29.12.13

Kraina absolutnie wszystkiego

Baśnie na warsztacie, Wyobraźnia, Mateusz Świstak


Na warsztacie: wyobraźnia

Świat baśni leży w przestrzeni o zatartych, niewyraźnych granicach. Gdzieś na pograniczu naszego intelektu, intuicji i ciała. To przestrzeń należąca do wyobraźni – nie do końca pojętej sfery naszego umysłu. Sfery, która podczas snu płata nam najprzeróżniejsze i najmniej spodziewane figle. W niej może wydarzyć się wszystko i przez "wszystko" mam na myśli wszystko. W wyobraźni nasza osobowość zdolna jest dotrzeć daleko poza to, co wie nasz umysł, o wiele dalej niż to, co może przeczuwać nasza intuicja. 

Gdybyście mieli ochotę i wklepali hasło „Wyobraźnia” w wikipedię, otrzymalibyście następującą definicję: zdolność do przywoływania i tworzenia w myślach wyobrażeń. Hurra! Wiemy zatem już wszystko. Może jeszcze warto doprecyzować, czym są wyobrażenia. Otóż wyobrażenia to konstrukty myślowe powstałe z materiału gromadzonego przez nasze zmysły, ale wyjęte z oryginalnego kontekstu. Wyobraźnia kiepskiego sortu potrafi tworzyć konstrukty raczej proste, nie wykraczające poza elementarny rachunek prawdopodobieństwa (fajnie byłoby tak iść ulicą i znaleźć portfel pełen banknotów - tak trzy stówy). Wyobraźnia bardziej złożona, ze zgromadzonego w głowie materiału potrafi zrobić cokolwiek. Z jednych wyobrażeń wykluwać może kolejne wyobrażenia, a z tych następne, i następne i jeszcze, posuwając się praktycznie w nieskończoność. Co daje nam taka wiedza? Nie wiem. Tak w każdym razie mówi Wikipedia. Dodam jeszcze, że szwedzcy naukowcy przeprowadzili superpoważne badania, w rezultacie których doszli do wniosku, że zbyt rozbujała wyobraźnia jest przyczyną niestabilnej osobowości i jednym z podstawowych powodów schizofrenii. Oczywiści trwają prace nad farmakologicznymi środkami mającymi zaradzić tej przypadłość.

Baśnie na Warsztacie, wyobraźnia, Mateusz Świstak


Dla mnie jako dla opowiadacza i badacza baśni, wyobraźnia to podstawowe narzędzie pracy. Jest ona jedyną przestrzenią, w której baśń może się wydarzyć. Co więcej – daje ona baśni nieograniczone możliwości rozwoju. Kiedy wkraczamy w baśniową krainę, pierwsza rzecz, z której musimy zdać sobie sprawę to fakt, że nie ma tam rzeczy zupełnie dosłownych. Dwa plus dwa czasem daje cztery, a czasem całkiem inny wynik. Czasem dwa plus dwa to nie równanie matematyczne, a kwiat rosnący w litej skale, albo wiewiórka wbiegająca na nogę trolla. Bohater baśni ma swój cel. Wytycza to kierunek, w którym zmierza opowieść. Czy jednak pójdzie on jedną z możliwych ścieżek, czy rzuci się na przełaj przez las, jest całkowicie obojętne. 

Zanurzając się w świat baśni, albo w świat wyobraźni jesteśmy błogosławieni nieskończonością rozwiązań. Przynajmniej w teorii. W praktyce, nasz umysł zacina się na tym, co można by nazwać racjonalnym rozwiązaniem. Ścieżki wyobraźni i niektóre błyskotliwe rozwiązania tracą rację bytu tylko dlatego, że są "niemożliwe" albo po prostu "głupie". Kamienie nie spadają do góry, ale w dół – to nasze przyzwyczajenie, to też zator w naszej wyobraźni. Trzeba iść do pracy, żeby zarobić (już nawet nie "trzeba pracować", co jest bliższe prawdzie). Im człowiek starszy, tym racjonalne myślenie przejmuje większą kontrolę nad treściami, jakimi operuje jego umysł. Grupa zjawisk w szufladce "niemożliwe" i "głupie" rozrasta się, a my lekką ręką oddelegowujemy tam kolejne konstrukty naszej wyobraźni, bez wcześniejszego sprawdzenia ich potencjału. Potem już nawet nie chce się tworzyć nowych konstrukcji, bo skoro i tak trafią do szufladki "niemożliwe i głupie", nie ma sensu tracić na nie energii - ot ekonomiczne rozwiązanie. Czasem odnoszę wrażenie, że im pełniejsza jest ta szuflada, tym bardziej sami w niej siedzimy. Nie korzystanie z wyobraźni pozostawia umysł w strefie komfortu. Tam, gdzie nie może wydarzyć się wszystko, nie mogą wydarzyć się rzeczy niespodziewane i przerażające. Niestety - nie może też wydarzyć się przygoda.


Z korzystaniem z wyobraźni jest jak z baśniową wędrówką. Bohater nagle opuszcza rodzinny dom, i staje na progu, pomiędzy swoim zwykłym życiem, a swoim życiem potencjalnym. To, co bohater zna, zostaje za jego plecami, a przed nim rozciąga się... absolutnie wszystko. I nie chodzi mi tutaj o nieznane. Jasne, to co przed nim jest nieznane. O wiele ważniejsze jest jednak to, że w tym nieznanym rachunek prawdopodobieństwa niewiele ma do gadania. Jeśli ktoś umiera, nie znaczy, że jest zupełnie martwy. Jeśli ktoś straci oko, albo rękę, nie znaczy że będzie to stan permanentny. A jeśli ktoś jest człowiekiem - co z tego? Nic nie jest raz na zawsze dane - jutro może być oposem albo rosomakiem. Ograniczenia, jakim podlega nie wynikają więc z mechaniki świata, bo ta jest zawieszona. Innymi słowy, wędrówka baśniowego bohatera, to wędrówka pośród cudów. Korzystanie z pełnego potencjału naszej wyobraźni jest dokładnie tym samym - jest wędrowaniem w krainę absolutnie wszystkiego. Ścieżki, które ograniczają naszą wędrówkę, nie wynikają z tego, że coś jest niemożliwe albo głupie, ale z tego, że sami dajemy rzeczom takie etykietki. 

Żebym został dobrze zrozumiany. Nie jestem przeciwnikiem racjonalnego, logicznego myślenia. Uwielbiam je i uważam, że bez tego narzędzia ludzkość dawno temu poszłaby z torbami... jeśli w ogóle można byłoby mówić o czymś takim jak ludzkość. Zdaje mi się jednak, że dobrnęliśmy do punktu, w którym logika i racjonalne myślenie, czy też "racjonalne myślenie" stało się jednym z umysłowych ograniczeń. Umysł zaczął poruszać się po utartych torach i choć funkcjonuje poprawnie, niedokarmiany traci swój potencjał i marnieje. Wyobraźnia zepchnięta została do dziecięcego pokoju, gdzie zresztą jest coraz gorzej widziana. Zamiast korzystać z mocy, jaką niesie w sobie nieograniczona ilość możliwości, którą jest w stanie produkować, stała się fantazjowaniem - tworzeniem emblematów i kolorowych obrazków, które spełniają rolę odskoczni od smutnego, prawdziwego świata. Takie podchodzenie do kwestii wyobraźni i logiki jest zaprzepaszczaniem potencjału jednego i drugiego.

Baśnie na Warsztacie, wyobraźnia, Mateusz Świstak

Tam gdzie możliwe jest absolutnie wszystko, można odkryć miliony nieznanych rozwiązań, można odnaleźć zatopione wyspy swojego potencjału, wreszcie - można przypomnieć sobie o swoich własnych marzeniach i przywrócić swojemu życiu sens (mówiąc skromnie). Wyobraźnia to nie tylko edytor ładnych obrazków, to inkubator, w którym rodzą się cele. To miejsce, w którym możemy odnaleźć odpowiedź na pytanie "co?" (co chciałbym osiągnąć, co chciałbym stworzyć, co chciałbym w życiu robić). Rozum zaś to narzędzie, które wytycza nam ścieżkę, odpowiada na pytanie "jak?" (jak zostać astronautą, jak założyć blog i zacząć pisać o baśniach, jak kupić mieszkanie i nie wpakować się w kredyt). Rozum czasem weryfikuje to, co powstaje w wyobraźni, przekładając cel na twarde prawa rzeczywistości. Grunt, żeby nie blokował samego celu, bo jest "niemożliwy" albo "głupi". Jego zadaniem jest znaleźć rozwiązanie. Będzie o wiele sprawniejszy w wykonaniu swojego zadania, jeśli swoje siły czerpać będzie z wyobraźni. To partnerstwo rozumu z wyobraźnią daje rozwój... i siłę. Jedno z bardziej znanych powiedzonek Einsteina brzmi tak:
Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. 
Wyobraźnia wyznacza więc punkt B, usytuowany gdzieś w obszernym "wszędzie". Kiedy już go znajdziemy, możemy używać logiki, by do niego dotrzeć.



Jeśli chcecie przeczytać więcej o wyobraźni, zapraszam do tekstu o Drzewie i Liściu J.R.R. Tolkiena
***

dzisiejsze ilustracje sponsorują: Jenna Lee Auclair, Djibs, internet




26.12.13

Tusz, Jaś i Małgosia


Baśnie na warsztacie, Lorenzo Mattotti, Jaś i Małgosia, Hansel y Gretel, Mateusz Świstak

Na Warsztacie: Lorenzo Mattotti, Jaś i Małgosia

Tego Pana odkryłem poszukując ilustracji do tekstu O dwóch męskościach. Czarno-białe ilustracje wgniotły mnie w fotel i postanowiłem poświęcić im osobny wpis. Ten dzisiejszy. Książeczka pochodzi z roku 2010, a jej autorem jest Lorenzo Mattotti, ceniony rysownik współpracujący z takimi pismami jak Cosmopolitan, Vogue, The New Yorker, czy Vanity Fair.


Jaś i Małgosia to zbiór klimatycznych ilustracji ilustrowanych tekstem baśni braci Grimm. Pociągnięcia pędzla, przywodzące na myśl chińską szkołę kaligrafii, budują sugestywne poczucie głębi charakterystyczne bardziej dla malarstwa impresjonistycznego. Efekt - zobaczcie sami:

Baśnie na warsztacie, Lorenzo Mattotti, Jaś i Małgosia, Hansel y Gretel, Mateusz Świstak


Baśnie na warsztacie, Lorenzo Mattotti, Jaś i Małgosia, Hansel y Gretel, Mateusz Świstak

Baśnie na warsztacie, Lorenzo Mattotti, Jaś i Małgosia, Hansel y Gretel, Mateusz Świstak

Baśnie na warsztacie, Lorenzo Mattotti, Jaś i Małgosia, Hansel y Gretel, Mateusz Świstak

Baśnie na warsztacie, Lorenzo Mattotti, Jaś i Małgosia, Hansel y Gretel, Mateusz Świstak

Baśnie na warsztacie, Lorenzo Mattotti, Jaś i Małgosia, Hansel y Gretel, Mateusz Świstak

Baśnie na warsztacie, Lorenzo Mattotti, Jaś i Małgosia, Hansel y Gretel, Mateusz Świstak

Baśnie na warsztacie, Lorenzo Mattotti, Jaś i Małgosia, Hansel y Gretel, Mateusz Świstak

Baśnie na warsztacie, Lorenzo Mattotti, Jaś i Małgosia, Hansel y Gretel, Mateusz Świstak

Jeśli chcecie zobaczyć artystę przy pracy, kliknijcie tutaj
Jeśli chcecie zobaczyć więcej prac artysty, kliknijcie tutaj


25.12.13

O dwóch męskościach (suplement świąteczny)


Baśnie na Warsztacie, O dwóch męskościach, suplement, Mateusz Świstak, Zachariasz, Maria i Elżbieta

Na warsztacie: pierwszy rozdział Ewangelii Łukasza

Bóg wybiera porządnych chłopów


Zachariasz był dobrym i sprawiedliwym człowiekiem. Życie jego było nienaganne. Zachariasz podobał się Bogu, wypełniając wszystkie przykazania zakonu mojżeszowego. Z zawodu był kapłanem – zajmował się on usługiwaniem przy świątyni. Ze swoich obowiązków wywiązywał się należycie. W życiu osobistym układało mu się całkiem nieźle – miał on żonę, która, podobnie jak on, prowadziła życie godne naśladowania. Nikt ich jednak nie naśladował, bo wśród Żydów panowało przekonanie, że jeśli kobieta nie może urodzić dziecka, musiała nieźle nagrzeszyć (a niestety żona jego, Elżbieta, była bezpłodna).

Baśnie na Warsztacie, O dwóch męskościach, suplement, Mateusz Świstak, Zachariasz i Gabriel

Tak przynajmniej myśleli ludzie, w oczach Boga Zachariasz pozostawał sprawiedliwym i to do tego stopnia, że Wszechmogący postanowił wyznaczyć jemu i jego żonie szczególne miejsce w planie zbawienia. Kiedy Zachariasz składał w świątyni ofiarę z kadzidła, objawił mu się anioł – dokładnie anioł Gabriel. Oczywiście, takie ukazanie się anioła to nie rurki z kremem i Zachariasz zdrowo się przeraził. Anioł uspokoił go tymi słowami:
Nie bój się, Zachariaszu, bo wysłuchana została modlitwa twoja, i żona twoja, Elżbieta, urodzi syna i nadasz mu imię Jan.

Potem anioł opowiedział jeszcze, że będzie to nie byle kto, że syn Zachariasza zdrowo namiesza w duchowym porządku świata i w zasadzie będzie największym prorokiem jakiego widział Stary Testament (tak w każdym razie powiedział o Janie Jezus jakiś czas później).

Zachariasz ufa sobie


Zachariasza tak wryła ta wiadomość, że zapytał Gabriela, po czym pozna, że anioł mówi prawdę. W odpowiedzi usłyszał, że znakiem będzie to, że dopóki rzeczy się nie staną, jak zostały przepowiedziane, Zachariasz straci mowę. I stracił.

Od tego momentu Zachariasz staje się niemym bohaterem wydarzeń – dosłownie i w przenośni. Na plan pierwszy wysuwają się dwie kobiety – Elżbieta, która podług słów Gabriela zaokrąglała w miejscu wiadomym, oraz jej krewna Maria, która jeszcze nigdzie nie okrąglała w tamtym czasie, ale która zaokrągleć miała niebawem, nosząc w swoim łonie dzieciaka jeszcze bardziej wyjątkowego niż syn Elżbiety. Przez trzy miesiące w domu Zachariasza rządziły te dwie kobiety. To zapewne jest czas, w którym w kapłanie nastąpiła przemiana.

Czas próby 


Zachariasz czekał na moment swojej próby. Nadarzył się on, gdy syn jego przyszedł na świat. Zebrali się sąsiedzi, rodzina i znajomi, żeby nadać dziecku imię. Zgodnie z żydowskim obyczajem, imię powinno być w jakiś sposób związane z rodziną. Postanowiono, że będzie po ojcu - Zachariasz. Na tę decyzję ogółu, Elżbieta postawiła się okoniem i powiedziała, że guzik, że będzie Jan. Nikomu, takie wtrącanie się baby w ważne sprawy nie przypadło do gustu, ale wtedy głos, jeśli można tak powiedzieć, zabrał Zachariasz. Wymigał, że chce woskową tabliczkę, na tejże napisał, że guzik, że będzie Jan. Zamienił niewiarę swoją w posłuszeństwo i wtedy pyk – wrócił mu głos.  A jak już zaczął mówić, to z grubej rury. O żadnych pierdołach, jedynie o rzeczach najważniejszych – wielbił Boga i prorokował.

Baśnie na Warsztacie, O dwóch męskościach, suplement, Mateusz Świstak, Zachariasz i Gabriel

Zachariasz ma w sobie to coś, o czym pisałem w ostatnim tekście (o dwóch męskościach) – w porządku, może i jest dobrym człowiekiem, ale ta dobroć wypływa z pewnej koncepcji, którą nosi w głowie. Nic w tym złego, bo dzięki swojej koncepcji  dobrze czyni (tak, jak dobrze czynił braciszek, wyprowadzając siostrzyczkę z domu, albo Jaś, rzucając za sobą kamyczki). Postawa Zachariasza doprowadza go do momentu, w którym postawiony zostaje przed czymś, co boskie i niezrozumiałe (wkracza w przestrzeń działania praw przygody).


Kiedy już się tam znajduje, nie potrafi odpowiedzieć swojej przygodzie, jak należy. Podobnie, jak braciszek zamienił się w jelenia, a Jaś trafił do klatki czarownicy, tak Zachariasz utracił głos. A wraz z nim inicjatywę. Jego rola, jako mężczyzny staje się całkowicie bierna. To co męskie, musi ustąpić temu, co kobiece. Zachariasz miał na tyle szczęścia, że trafiły mu się dwie całkiem dorzeczne babeczki, które potrafiły pobudzić w nim drugą stronę mężczyzny. To, co początkowo nie potrafiło właściwie rozeznać sytuacji i poddało w wątpliwość słowa Gabriela (to co z dołu), zastąpione zostało tym, co ufało objawieniu (temu co z góry) i potrafiło o nim prawidłowo zaświadczyć. Koncepcja, którą Zachariasz nosił w głowie zjednoczyła się z tym, co działo się w jego życiu. 

Suplement do suplementu


Kobiety, które tęsknią do rycerza na gniadym koniu mogą być pewne - znajdą takiego. Będzie wszystkim tym, czego mogą pragnąć... na początku drogi. Jest nas wielu. Sam jestem jednym z tych rycerzy. Bywałem nim zbyt często, zbyt boleśnie często.

Na początku wszystko udawało się pięknie. Błyskotliwie, czarująco, uwodzicielsko i całkowicie naturalnie. Ale wraz z pierwszym sukcesem przychodziło pierwsze zniechęcenie. Satysfakcja, która wpędzała w bierność i w rutynę. To jest ten moment, kiedy rycerz okazuje się być tchórzem, albo zaczyna obrastać w tłuszcz, brudne podkoszulki i domowe bambosze. Kobieta jest zrozpaczona, jej marzenie o męskiej cudowności leci na twarz w błoto dni powszednich i już zaczyna marzyć o kolejnym rycerzu na innym -  karym, siwym czy bułanym koniu, marząc o tym, by znów było błyskotliwie, czarująco i uwodzicielsko. Nie wiedzą, że ten mężczyzna, który okazał się wielkim rozczarowaniem przechodzi pewien etap. Jeśli przejdzie go pomyślnie, kobieta będzie mieć coś więcej niż tylko rycerza, będzie mieć króla. Aby do tego dotrzeć, potrzebna jest też ona - kobieta. Niestety, rozczarowanie często nie pozwala dostrzec nawet rycerza. Zostaje tylko to, co małe, z czego król nigdy się nie wykluje. I jeśli to potrwa dłużej - zostaną dwa złamane życia. A nie musi tak wcale być. 

***

Ilustracje do dzisiejszego tekstu sponsorują: Mariotto Albertinelli, Julius Schnorr von Carolsfeld, Otto Eliger

22.12.13

O dwóch męskościach


jaś i małgosia, bracia grimm baśnie na warsztacie

Na warsztacie: Braciszek i siostrzyczka, Jaś i Małgosia, Sinobrody

To było tak: Rodzice postanowili porzucić je w lesie. Jego – Jasia i ją – Małgosię. Gdyby nie zmyślność Jasia, nigdy nie udałoby im się wrócić do domu. To chłopiec (mężczyzna) wpadł na pomysł, by nazbierać do kieszeni białych kamyczków, którymi potem znaczył drogę do rodzinnego domu i pozornego ocalenia. 
(Jaś i Małgosia)

To było tak: Była sobie dziewczyna. Młodziutka, głupiutka trochę, ze światem średnio obyta. Żyła spokojnie na łonie własnej rodziny, między siostrami swymi i braćmi, i pewnie żyłaby tak nadal, gdyby nie pewien mężczyzna. Zainteresował się nią, tak jak doświadczony mężczyzna interesuje się niedoświadczoną kobietą. Potrafił być na tyle szarmancki, że kiedy wreszcie poprosił ją o rękę, nie mogła się nie zgodzić. Po ślubie stała się panią na wielkim zamku. Tam też mogła stawić czoła swojej wielkiej przygodzie. Jak miała na imię? O tym dzieje milczą. Opowieść o niej znana jest dzięki mężczyźnie – Sinobrodemu.
(Sinobrody)

To było tak: Braciszek dobrze wiedział, jak źle dzieje się jemu i jego siostrzyczce. Pewnego dnia chwycił ją za rękę i powiedział:
Od śmierci mateczki nie zaznaliśmy chwili radości. Macocha bije nas i kopie, kiedy się do niej zbliżamy, a za cały pokarm służą nam twarde skórki od chleba, psu pod stołem lepiej się dzieje niż nam, spada mu czasem smaczny kąsek. O, Boże, gdyby o tym nasza mateczka wiedziała! Chodź, ruszmy razem w daleki świat.
I wyruszyli.
(Braciszek i siostrzyczka)


Mężczyzna jako początek przygody


Rozwiązanie problemów i inicjatywa na początku baśni jest po stronie mężczyzny. Gdyby Sinobrody nie zabiegał o rękę dziewczyny, ta nie mogłaby wyruszyć w swoją podróż. Prowadziłaby życie z gatunku normalnych, może na jakiejś dyskotece, może na kursie prawa jazdy albo angielskiego, poznałaby swojego przyszłego męża. Wzięliby zwyczajny ślub, mieli zwyczajne dzieci, jeździliby na zwyczajne wakacje - życie dziewczyny nie byłoby materiałem na opowieść. Gdyby Jaś nie sypał kamieniami, kto wie, czy po pierwszej nocy spędzonej w lesie, dzieci nie stałyby się przekąską dla lokalnych drapieżników. Jaś, co prawda, nie potrafił rozróżnić prawdziwego ocalenia od tego pozornego, ale w swoim rozumowaniu potrafił działać - prowadził siostrę w miejsce zaklasyfikowane przez siebie jako bezpieczne, do swojego domu rodzinnego. Podobnież z braciszkiem – to on decyduje o tym, że coś trzeba zmienić. Na tym etapie kobiety są raczej bierne. Do tego siostrzyczka i Małgosia mają jeszcze tendencje do marudzenia.

Myślenie mężczyzn jest poprawne. Ich zadaniem jest aktywizacja żeńskiego pierwiastka. Wiedzą, jak zainicjować zmianę i stawiają ku temu pierwszy krok, uruchamiając w ten sposób baśniowe mechanizmy przygody. Zadaniem kobiety jest jedynie odpowiedzieć "tak" lub "nie". 

Potknięcie w skutkach opłakane


Jednak jest coś niepokojącego we wszystkich tych opowieściach. Otóż po pierwszym podrygu męskiej inicjatywy, w mózgach i charakterach naszych męskich bohaterów dzieje się coś niedobrego. Pomimo rozwoju wypadków i ponownego znalezienia się w lesie Jaś, całkowicie ufa swojemu pierwotnemu pomysłowi, nie uwzględniając podstawowego faktu, że rodzinny dom nie jest bezpieczną przystanią. Dodatkowo nie bierze poprawki na to, że okruszki to jednak nie to samo, co kamienie. Ptaki zjadają je, niwecząc drogę powrotu dzieci... i tyle z jasiowego sprytu. Męska inicjatywa gubi się w zaufaniu chłopca do rutynowych rozwiązań. Aktywność zostaje zastąpiona intelektualnym/duchowym lenistwem. Podobnie rzecz ma się z braciszkiem. Kiedy droga zaczyna mu się dłużyć, zupełnie ignoruje on wszelki głos rozsądku. Dochodzi do punktu, w którym liczy się tylko zaspokojenie jego własnych zachcianek. Kończy się to dla niego uwięzieniem w ciele jelenia.

Najciekawszym przypadkiem jest chyba Sinobrody. On cały swój intelekt podporządkowuje wymyślonej przez siebie zasadzie krwawej komnaty. To, co u pierwszych dwóch chłopców było tylko wpadką (może to kwestia niewyćwiczonego charakteru?), u niego przerodziło się w zasadę. Pierwszym etapem jest znalezienie odpowiedniej kobiety, którą będzie można wyrwać z domu rodzinnego, z jej ciepłego, przyjaznego i bezpiecznego świata. Dzięki temu wybranka otrzyma szansę, by odkryć swoją dojrzałość. Kobieta to dostaje, lecz sinobrody za tym nie idzie. Ufa raczej czemuś, co powstało jako konstrukt w jego głowie. Po krótkim czasie wspólnego z żoną obcowania, traci oblicze zbawcy, stając się dla kobiety niebezpieczeństwem. Największym. 


Jest taka przestrzeń w sercu mężczyzny, która po pierwszych sukcesach zaczyna wzbierać pychą. Jest w mężczyźnie to coś, co uwielbia spoczywać na laurach. Trzy przytaczane tutaj baśnie mówią nam, że jeśli zaniechamy zdrowego rozsądku i pozwolimy sobie na pójście za naszymi mniemaniami, popędami albo zachciankami (niepotrzebne skreślić), skończymy w stanie raczej opłakanym. Jako jeleń, jako więzień czarownicy albo, jeśli wszystko potrwa dłużej, psychopatyczny morderca, nie liczący się z życiem tych, którzy nam zaufali. Pierwszy sukces, to nie ostateczne zwycięstwo. Uwierzyć, że to koniec wędrówki, to przerwać proces. A kiedy przerwany zostaje proces, dookoła duszy zaczynają krążyć demony. 

Ratunek dla mężczyzny, niebezpieczeństwo dla kobiety


Ratunek dla nas, dla mężczyzn, może pojawić się jedynie, jeśli damy dojść do głosy temu, co kobiece. Kiedy braciszek zamienia się w jelenia, cała inicjatywa pozostaje po stronie siostrzyczki. To, co męskie popada w stagnację. Jest w stanie tylko biegać za polowaniem i jeść siano, podsuwane mu przed nos. Potrzebowało opieki tego, co kobiece, w przeciwnym razie szybko padłoby zabite podczas polowania. Kiedy Sinobrody wyjeżdża ze swojego zamku, jego posiadłość staje się miejscem, w którym to, co męskie schodzi na plan dalszy, natomiast inicjatywę przejmuje kobiecość. W chatce czarownicy jest podobnie – tylko Małgosia może coś zrobić. Zamknięty w komórce Jaś może tylko pokazywać wiedźmie kawałek kostki, ukrywając to, kim naprawdę jest.


Jednak, kiedy inicjatywa się odwraca, to kobiecość znajduje się w tarapatach. Zła macocha uwzięła się na siostrzyczkę doprowadzając do jej śmierci, Sinobrody, dając swojej żonie pęk kluczy, stawia ją w roli zwierzyny łownej. Kobieca delikatność (siostrzyczka zostaje podstępem zabita niedługo po urodzeniu dziecka), musi się skonfrontować z zastawionymi na nią pułapkami. I są to pułapki zastawione bezpośrednio na kobiecość. Schwytana w nie, kobieta popada w stan śmiertelnego letargu, wyłączając się z życia, albo coś w niej zaczyna krwawić, krwawieniem, którego nie da się ukryć. 

Z Małgosią rzecz ma się trochę inaczej. Przez całą baśń czarownica stanowi większe niebezpieczeństwo dla Jasia, to jego upatrzyła sobie za główną zdobycz. Dzięki temu, Małgosia może działać i, dzięki temu, może stać się dla brata wybawieniem. Bohaterki pozostałych dwóch baśni muszą szukać wybawienia nie w sobie (nie w swojej kobiecości), lecz, tak jak na początku, w tym, co męskie.


Drugi


Męskość, która może uratować kobietę, jest inną męskością od tej, która zainicjowała jej podróż. Ma coś kobiecie bliskiego - w Sinobrodym są to bracia, w Braciszku i siostrzyczce, król, którego do dziewczyny przyprowadza brat. Do tego król jest mężem siostrzyczki. Męskość króla jest tym, co ostatecznie pozwala siostrzyczce odrodzić się, a jej bratu odzyskać ludzką postać. Tam, gdzie pojawia się król i królowa, psychologia doszukuje się doskonałego zjednoczenia. Przed zjednoczeniem, przed osiągnięciem harmonijnego pojednania pomiędzy tym, co męskie, a tym, co żeńskie, potrzebna jest śmierć. Siostrzyczka ginie uduszona w kąpieli. Z tej śmierci mógł wywołać siostrzyczkę tylko król. To na jego głos na powrót przyoblekła ona ciało i stała się rzeczywista. Głos króla to głos dochodzący nie z dołu, lecz z góry, głos kogoś, kto w hierarchii stoi najwyżej. Ponad nim jest już tylko Bóg. Ten Król-Mężczyzna na końcu drogi jest bliski, bardzo bliski. Jest bratem, jest mężem. Ma dwa zadania. Po pierwsze, ma chronić kobietę przed niebezpieczeństwami kontaktu z pierwszym mężczyzną, z jego lekkomyślnością, z jego nieuzasadnionym zaufaniem do własnej pomysłowości, z jego psychopatycznymi zapędami i wybuchami agresji. Po drugie, jego zadaniem jest urzeczywistnianie kobiety. Królowa bez króla w baśniach jest możliwa tylko na początku - zazwyczaj jako zła macocha. Tam, gdzie następuje szczęśliwe zakończenie, musi być też król. Król, którego głos pozwala przemienić się ze zjawy w kobietę. Pełnia może nastąpić tylko wtedy, gdy to, co męskie doceni to, co kobiece. "nie możesz być nikim innym, jeno moją kochaną żoną!". Ta deklaracja króla załatwia wszystko.


To co kobiece, spotyka się z mężczyzną dwa razy. Na samym początku swojej przygody i na jej końcu. Pierwszy mężczyzna, choć obdarzony wszelkimi męskimi cechami, jest nieokiełznany w nienajlepszym tego słowa znaczeniu. To męskość, która pozwala wyruszyć w podróż, ale i która może sprowadzić na głowę kobiety nie lada kłopoty. Męskość oddolna. Bez niej nie ma przygody, w niej nie ma szczęśliwego zakończenia. Drugi mężczyzna, jakiego napotyka kobiecość, ma to, czego zabrakło pierwszemu mężczyźnie. Jest dla kobiety obroną i drogą do uzyskania przez nią spełnienia. Relacja pomiędzy kobietą a mężczyzną (albo pomiędzy tym, co kobiece i tym co męskie w nas) to ciągłe balansowanie pomiędzy stymulowaniem się i stwarzaniem dla siebie zagrożenia. Grunt, żebyśmy (my, jako mężczyźni) wiedzieli, kiedy zabić w sobie Sinobrodego i powiedzieć do swojej ukochanej (tej na zewnątrz i tej w środku) takie słowa, które by ją wzmocniły, które pozwoliłyby jej zajaśnieć i stać się tym, kim zasługuje, żeby być - prawdziwą królową.


Post scriptum (dopisane podczas redakcji tego tekstu): musimy (my mężczyźni) uważać też na to, żeby nie zabić w sobie Sinobrodego przed rozpoczęciem podróży, bo wtedy nici z przygody.

***


Ilustracje do dzisiejszego tekstu sponsorują: Will Morris, Kay Nielsen, Heinrich Leutmann/Carl Offerdinger, Maurizio Quarello, bill Burgard, Ferdynand Theodor Lix 

20.12.13

Fairy Vogue


Na warsztacie: Eugenio Recuenco

Prezentowane dzisiaj zdjęcia są dziełem hiszpańskiego fotografa, który zowie się Eugenio Recuenco. Powstała dla magazunu Vogue w 2006 roku i jest fajna. 










Na koniec jeszcze dwa zdjęcia pstryknięte ręką tego samego fotografa, aczkolwiek nie należące już do serii "Fairy tales"



17.12.13

Gra, ale baśń


Na warsztacie: Limbo

Kto grał w tę mroczną platformówkę, z pewnością miewał po tym monochromatyczne sny. Dźwięku prawie nie ma, fabuła, jeśli w ogóle można o takowej mówić, to tylko strzępy. Bohatera oplata tylko dużo czerni i szarości poprzetykanej przebłyskami światła… i jest bohater, samotny chłopczyk (albo może bardziej – cień samotnego chłopczyka), błąkający się po niebezpiecznym lesie. 

Wyprodukowana przez niezależne studio Playdead w 2010 roku gra, poraża warstwą estetyczną. Każdy szczegół jest w niej dopracowany perfekcyjnie, lokacje raz po raz zapierają dech w piersiach, brak wyrazistości obrazu, buduje tajemnice, w którą wsiąka się natychmiastowo. I choć Limbo, baśnią nie jest z kilu względów, jest na wskroś baśniowa. Również z kilku względów.

Strzępy obrazów



Po pierwsze klimat. Wszechpanująca czerń odbiera otoczniu realność. Jedyne co poznajemy to fragmenty, świata, po którym przyszło się nam poruszać. Z ciemności wyłaniają się tylko kontury, zarysy rekwizytów potrzebnych do tego, by pójść dalej. Poza tym bohater porusza się po wielkim znaku zapytania. Gdzie jest? Nie wiadomo. Czy to tytułowe Limbo – krawędź świata, otchłań, na którą skazane są nieochrzczone dzieci. Nie wiadomo. Fabuła nie daje tego rozpoznać. Ale czy to właśnie nie jest baśniowość? Czy baśnie nie dzieją się w takim właśnie świecie? Las bohatera gry to las Jasia i Małgosi. Las przerażający, w który powtykane są z rzadka rekwizyty, jak domek z piernika. Plansze w Limbo są tak skonstruowane, żeby oddziaływały na wyobraźnie, spychając gracza w domenę podświadomości. Robią to dokładnie tak, jak robi to baśń.  


Po drugie bohater. I nie chodzi tutaj tylko o to, że jest on dzieckiem owszem – jest dzieckiem i to nawet całkiem przerażajacym – o wiele ważniejsze jest jednak to, że jest dzieckiem… sprytnym . Musi w końcu wykazać się nie lada pomysłowością, żeby pokonać zagadki postawione na jego drodze przez twórców. I jasne, że to my gramy i to nie pomysłowość owego dzieciaka jest najważneijsza, lecz nasza, ale to wprowadza nas w kolejną ważną cechę baśni…

Jestem tym, kim gram


Kiedyś znajomy powiedział mi, że nawet najbardziej naiwne scenariusze, można w grze przełknąć, bo nie oglądamy ich, ale w nich działamy. To samo jest w Limbo,  w zasadzie gdyby nie Wikipedia, do tej pory nie miałbym pojęcia o co chodzi w tej grze. Ale to nie jest ważne. Ważne jest to, że kiedy zaczynam iść, to idę. O wiele ważniejsze staje się nie to, co na końcu, ale to, co dalej. W tej przestrzeni nie jestem już sobą, ale tym przerażającym dzieciakiem, którego z jednej strony prowadzę, z drugiej zaś - za którym podążam. On staje się dzięki temu bohaterem nad wyraz baśniowym. Może nie ma imienia, ale to przecież też jedna z baśniowych cech (bo czy Kopciuszek, albo Czerwony Kapturek, albo nawet Jaś są imionami, które coś znaczą?).  Ważne jest to, że jego podróż zapiera mi dech w piersiach, bardziej niż droga większości postaci w survival horrorach. Chcę nią podążać, chcę czuć strach, chcę dojść do celu, niezależnie od  tego, co mnie tam czeka. 


Na koniec jeszcze jedno – brutalność. Sami twórcy nazwali mechanizm rządzący tą grą metodą „trial and death” czyli metodą prób i śmierci.  Nie da się przejść gry za pierwszym razem tak, żeby nie zginąć choć raz. A wierzcie mi, bądź nie, ginąć w tej grze to sama przyjemność. Sposobów, na jakie można odwalić w czasie rozgrywki kitę, na palcach jednej ręki raczej nie zliczymy, ani na palcach dwóch, ani nawet siedmiu. Każda przeszkoda jest sposobnością do wielce spektakularnej śmierci. Podanej w realistycznym sosie, brutalnej na wskroś. Moje dwa ulubione przykłady: na dzieciaka spada potężny odważnik i miażdży go, potem sztaby rozsuwają się, a to co po dzieciaku zostało ślicznie ciągnie się od podłogi w górę. 


Drugi obrazek to nasz bohater potraktowany z broni maszynowej. Nie przerwaca się po prostu od tak. Zamiast tego rozlatuje się na kawałki – czasem odpadnie mu sama głowa, czasem pociski odstrzeliwują mu nogi na wysokości kolan, a czasem przecinają go na pół, a wtedy ze środka wypływa wdzięcznie jelitko. Przyznam szczerze, że kiedy zobaczyłem to po raz pierwszy ciary przeszły mi po plecach. I chociaż czasem balansuje to na granicy zbędnej przemocy, jest na tyle normalne, że w żaden sposób nie wywołuje myśli o problemach umysłowych twórców. Wprost przeciwnie – brutalność była jak najbardziej na swoim miejscu. Bo kiedy się umiera, to się umiera. I nie można przyknąć na to oka, nie zakłamując obrazu rzeczywistości. Baśnie tego nie robią, Limbo też nie.

***
Kadry z gry, pochodzą z gry.
Mural na samej górze został wykonany przez francuskiego artystę o pseudonimie Blouh (stronka tutaj: http://blouh.com)

16.12.13

Baśnie po japońsku



Na warsztacie: Miwa Yanagi, Fairy Tales

Seria fotografii "Baśnie" ma w sobie coś, co sprawia, że mózg nie bardzo wie, jak odbierać skomponowane przez Yanagi obrazy. Jest w nich coś europejskiego, jest mroczny duch Grimmowskich opowieści, ale jest też coś, co w europejskim umyśle się nie mieści. Z naszymi rodzimymi wyobrażeniami, przeplata się japoński folklor, specyficzna wrażliwość i perspektywa. 

Yanagi wykorzystuje baśnie by mówić o relacji między młodym i starym. Do zdjęć pozują młode dziewczyny, którym artystka przydała starczych rysów, dzięki temu nie wiemy dokładnie, w którym miejscu się znajdujemy. patrzymy na młodą dziewczynę o starczych rysach, czy może na staruszkę o młodym ciele. 

W tych warunkach baśniowe opowieści nabierają jeszcze jednego, ciekawego rysu. 
Pisałem kiedyś, z czym kojarzą się baśnie (Zabawa w skojarzenia). Teraz kojarzyć mi się będą jeszcze z wnętrzami porośniętymi sitowiem, z włosami ściekającymi z sufitu i postaciami wyjętymi rodem z teatru Butoh. 














Pierwszy raz seria "Fairy tales" została zaprezentowana w roku 2005 w Hara Museum of Contemporary Art w Tokio. 

a zdjęcia na tej wystawie wyglądały mniej więcej tak: