29.6.16

MOROWA



Szanowni. Śpieszę donieść, że jedna z piosenek, które powstały do wspólnego projektu Baśni na Warsztacie i Baśni Zebranych, została wyróżniona w konkursie na Pieśń Dziadowską Nową. To trzecia edycja konkursu, którego rozstrzygnięcie odbyło się 25 czerwca w Kazimierzu Dolnym. Organizatorzy mieli trochę obsuwę z ogłaszaniem wyników, ale w końcu przyszły i z radością mogę się nimi z Wami podzielić… albo jeszcze inaczej. 

Chciałbym się z Wami podzielić samą opowieścią. Znalazłem ten motyw kiedyś u Mickiewicza, który zapisał cały koncept w firmie notatki. Usłyszał gdzieś balladę o Morowym Powietrzu. I streścił w mowie niewiązanej. A ja związałem po swojemu: 


MOROWA


Pewna panna ciemnooka
Wolno idzie przez miasteczko
Z twarzą wiecznie zatroskaną
Z twarzą wiecznie nieobecną.

W ręku ma czerwoną chustkę
Biały rąbek ma spódnicy,
Włosy czarne, oczy puste
Smutne smutkiem samotnicy.

A w jej sercu rozpacz sroga, 
A w jej sercu dzikie wycie
Bo choć panna to morowa,
No to przecież ciągle panna
O miłości marzy skrycie
ach, tęsknota nieustanna.

Kogo spotka temu macha
Swoją chustką czerwoniutką.
Komu machnie ten pożyje,
Bardzo krótko, bardzo krótko.

Bo ta panna mór rozsiewa
trup się ściśle w okolicy,
Tak wyludnia wsie i miasta,
Przez swój smutek samotnicy.

A w jej sercu rozpacz sroga, 
A w jej sercu dzikie wycie
Bo choć panna to morowa,
No to przecież ciągle panna
O miłości marzy skrycie
ach, tęsknota nieustanna.

Tak zachodzi do gospody,
Gdzie czekają wszyscy w lęku,
Nikt drzwi przed nią nie otworzy,
Przed morową tą panienką.

Tam za szybą zadymioną
widzi panienka szlachcica,
Serce zaraz mu oddaje,
zakochana samotnica.

Już nie w sercu rozpacz sroga, 
Już nie w sercu dzikie wycie
Bo choć panna to morowa,
No to przecież ciągle panna
O miłości marzy skrycie
ach, tęsknota nieustanna.

A ten szlachcic przed gospodę
Do morowej panny kroczy
I spod wąsa się uśmiecha
I morowej patrzy w oczy.

Ona rękę doń wyciągnie
Na co szlachcic właśnie liczył
Szabli świst i dłoń odrąbie,
Razem z chustą samotnicy.

W oczach jej nienawiść sroga, 
Z ust jej słychać dzikie wycie
Bo choć panna to morowa,
No to przecież ciągle panna
jak raz złamiesz takiej serce
To się módl o miłosierdzie.

Umarł na mór biedny szlachcic,
Choć miasteczko swe ocalił,
A morowa z wściekłym sykiem,
Się ukryła w jakiejś dali.

Tam morowa ta panienka,
Ta zraniona, jednoręka,
Chustkę nową tka szkarłatną,
I przekleństwa cicho syczy,
szans na zemstę wypatruje,
Mściwym wzrokiem samotnicy.

***

Na koniec pozwolę sobie dodać, jeszcze taką ciekawostkę. W innych wersjach opowieści o morowym powietrzu, dziewczyna spotyka podróżnego. Prosi go o to, by ten wziął ją na barki i poniósł do najbliższej osady. Mężczyzna zgadza się i niesie morową od wioski do wioski. Tam gdzie pójdzie, wszystko umiera. W pewnym momencie nieszczęsny wędrowiec orientuje się, że to przez niego. Zaczyna więc biec z Morową na plecach z dala od ludzi. Kiedy trafia nad rzekę rzuca się w jej rwący nurt z nadzieją, że  utopi chorobę. Oczywiście nie udaje mu się to. Morowa zostaje gdzieś w lesie i czeka na kolejnego podróżnika. Taką wersję przytaczał Władysław Kazimierz Wójcicki. 

Pod piórem Łucjana Siemieńskiego ten motyw przybiera dość ciekawy obrót. Pewien kniaź ukrył się przed dżumą w swoim zamku. Jeden z jego poddanych, polski szlachcic, wyjechał na poszukiwanie jedzenia i po drodze spotkał upiora, brata dżumy. Upiór obiecał, że jeśli szlachcic dostarczy mu określoną ilość określonych przedmiotów, upiór przegna Morową, a szlachcic na pewno przeżyje. Szlachcic pognał do kniazia i opowiedział mu o spotkaniu. Wszyscy słudzy zabrali się do pracy, żeby wyszykować opłatę dla upiora. Następnego dnia, gdy wszystko było gotowe, szlachcic i kniaź pojechali przekupić straszydło. Upiór przyjął podarki i obiecał, że zajmie się dżumą. Wszyscy cieszyli się niezmiernie wypatrując końca epidemii. Następnego dnia, kniaź i jego słudzy nie żyli. Zabrała ich dżuma. Ocalał tylko polski szlachcic… Upiór dotrzymał danego mu słowa. 

Dobra, na tym poprzestańmy… oficjalne ogłoszenie wyników tutaj, żeby nie było, że chwalę się bezpodstawnie. 

Zapraszam także do polubywania BAŚNI ZEBRANYCH, gdzie niebawem ukaże się śpiewana wersja Morowej. 



13.6.16

Nasze dzieci



Na warsztacie: Baśnie meksykańskie, legendy miejskie, legendy o duchach. 

Jedna z bardziej upiornych historii, które zdarzyło mi się opowiadać dotyczy przeklętego ducha zwanego El Silbón, albo gwizdacz… albo świstak, jak kto woli. Jego historia przedstawia się następująco:

Pewien mężczyzna miał bardzo rozpuszczonego syna. Syn niewiele robił, ale względem swoich rodziców miał niezwykle wyśrubowane wymagania. Przede wszystkim chciał jeść. Kiedy był głodny wysyłał ojca na polowanie, żeby ten przyniósł mu mięso. 

Historia El Silbóna zaczyna się właśnie od jednego z takich polowań. Młodzieniec wysłał swojego ojca po mięso. Ojciec zabrał strzelbę i choć polował długo, nie miał tego dnia szczęścia. Długo nie wracał więc zniecierpliwiony syn wyszedł mu naprzeciw. Kiedy wreszcie się spotkali i kiedy ojciec pokazał synowi pustą torbę, syn się wściekł. Zabił więc ojca i porąbał na kawałki, mięso włożył do torby i zaniósł do domu. Kazał matce ugotować sobie potrawkę z przyniesionej zdobyczy. Matka zorientowała się, co to za mięso i przeklęła syna. 

Takiego to nie chciało ani niebo, ani piekło, więc pozostał pośród żywych jako El Silbón - upiór, o wyjątkowo długich kończynach, który przechadza się z workiem na plecach. W tym worku nosi kości swojego ojca, które przelicza, siadając na schodach przypadkowych domów. Przy tej robocie upiór lubi sobie pogwizdywać. Stąd zresztą jego nazwa. A każdy kto usłyszy upiorny gwizd może być pewien, że już niedługo pożyje. 

El Silbón z trzydziestki siódemki


Tak się akurat złożyło, że tę legendę przypominałem sobie podczas podróży miejskim autobusem. Do mojego autobusu wsiadała mama z dzieckiem płci pięknej. Chwilę później wszyscy pasażerowie pałali szczerą nienawiścią tak do dziewczynki, jak i do jej bezradnej matki. Dziecko zrobiło matce awanturę o to, że chce siedzieć. Cały autobus napełnił się takim wrzaskiem, że kierowca poprosił mamę o wyjście. Matka opuszczając pojazd wcale nie miała pretensji do swojej córeczki, jedynie do bezdusznego kierowcy. 

Te dwie historie - gwiżdżący duch i tamta dziewczynka organicznie zlały się w jedną całość. Do tego otworzyły szufladę ze wszystkimi innymi historiami, w których dzieciaki robiły rodzicom sajgon. Pamiętam dziewczynkę, która podchodziła do stołu i wskazując palcem na rodziców (i innych gości) mówiła "a teraz siedź cicho". Pamiętam dziewczynkę, która wrzucała swojej babci maskotki do zupy. Pamiętam chłopaka, który lał swoją matkę bez opamiętania po udach, a ta tylko się głupkowato uśmiechała (powód - za późno zwróciła na niego uwagę), pamiętam innego chłopca, któremu przeszkadzał pies znajomego, więc go kopał (matka, nauczycielka zresztą, nie reagowała), pamiętam dziewczynkę, która, pomimo ostrzeżeń matki, przewróciła szafkę i ta szafka prawie ją przygniotła i mama nawet nie krzyknęła. Jedynie pełnym wyrozumiałości głosem, mówiła, że nic się nie stało. 

Otóż - stało się. Tylko przez odrobinę niepojętego przypadku, który nazwać można szczęściem dziewczynka nie skończyła zmiażdżona regałem. I nie było to zależne ani od niej, ani od jej matki. Jedyna rzecz, na którą można mieć wpływ to to, żeby mówiąc dziecku nie - ono naprawdę zareagowało. Jedyne, co my jako rodzice i wychowawcy możemy zrobić, to ZDYSCYPLINOWAĆ dziecko. To i wszystkie inne we wszystkich wspomnianych przypadkach. 

Worek z kośćmi 


W przeciwnym wypadku rośnie ni mniej, ni więcej jak El Silbón. Czym dokładnie jest ta istota? To nie jest pojedynczy twór. To relacja między ojcem a synem. Odrażająca kreatura zawsze nosi przecież na plecach worek z kośćmi swojego ojca. Tego, który pośrednio stał się przyczyną całej tragedii. Ten worek z kośćmi mówi o tym, który tak naprawdę popełnił błąd. Najpierw pozwalał swojemu synowi na wiele, potem, przez to pozwalanie, stał się jego niewolnikiem. Na koniec, jak przystało na niewolnika został przez pana ukarany w sposób najokrutniejszy. 



Daje to do myślenia nad bardzo często pomijaną sprawą. Jeśli nie nauczymy naszych dzieci wypełniania społecznych ról, pierwszymi, na których się to odbije będziemy my sami. I owszem, jeśli doprowadzimy do takiego stanu, bezsprzecznie będziemy ofiarami, ale w szerszym planie nikt nas tak nie potraktuje. Z perspektywy innych, będziemy przede wszystkim współwinnymi. Przypomnijcie sobie panią z autobusu, kierowca wcale nie kazał jej uciszać córki, kazał jej najnormalniej w świecie wyjść. Jej - matce. I uczynił słusznie pod każdym względem. 

Czasem zresztą zdarza mi się reagować w takich sytuacjach. Kiedy w miejscu publicznym jakiś dzieciak daje popalić wszystkim dookoła jedynie przez swoje widzimisię, wtedy podchodzę i zwracam się do niego, żeby się uspokoił. Do dzieci mam podejście, więc zazwyczaj działa, ale wtedy dzieje się jeszcze jedna ciekawa rzecz. Taki bezradny rodzic nie patrzy na mnie z wdzięcznością, że rozwiązałem sprawę, której on rozwiązać nie potrafił. Zazwyczaj ma do mnie pretensję, że jestem dla jej dziecka opresywny. Bo przecież nie można takich rzeczy robić dzieciom. To je stresuje… czy coś w ten deseń. 

Otóż, drodzy rodzice - nie wiem gdzie się tego naczytaliście, ale pozwólcie, że przypomnę wam o czymś takim jak przestrzeń publiczna. Jeśli nie potraficie dostosować swoich pociech do korzystania z niej, proszę was z całego serca - nie korzystajcie z niej. Pozwólcie że przypomnę też o czymś takim jak wychowanie i autorytet. Jeśli poszukujecie przykładów proszę - oto on - kiedy mówię do waszych dzieci, żeby nie krzyczały, to korzystam z autorytetu bycia obcym. 

Nie ma nic złego w powiedzeniu dziecku, że nie wolno i koniec. Bez konieczności wyłuskiwania dlaczego. A jeśli nie wiesz jak to zrobić, lub nie potrafisz, przykro mi - hodujesz sobie El Silbóna, który być może kiedyś cię pożre - w mniej lub bardziej metaforyczny sposób. 


I jeszcze jedna rzecz. Jeśli już wyprodukujesz coś takiego pod swoimi skrzydłami, pamiętaj jak El Silbón skończył. Nie umarł, w przeciwieństwie do ojca. Zamiast tego chodzi od miasteczka do miasteczka i gwiżdże. A kiedy ktoś go usłyszy, demon nie pozostawia biedaka w spokoju. Wpływ społeczny twojego wychowania będzie widoczny długo po tym, jak z ciebie, drogi rodzicu zostanie worek kości. I to nie będzie najlepszy wpływ… 

… i być może warto, żebyś zadał sobie pytanie - chcesz, żeby zostało po Tobie coś takiego jak El Silbón? 




Ilustracje do dzisiejszego posta sponsorują: Jake Reeves, Shaman oraz Internet