27.9.15

Utopce pod wodą siedzą... 

Utopiec, utopce, wodnik, podciep, dziwożona, folklor górnego śląska, demony polskie, baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak

Na warsztacie: Utopce albo utopki.

Skąd się wzięły utopce? Kusi mnie, żeby napisać, że z Górnego Śląska. Bo choć wodne demony popularne są w całej Polsce (i dalej) i często przybierają to imię, to jednak utopki w folklorze śląskim zajmują szczególne miejsce. Nie są typowym Wodnikiem, nie są też typowym wcieleniem topielca, którego jedynym zadaniem jest wciąganie nieuważnych podróżnych w wodę. Żyją obok ludzi, jak wiewiórki, czy dziki, choć są o wiele bardziej niebezpieczne... przynajmniej od wiewiórek. Niech o popularności tego demona świadczy fakt, że w ilości podań utopiec przewyższa nawet skarbnika. Ba, przewyższa wszystkie inne demony wzięte razem do kupy. Utopiec - demon Górnego Śląska. 

Skąd się wziął i co lubi?


Przechodząc do konkretów. O genezie tego stwora mówi się różnie. Niektórzy uznają, że to dusze tych, którzy swój żywot nieszczęśliwie zakończyli z wodą w płucach. Zazwyczaj jako samobójcy. Inni twierdzą, że utopcem zostaje tylko dusza nienarodzonego dziecka, którego matka się utopiła (co nie było aż tak rzadkie w przypadku przedmałżeńskich ciąż). Jeszcze inni mówią, że to duchy, które wody zamieszkiwały od zawsze. Lokalne bóstwa, dla których miejsce w dzisiejszym świecie może się znaleźć jedynie wśród ludowej demonologii. To bardzo prawdopodobne rozwiązanie, bo utopca można było spotkać nie tylko w stawie czy jeziorze, ale też w rzece, strumyku, a nawet kałuży. Wystarczyła jakakolwiek woda, a już mógł psocić i paskudzić. 

W czasie pełni można spotkać utopca na opuszczonym pomoście, zbutwiałym mostku przerzuconym nad jakimś wodnym ciekiem, albo gdzieś przy młynie, gdzie melancholijnie wzdycha do księżyca. Czasem robi przy tym buty dla swojej żony albo dzieci, czasem tylko patrzy w tę wielką, błyszczącą na niebie złotówkę. I zdarza się, że tak go ten księżych zahipnotyzuje, że zapomni wrócić do swojego podwodnego domostwa*. A wrócić może jedynie po mokrym. Kiedy więc rosa zalega na łąkach, ma jeszcze szansę, a potem to już tylko może się prosić postronnych osób. Kto go zaniósł nad wodę, mógł liczyć na pomyślność. 

Życie rodzinne


Mógł utopiec swojego wybawcę, a jeszcze częściej wybawczynię, wziąć na służbę, na jakiś czas. Był to okres, w którym utopiec sprawdzał, czy wybrany przez niego śmiertelnik rzeczywiście zasługuje na nagrodę. Dziewczyny często brane były jako pomagierki dla brzemiennych żon utopcowych. Do rozwiązania miały zajmować się w ich imieniu gospodarstwem, za co potem sowicie były nagradzane. najczęściej złotem. 

A skoro jesteśmy już przy życiu rodzinnym utopca - żoną jego była niejaka boginka, albo dziwożona, również demon wodny (planuję i obraz, i artykuł). Dziećmi zaś tak zwane podciepy. Dzieci dość szpetne, do tego paskudne z charakteru. Tak stopnia paskudne, że rodzone matki, dziwożony, podrzucały je ludziom, w zamian zabierając ludzkie niemowlęta, które zostały na chwilę pozostawione bez opieki. Potem taki podciepnięty (czyli podrzucony) podciep (czyli podrzutek), choć z wyglądu przypominła zamienione dziecko, był strasznie wredny dla rodziców, płakał jak opętany, matkę po piersiach gryzł, a jak podrósł, to płatał figle tak okrutne, że włosy na głowie dęba stajawały. Kiedy o tym piszę, od razu przypominają mi się okrzyki mojej babci, która chcąc mnie skarcić za jakiś figiel, zwykła wrzeszczeć: "Mateusz, ty pieroński podciepie!" - czego oczywiście ni w ząb nie rozumiałem... zwłaszcza, że zwykle zbierałem opiernicz za swojego starszego kuzyna. 

Wracając do utopków. Na Śląsku były tak popularne, że lud nadał im zwyczajowe imię - Jędrek czy też Jędra. Utopca można było spotkać przy każdej gospodarskiej robocie. Pole orał, siano zwoził, konia oporządzał i do młyna ziarno woził. Ot demon powszedni. Jak kto był dla niego miły, to i on nie topił, ale jak mu się kto naraził... wtedy oj oj. 

Jak rozpoznać utopca?


Co do aparycji. Wzrost - maksymalnie trzecia klasa podstawówki, czasem trochę wyższy. Skóra blada, lekko podtopiona, choć zazwyczaj utopiec widywany jest nocą, więc trudno dokładnie stwierdzić. Co stwierdzić można, to zdecydowanie długie, zrośnięte błonami palce, te u rąk i te u nóg. Do tego rozczochrane, długie i sztywne czarne włosy, na których znajduje się najbardziej charakterystyczny element utopcowego ubioru - czerwona czapeczka**. Czasem widywany jest w samych spodenkach, czasem w ancużku (czyli garniturku) jak do pierwszej komunii świętej, z tą różnicą, że ancużek jest przemoczony i z rękawów kapie mu woda. Niektóre podania mówią, że utopce mają coś dziwnego ze szczęką - podobno, kiedy potrzebują lub chcą, potrafią tak szeroko otworzyć usta, że głowa niemal dzieli się na pół, ukazując rzędy ostrych zębów. 

Polowanie i ochrona przed utopcami


Kiedy utopiec chce kogoś wciągnąć w wodę stosuje dość dziwną strategię. Na powierzchni wody, albo w przybrzeżnych szuwarach, tworzy stwór wizję, czegoś czego ofiara może pożądać. Dla mężczyzn była to na przykład butelka wódki, albo niczego sobie kapelusz, kobiety zaś mogły zobaczyć wstążkę, może jakąś ciekawą koronkę, albo kwilenie dziecka - wtedy instynkt macierzyński załatwiał sprawę). Zawsze robiły to w taki sposób, żeby dotarcie do obiektu wymagało od ofiary nachylania się nad wodą. I kiedy ofiara już się wychyliła, utopiec robił swoje. 

Często jego ofiarom udawało się ujść z życiem. Często po wschodzie słońca znajdowano mężczyzn nad brzegiem wody. W poszarpanych, przemoczonych ubraniach, z obitą mordą i odorem wódki wydostającym się z ust. Spotkanie z Jędrą było wymówką, tłumaczącą nocną absencję, straty w odzieży i aparycji. 

Niektóre opowieści mówią też o ludziach toczących z utopcami zażarte boje. Były na utopca sposoby. Przede wszystkim noszenie szkaplerza i różaniec. Ze świeckiego arsenału najważniejszą bronią były guziki ze ślubnego ubrania, używane jako naboje do procy, a w walce wręcz warto było prać stwora lewą ręką, bo bardziej go bolało. Żeby zdobyć nad utopkiem przewagę, dobrze było też zwabić go na twardą ziemię. Brak kontaktu z wodą działał na niego, jak brak kontaktu z ziemią na Anteusza. Więc na ląd i lewą Jędrę po mordzie! 

Oczywiście nie jest to walka prosta. Jakieś dwa miesiące temu, zupełnie przez przypadek, zdarzyło mi się trafić na pewnego zmagającego się z utopcem mężczyznę. Było to co prawda nad Wartą, ale walka z utopcem zdecydowanie toczyła się na śmierć i życie. W sierpniowy wieczór siedzieliśmy na pomoście z Różą i Adamem, rozprawiając o tym i o owym. Dookoła wieczorny, wakacyjny gwar. Gra muzyka, ludzie piją alkohol, rozmawiają, śmieją się, ktoś tańczy. Wszystko jest niezobowiązujące, jak to w sierpniu. Nagle dość napruty już mężczyzna wleciał do wody. Alkohol mocno przygiął go do ziemi... a ziemią było dno rzeki. Mężczyzna próbował unieść się na rękach, ale coś ewidentnie trzymało jego głowę pod wodą. Wreszcie podniósł się, desperacko łapiąc haust powietrza (zakrzyknął przy tym "żesz kur..."), po czym utopiec znów wciągnął go pod wodę. I trzymał dość długo... mężczyzna desperacko walczył o to, by jego głowa znów znalazła się nad lustrem wody. Udało mu się. Na kolejny haust powietrza. Myślę, że gdyby nie interwencja ludzi z brzegu, utopiec zabrałby sobie tego biedaka. Kiedy wyciągnęliśmy go na brzeg, miał pokiereszowaną twarz i dyszał jak po ciężkiej walce. Zresztą - to był srogi bój. Brakowało tylko bladych dłoni, trzymających swoimi długimi palcami walczącą o oddech głowę mężczyzny. Wyobraźnia i tak je dodała.  

Requiem


Skoro już jesteśmy przy umieraniu. Kiedy woda w stawie, w którym mieszkał utopiec niespodziewanie zaczyna się czerwienić, oznacza to, że demonowi przyszło zakończyć swój żywot. Do takiej wody nie wolno było wchodzić (bo to niezbyt zdrowe, poza tym córki utopcowe z rozpaczy mogą szaleć). Pamiętam, raz zdarzyło mi się być świadkiem takiej utopcowej śmierci. Mieliśmy wtedy pojechać na Paprocany (taki zalew w Tychach) popływać na kajakach. Niestety obowiązywał zakaz kąpieli bo w wodzie, zaczęło się mnożyć jakieś żyjątko na potęgę. Jakiś jednokomórkowy glon, albo pierwotniak. Podobno toksyczny. Woda była brunatna. Gdybym wtedy znał tę opowieść, pewnie zmówiłbym nad duszą biednego demona pacierz, a tak tylko się irytowałem, że ciepło, ładnie a my na brzegu... 

Na sam koniec informacja, która może już nikogo nie zainteresować, ale jest na tyle interesująca, że warto ją wrzucić. Ciekawostką o utopcach niech będzie fakt, że postacie tych demonów cieszyły się popularnością tylko w tych regionach Górnego Śląska, w których język niemiecki nie był językiem dominującym. 

***

Dzisiejszy wpis nie powstałby, gdyby nie prace Doroty Symonides, zbieraczki opowieści Górnego Śląska, która jest niezrównaną skarbnicą wiedzy na temat wierzeń i folkloru tego regiony. W szczególności przydatne okazały się dwie jej książki Śląski horror, która zbiera informacje o przesądach dotyczących górnośląskich straszydeł (nota bene, książka ta ma pierwsze miejsce, jeśli chodzi o wysokość kar, jakie otrzymałem za przetrzymanie książek z biblioteki), a także Godka za godką, będąca transkrypcją około trzystu ludowych opowieści zebranych mieszkańców regionu. 

Przypis: 

* O tym zresztą traktuje najpopularniejsze podanie dot. utopków - Utopiec i Zuzanka, znane najlepiej z wersji spisanej przez Gustawa Morcinka. 

**dlaczego czapeczka jest czerowna? Nie mam pojęcia. Być może dlatego, że utopce to tak naprawdę tylko potopione skrzaty, które zgubiły się po drodze do skrzaciego nieba... a tak zupełnie na poważnie - być może ta czerwona czapeczka określa klasę istot którymi utopce są. Podobnie jak domowe skrzaty/ chochliki można utopców obłaskawić albo wnerwić. No i jest ich całe mrowie. 

autorem obrazka Utopka, jestem ja. 

18.9.15

Opowieści i Podróże 


Na warsztacie: Klub Latających Podróżników 2.0, Klub Pisania o Podróżach im. Alfreda Szklarskiego

Z niezwykłą przyjemnością umieszczam niniejszy post. Jest on otwarciem nowego sezonu warsztatów poświęconych podróżom. Tym razem nie tylko w Krakowie i nie tylko dla dzieci, ale po kolei. 

KLUB LATAJĄCYCH PODRÓŻNIKÓW 2.0


Klub dla dzieci w wieku 6-9 odbywa się w każdy wtorek o godzinie 17.00 w Muzeum Etnograficznym im. Seweryna Udzieli w Krakowie. Podczas dwugodzinnych zajęć razem z podróżnikami przemierzamy świat, w poszukiwaniu ciekawych miejsc, niezwykłych obyczajów, fascynujących opowieści. Uczestnicy wcielą się w rolę dziennikarzy detektywów, którzy przemierzać będą  świat w poszukiwaniu podobieństw i analogii pomiędzy kulturami różnych kontynentów. Kluczem do podróży będzie przedmiot lub zjawisko. Warsztaty zachęcają dzieci do odkrywania sposobów życia na innych kontynentach i niespodzianek, jakie kryje tamtejsza przyroda. Są zachętą to bliższego przyglądania się bliskim i dalekim geograficznie zakątkom Ziemi.

Podsumowaniem każdego cyklu tematycznego zajęć będzie wspólne tworzenie Magazynu podróżniczego, które pozwoli dzieciom ćwiczyć sztukę opowiadania o podróżach.

Więcej informacji na stronie Muzeum czyli TUTAJ

KLUB PISANIA O PODRÓŻACH im. ALFREDA SZKLARSIEGO


Tym razem propozycja dla dorosłych. Dla tych wszystkich, którym marzy się rozpoczęcie przygody z pisaniem. Jak zamykać wędrówkę i jej piękno w słowach. Będziemy rozmawiać, ćwiczyć, zachwycać się światem, a przede wszystkim PISAĆ, PISAĆ, PISAĆ. 

Po co pisać o podróżach? Dla kogo? Jak to robić, żeby słowa oddawały niesamowitość obcych kultur, lub piękno egzotycznego krajobrazu? Jak opowiadać o naszych podróżniczych przeżyciach? Wspomnienia, reportaże, przewodniki, prywatna korespondencja, blogi podróżnicze, albo podróżnicze powieści awanturnicze. Każdy z tych gatunków inaczej podejmuje zagadnienie pisania o podróżach, w inny sposób korzysta z materiału, jakim są teksty źródłowe, własne przeżycia, relacje mieszkańców danego regionu, czy też eksponaty. 

Warsztaty dla wszystkich tych, którzy w formie pisanej chcą oddać zachwyt nad pięknem świata. 

Patronem nam będzie Alfred Szklarski, po pierwsze dlatego, że jest autorem kultowej serii książek o przygodach Tomka Wilmowskiego, a po drugie dlatego, że spotkania naszego klubu będą odbywały się w gabinecie autora. W miejscu, gdzie powstała chyba najpopularniejsza polska seria książek podróżniczych. On, a także inni pisarze, których pióro wędruje po rubieżach świata, będą też dla nas przykładem. Do analizy i nauki. 

Organizatorem warsztatów jest Dom Oświatowy Biblioteki Śląskiej w Katowicach. Wszelkie informacje i możliwość zapisów TUTAJ (a najlepiej dzwonić). 


***

Jeśli jesteś z jakiejś organizacji lub placówki, która miałaby ochotę zorganizować podobne warsztaty, jestem do Twojej dyspozycji. Dzwoń i pisz. 

17.9.15

Coś naprawdę wielkiego

Cz.1 Dom. 

Na warsztacie: Młody Olbrzym (Grimm)


Druga część tekstu TUTAJ


Wszyscy rodzimy się mali. Tak mali, że aż zbędni. I czasem zostajemy mali do końca życia, a czasem nie. Co sprawia, że mamy szansę urosnąć i jakie mogą być tego konsekwencje - o tym jest dzisiejsza baśń:


Pewnej chłopskiej parze przydarzył się syn. Malutki jak kciuk. Tak mały, że ojcu przydać się do niczego nie mógł. Bo ani to krowy wydoić nie umiało, ani pola zaorać, a i w szklance mleka mogło maleństwo swój żywot zakończyć.

Raz chłopiec uparł się, że chce z ojcem pójść do pracy. Ojciec trochę pod wąsem pomarudził, ale ostatecznie się zgodził. Kiedy jednak ojciec i syn byli w polu, na horyzoncie pojawił się olbrzym. Ojciec straszył nim chłopca, a wtedy stwór w kilku krokach podszedł na pole chłopa, zabrał dzieciaka i tyle ich widziano. Ojciec nie zrobił nic...

Olbrzym wziął chłopca do siebie, karmił własną piersią i wkrótce z malca zrobił się młody, silny olbrzym. Poddawał próbie stary olbrzym młodego co jakiś czas, każąc mu znaleźć dla siebie w lesie witkę, a kiedy okazywało się, że witka jest nie dość (tzn. że młody za małe drzewa wyrywa), brał go do siebie stary i dalej karmił piersią. Kiedy wreszcie młody wyrwał najtęższy w lesie dąb, stary olbrzym był zadowolony, odprowadził chłopca z powrotem do rodziny.

Rodzina przeraziła się widokiem byczka, którym stało się ich maleństwo i przepędziłaby syna, gdyby nie to, że był olbrzymem i wzbudzał w ojcu strach. Kiedy na przykład młody chciał zaorać za ojca pole, ten powiedział mu "idź precz, orać nie potrafisz", po czym siadł sobie z boku i tylko krygował chłopaka, gdy ten orał, że nie tak, że źle, że do luftu z taką pracą. A młody orał i to orał naprawdę świetnie. Podobnież matka chciała go przepędzić. Ale się bała, więc zamiast więcej krzyczeć, nagotowała mu strawy. Tylko, że młody był olbrzym i strawa jego rodziców w ogóle nie była dlań pożywna. Niesmaczna, a przede wszystkim - było jej za mało. Wykoncypował więc olbrzym, że ten dom nie jest miejscem dla niego. Postanowił ruszyć w świat, jak stał, bez laski, bo ojciec nie był w stanie zrobić takiej, która dałaby synowi podparcie. 

...i ruszył.


Małe okoliczności 


To nie jest opowieść o Tomciu Paluchu - małym jak palec, ale sprytnym i odważnym dzieciaku, którego nieduży wzrost i niezwykła błyskotliwość ratują z każdej opresji. Tomcio pomimo wzrostu, jest wielki. Tego samego nie można powiedzieć o naszym bohaterze. Nasz przyszły olbrzym jest po prostu mały. I to mały nie tylko ze względu na swój wzrost. Jego rozmiar jest objawem wszelkiego niedorozwoju - małość, którą reprezentuje to kalectwo. Fizyczne, duchowe i intelektualne. Jego wzrost oznacza mniej więcej tyle, że nie poradzi sobie w świecie. Tak przynajmniej myślą jego rodzice. A skoro tak o nim myślą, tak go też traktują. Ciągłe powtarzanie - nie potrafisz, nie dasz rady, nie ma sensu, żebyś się za coś zabierał. Za tą myślą i za tymi słowami idzie zaś izolowanie malca od rzeczywistości. Dziecko jest zdecydowanie upośledzone. Urodziło się małe, takie pozostało. Nikt w domu nie dbał o to, żeby było większe.

W tej baśni opisana jest sytuacja totalna, co w życiu zdarza się raczej rzadko. Rzadko spotykamy się z rodzicami, którzy aż tak intensywnie sadzą w dziecko kamieniami negatywnej krytyki, przez co dziecko, zamiast patrzeć w niebo i marzyć o gwiazdach, chowa głowę w piasek.


Dlaczego tak się dzieje, nie sposób wnikać. Myślę, że w Polsce kurs rzucania kamieniami defetyzmu na prawo i lewo wliczony jest w tożsamość narodową i dzieciaki dostające nimi po głowie, chcąc czy nie chcąc, szybko uczą się kamieniem posługiwać. Ale to tak na marginesie. Od samego początku odpowiedzialność za rozwój roślinki, jaką jest dziecko leży w rękach ogrodników jakimi są rodzice. Jeśli nie podlewają...

Dziecko nie rośnie, bo rodzic jest niedojrzały, emocjonalnie rozchwiany, widzi ze strony dziecka zagrożenie. Kronos zjadał swoje potomstwo. Lajos wyrzucił Edypa na śmietnik. Klasyczna grecka fabuła. Młody Olbrzym pokazuje trochę inny mechanizm. Jego bohater nie ma wgranego oprogramowania, przez co jest zawadą w poprawnym funkcjonowaniu gospodarstwa. Jego małość to całkowity brak doświadczenia.

Weźmy taki młotek. Ojciec mówi do synka: "Wbij gwóźdź!". Czy syn potrafi to zrobić? Za pierwszym razem, wielce prawdopodobne, że nie. Zanim zrozumie, jak działa młotek, będzie posługiwał się nim nieporadnie, będzie giął gwoździe i walił się po paluchach - tak wygląda nauka. Z perspektywy rodzica - ojca z wieloletnim doświadczeniem posługiwania się młotkiem - syn jest totalnym nieudacznikiem. Wyrywa mu więc młotek, wyręcza go, syn nadal nie umie, a jako bonus dostaje bardzo negatywne myślenie na swój temat. Przykład młotka być może jest prozaiczny, ale teraz przełóżcie go sobie na całą skrzynkę narzędziową, na prace domowe, na kontakty z urzędami i służbą zdrowia, na pracę zawodową, na te wszystkie dziedziny, w których dorosły już coś, a dziecko jeszcze nic. A teraz przełóżcie to sobie na poczucie własnej siły jakie buduje się w malcu. Dziecko zostaje dzieckiem... nie większym od kciuka. Całkowicie nieprzydatnym społecznie.

Krzyk malca i widmo olbrzyma


Bohater naszej opowieści jest w sytuacji małości totalnej, nie potrafi wiele. Być może nie potrafi nic, poza jednym. Potrafi krzyknąć! Potrafi powiedzieć - tu jestem. Patrz. Zauważ. Zabierz. Nie udowadnia w ten sposób, że jest zdolny zaorać pole, czy postawić chałupę, ale jest w stanie pokazać, że chce czegoś innego niż to, co własnie ma. Nie akceptuje swojej sytuacji i jedyny sposób, w jaki potrafi to wyrazić to krzyk. I ten krzyk jest początkiem jego przygody. Malec jest pięknym przykładem tego, że nawet jeśli świat nas nie chce, to my musimy chcieć świata, całą swoją piersią. Niezależnie jak mała by ta pierś była.

Ojciec zabiera malca na pole.

Co ciekawe, na tym polu wcale chłopiec nie uczy się podstawowych gospodarskich prac. Po prostu jest. Tak bezużyteczny, jak był w chałupie. Do tego, kiedy pojawia się olbrzym, ojciec mówi tylko, że jak będzie niegrzeczny, to olbrzym go porwie. Czy był niegrzeczny, czy grzeczny, nie wiadomo, olbrzym i tak przychodzi. Bo taka jest jego rola... cały czas gdzieś tam czeka. Na malca.

Dla ojca olbrzym jest czymś niebezpiecznym. Czymś, co może jemu i chłopcu zrobić "krzywdę", albo jeszcze gorzej - olbrzym jest czymś, co może chłopcu zrobić "coś" - może bolesnego, może strasznego, na pewno "coś", czego ojciec nie jest w stanie pojąć. A jeśli nie jest w stanie pojąć, to "coś" musi być niebezpieczne. Z perspektywy czasu, to dzięki olbrzymowi malec mógł rosnąć, ale ojciec... ojciec olbrzyma może się tylko bać. Wszczepia ten strach w dziecko. Skutkiem tego może być to, że kiedy olbrzym tylko się pojawia, dziecko ucieka w drugą stronę.

Często to my jesteśmy takim dzieciakiem. Definicja olbrzyma, którą dostaliśmy wraz z wychowaniem i którą w sobie nosimy mówi nam, że olbrzym to coś złego. Coś, co może nam zrobić krzywdę... Coś tak złego,  jak podróże, albo jak na przykład wybranie niestandardowego trybu życia, bez stałej pensji, bez ubezpieczenia i obowiązkowych składek ZUS. Albo tak przerażającego, jak pójście na studia od czapy, które nie zapewnią wam dobrej pracy ani góry forsy. Albo wyjście za kogoś, kto na pierwszy rzut oka nie rokuje przyszłości. Albo... dopiszcie sami, każdy wie, przed jakimi olbrzymami przestrzegają go rodzice... co wędruje po horyzoncie ich przyszłości, co jest "najgorsze", "okropne", "niepotrzebne" i "bez sensu". Na szczęście matka i ojciec wiedzą swoje, a olbrzymy wie swoje.


Zanim przejdziemy dalej, drobny przypis. Kiedy mówię "rodzice" nie mam na myśli tylko tych faktycznych, biologicznych rodziców. Chodzi raczej mentalny stan ojca, prezentowany w tej bajce. W takiej sytuacji "rodzicem" równie dobrze może być grupa społeczna, najlepszy przyjaciel, siostra, ciotka, albo ulubiony bloger. Rodzic, to każdy, kto ma na nas wychowawczy wpływ, każdy, kto powinien sprawić, że rośniemy i kto niestety, czasem rzuca w nas kamieniami. Pokazuje, że tam, gdzie jest coś naprawdę wielkiego, gdzie powinno być nasze serce, nie ma dla nas miejsca.


Pierś olbrzyma


Czym jest olbrzym? Po pierwsze jest on czymś naprawdę wielkim. Wielkim w życiu chłopca. Coś, co my, nawet jeśli jesteśmy malutcy i niedorozwinięci widzimy z daleka. I nawet jeżeli ktoś będzie nam mówił, to jest złe, nie patrz, zostaw, bezsprzecznie olbrzym pozostanie tym, co przyciąga naszą uwagę najbardziej. Pozostanie czymś naprawdę wielkim.

Druga rzecz, którą wiemy o olbrzymie jest następująca. Olbrzym jest w jakiś sposób z chłopcem połączony. Kiedy pojawia się na horyzoncie, nie zwraca uwagi na ojca. W kilku wielkich krokach zmierza prosto do naszego bohatera. Jest w tej opowieści dla chłopca i przez niego. Zabiera malca ze strefy wpływu ojca, do zupełnie innego świata.

I trzecia rzecz - olbrzym jest czymś, co karmi. Jest jak matka, jest jak ojciec, jak wszystko, czego nie dała chłopcu rodzina. Jest tym, co pozwala mu wejść w życie.

Coś wielkiego... jak sztuka, jak nasze powołanie? Coś co nas zmienia. Każdy z nas ma coś takiego swojego. Kiedyś byliśmy malutcy i to coś pojawiło się na horyzoncie, wiedzieliśmy, że to jest nasze, bardziej niż cokolwiek innego. Nie tyle Bóg, co talenty, które w nas zaszczepił. Dziedzina, w obrębie której rosną nasze własne skrzydła, rośnie nasze serce. Ta melodia, od której nogi same rwą się do tańca... to nasze. To najbardziej nasze coś. Nasz olbrzym. Przychodzi po nas i mamy szczęście, jeśli po prostu nas porwie tak zupełnie, jak porwał chłopca z omawianej baśni.


Nawet jeśli wejściowe warunki chłopca były beznadziejne, olbrzym odcina go od nich. Kim był ojciec malca - nieważne. Jakie krzywdy mu wyrządził- nieważne. Jak bardzo go ograniczał - wszystko jedno. Olbrzym jest dla chłopca tym czym ojciec, ale i tym, czym matka. Ze swoją życiodajną piersią, która eliminuje wszystkie szkody, wyrządzone dziecku przez rodziców.

Chłopiec karmi się czymś naprawdę wielkim. Jego ojciec nigdy nie mógłby pojąć misterium olbrzymowej piersi. Nigdy nie czerpał z tego źródła. Może nie mógł, a gdyby nawet to zrobił po prostu by umarł. Bardziej prawdopodobne jest to, że po prostu nigdy się nie odważył. A chłopiec pił. Stracił swoje nikczemne rozmiary, a zamiast tego stał się tym, czym się żywił. Czymś naprawdę wielkim. Podpiął się do źródła, które dało mu siłę i moc, i które sprawiło, że teraz on widoczny był z bardzo bardzo daleka.

Rwanie drzew


Proces wzrostu miał jednak swoje etapy. Olbrzym dobrze wiedział, że trochę duży, to nie znaczy naprawdę duży. Wiedział, że nawet jeśli jego podopieczny wzmocnił się mlekiem, to nie znaczy, że jest gotowy wyjść w świat. Karmił go dwa lata, potem jeszcze dwa i jeszcze dwa. Dopiero wtedy pozwolił chłopcu odejść. Cały proces stawania się wielkim trwał sześć lat. Po pierwszych sukcesach, mentor naszego bohatera mówił - jeszcze nie.

Chłopiec stawał przed dziwacznym zadaniem. Olbrzym kazał mu w lesie wybrać sobie "witkę". Kij, być może podróżny. Chłopiec wyrywał drzewo, odpowiadające jego potrzebom. I choć robił to z łatwością, próba kończyła się niepowodzeniem. Dlaczego? Zawsze wybierał za małe drzewo. Zawsze była przeszkoda, z którą mógł sobie nie poradzić. Olbrzym mówił  "wybierz sobie kij". Więc chłopiec szukał kija, skrojonego na swoje potrzeby. I kiedy chłopiec wybierał drzewo, olbrzym widział w jego reakcjach niepewność. Wybór chłopca to ciągle jeszcze było za mało. "To nie tyle, na ile pozwala twój potencjał - zdawał się mówić - Jeszcze potrzebujesz czasu".

Wielka tkwi w tym nauka, zwłaszcza, w czasach, kiedy żarcie podaje się z mikrofalówki, a sukcesy odnosi w kilka miesięcy. Oczywiście można, ale kiedy tak się stanie, nikt nie zagwarantuje, że za chwilę nie zwali się na nas drzewo trochę większe, którego nie będziemy w stanie udźwignąć. Nawet jeśli odnajdziemy swojego olbrzyma, jest taki moment, kiedy nie jesteśmy jeszcze gotowi, by sami olbrzymami się stać. Na początku, kiedy coś nam wychodzi, jest zawsze zachłyśnięcie się tym, ile już możemy. Bez opiekuńczego oka olbrzyma nad nami, możemy pomyśleć, że mamy już wszystko, że świat stoi przed nami otworem. A potem, po roku, może dwóch - nikt już o nas nie pamięta.

To trochę jak z gościem, który zaczyna swoją przygodę z siłownią. Robi masę, łyka białko, szybko rośnie. Wygląda fenomenalnie, do tego jest jest silny jak cztery muły. A rzeźba... jak w mydle. Ma wielki potencjał, na strongmana, mistrza świata w kulturystyce. cokolwiek. I nagle przestaje mu się chcieć. Dalej wcina swoje proteinki, ale już nie za często bywa na siłowni. Dalej jest duży, ale wielkością materaca, z którego spuszczono powietrze. Sflaczała góra mięsa. Pozostał olbrzymem, owszem. Ale przestał być czymś naprawdę wielkim.*


Olbrzym trzyma nad chłopakiem pieczę. I to on nadaje nam perspektywę tego, co znaczy gotowość. Jest tym, kto ma pełny obraz świata. Jest najbliżej ostateczności, która wieńczy każdą drogę. Jeśli coś robicie, nie patrzcie na tych, którzy właśnie odnieśli sukces. To wszystko młode olbrzymy i nie wiadomo jak długo żywiły się mlekiem. Nie wiadomo, czy są tylko pokaźnych rozmiarów, czy też tam w środku są czymś naprawdę wielkim. Spójrzcie raczej na tych, którzy w tym sukcesie wytrwali kilkanaście, albo kilkadziesiąt lat. Olbrzymów, którym udało się wyrwać swoje drzewa. Te najtęższe. Jeśli szukasz olbrzyma, znajdź największego.

Powrót


Młody olbrzym przechodzi swój test koncertowo. Największe drzewo w lesie, jest dla niego witką. Stary olbrzym jest zadowolony i pozwala chłopcu wracać... do domu. O konsekwencjach powrotu będzie część druga. Natomiast w tym miejscu, chciałbym zwrócić uwagę na pewien niezwykle istotny aspekt całej historii. Kiedy chłopiec wraca, pomimo, że jest olbrzymem, pozostaje synem. Być może odrzuconym, ale wciąż pokornym ojcu. Po sześciu latach spędzonych na swojej olbrzymowej edukacji, z całkiem nowym ciałem i umysłem wraca dokładnie w to samo miejsce, z którego został zabrany. Kiedy był malcem chciał pójść na pole, żeby pomagać ojcu, teraz ojcu pomaga. Relacja syn ojciec, pomimo wszystkich zmian, jakie zaszły w chłopaku, pozostała niezmieniona. Znał swoje miejsce i dalej przede wszystkim chciał być pożyteczny... dla swoich najbliższych.

A jak realizowała się ta pożyteczność? Cóż, kiedy stajemy się czymś naprawdę wielkim, rzeczy odrobinę się upraszczają... i odrobinę komplikują. Ale o tym - niebawem.


***

Przypis, albo myśl mimochodna:

*Jeszcze jedno skojarzenie z trochę innej beczki: kiedy rozmawiam z zapalonymi studenciakami polonistyki (lub czegokolwiek innego), którzy dopiero co wchłonęli teksty Barthesa, Derridy, Eliadego, Junga, albo kogoś, kto aktualnie jest na intelektualnym czerwony dywanie, odnoszę wrażenie, że mówią z wyżyn, które ich nie dotyczą. Zachłysnęli się mądrością, siłą swoich młodych mózgów zdolną przeczytać czyjś tekst ze zrozumieniem. To trochę irytujące, ale jednocześnie bardzo piękne. Aspirują wysoko, grają brawurowo... a potem. Potem znikają. Praca, nudne zajęcia dnia powszedniego i wszelkie górnolotności (w tym ideały) parują z nich, jak woda po przelotnym deszczu w lipcowy skwar. Stali się olbrzymami, ale nie stali się niczym wielkim. Na szczęście wśród nich są też ci, którzy zostali przy piersi wystarczająco długo.

dzisiejsze ilustracje sponsorują: Lava360.com, Elisabeth o Dulemba, Ilya Pozin, Bamillustration Internet,