30.12.14

Do zobaczenia po drugiej stronie kalendarza!


25.12.14

Drewniana Klatka

Pod prąd rytuałom (cz. 2) 

Baśnie braci grimm, Baśń o złotym ptaku, Symbole intuicji, rytuały i nawyki, przeciw rytuałom, Laleczka Wasylisy, Baśnie na Warsztacie, Mateusz Świstak

Na warsztacie: Bajka o złotym ptaku

Streszczenie baśni możecie znaleźć w zakładce streszczenia baśni.
Pierwszą część "Pod prąd rytuałom" znajdziecie tutaj

Gdzieś w nas jest coś takiego, co każe nam robić rzeczy w określony sposób. Czasem wbrew temu, co dobre, czasem wbrew faktom, czasem wbrew logice, czasem – wbrew nam samym. To coś, po prostu karze nam skakać, kiedy przed nami przepaść. I możemy nie chcieć skakać, a skaczemy. Kiedy spadamy, a nie chcemy, widzimy, co zrobić, żeby nie spadać. Mimo tego - spadamy. Co to takiego? Nasze zwierzęce instynkty? Nie wydaje mi się? Zwierzęta wiedzą jak przetrwać, tak po prostu. Ich pierwszym odruchem byłoby nie skakać. I ratować się od upadku. Więc może przyzwyczajenia, warunkowe odruchy, nawyki? Chciałbym to nazwać rytuałem – tym prywatnym, nie wykraczającym poza naszą prawą i lewą stronę. Tym, który cały czas nosimy w sobie. 

Od A do B... lub Ą


Świat jest wielki i jakby na to nie patrzeć – dość straszny. Więcej tutaj niewiadomych niż wiadomych i gdybyśmy wciąż potrafili się dziwić, nic nie wydawałoby się nam normalne. To dla ludzkiego mózgu dość nieznośny proceder. Dużo danych, wszystko nowe, wszystko zaskakujące. W zasadzie nie ma na rzeczywistość większego wpływu. Można oczywiście obsiać pole, ale nie gwarantuje to, że zboże wyrośnie (może przyjść susza, powódź albo zaraza), można zbudować dom, ale nie gwarantuje to, że nie zabierze go huragan, nie strzeli weń piorun, albo po prostu nie spali się przez głupotę mieszkańców. Może być tak, że zboże wzejdzie, dom się ostoi, ale nim przyjdą zbiry po siewcę przyjdzie pani z kosą. Co prawda w tym całym szaleństwie jakoś wszystko wychodzi i częściej zdarzają się dobre niż złe rzeczy (wbrew mediom), niemniej – dla komfortu psychicznego człowiek zawsze potrzebował pewnej normatywizacji. 

Musiał czuć, że po A zawsze jest B, a co najwyżej Ą. Potrzebował jakiejkolwiek gwarancji, jakiegokolwiek poczucia prawdopodobieństwa, że będzie to B lub Ą. Więc kombinował. Jeśli powiesimy wiecheć na dachu to piorun nie tyknie. Jeśli zaśpiewamy nad zębem pieśń o powstaniu zęba, to go wyleczymy, jeśli zrobimy trzy kroki do tyłu, kiedy przez drogę przebiegnie czarny kot... i tak dalej. Powstał rytuał.

Czasem wielki, jak ceremonie religijne albo ryty przejścia, czasem malutki jak splunięcie przez lewe ramię. Czasem rutynowy, jak niedzielna wizyta w kościele, czasem rutynowy, jak oglądanie serialu. Niezależnie od rozmiarów i okoliczności powstania, rytuał niesie jednak pewne ograniczenie - ograniczenie percepcji, które sprawia, że oglądamy świat tylko w tej szczelinie, którą wyznacza nam nasz rytuał.  

Takie mostkowanie rzeczywistości, łączenie gestem, słowem, ceremonią (małą bądź dużą) punktów w tejże, szybko przechodzi od zachowania rytualnego do nawyku. Albo jeszcze inaczej. Nie ma tam przejścia od jednego do drugiego - to rytuał staje się naszym nawykiem, naszym gestem, wychowaniem i sposobem myślenia. I tutaj niech zacznie się nasza baśń: 

Wychowanie braci 



Ostatnio pisałem o kodeksie, w którym rycerze upatrywali cały świat. Dziś o pewnym procesie, który wynika z innego zachowania rytualnego. I z tego, jak złamanie tego zachowania może odmienić życie bohatera. W baśni Bajka o złotym ptaku mamy trzech braci. Bracia ci są królewskimi synami, zatem ich wychowanie, jak można mniemać, przebiega według określonej etykiety. Są przyzwyczajeni do luksusu, do dobrego snu, do wygód i zabawy. Widać to już pod drzewem ze złotymi owocami. Gdy dwaj pierwsi mają go pilnować po prostu zasypiają. Trzeci również ma problemy z wytrzymaniem do północy, też chce iść za głosem swoich przyzwyczajeń (że trzeba się wyspać). 

Baśnie braci grimm, Baśń o złotym ptaku, Symbole intuicji, rytuały i nawyki, przeciw rytuałom, Laleczka Wasylisy, Baśnie na Warsztacie, Mateusz Świstak

Potem sytuacja powtarza się jeszcze wyraźniej. Lis przestrzega ich, żeby nie wchodzili do jasnej i radosnej gospody, tylko do tej ciemnej i ponurej. Dwaj pierwsi bracia uznają, że gospoda jasna i radosna to miejsce idealne dla nich. W ich głowach nie ma miejsca na myśl, że to co bure i ponure może być pożyteczne. Dlaczego? Bo zostali wychowani w świecie, w którym należy im się i sen, i luksus, i rozrywka. Nie uznali porady lisa za rozsądną. Uznali za rozsądne to, co zobaczyły ich oczy. A ich oczy zobaczyły to, co było im znane. Gospodę, która była kwintesencją tego, co w ich życiu najweselsze i najlepsze. Kiedy zaś weszli do gospody, zapomnieli i o ojcu, i o złotym ptaku. Połączyli w wiadomy sobie sposób punkty rzeczywistości i po A przyszło B, a po B, już nic. Tam właśnie sięgał ich świat... tam też ich na razie zostawimy. 

Początkiem jest decyzja



Trzeci królewicz był dokładnie taki sam, przynajmniej, kiedy mowa o wychowaniu. Różnił się od braci tylko dwiema rzeczami. Po pierwsze – miał dobre serce, o czym skrzętnie informuje czytelnika narrator. W przypadku zaś starszych braci wspomina jedynie o ich umyśle (lis jest dla nich głupiutki i nielogiczny). Po drugie, kiedy przyszła jego kolej na pilnowanie drzewa ze złotymi owocami, walczył z sobą tak długo, jak mógł... zamiast zasnąć. To doprowadziło go do pierwszego stopnia poznania. Zobaczył, dlaczego skarby jego ojca znikają, do tego zobaczył świat, w którym są rzeczy cenniejsze niż to, co zna. Bo przecież jedno pióro złotego ptaka więcej było warte niż całe królestwo jego ojca. Zmiana jakościowa w całym świecie królewicza przyszła, kiedy ten przełamał się i wytrzymał do północy*. 

Po raz drugi chłopiec podejmuje decyzję wbrew temu, co może podpowiadać mu jego wychowanie, wybierając ciemną i ponurą gospodę, zamiast tej, do której wcześniej zawinęli jego bracia. Słucha rady lisa, dzięki czemu po jego B, może nastąpić C i wszystkie kolejne litery. Zyskuje nie tylko możliwość daleszej wędrówki, ale też poplecznika, który nie tylko potrafi odnaleźć cel, ale także wyratować go z każdej opresji. Co ciekawe, w historii trzeciego z braci, poza opisanymi wcześniej przełomami, jest jeszcze tylko jedna decyzja „wbrew” temu kim jest z wychowania. Poza tym, we wszystkim co robi, kierowany jest tym samym, natrętnym prawem.

Natręctwo przyzwyczajenia



Lis mówi królewiczowi – „Drewniana klatka, nie złota”. Ale królewicz widzi, że drewniana klatka wcale do ptaka nie pasuje. Bo jakże to? Złoty w drewnianej? Zamienia więc klatki wbrew słowom lisa. Ufając temu, do czego jest przyzwyczajony, naraża się na stratę głowy. Potem powtarza dokładnie tę samą sytuację, tym razem z koniem. Lis mówi – „zwykłe wędzidło, nie złote”. Królewicz widzi jednak coś zupełnie innego. Nie jest dla niego ważne, że zwykłe ratuje życie, ważne jest, że zwykłe nie pasuje. Że musi być złote. Więc, wbrew słowom lisa, wymienia, i koń zaczyna rżeć, i królewicz po raz drugi może stracić głowę. Podobnie, jak w przypadku rycerzy: za pierwszym razem – ok, można królewiczowi wybaczyć – mógł nie wiedzieć. Mógł chcieć przekonać się na własnej skórze, czy rady lisa są sensowne. Przekonał się że są, dostał lekcję. Rzeczywistość położyła mu na karku rękę i ścisnęła dość mocno. On nic z tej lekcji nie wyciągnął. To, czego się wyuczył w domu było silniejsze niż to, co mu się wydarzało. Rytuał wziął górę. Potem, po raz trzeci, stało się dokładnie to samo.

Królewicz doskonale wiedział, że to lis ma rację. A mimo to, robił wbrew słowom lisa. I raz za razem dostawał za to po głowie. Kiedy pozwolił księżniczce pożegnać się z rodzicami, kiedy uratował swoich braci od szubienicy, kiedy usiadł na studni. To co robił, nigdy nie wynikało z tego, co wiedział. Wynikało z tego, do czego był przyzwyczajony. To jego przyzwyczajenie było jego działaniem. Bo królewicz działa przez pewne wtłoczone pod skórę rytuały, które raz za razem wpędzały go w śmiertelne tarapaty.

Niepotknięcia


Inna sprawa, że to podążanie za własnymi przyzwyczajeniami jest przyczyną całkowitego zwycięstwa najmłodszego z braci. Gdyby królewicz posłuchał lisa przy pierwszej próbie, nie udałoby mu się zdobyć, ani złotego konia, ani księżniczki. Do tego starsi bracia wciąż by żyli, co również można by uznać za porażkę. Przełamywanie się królewicza zawsze było ulotne i to jest dla nas najlepsza informacja.

Zmiana nie jest raz na zawsze, bo jednak we wszystkich naszych zmianach pozostajemy tym, kim zawsze byliśmy i to właśnie dzięki tej naszej nie-zmianie, możemy zwyciężać. Nasz sukces i nasze zwycięstwa, to decyzje „wbrew”, które podejmujemy tacy, jacy jesteśmy. Rytuał wciąż obowiązuje, choć przez pęknięcie, jakie wywołuje nasza decyzja, do naszej świadomości  wlewa się świeży ogląd, a my stajemy twarzą w twarz z najczystszą rzeczywistością. Rzeczywistość przestaje przemykać obok, zamiast tego zaczyna z nami rozmawiać. Czasem jako lis.  

Baśnie braci grimm, Baśń o złotym ptaku, Symbole intuicji, rytuały i nawyki, przeciw rytuałom, Laleczka Wasylisy, Baśnie na Warsztacie, Mateusz Świstak

Zanim jednak przejdziemy do lisa, wróćmy na chwilę do starszych braci. Zostali w karczmie, gdzie czas wcale się nie zatrzymał. Chociaż oni nie zadecydowali „wbrew”** swoim przyzwyczajeniom, nadal się rozwijali. Rytuały wdrukowane w nich rosły, a bracia żyli nimi, jak można się spodziewać za wszelką cenę. Najmłodszy z braci, wędrował przez świat i rozwijał się grając tymi kartami, jakie dostał od życia na samym początku. Starsi bracia robili dokładnie to samo. Różnica polegała tylko na tym „wbrew”.  A to „wbrew” dawało mu opiekę „Prawa przygody” (o prawie przygody TUTAJ).

Prawo przygody i lis


Czym jest „Prawo przygody”? Dziś chciałbym odpowiedzieć na to pytanie tak: to umiejętność słuchania rzeczywistości takiej, jaka jest naprawdę. Zazwyczaj nie mamy do niej dostępu, bo za dużo myślimy, bo za dużo słuchamy innych, bo za mało ich słuchamy, bo się naczytaliśmy, albo i nie naczytaliśmy się wcale. Brak nam zaczepienia w tym, co jest. Potrzebujemy więc teorii. Rytuału opisującego to nieznane. Ładnie, tylko że rzeczywistość gra na nosie teoriom, gra na nosi rytuałom, gra na nosie wszelkim standaryzacjom. Są pewne prawa, ale te prawa realizują się na miliony różnych sposobów. Być w kontakcie z rzeczywistością, to nie ignorować prawa, ani nie ufać mu bezgranicznie. To wiedzieć, jak na rzeczywistość odpowiadać.

Królewiczowi tę wiedzę dawał lis. Lis był jego wewnętrznym głosem, celującym dokładnie w miejsca, gdzie należało trafić. Będący przewoźnikiem młodzieńca, doradcą i wybawicielem. Być może był on intuicją. Tak jak laleczka, którą umierająca matka zostawiła Wasylisie. Jest on o wiele bliżej rzeczywistości niż jakikolwiek kodeks i rytuał. Wychodzi z lasu i do lasu należy. Zna rzeczywistość, bo prowadzi z nią dialog. Jest z nią w rozmowie i tego też chce nauczyć swojego podopiecznego. „To co widzisz, to jedno, to co trzeba zrobić, to zupełnie coś innego… więc zrób, co trzeba zrobić. Jeśli to zrobisz, pomogę ci. Jeśli nie – i tak Ci pomogę. Wszak jesteś już pod prawami przygody i zrobię wszystko, żebyś dotarł do jej końca”.

Baśnie braci grimm, Baśń o złotym ptaku, Symbole intuicji, rytuały i nawyki, przeciw rytuałom, Laleczka Wasylisy, Baśnie na Warsztacie, Mateusz Świstak

Jednak lis nie jest doskonały. Jest tylko pewnym stopniem, po którym królewicz może wspiąć się do pełni swojego człowieczeństwa. Drogą lisa jest stać się człowiekiem. Nawet jeśli musi przy tym stanąć twarzą w twarz ze śmiercią.

Co nam to mówi o naszej intuicji? Podobnie jak z rytuałem – nasza intuicja nie wystarczy abyśmy stali się pełnymi. Prawo, choć można je zawiesić, pozostaje prawem, intuicja, choć daje nam wstęp do rzeczywistości, choć nas chroni, choć doradza, sama pozostaje tylko składową. Nie może być samej intuicji, jak nie może być samego rytuału. (więcej o dążeniu lisa do człowieczeństwa TUTAJ)

Chcesz zwyciężyć, pamiętaj – jesteś więcej niż rytuałem, który mieszka pod twoją skórą, ale pamiętaj – jesteś swoimi rytuałami. Pamiętaj też – że w tobie mieszka lis, który ma odpowiedzi, jakich poszukujesz, który ci pomoże, który będzie twoim przewodnikiem, ale pamiętaj – będzie tylko przewodnikiem, czasem pomoże bezbłędnie, choć jego tęsknotą będzie stać się człowiekiem w pełni – takim jakim Ty jesteś. Trzeba się lis pozbyć, żeby zrobiło się miejsce na harmonię. To jest ostatnia decyzja, którą musimy podjąć „wbrew”. Przychodzi taki moment, kiedy intuicja (albo dokładniej – ten typ intuicji) będzie dla nas przeszkodą. Trudna to decyzja, zwłaszcza, że lis przez całą drogę ratował nam skórę. Ale to jak z karabinem, póki jest wojna, głupotą jest go odstawiać. Kiedy zaś nastanie pokój, już go nie potrzebujemy. Choć ratował nam życie. Z lisem jest jak z karabinem w czasie pokoju. Jeśli dalej będziemy go nosić, istnieje ryzyko, że zaczniemy korzystać z niego w sposób zgoła nieodpowiedzialny***.

Cokolwiek byśmy o świecie nie myśleli, nigdy nie będziemy tylko po jednej stronie – zawsze będziemy na przecięciu. Zawsze jest coś i coś jeszcze i tylko to, że pozwolimy tym dwóm czynnikom współistnieć, sprawi, że zdobędziemy i złotego ptaka, i konia, i księżniczkę, że ojciec nam odda swoja koronę, a wszystko, co w nas było złe, każda gnuśność, każde zniewolenie złym nawykiem, każdy starszy brat, zostanie stracony. Jesteśmy my i są nasze decyzje. Nasz sukces to my, którzy podejmujemy nasze decyzje tacy, jacy jesteśmy. Inaczej się oszukujemy i rozmijamy z tym, co świat przygotował dla nas w prezencie.

***

Przypisy i myśli przy okazji: 

*Na marginesie pozwolę sobie dodać taką oto uwagę: z perspektywy tego, że teraz jest 1.13 w nocy. Próba chłopca nie była wielkim wyzwaniem. Zatem - wielkie zmiany, zaczynają się od niewielkich prób.  

** być może, podjęcie decyzji „wbrew”, oznacza tyle, co  powiedzenie przygodzie „tak”.

*** Jeden z chińskich mistrzów, powiedział kiedyś, że miecz służy do ratowania życia. Trzeba się nim tak posługiwać, żeby obezwładniać (chociażby za cenę kalectwa przeciwnika), ale nie zabijać. I nie wyciągać go, kiedy nie trzeba. Chciałbym, żeby wszyscy tak myśleli o broni, byłaby ona ostatecznością, do tego mądrze użytkowaną. Oczywiście to naiwne życzenie. Wystarczy włączyć telewizor, żeby się przekonać, że mieć broń, znaczy móc jej użyć. Na słabszym, bo ten kto ma broń, jest przecież silniejszy. Broń, która powinna być ostatnim argumentem, jest pierwszym. Więc nie ma miejsce na rozmowę. Czy tak samo jest z intuicją? Czy dlatego właśnie należy poćwiartować lisa? 

A Ilustracje do dzisiejszego wpisu sponsorują; Windfalcon, Arthur Rackman, Hans Jurgens oraz internet. 

22.12.14

Początek

Marzenia się spełniają, Baśnie na Warsztacie, Mateusz Świstak, życzenia świąteczne

Na warsztacie: Baśnie na Warsztacie, marzenia

Dawno dawno temu, przyszła do mnie opowieść. Leżałem w swoim studenckim pokoju, którego serdecznie nienawidziłem, marzłem i słuchałem radiowej Dwójki. W pewnej chwili, być może przez muzykę, zobaczyłem obraz zachodzącego słońca. I do tego zachodzącego słońca nagle podbiegł chłopiec, z wiadrem czerwonej farby. I wylał farbę wprost na słoneczną twarz. Słońce przeraziło się i uciekło. Obraz się skończył. Scena wylądowała w notesie i tam sobie leżała. 

Ale chłopiec wracał. Mówił: "Ty masz mnie opowiedzieć!". Więc co jakiś czas opowiadałem, po zdaniu, po scenie, po jakiejś myśli. Nic zobowiązującego, choć im więcej czasu mijało, tym bardziej wiedziałem, że to nie będzie wcale tak proste zadanie. Żadna tam historyjka dla dzieci. Zwlekałem więc ile mogłem. A on wracał. Już miał imię, już wiedziałem, że nigdy nie będzie mieć twarzy i już wiedziałem, że popsucie słońca to dopiero początek, po którym następuje długa, nieskończona prawie noc. I wędrowanie, i przygoda. 

Wreszcie przyszedł taki moment, że już nie mogłem powiedzieć - przyjdź później. Zrobił się czas na tę właśnie historię. Wiedziałem już tyle, by móc zacząć ją spisywać, do tego moje pióro ukształtowało się na tyle, bym nie się bał , że coś zepsuję, albo nie dam rady. Przynajmniej tak sądziłem. Zrobiłem sobie wolne od życia i zdanie po zdaniu jakoś dobrnąłem do końca tej opowieści. Był rok 2012. Był wrzesień i Lublin za oknem. 

Nie ukrywam, że jednym z moich największych marzeń jest wydanie książki. A dokładniej wydanie tej książki. Maszynopis poszedł do kilku wydawnictw. Potem do kilku jeszcze i jeszcze do kilku. Sam nie wiem ile tego rozesłałem. Dziś, 23 grudnia, książka ciągle leży niewydana, a ja na koncie mam 54 odmowy. Do stówki jeszcze daleko, więc nie tracę ducha. 

Kiedy już wszystko było gotowe, tekst poprawiony i porozsyłany, przyszła mi do głowy myśl, że hybryda, jaką jest moja opowieść nie zmieści się do żadnej szufladki wydawniczej, więc pewnie się nie wyda. Potrzebne jest więc jakieś miejsce, gdzie by pasowała. 

Trochę szukając formuły doszedłem do miejsca, w którym mógłbym opowiadać o tym jak można czytać podobne teksty. A podobne były baśnie. Do tego jeszcze doszły warsztaty i tak, w uproszczeniu, powstały Baśnie na Warsztacie. Jako miejsce, w którym dnia pewnego będę mógł pokazać swoją opowieść. Zanim to się stanie, pozbieram sobie fanów, myślałem. 

Po drodze stało się jednak coś niezwykłego. Kolejne odmowy nadchodziły, a to, co miało być tylko protezą do pokazania swojej książki, nagle stało się moim stylem życia. Już nie chodzi o samą tylko opowieść, chodzi o wszystkie opowieści i o radość, którą czerpię z tego, co robię. Kiedy wcześniej ludzie pytali mnie, co robię, nie do końca potrafiłem odpowiedzieć (projektowałem książki, redagowałem, prowadziłem zajęcia tai chi???) a dziś mówię po prostu, że zajmuję się baśniami. Opowiadam baśnie i o baśniach. Prowadzę zajęcia i bloga. Spełniam się w zawodzie wyuczonym. A do tego wszystkiego - lubię to, co robię, jak nic na świecie. 

Baśnie na warsztacie są wypadkową całkiem innego marzenia, są ścieżką, która wywiodła się stąd, że kiedyś pewien chłopiec powiedział do mnie; "Opowiedz moją historię". Mam nadzieję, że będę mógł wykorzystać kiedyś tę stronę, żeby wreszcie opowiedzieć Wam tę właśnie historię, albo chociaż powiedzieć, że się udało. A jeśli to się nie uda, to nic. To, czym teraz są dla mnie Baśnie na warsztacie, to wystarczająca nagroda za pójście razem z tamtym chłopcem w noc. 


Jutro Wigilia. I chyba właśnie dlatego piszę dziś ten tekst. Chciałbym właśnie takich dziwnych zwrotów Wam życzyć. Chciałbym powiedzieć Wam, żebyście szli za swoimi marzeniami, bo może stać się tak, że one same nie do końca wypadną tak, jak sobie tego życzycie, ale przez nie, wasze życie może wejść na ścieżkę, której się nie spodziewaliście. Ścieżkę magii i cudów. 

Nie bójcie się iść za swoimi marzeniami. Tymi największymi, tymi jedynymi (częstokroć). Bo po ich stronie jest więcej niż możecie się spodziewać. One mają dla Was pełne garście prezentów. Bądźcie odważni w pierwszym kroku i pokorni w następnych. I na tym poprzestanę. Dalej ciągle jest droga. Piękne, pełne obietnic Nieznane. Do zobaczenia właśnie tam. 


Dobrych i Mądrych Świąt dla Was i dla waszych rodzin. 

SwS

14.12.14

Klub Latających Podróżników - Cienie i wielkie jaszczurki

Baśnie na warsztacie, dzieci i podróże, Klub latających podróżników, Mateusz Świstak, MEK, Indonezja, Komodo, Dziennik Kapitana Hermana,

Na warsztacie: Klub Podróżników, Muzeum Etnograficzne, zajęcia dla dzieci, Kapitan Herman, Indonezja 

Odlatujemy we wtorek, 16 grudnia, o godzinie 17.00 

Tym razem wyspy Indonezji i Filipin. To tam spotkać można plemiona, których członkowie całe swoje życia spędzają na łodziach. To tam zobaczyć można niezwykły teatr cieni oraz spotkać największe jaszczurki świata. To także miejsce, w którym pewnego dnia, pewien wulkan zrobił nie lada bum. A bum to było takie, że przez rok, temperatura na całym świecie obniżyła się o kilka stopni.

Co będziemy robić? 
Też bum, ale takie mniejsze. No i do tego dowiemy się, jak powstaje charakterystyczna dla Indonezji tkanina wykonana techniką batiku.


ZAPISY TUTAJ

Z dziennika kapitana, (kiedy już przejechali dżungle, kiedy już kapitan Hamilton zanudził ich na śmierć historiami o tym, jak fajne są słonie, kiedy już kapitan Herman spojrzał tygrysowi prosto w oczy, no i kiedy statek, którym płynęli dotarł wreszcie na Sri Lankę... która wtedy nie nazywała się jeszcze Sri Lanką, tylko Cejlonem... choć mieszkańcy i tak nazywali wyspę Sri Lanką). 



1913 rok, 22 lipca, Cejlon (albo Sri Lanka), Kolombo

Dotarliśmy na wyspę, która uznawana jest za prawdziwy raj. Słynęła z plantacji herbaty, którą moi rodacy zaczęli tutaj uprawiać zaraz po tym, jak planowana hodowla kawy całkiem popleśniała. Herbata, będzie więc czymś, co zdecydowanie przyjdzie mi tutaj zakupić. Poza tym, Cejlon, albo jak wolą nazywać wyspę mieszkańcy - Sri Lanka - słynie także z tego, że podobno na wyspie gdzieś znajduje się świątynia, w której trzymany jest ząb Buddy. No i dżungle są piękne. Jest też miejsce, w którym ciągle stoi najstarszy, zasadzony ludzką ręką figowiec. No i gdzieś w dżungli... jest też skarb Alfreda. 

"Tam gdzie dwie kamienne palmy", tam mówiła mapa... chyba. 
Kiedy przypłynęliśmy do portu moją uwagę przykuła latarnia morska, która wyglądała jak palmowy pień...
- Kapitanie - przerwał moje rozmyślania Pimple - spójrz, tam. 

W porcie stał nie kto inny jak radża Khan. Mówił coś do podejrzanie wyglądającego mężczyzny. W ręku zaś trzymał wymięty kawałek papieru, który tak dobrze znałem. Moją mapę. 
Podszedłem do niego tak, żeby nie zauważył mnie do ostatniego momentu, a kiedy stałem na wyciągnięcie dłoni, krzyknąłem: 
- Radżo! Dziękuję. 

Po czym wyrwałem mu mapę z ręki. 
- Czy wiesz, że wicekról wyznaczył nagrodę dla tego, kto odnajdzie moją mapę - skłamałem - i oczywiście rozkazał, że jeśli uda się złapać złodzieja, ten zostanie wtrącony na rok do dołu pełnego szczurów i karaluchów. 
Radża patrzył na mnie z wściekłością w oczach, a ja ciągnąłem dalej: 
- Cieszę się niezmiernie, że to panu udało się otrzymać nagrodę. Może opowie pan, jak odzyskał pan od tych zbirów, coś tak dla mnie cennego. 

Radża nagle uśmiechnął się wymuszonym uśmiechem:
- Nie ma o czym mówić kapitanie. Ktoś taki jak ja, czasem po prostu jest w dobrym miejscu, w dobrym czasie. Albo ma w tym miejscu i czasie odpowiednie znajomości. A czy pan Kapitanie nie powinien pozostać w Waranasi. Albo pojechać do Kalkuty, albo Bombaju? 
- Nie. Wciąż cieszę się urlopem. A podobno ta wyspa to istny raj na ziemi. 

Radża chciał już kończyć spotkanie. 
- Świetny wybór. Niestety nie będę mógł poświęcić panom więcej czasu, gdyż wzywają mnie interesy... powiedzmy. 

Ukłoniłem się więc grzecznie i uchyliłem kapelusza. 
- Nie przeszkadzam zatem. Może potem uda nam się wypić herbatę - zaproponowałem. 
- Wątpię - odpowiedział radża sucho. Po czym odszedł. 

Pimple zapytał:
- Co teraz?
- Idziemy na herbatę - odpowiedziałem - niebezpiecznie jest działać, kiedy radża jest w pobliżu. Poza tym, ktoś pewnie będzie nas mieć na oku. 
- A mapa? A skarb?
- Nie sądzisz, że radża nie ma kopii? 
- no... kapitan nie miał. 

Musiałem mu przyznać rację. Sam zapomniałem jej skopiować. Miałem jednak szczerą nadzieję, że radża nie popełnił mojego błędu. 

- Chodźmy sierżancie - powiedziałem wreszcie - żeby znaleźć skarb, trzeba najpierw wiedzieć, jak szukać. Miejmy nadzieję, że radża nie ma bladego o tym pojęcia. A ja mam pewną myśl. Ale o tym opowiem ci przy herbacie. 

1913 rok, 23 Lipca, Cejlon, Kolombo

Wspięliśmy się dziś na latarnię morską. Widok na Kolombo nie był imponujący, za to patrząc wgłąb lądu, Pimple niemal piał z zachwytu. Falujący teren wydawał się po prostu ociekać zielonością. 



Kiedy zeszłego wieczoru dotarliśmy do pokoju, dokładnie obejrzałem mapę. Były dwie kamienne palmy, a na nich dwie małpy, które patrzą na siebie. Więc z jednej kamiennej palmy, musi być widać drugą. 


Na górze okazało się, że to wcale nie takie proste. było miasto, były wzgórza, albo może i góry, na oko jakieś sto kilometrów od nas, była lekka mgiełka ograniczająca widoczność. Ale nie było drugiej kamiennej palmy, ani niczego, co mogłoby ją udawać. 

- To na nic. - powiedziałem - chodźmy stąd. 

Pimple pokazał mi jeszcze jeden szczegół. Na dole, na niewielkiej ławeczce siedział mężczyzna w turbanie. 

- Chodzi za nami od rana. Myśli pan kapitanie, że trzeba się go pozbyć. 
- Myślę, że nie. Nie ma sensu. Radża ruszył już pewnie do dżungli. A my jesteśmy tu przecież na wakacjach. Poza tym... ciągle nie wiemy czego szukać. 

Trochę zrezygnowany zszedłem z latarni. 
- Kapitanie - zagadnął nagle Pimple.
- Tak?
- Teraz małpa nie patrzy. 
- Nie rozumiem. 
- Jeśli ta latarnia to nasza kamienna palma, to przecież w dzień latarnie śpią. 
- A więc ma zamknięte oko. jeśli dobrze cię rozumiem sierżancie. 
- Dobrze. a więc... 
- A więc musimy tu wrócić jeszcze raz.

W nocy

Za dość sporą sumkę udało nam się przekonać latarnika, żeby jeszcze raz pozwolił nam wejść na górę. Słońce zaszło ponad godzinę temu. Pod nami rozciągało się roześmiane światłami Kolombo, a poza nim... czerń. Czerń morza, czerń nieba i czerń gór. I w tej czerni...

- Sierżancie, czy widzisz to co ja?- zapytałem. I muszę przyznać, że byłem podekscytowany jak małe dziecko. 

- Widzę. I też mnie to cieszy. 


Pośród ciemności, błyszczał jeden maleńki jasny punkcik... tylko jeden. Nasza druga palma. Być może. 



Zbiegliśmy z latarni jak wariaci, żeby odnaleźć latarnika. 



- Co to za punkt? - zapytał Pimple. 

- Tam? to szczyt Adama. Na górze jest klasztor, w którym trzymają odcisk wielkiej stopy. Jedni mówią, że odcisk zrobił pierwszy człowiek - Adam, bo tutaj podobno był raj. Inni mówią, że to stopa buddy, a jeszcze inni że Śiwa. Więc dla tego odcisku, stoi tam klasztor, no i to on tak świeci... 

Czyżbyśmy mieli jakiś trop. Zapewne tak. I zapewne byliśmy o krok przed radżą w poszukiwaniu skarbu pradziada Alfreda. 


12.12.14

Smok, rycerze i chłopiec z mokradeł

Pod prąd rytuałom (cz.1)

Rytuały, szewczyk i smok, Smok wawelski, Kodeks rycerski, Mateusz Świstak, Baśnie na warsztacie, Przeciw rytuałom

Na warsztacie: Legenda o Smoku Wawelskim, rytuały, kodeks rycerski, szewczyk Dratewka


Pod Wawelem


Staliśmy z grupą dzieciaków pod Wawelem, tuż przy smoczej jamie, nad nami smok, co jakiś czas brzęczał jak elektryczna zapalarka do gazu. Ział ogniem, dzieci piszczały z zachwytu. Ja też. W powietrzu stopni Celsjusza zaledwie kilka, w ustach opowieść o dzielnym szewczyku:

Kiedy smok, ten Wawelski, przesadnie dał się już Krakowi we znaki (za dużo dziewic na przemiał już poszło), król postanowił, raz a dobrze zająć się gadziną. Nadszedł czas, by smokowi kości porachować, przepędzić go gdzie pieprz rośnie, lub  najlepiej – ubić. Zrobił więc event, w którym mogli wziąć udział wszyscy znamienici rycerze. Nagrody były niczego sobie, więc kwiat rycerski zjechał na Wawel. Wszyscy w piękne zbroje odziani, wszyscy w bojach doświadczeni, mieczami władający, że wyobraźni nie starcza. No i jeden po drugim, jak ten kwiat na łące byli przez smoka zrywani…

I przed moimi oczami stanął szereg tak samo odzianych rycerzy, którzy mniej więcej tymi samymi metodami próbują pokonać smoka. Rozumiem pierwszego, mógł nie wiedzieć, że jednak metal szybko się nagrzewa od smoczego ognia, mógł przeliczyć się z własnymi siłami. Rozumiem drugiego, który sądził, że ten pierwszy nie był na tyle wprawny, żeby pokonać gadzinę, ale trzeci… cóż, trzeci nie wyciągnął zdecydowanie nauki z losu swoich poprzedników. I czwarty też nie, i piąty, i szósty, itd.

Rytuały, szewczyk i smok, Smok wawelski, Kodeks rycerski, Mateusz Świstak, Baśnie na warsztacie, Przeciw rytuałom
Smok swoim wielkim smoczym pazurem oznaczał sobie tylko kolejną ofiarę. Ilu było tych rycerzy? Dziesiątki? Setki? 

Dlaczego tak się działo?

Kodeks rycerski

Już w zawiązaniu tej historii kwestie nawyku pojawiają się dwukrotnie. Smok sprawił, że początkowo Krak był w stanie regularnie oddawać swoich poddanych (dziewice) i swoje majętności (trzody). Nie zbuntował się przeciwko temu od razu, a obudował całość rytuałem. Raz na jakiś czas procesja odprowadzała „smoczą wybrankę” pod jamę i do następnego razu całe miasto miało spokój. Rytuał sprawdzał się, do momentu, kiedy Krakowianie mieli co bestii zaoferować. Kiedy jednak dziewice stały się towarem deficytowym, król postanowił, że czas rozwiązać problem siłowo. Wzywa więc kwiat rycerstwa i… zaczyna się drugi rytuał.

Rycerze to synonim rytuału. Ich system wartości jest tak silnie skodyfikowany, że tworzy całkowicie oddzielną rzeczywistość. Oddzielną nawet od tego, co za oknem. Kiedy więc widzą zadanie, widzą też drogę, jaką to zadanie mają wykonać – wszak zapisana jest w kodeksie. Jedyną drogę: Smoka ubija się tak i tak. Być może trzeba nasypać sobie do butów garść kminku, być może wyspowiadać się trzykrotnie i pokropić zbroję święconą wodą – to wszystko jest gdzieś tam zapisane. A skoro jest zapisane, musi działać. Problem w tym, że kiedy przychodzi, co do czego, okazuje się, że jednak nie działa. Pierwszy rycerz tego nie dostrzegł, drugi też nie, trzeci powinien, tylko że patrzył w swój kodeks, a nie na smoka.

Nie pamiętam kto powiedział, że nie można spodziewać się nowych rezultatów, robiąc cały czas to samo*. W przypadku rycerzy ta prawda była dla nich prawdą ostateczną… i ostatnią. Ale przecież nie tylko o to chodzi. Gdyby to była kwestia nawyku, można by uznać tę historię za zgoła nieciekawą. 

Rutyna, którą się kierowali, nie była tylko nawykiem, była całą odrębną rzeczywistością, odgrodzoną od prawdziwego świata linią nie do przejścia. Zamek przestawał być miejscem, gdzie mieszka król – władca i opiekun ziem dookoła zamku, ale stawał się odrębnym światem, w którym zgromadzeni mogli cieszyć się wizjami doskonałości, zabawiać dworskimi tańcami, paradować w lśniących zbrojach swoich idei. Jednak idee te, w konfrontacji z rzeczywistością, były raczej gruchotane o zamkowe mury. Co można traktować jako ich negatywną weryfikację.

I myśląc sobie o rycerzach, tym trzecim i następnych, chciałbym podrzucić Wam taki obraz. Kiedy jeden ze śmiałków właśnie tracił żywot, cała reszta rycerskiego kwiatu, siedziała na zamku, za zasuniętymi okiennicami i rozprawiała na temat tego, co kodeks mówi o ubijaniu smoków. A ich zbroje lśniły pięknie. Czyste, nienaganne.

Rytuały, szewczyk i smok, Smok wawelski, Kodeks rycerski, Mateusz Świstak, Baśnie na warsztacie, Przeciw rytuałom

Tak się dzieje w urzędach, tak częstokroć konstruowane jest prawo, bywa, że tak działa kościół (dając wymagania i żadnego uposażenia duchowego), wreszcie - to sobie robimy w głowach. Dla przykładu pewna historia przedszkolna: 

Niedawno odwiedzałem rodziców. Mama była dość podłamana, więc zapytałem o co chodzi. Powiedziała, że ostatnio nie ma na nic czasu, a co najgorsze nie ma czasu, żeby dobrze zajmować się dziećmi (mama jest najlepszą nauczycielką w przedszkolu na świecie). Zamiast edukować, zajmuje się biurokracją. Bo jakiś papierek, bo co godzinę trzeba obecność sprawdzać, bo regulamin wycieczki musi mieć dziesięć czy milion kopii, bo rady, bo protokoły, bo to i tamto, co wymaga pieczątki. Niby wszystko fajnie i porządek być musi, tylko w tym porządku ginie, to co najważniejsze. Oczywiście urzędnicy, którzy tworzą regulacje wykonują swoją pracę doskonale. Usprawniają system w taki sposób, żeby był jasny, logiczny i… działający. Niestety – oni siedzą na zamku, z którego widać tylko kodeks. Ich świat oddzielony jest od świata nauczycieli grubą linią. Niestety też – miarą świata urzędników jest tylko świat urzędników. Rycerze na zamku. A smoki są tam, po drugiej stronie. 


I zanim przejdę dalej pozwól, że zapytam także Ciebie, Drogi Cztelniku. I proszę odpowiedz zupełnie szczerze, po długim zastanowieniu – czy nie jest tak, że miarą Twojego świata, jesteś tylko Ty?

Chłopiec z mokradeł
Jedna z teorii pochodzenia nazwy Wawel mówi, że słowo to wywodzi się od wąwel, czyli zgrubienie w terenie (bąbel). Wzgórze pośród mokradeł, którymi kiedyś były tereny dookoła Krakowa. Wyobrażam sobie szewczyka Dratewkę**, który przedziera się przez te mokradła za każdym razem, kiedy otwierają się wawelskie wrota, by wypuścić kolejnego śmiałka. Dratewka zna miejsce, z którego doskonale widać starcie. Jest świetnie ukryty, więc nie ma obawy, że smok go wypatrzy. Zresztą – kto interesowałby się brudnym upaćkanym błotem chłopakiem, kiedy przed nim paraduje wypucowana i gadająca konserwa. Dratewka może patrzeć. Za każdym razem ogląda porażkę rycerza. Być może za każdym razem widzi to samo, być może zaś, potrafi dostrzec pewne niuanse, które pojawiają się przy każdym kolejnym starciu. W ten sposób poznaje smoka. Widzi jego wszystko mocne strony, widzi też to, w jaki sposób ze smokiem nie walczyć. Zbiera dane. Przygotowuje się. 



W jego głowie nie ma żadnej koleiny, która mogłaby go doprowadzić do zamknięcia oczu. Nie ma kodeksu, który mówi mu, jak powinien się zachować. Jest tylko krzyk rycerzy (jeśli rycerz zdążył krzyknąć), trzask łamanego kręgosłupa, smoczy rechot, bez żadnych zapośredniczeń. To jest rzeczywistość, z którą przyjdzie się chłopcu za chwilę zmierzyć***. To jest rzeczywistość, do której on się przygotowuje. Brudny, z mokrymi nogawkami spodni, może przemarznięty. Ma jednak coś, czego rycerze na zamku nigdy mieć nie będą. Ma doświadczenie, w kontakcie z tym, czego nie ma na zamku – z rzeczywistością.

Rytuały, szewczyk i smok, Smok wawelski, Kodeks rycerski, Mateusz Świstak, Baśnie na warsztacie, Przeciw rytuałom


I dlatego to właśnie jemu udaje się pokonać smoka. Nie staje z nim do otwartego starcia – za dużo razy widział, że to nic nie daje. Nie stara się nawet być w pobliżu. Ma plan i to plan oparty na tym, co Dratewka wie o smoku i wie, że jeśli patrzył dobrze, plan ten nie ma prawa zawieść. A nawet jeśli zawiedzie – on, Dratewka, jest bezpieczny… i będzie mógł próbować po raz kolejny.

Plan oczywiście się powiódł, szewczyk, trafił na zamek. Co działo się z nim dalej – dzieje milczą.

*** 

 Przypisy: 
* Internet mówi, że Einstein.
** Podobno nazywał się Skuba, ale jak opowiada się dzieciakom Skuba, to ona krzyczą, buntują się plują i chcą bić. Zostawiam więc Dratewka. 
 *** Czy dratewka był chłopcem, kiedy zmierzył się ze smokiem? A jeśli był, ile lat obserwował rycerskie porażki. 

Ilustracje do dzisiejszego wpisu: Anna Wrona, Edward Lutczyn, Eliza Danowska, Emilia Dziubak i Piotr Socha, Kai Nielsen. 


9.12.14



Klub Latających Podróżników - przyprawy, tygrysy i ząb Buddy

Baśnie na warsztacie, plantacje herbaty, dzieci i podróże, Ganges, sri lanka, Klub latających podróżników, Mateusz Świstak, MEK, tygrysy


Na warsztacie: Klub Podróżników, Muzeum Etnograficzne, zajęcia dla dzieci, Kapitan Herman, Indie, Sri Lanka

Odlatujemy we wtorek, 10 grudnia, o godzinie 17.00 

W pogoni za złodziejami mapy Alfreda Krwawej Piąchy, kapitam Herman będzie musiał przedzierać się przez indyjskie dżungle. Trafi tam na niebezpieczne tygrysy, tresowane słonie, a także wspaniałe świątynie z niekoniecznie wspaniałymi mieszkańcami. Przypomni sobie także, jak przetrwać w gąszczu.

Latający Podróżnicy poznają indyjskie przyprawy, dowiedzą się, jak podróżować na słoniu i kto jeździł na szczurze. Na koniec udamy się na Sri Lankę, gdzie być może uda nam się odnaleźć jakieś wskazówki dotyczące skarbu pra pra pra dziada kapitana. 



ZAPISY TUTAJ

Z dziennika kapitana, czyli jak kapitan stracił mapę... 



1913 rok, 12 lipca, Waranasi

Tak się złożyło, że wicekról Indii George Curzon, przejeżdżał akurat przez Waranasi. Kiedy dowiedział się, że my także tutaj jesteśmy, wysłał do nas zaproszenie na podwieczorek.
Posłaniec, którego po nas przysłano sprawił nam miły prezent. 
- Czy tutaj znajdę wielkich podróżników kapitana Filipa Archibalda Hermana i sierżanta Josepha Pimple'a? 
- Kapitanie - powiedział zdumiony Pimple - to my jesteśmy wielkimi podróżnikami? 

Byliśmy? Tego nie wiem. wiem natomiast, że taki tytuł sprawił nam obu wiele przyjemności. 

Przy okazji, co sprawia, że zostaje się wielkim podróżnikiem?

1913 rok, 13 lipca, Waranasi

(tutaj podróż rykszą przez miasto, w stylu nad wyraz hinduskim, dużo klaksonów i serca, stającego pasażerom w gardle ze strachu, choć nasi bohaterowie przeżyli, zdecydowanie postarzeli się o kilka dobrych lat. Być może podczas tej właśnie przejażdżki Pimple osiwiał... niestety czy to prawda - dziennik milczy). 

Zostaliśmy przyjęci z wielkimi honorami. Pan Curzon podjął nas jak prawdziwy król. Podczas podwieczorku przedstawił nam też pana Amitaba Khan, który był radżą. Radża znaczy książę. 

- Kapitanie - powiedział przymilnie, ale wcale mi się to nie spodobało - słyszałem o pańskiej misji w Chinach i o tym, że nasz cesarz (bo tak zwracali się tutaj do mojego króla Jerzego V) dostał list z pochwałami na pana temat, od samego cesarza Chin. 
(...)

- spełniałem tylko swoje obowiązki - powiedziałem nieśmiało. 

Radża klepnął mnie po ramieniu. I ten gest też nie był przyjemny. 
- Proszę nie być taki skromny, ma pan wielki talent. 

Po czym zaczął mi się przyglądać. Dość długo. 
- Jeśli mogę zapytać. Czy pan jest z tych Hermanów?

Zupełnie nie zrozumiałem pytania. 

- Nie rozumiem - powiedziałem. 
- Czy pana pra pra pra dziad nie nazywał się czasem Alfred? Alfred Herman?

Poczułem zimny dreszcz przechodzący po plecach. I poczułem, że lepiej mieć się na baczności. a prawdę o Alfredzie zachowam dla siebie. Gdy wtem... 

- Alfred Krwawa Piącha... - wypalił Pimple. 

A ja pożałowałem, że jednak nie zamordowałem go, kiedy byliśmy w Himalajach. Na migi próbowałem dać mu znać, żeby już nic nie mówił, ale on rozpaplał się na dobre. 
- Tak tak, na Madagaskarze... Prawda kapitanie? i w tej tawernie, ten dziwny mężczyzna, ten, co dał panu mapę. A potem... 

- PIMPLE!!! ekh ekh. Pozwól proszę na słówko. 

Odciągnąłem go na bok po czym delikatnie zasugerowałem: 
- Milcz wreszcie! Ten cały radża bardzo mi się nie podoba. jest jakiś podejrzany i wolałbym, żeby nie wiedział za wiele o tym, dlaczego jesteśmy w Indiach i czego tu szukamy. Problem w tym, że już wszystko wypaplałeś... 

Pimple spuścił wzrok. 

W tej samech chwili nie wiadomo skąd obok nas stanął radża. Niby przez przypadek przechodząc. 
spojrzał na stojące w niewielkiej doniczce drzeko figowe i powiedział. 

- To jest figowiec bothi. Podobno pod takim samym Budda doznał oświecenia. Panowie pierwszy raz w Waranasi? 

Przytaknęliśmy. 

- Doskonale, zatem proponuję wam swoje usługi jako przewodnik.

Nie mieliśmy na to żadnej ochoty, ale nie wiedzieliśmy też jak odmówić.


 1913 rok, 14 lipca, Waranasi

Mieliśmy się spotkać, na tak zwanych ghatach - schodach prowadzących do Gangesu, czyli świętej dla hindusów rzeki. Do tego mieliśmy tam przybyć przed wschodem słońca, żeby zobaczyć pudżę, czyli ceremonię składania rzece darów. Na łódkach zrobionych z kokosowych łupin ludzie puszczali na wodzie zapalone ogniki, co przyznam, było bardzo ładne. A potem przyszły praczki i w dość brudnej wodzie zaczęły prać swoje materiały. Gdzieś w oddali odbywał się pogrzeb, na wielkim stosie płonął jakiś stary Hindus, który już pożegnał się z życiem. Potem jego popioły wrzucano do rzeki... w której kąpała się już masa ludzi. Zastanawiało mnie, co jeszcze ciekawego ludzie wrzucają tutaj do wody... 

Baśnie na warsztacie, plantacje herbaty, dzieci i podróże, Ganges, sri lanka, Klub latających podróżników, Mateusz Świstak, MEK, tygrysy


Radża spóźniał się.

- Herman... - usłyszałem nagle gruby głos za plecami. 

Odwróciłem się, żeby zobaczyć kto mnie woła. Przede mną stał groźnie wyglądający typ w turbanie z szablą w ręce. Za nim dwóch podobnych, choć z twarzy głupszych. 

- To ja. - odpowiedziałem, przy okazji rozglądając się za drogą ucieczki. 

- Przyszedłem po twoją mapę. 

- Nie bardzo rozumiem, o czym pan mówi. 

- Kapitanie - odezwał się Pimple - jemu chodzi chyba o... 

- Dokładnie o to mi chodzi Herman! - powiedział mężczyzna. 

- Jest pan coraz bardziej nieuprzejmy. 

- Zaraz zobaczysz co znaczy być nieuprzejmym. 

I już miał zamachnąć się szablą. Gdy nagle między nas wszedł brudny prawie nagi mężczyzna. Takich nazywają tu Sadhu i są uznawani za świętych. Więc nie wolno przy nich robić nikomu krzywdy. Przeszedł między nami z garnuszkiem prosząc o kilka monet. 

Zbir, opuścił szablę i kiedy sięgnął do kieszeni po jałmużnę, my z Pimple'm daliśmy drapaka. 

Uliczki, którymi uciekaliśmy były zatłoczone i wąskie, więc strasznie trudno było się przez nie przedzierać. Pogoń zaś tuż tuż. Dobiegliśmy do stoiska, gdzie mężczyzna sprzedawał bardzo ostre indyjskie przyprawy. 

- Poproszę pieprzu, albo czegoś jeszcze ostrzejszego! - krzyknąłem. 

Sprzedawca napakował mi worek chilli. Biegliśmy dalej. Aż znaleźliśmy się na niewielkim placu. gdzie kilka osób przyglądało się zaklinaczowi wężów, który swoją fujarką hipnotyzował kobry. niewielka uliczka, w którą chcieliśmy uciekać okazała się być zagrodzona przez jednego ze zbirów. Za plecami zaś mieliśmy resztę. 

- Nie uciekniesz Nadiemu, Hermanie - powiedział ich szef i znów błysnął przede mną stalą swojej szabli. 

- Teraz nie czas na uciekanie. a na walkę. - powiedziałem spokojnie. 

- Nie będzie walki. Oddasz mi mapę, a ja spokojnie cię.. ciach ciach ciach... 

Wtedy właśnie Pimple zrobił coś, czego nikt się nie spodziewał. Podbiegł do zaklinacza węży i jednym kopniakiem posłał koszyk z kobrą prosto w twarz zbira. Ten zaczął krzyczeć jak dziewczynka z przerażenia. Bo kobry to największe z jadowitych węży świata. Podobno jednym ukąszeniem potrafią zabić dorosłego słonia. Na szczęście węże używane przez zaklinaczy, pozbawione są jadu. Nadi krzyczał więc jak mała dziewczynka, a ja skrzystałem z zamieszania i rozrzuciłem w powietrzu chilli. Ci, którzy dostali nim w twarz, zaczęli się dławić i prychać, a z oczu popłynęły im łzy. 

Pimple po raz kolejny użył swojego kopniaka, ładując w piszczel stojącemu na naszej drodze kaszlącemu osiłkowi. Po czym, najszybciej jak się da dotarliśmy do naszego hotelu. 

Tam w recepcji czekała na nas kartka od radży, w której Khan przepraszał, że nie może przybyć, ale ważne sprawy zmusiły go do wyjazdu na południe Indii. Jako przeprosiny przysłał nam drogie szkatułki z drzewa sandałowego, które pięknie pachniały... 

Druga niespodzianka zastała nas w pokoju. Wszystkie nasze rzeczy powywalane były na podłogę. Ktoś czegoś szukał, a ja chyba już nawet wiedziałem czego... 

... mapa Krwawego Alfreda... zniknęła. 



2.12.14

Baśnie i legendy spod ziemi... ale nie z piekła

Baśnie Górnicze, Barbórka, Baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak, Old Timers Garage,

Na warsztacie: Baśnie Górnicze


To dziś na zapowiedzi zapraszam na 4 grudnia na opowieści bardzo świąteczne. Wszak to święto Górników.
Zatem Katowice, Old Timers Garage, Baśnie Śląskie, Dla dorosłych. 
http://old-timers.pl/repertuar/719-baniowa-barborka-opowieci-dla-dorosych.html

1.12.14

Klub Latających Podróżników - Pani Ganges, Pan Gandhi 

Baśnie na warsztacie, ceremonia parzenia herbaty, chiny dla dzieci, dzieci i podróże, himalaje, Klub latających podróżników, Mateusz Świstak, MEK, Ganges, Gandhi, yeti,

Na warsztacie: Klub Podróżników, Muzeum Etnograficzne, zajęcia dla dzieci, Kapitan Herman, Himalaje, Tybet, Nepal

Odlatujemy we wtorek, 2 grudnia, o godzinie 17.00 


Indie są tak wielkie i tak różnorodne, że nie sposób zwiedzić ich za jednym razem. Latający Podróżnicy rozpoczną więc swoją podróż od północy, odwiedzą Waranasi, będą wraz z kapitanem, uciekać w kamiennym labiryncie przed tajemniczymi zbirami, a także odwiedzą dom, młodego pana Gandhiego, który ma kilka ciekawych rzeczy do opowiedzenia.

Dowiedzą się także, dlaczego Ganges ściąga co roku nad swoje brzegi setki tysięcy pielgrzymów. I zrobią swoją własną małą kobrę do zaklinania. Oczywiście dowiedzą się także, co w ogóle oznacza zaklinanie kobry. 



ZAPISY TUTAJ


Z dziennika kapitana (o podróży przez góry wysokie bardzo):

(W jednej z chat dla wędrowców, przewodnicy kapitana oznajmili mu, że dalej nie mogą iść, bo niebawem zacznie się Tybet. Kapitan był już dość zdenerwowany na Pimple'a, przez którego trasa przeciągnęła się niemiłosiernie, do tego przeze bardzo zimne góry). 


1913 rok, 31 maja, prawie wieczór, zimno, bardzo zimno. 

... siedzimy w chacie, w której jest prawie tak zimno, jak na zewnątrz. Jeśli nie zdarzy się cud, zamorduje Pimple'a. O ile wcześniej obaj nie zamarzniemy. Coraz mocniej wątpię w to, że kiedyś uda się nam odnaleźć skarb Krwawego Alfreda... czy też w ogóle dotrzeć gdziekolwiek dalej. 



1913 rok, 2 czerwca, prawie wieczór, zimno. 

Cud się wydarzył. Zaraz po tym, jak zamknąłem swój dziennik, drzwi do chaty otworzyły się i do środka wszedł mały, ale bardzo zwinny człowiek. Jak się chwilę później okazało miał na imię Tenzing i był w drodze do Lhasy, stolicy Tybetu. A potem, jeśli wszystko pójdzie po jego myśli, nawet dalej, do Katmandu, za góry. Nie miał nic przeciwko temu, żebyśmy powędrowali z nim. 

Po drodze trochę o sobie opowiadał. Był Szerpą (to takie plemię) i wędrował do Chin. Trochę po to,  żeby pohandlować, trochę po to, żeby szukać żony. 

- Nam, Szerpom, nie wolno się żenić między swoimi. Musimy znaleźć żonę z innego szczepu. Zazwyczaj po prostu jeździ się do do drugiej wioski, ale ja pomyślałem, że przy okazji będzie można trochę świata zwiedzić, no i nieźle zarobić. 
- A czym handlujesz? - zapytał Pimple?
- Jaki.
- Nie jaki, czym? - poprawił go Pimple. 
- No mówię, że jakami. 
- Że czym?
- Że skórą z jaków. 

Po czym wyciągnął z torby wielki kawał naprawdę gęstego futra, które wyglądało na bardzo, bardzo ciepłe. Od razu wiedziałem, że je kupię. I to był jeden z mądrzejszych zakupów w moim życiu. Dzięki niemu, spędziłem pierwszą od dawna ciepłą noc. 

Baśnie na warsztacie, ceremonia parzenia herbaty, chiny dla dzieci, dzieci i podróże, himalaje, Klub latających podróżników, Mateusz Świstak, MEK, Ganges, Gandhi, yeti,

Następnego dnia ruszyliśmy w drogę. Tenzing szedł szybko, niosąc cały swój dobytek przywiązany do głowy. 

Na tej wysokości oddycha się już bardzo ciężko. Powietrza jest mało. Pimple prawie stracił przytomność. 

- Jeśli coś się dzieje - powiedział w pewnej chwili nasz przewodnik - mówicie. Musicie znać swoje granice. Gdybyśmy tutaj musieli zostać, bo któryś z was na przykład straciłby przytomność, mogłoby być krucho. Trudno jest przetrwać pod gołym niebem w taką pogodę... i nie zamarznąć. Tutaj każdy krok jest jak długi, długi bieg.

Nasza wędrówka była bardzo trudna. Na szczęście w jednej z mijanych wiosek udało się nam nająć prawdziwe jaki - wielkie, kosmate krowy, które w takich warunkach okazywały się najlepszą taksówką. Krok stawiały pewny, do tego miały cztery naprawdę silne nogi. Czego nie można powiedzieć o nas.

W południe przyszła mgła. Tenzing powiedział, że musimy rozbić obóz. 

- Z górami nie ma żartów. Jeśli nie będą nas lubiły, wydmuchają nas jak kozy z nosa i nie zostanie po nas ślad. Lepiej poczekajmy na słońce. 

Stałem chwilę przed namiotem, gdy wtem...

W oddali zobaczyłem coś, co wyglądało mniej więcej tak, jakby człowiek przeskakiwał nad urwiskiem. Tylko, że to urwisko miało jakieś 10, może piętnaście metrów szerokości. Potem jakiś krzyk, echo i koniec... wielka cisza, która panować może tylko w górach. 
- Tenzing, widziałeś? - wykrzyknąłem. 
- Co?
- Tam, jakiś człowiek przeskoczył nad urwiskiem. 
Tenzing uśmiechnął się. 
- To pewnie yeti, człowiek śniegu - on zawsze pojawia się tak, żeby nie było wiadomo, czy jest na pewno. 
- Kto? - zapytał Pimple, który akurat wygramolił się z namiotu. 
- Yeti. Jesteśmy w Himalajach. A to znaczy "siedziba śniegów" i mieszka tu śnieg i mieszkają śnieżni ludzie. Yeti. Pokazują się bardzo rzadko. I zazwyczaj daleko , albo w śnieżycy, albo we mgle. 
- On jest prawdziwy? - zapytałem. 
- Nikt tego nie wie. 
- A Ty w to wierzysz? 
Tenziga zamyślił się. I kiedy tak milczał mgła dookoła nas gęstniała. Wreszcie powiedział: 
- Czasem wierzę. Zresztą. Ty też coś widziałeś. 

1913 rok, 4 czerwca, jedna z górskich chat. Gdzieś wysoko, wciąż zimno. 

Spotkaliśmy w górach człowieka. Szedł w sandałach i przewie krótkim rękawku. Wyglądał jakby mu prawie nie było zimno. Gdy tymczasem ja owinięty w futro z jaka niemalże drżałem. Mężczyzna minął nas i usiadł na skale. 

- To jest yeti? - zapytał Pimple. 
- Nie - odparł Tenzing ze śmiechem - to jest buddyjski mnich. Przyszedł w góry, żeby odnaleźć oświecenie. 
- Oświecenie?
- Mnisi szukają go całe życie. Na różne sposoby. Jedni medytują inni ćwiczą, jeszcze inni usypują mandale, jeszcze inni śpiewają. Jedni mogą to robić w klasztorach, inni, tak jak tamten, potrzebują wyjść w góry. 
- Co to jest oświecenie? - zapytal Pimple. 
- To tak, jakbyś spał i nagle się obudził. Przynajmniej oni tak mówią. Widzicie, jest ich bardzo dużo, (o czym przekonacie się, jak dotrzemy do Lhasy), ale bardzo niewielu udało się znaleźć to oświecenie, więc nikt nie  wie, jak to jest naprawdę. 
- Jak z yeti? - zapytałem. 
Tenzing wzruszył ramionami. Patrząc na mnicha, zrobiło mi się jeszcze zimniej. Zapytałem więc: 
- On zamierza tak siedzieć całą noc?
- Jeśli będzie trzeba. 
- A nie zamarznie?
- Nigdy nie zamarzają. 

A potem coś zamruczało. Na tle odległych skał, przesunęło się coś dużego i kosmatego. 

- Zobaczcie - zatrzymał nas Pimple i wskazał palcem w stronę, w którą i tak już patrzyliśmy - co to?
Tenzing wytężył wzrok. 
- Jaki... albo yeti. Trudno powiedzieć.