złą matkę, która porywała dzieci dziewczyny... ale z tym nie ma problemu, wszak stos już stoi, kat już czeka z pochodnią...


A kiedy pojawi się dziewczynka...


W powyższej kompilacji można dostrzec pewną prawidłowość - cała chryja z chłopcami zaczyna się w chwili, kiedy do ich świata wdziera się pierwiastek kobiecy. I kiedy to się dzieje, świat ulega rozkładowi. Dlaczego? Mam wrażenie, że pierwotną przyczyną tego rozkładu jest postawa króla, który nie potrafi poradzić sobie z akceptacją rzeczywistości, w której pomieści się zarówno jedno, jak i drugie. Najlepiej widać to w grimmowskiej wersji opowieci o dwunastu braciach. Mamy tutaj klasyczny obraz dwunastu miesięcy słonecznych, do których nagle dodany jest jeszcze jeden, ten księżycowy (jak dwanaście wróżek w śpiącej królewnie) i kiedy tak się dzieje, cały porządek świata rozsypuje się. Obie rzeczywistości oczywiście są w stanie na siebie się nakładać, ale czasem osoby wrzucone w tę dwoistość stają do niej okoniem. Król jest świetnym tego przykładem. to nie rzeczywistość obiektywna ma ze sobą problemy. To rzeczywistość króla odbiega od tego, co dzieje się dookoła. I w zasadzie nie powinno to nas dziwić, wszak wszyscy odbieramy świat dokładnie tak jak król, czyli po swojemu. Król był tylko bardziej radykalny... i miał władzę by tę swoją radykalność przekuwać w czyny. Zdaje się mówić: będzie tak, albo tak. I nie ma innej możliwości. Rzeczywistość w oczach króla jest spolaryzowana, a on jest zawsze tylko po jednej stronie wahadła i robi wszystko, by wahadło po tej właśnie stronie się zatrzymało. I tracą na tym wszyscy - tracą bracia, traci siostra, matka cierpi, a król ostatecznie pozostaje bez potomstwa, więc i on jest na minusie.

Baśnie na Warsztacie, Przemiana w ptaka, dzikie łabędzie, Andersen, Grimm, łabędzie, kruki, dojrzałość, Mateusz Świstak


Królowi świat się rozpada, kiedy musi zaakceptować to, że męskie to nie wszystko. On, zamiast akceptować, stwierdza, że skoro męskie to nie wszystko, wszystkim musi być żeńskie. Resztę zaś trzeba odrzucić. Taki podział może się objawić nie tylko w opozycji żeńskie-męskie. Taki podział może się objawić praktycznie we wszystkim, sięgając choćby na nasze podwórko - prawaki albo lewaki, czarni albo biali, katole albo feministki, różaniec albo skrobanka, Partia Razem albo ONR... można by tak długo wymieniać. Ironia, którą ocieka królewski sposób rozumienia rzeczywistości polega na tym, że jeśli nie jesteś jednym, jesteś automatycznie klasyfikowany jako drugie. Nie jesteś dziewczynką musisz umrzeć. Nie jesteś za aborcją, jesteś katolem, pewnie z tych moherowych. Zawsze jesteś tym drugim, choćbyś nawet nim nie był, choćbyś nawet nim nie była. W próbie przykrojenia świata do wizji, nasze-wasze, jest coś, co sprawia, że większość nie znajduje się po jednej, albo drugiej stronie. Większość znajduje się poza marginesem samego rozsądzenia świata. Kiedy król decyduje, że bracia umrą, oni nie mają nic do gadania. Nie opowiadają się ani za jedną, ani za drugą stroną. Są przedmiotem w sporze. I od początku do końca nie był to ich wybór. Jedyne co mogą zrobić, to uciekać...

Dzieci ucieczki


Problem braci polega na ich niemocy przeciwstawienia się ojcowskiej wizji świata. Nie chcą walczyć, nie wiedzą jak się bronić. Znajdują sobie mały domek w środku lasu, gdzie w gąszczu rzeczy całkowicie nienazwanych mogą stworzyć swoją własną rzeczywistość. Jednak ta rzeczywistość w ogóle nie jest określona. Nie ma tam ról społecznych, nie ma obowiązków. Część braci poluje, część ogarnia dom (to jest istotne w kontekście klasycznej baśni, gdzie podział prac i zaakceptowanie go były szczególnie istotne w kontekście zaakceptowania swojej tożsamości). Nie przejmują się ani tym, kim są, ani tym, kim mogliby się stać. Po prostu żyją. Bez planu i dnia jutrzejszego. Jedyne co wynieśli z domu rodzinnego, to niechęć do wartości. Są i to im wystarczy. 

Pierwszą konsekwencją takiej postawy są lilie w magicznym ogrodzie. To one symbolizują braci. Można więc powiedzieć, że z jednej strony bracia są wolni, a z drugiej stali się roślinami - wzrastają, ale nie mogą nic zmienić w świecie, który ich otacza. Lilia to z jednej strony królewska godność, czystość i niewinność, z drugiej zaś smutek (złamany lub zerwany kwiat). To lilie pozostawia się na grobach. Szczęście braci jest tylko pozorne. Żyją jako uciekinierzy i tylko w tej wersji ich życie jest szczęśliwe. To ta chwila, kiedy podczas obławy na moment przestaje się słyszeć ujadanie ścigających nas psów. I bracia uznają to za ostateczną rzeczywistość. 

To bardzo trudne położenie. Po pierwsze dlatego, że aby cokolwiek zmienić, trzeba wejść w starą, spolaryzowaną rzeczywistość. Tę, z której bracia zostali wypisani. Oni i tak pewnie nie chcą być jej  uczestnikami: nie brać udziału w miesięcznicach, ani w protestach przeciw miesięcznicom. Nie być częścią marszów równości, ani częścią marszów czystości rodziny. Ich postawa jest prosta - żyj i pozwól żyć. Bez walki, bez napinania się względem świata. To niszczy, a oni nie chcą dać się zniszczyć. Oni chcą jedynie żyć. I w lesie byłoby to proste, ale - niestety - my nie jesteśmy już mieszkańcami lasu. Jeśli my nie będziemy chcieli wyjść do ludzi, ludzie przyjdą do nas. I przyniosą swoje wartości i my, chcąc nie chcąc będziemy musieli się do nich ustosunkować.

Baśnie na Warsztacie, Przemiana w ptaka, dzikie łabędzie, Andersen, Grimm, łabędzie, kruki, dojrzałość, Mateusz Świstak


Tak dzieje się z braćmi. Nagle na ich progu staje siostra, zrywa ich lilie, pozbawia ich niewinności. Kwiat staje się symbolem smutku, a bracia? Bracia nadal nie wchodzą w kontakt z rzeczywistością, wolą uciekać, lecz cena jaką przyjdzie im za to zapłacić jest taka, że już nawet ludźmi być przestają. 

Odlot - Kruki


Bracia stają się łabędziami. Lub krukami. Otrzymują skrzydła, co sprawia, że nie muszą już dłużej bać się ziemi i jej spraw. Tylko na drobną chwilę, wracają w ludzkiej formie. Większą część czasu mają ziemskie sprawy w głębokim poważaniu. Jeśli wziąć kruki na warsztat, można czytać braci jako zawieszonych w powietrzu, ale również jako zawieszonych pomiędzy życiem i śmiercią. Kruki wszak, jako ścierwojady miały ze śmiercią bliski kontakt. Były ptakami pogranicza. Niezwykle mądre, ale też bardzo nieczyste. Ta krucza mądrość najczęściej unosiła się nad polami bitew, a jego głos nie zwiastował ludziom nic dobrego. Ciekawi mnie, co jedli bracia, kiedy zostali przemienieni w kruki. Może metaforycznie można by powiedzieć, że ich pokarmem stawały się resztki ludzkiego świata. Mogliby odlecieć, ale coś jednak przykuwało ich do naszej rzeczywistości. Niezależnie od tego, czy chcieli czy nie, byli ludźmi i to przede wszystkim ludzkie sprawy stanowiły o tym, co było dla nich ważne. 

Często o tym zapominamy. Myślimy na przykład jak ważna jest natura. I robimy wszystko, by ją chronić. Ale samo stwierdzenie, że natura jest ważna jest błędne. O wiele poprawniej byłoby stwierdzić, jak ważna jest natura dla człowieka, jak ważna jest nasza relacja z naturą.  W zasadzie można tak potraktować każdą sprawę. Nie jak ważna jest w oderwaniu od nas, ale właśnie w związku z nami. Musimy mieć jakiś stosunek do tego, co ludzkie i do relacji tego co ludzkie z cała resztą. I co najfajniejsze - to może być zupełnie inny stosunek niż ma pozostałe 7 miliardów ludzi, ale musimy, go mieć. I znając ten stosunek, musimy zgodnie z nim reagować. W przeciwnym razie tracimy jakikolwiek wpływ na rzeczywistość. Możemy karmić się tylko jej ochłapami. Będziemy gdzieś pomiędzy... i całkowicie bez znaczenia. 

Odlot - Łabędzie


Jeszcze ciekawiej przedstawia się symbolika łabędzia. Ptak, który wiąże się z niewinnością, a dalej ze sztuką i Apollinem (czyli bogiem słońca), a jeszcze dalej ptak, który zwyczajowo uznawany był za ptaka niemego. Chłopcy, którzy zamieniają się w łabędzie, być może sięgają wyżyn duchowych, są czyści i niewinni jak lilie, ale w swej postawie odebrany im zostaje jakikolwiek głos. Mogą rozmawiać z siostrą nocami, ale w dzień, kiedy toczy się życie (kiedy jest czas działania) nie mają prawa głosu. Może ich pomysły są wspaniałe, może rozumieją ducha ludzkiego lepiej niż ktokolwiek inny, ale co z tego? Nie mają mocy sprawczej. Ich ucieczka przerodziła się w bezwład.

Baśnie na Warsztacie, Przemiana w ptaka, dzikie łabędzie, Andersen, Grimm, łabędzie, kruki, dojrzałość, Mateusz Świstak


Taka przemiana jest chyba bardziej właściwa mężczyznom niż kobietom. O wiele więcej mężów zajmuje pozycję wiedzy, pozycję intelektualnych autorytetów, znawców polityki i odpowiedzi na "wielkie pytanie o życie, wszechświat i całą resztę", a gdy niespodziewanie przychodzi do wezwania hydraulika, albo telefon do banku, nagle odlatują. Nie ma ich. Z problemami świata (tymi faktycznymi, które trzeba i da się rozwiązać) pozostaje żona sama. Ładne słowa i zerowa życiowa zaradność. To piękne miejsce, bo widoki z niego przecudne, ale w konfrontacji z rzeczywistością to jest z góry przegrana pozycja. Pozwala takim osobom jak król, dalej rozdzierać rzeczywistość na jedno lub drugie, rozdzierać ją na dwa bezsensowne albo-albo. 

Dyktatura wahadła

Bracia zostali uratowani przez swoją siostrę. W momencie, kiedy to co żeńskie i to co męskie zostało uznane za pełnoprawne. Żeby dotrzeć do tego, w jaki sposób to się stało, będziemy musieli przyjrzeć się dokładniej losom dziewczynki, ale to wymaga osobnego artykułu. Dziś skończmy na podsumowaniu.

Bycie ptakiem jest w porządku, ale nie w dzień. Wielkie idee serca i umysłu są nam potrzebne jak powietrze, ale żeby miały bezpośredni na nas wpływ, muszą zejść na ziemię. To po ziemi chodzą ludzie, nawet jeśli z utęsknieniem spoglądają w niebo. To na ziemi jest jedyne miejsce, w którym możemy coś zdziałać. Bracia tylko odlatywali. I choć mieli prawo nazywać się królewskimi potomkami, to nigdy nimi się tak naprawdę nie stali. Nie zajęli miejsca tego, po którym mogli coś naprawić. Zamiast tego uciekli, a ich ojciec, kto wie, może wciąż przytrzymywał wahadło po stronie swoich przekonań, zapewne licząc, że ono pozostanie tam na zawsze.

Baśnie na Warsztacie, Przemiana w ptaka, dzikie łabędzie, Andersen, Grimm, łabędzie, kruki, dojrzałość, Mateusz Świstak


W końcu jednak przyjdzie dzień, gdy król osłabnie i wypuści z rąk swoje albo, wahadło przetoczy się przez wszelkie poglądy i wyląduje po drugiej stronie. Tak samo radykalnej jak ta pierwsza. Ktoś inny zadecyduje, co jest dobre, a co złe, co ma prawo żyć, a co musi umrzeć. I kiedy tak się stanie, znów większość znajdzie się poza nawiasem, poza nowym albo-albo i z niejednego domu w niebo uniosą się białe łabędzie, które po prostu chcą żyć. 

Nie można zgadzać się na dyktaturę wahadła. Ono zawsze będzie się poruszać i zawsze będzie zahaczać o jedną bądź drugą skrajność. A my będziemy musieli w tym wytrwać. Nie popadając w skrajności, nie sprzeniewierzając się sobie samym i co najważniejsze - nie uciekając. Bo nasze ucieczki dają siłę każdej kolejnej skrajności, każdej aberracji. Tej po prawej stronie wahadła i tej po lewej. Bądźmy w swoich przekonaniach, odpowiadając na pytanie - jaka jest relacja z rzeczywistością, w której chciałbym się znaleźć. A kiedy odpowiemy, żyjmy zgodnie z tą odpowiedzią i tańczmy pomiędzy ruchami wahadła. W przeciwnym razie pozostaje nam ucieczka. Jako żywiące się ochłapami, lub jako nieme łabędzie.


***


ilustracje do dzisiejszego wpisu sponsorują: unsorteddots, Anna & Elena Balbusso, Harry Rountree, Eleonore Abbott, Vera Smirinova













3.8.17

I tylko jedno skrzydło


dzikie łabędzie, przemiana, Andersen, Baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak, ilustracje baśni,

Na warsztacie: Dzikie łabędzie, ilustracje baśni

Dziś garść ilustracji do baśni Dzikie łabędzie, tak przynajmniej zatytułował ją Andersen. Motyw bardzo klasyczny i bardzo wdzięczny graficznie. Zatem pierwszy, ale na pewno nie ostatni raz zapraszam i smacznego:

dzikie łabędzie, przemiana, Andersen, Baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak, ilustracje baśni,

dzikie łabędzie, przemiana, Andersen, Baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak, ilustracje baśni,

dzikie łabędzie, przemiana, Andersen, Baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak, ilustracje baśni,

dzikie łabędzie, przemiana, Andersen, Baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak, ilustracje baśni,

dzikie łabędzie, przemiana, Andersen, Baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak, ilustracje baśni,

dzikie łabędzie, przemiana, Andersen, Baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak, ilustracje baśni,
dzikie łabędzie, przemiana, Andersen, Baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak, ilustracje baśni,


dzikie łabędzie, przemiana, Andersen, Baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak, ilustracje baśni,

dzikie łabędzie, przemiana, Andersen, Baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak, ilustracje baśni,

dzikie łabędzie, przemiana, Andersen, Baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak, ilustracje baśni,

dzikie łabędzie, przemiana, Andersen, Baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak, ilustracje baśni,



Autorami ilustracji są: Anne Ivone Gilbert, Ann Bork, Sven Otto Sorensen, Kaarina Kalina, Susan Jeffers, Steven Henney, Mercer Meyer, Eleonora Abbot, Peter Newel, yuko Shimizu i Teresa Martinez


24.7.17


Śpiewki Dratewki

Szawc dratewka, Baśnie na warsztacie, baśniowe inspiracje, mateusz Świstak, baśnie zebrane


Kiedyś na fanpejdżu Baśni zebranych rzuciłem tekst, że napiszę piosenkę na temat wybranej baśni. I napisałem. I się chwalę. Może za jakiś czas powstanie do tego muzyka i może Beatka zaśpiewa. Ale tego nie wiadomo. Wiadomo zaś, że Dratewka pokonał wiedźmę, a potem się zestarzał i umarł. I o tym będzie ta piosenka... 

Dratewka


Szedł Dratewka drogą pustą 
swój dobytek w torbie niosąc 
biedę swoją miał przed sobą
a za sobą swe ubóstwo.  
Boso chodził, choć był szewcem,  
aż się ludzie z niego śmiali 
A on raźno kroczył dalej  
i powtarzał taki refren. 

Byle w sercu mieć nadzieję 
Byle w sercu Boga mieć 
Byle ręce mieć robotne 
Byle nie przestawać chcieć
Wtedy przeszkód każdy natłok 
Uda się pokonać łatwo. 

Tak wędrował szewc Dratewka 
pomagając tym w potrzebie 
mrówkom, pszczołom, czasem kaczkom 
słowem czynem, własnym chlebem.  
I swój świat naprawiał szewczyk,  
choć nic nie dostawał w zamian,  
a na ustach uśmiechniętych 
Brzmiała piosnka wciąż ta sama. 

Aż tu nagle ma zadanie 
niemożliwe wprost przed sobą 
albo wiedźmie wyrwie pannę 
albo przyjdzie płacić głową.  
Cóż miał zrobić nasz bohater 
zaraz bierze się do sprawy 
swe rękawy zakasuje 
i jak zwykle podśpiewuje.

Byle w sercu mieć nadzieję 
Byle w sercu Boga mieć 
Byle ręce mieć robotne 
Byle nie przestawać chcieć
Wtedy nie przeszkodzą w niczym
czary żadnej czarownicy.

 Gdyby świata nie naprawiał,  
nie pomagał tym i owym,  
toby szewczyk nie podołał,
to by szewczyk nie miał głowy.  
A tak pszczoły, mrówki, kaczki
dopomogły szewczykowi 
wiedźma ze wściekłości pękła, 
A on cały, a on zdrowy.  

I tak szewczyk został księciem 
panna piękna jego żoną 
już nie młotkiem, a ustawą 
mógł naprawić to i owo.  
Przygniótł szewca ogrom władzy, 
Nędznie skończyłby Dratewka 
pośród wojen, intryg, zdrady 
gdyby nie ta jego śpiewka.


Byle w sercu mieć nadzieję 
Byle w sercu Boga mieć 
Byle ręce mieć robotne 
Byle nie przestawać chcieć
Wtem na przeciwności losu 
zawsze będzie jakiś sposób. 

Wreszcie umarł nasz Dratewka 
w uwielbieniu swych poddanych 
bo w ich sercach pozostawił,  
takie słowa wypisane:...





Ilustrację wstępną stworzyła Ewa Poklewska-Koziełło.