16.2.21

 Motylki w brzuchu

foto pobrane z freepik


Na warsztacie: baśnie ameryki północnej, kobiety, motyle, miłość

Żeby podpicować trochę SEO tego tekstu, zacznijmy od krótkiego wprowadzenia. Będzie o kobietach (słowo kluczowe: kobiety), o zdradach (słowo kluczowe: zdrada), będzie o pogoni za szczęściem i zmienianiem własnego życia (słowa kluczowe: szczęście, zmień swoje życie... przy okazji dodam jeszcze ekspert i coaching, choć w ogóle się nie pojawią, ale dobre słowo kluczowe jest zawsze w cenie). I będzie o motylach... zupełnie na poważnie. 

Kto bywa na fanpejdżu Baśni na warsztacie (zachęcam), ten wie, że ostatnio w ręce wpadł mi zbiór opowieści indiańskich zebranych przez panią Teodorę Kroeber noszący tytuł Ninawa - Wieloryb Lądowy. To jeden z tych zbiorków, który wypełniają podania dość surowe, nie zawsze pełne fabularnie (czasem bez widocznej osi narracyjnej, czasem bez wyznaczonego po bożemu początku, środka i końca), za to pełne buzującej, pierwotnej wyobraźni, magicznych postaci i wydarzeń. I jak to bywa z takimi zbiorkami, po niektórych opowieściach człowiek prześlizguje się bez jakiejkolwiek reakcji, a inne włażą mu pod skórę i swędzą. 

Do tych swędzących zdecydowanie należy opowieść o chłopcu-motylu, która układała się mniej więcej tak: 

Była sobie kobieta. Przykładna żona i matka. Jej mąż należał do tych najznamienitszych w całej wiosce. Wiodło im się niczego sobie. Pewnego dnia kobieta postanowiła wybrać się na poszukiwanie korzeni. Zabrała synka do nosidła i ruszyła za wioskę. Minęło kilka godzin, malec zasnął, a ona postanowiła, że odpocznie w cieniu drzewa. W trakcie tego odpoczynku nieopodal niej przysiadł motyl. Był tak piękny, że kobieta postanowiła go schwytać. Spojrzała na swojego syna, który smacznie spał i oceniła, że może go na chwilę zostawić. Już miała złapać motyla, ale ten odleciał i przysiadł kawałek dalej. Kobietę ruszyła za nim, ale gdy tylko zbliżała się, motyl przelatywał o kilka metrów. I tak odciągał kobietę od jej życia. 

Wreszcie oboje znaleźli się daleko od miejsca, gdzie kobieta zostawiła swoje dziecko. Wtedy motyl przemienił się w pięknego młodzieńca, którego ona zapragnęła. Kobieta i chłopiec-motyl zaczęli dziko się kochać, a gdy skończyli kobieta marzyła już tylko o tym, żeby zostać z motylem. Ten powiedział, że może zabrać ją do krainy motyli, ale będzie to droga niebezpieczna. Kobieta przez całą wędrówkę będzie musiała trzymać obiema rękami za pas swojego nowego wybranka, bo inaczej przepadnie. Ona oczywiście przystała na to bez mrugnięcia i wspólnie wyruszyli. 

Droga wiodła przez krainę pełną motyli tak pięknych, że na ich widok oczy łzawiły. Kobieta pamiętała o ostrzeżeniu swojego ukochanego, ale kolory motylich skrzydeł kusiły. Tak kusiły, że najpierw próbowała je złapać jedną ręką, a potem drugą. Puściła pas swojego kochanka. Chłopiec-motyl wędrował dalej przed siebie, nie zważając, że nikt go już za pas nie trzyma. Kobieta tymczasem została w dolinie motyli goniąc to za jednym, to za drugim, to z kolei za jeszcze innym. I tak przez całą wieczność. 


Decyzje

A teraz druga historia, dokładnie o tym samym. Wyobraźcie sobie kobietę w związku. Może być też mężczyzna, bo to w sumie wszystko jedno, ale niech będzie tak jak w legendzie o chłopcu-motylu. Ta kobieta ma całkiem nieźle poukładane życie - dobrą pracę, fajnego partnera i patrząc na nią z zewnątrz niczego jej nie brakuje. 

Jednak pewnego dnia, być może całkiem przez przypadek, spotyka kogoś, kto wzbudza w niej pożądanie. Może takie, o którym zapomniała, może takie, którego nigdy wcześniej nie czuła. Nie zważając na życie, które ma, rzuca się w wir erotycznych eskapad, pełnych huraganowych uniesień i emocji, być może myląc je nawet z miłością, a nawet - kochając naprawdę. Potrwa to tyle ile trwa życie motyla, ale i tak będzie mogła stwierdzić, że to najlepszy czas jej życia. 

Na razie brzmi dobrze, prawda? Ale w tym momencie musimy przypomnieć sobie o tym, że zanim to szczęście przyszło, ona wcześniej miała jakieś życie, które zostawiła za sobą. Tak jak kobieta z legendy zostawiła w lesie swoje dziecko... na śmierć. 


Koszty

Nawet jeśli potraktujemy dziecko jedynie jako metaforę, nie powinien umknąć naszej uwadze fakt, że to bardzo kosztowna metafora. Jeśli budujemy z kimś życie, to ono jest czymś na kształt dziecka. Jest czymś wspólnym, w co oboje zainteresowanych musi sporo zainwestować. Decyzję o pogoni za motylem możemy więc porównać do przegrania wspólnego domu w pokera. Jedno decyduje, oboje tracą. 

Zanim przejdę dalej, chciałbym poczynić jedną uwagę. Sytuacja, o której piszę nie jest patologiczna. Mąż kobiety z legendy był szanowanym myśliwym, a życie między małżonkami układało się nieźle. Nie lał żony, nie wracał do domu pijany, nie obrażał jej przy znajomych. Może w ich życiu było trochę rutyny, a kobiecie przeszkadzały być może posty męża, które podejmował przed wielkimi polowaniami, ale zasadniczo nie mogła narzekać. Było normalnie. Mówimy więc o sytuacji, gdy jest dobrze, ale jednak chcemy żeby było lepiej i przez to rzucamy się w wir emocjonalnych i erotycznych przygód. 

Czytałem tę opowieść akurat w czasie, gdy jeden z moich znajomych przeżywał podobną sytuację. I pomyślałem, że ludzie nigdy się nie nauczą. Że będą zawsze liczyli na solidne oparcie w objęciach motyla (chciałoby się powiedzieć wręcz barowej ćmy), chociaż historia jest stara jak świat i nigdy nie kończy się dobrze. Zastanawiałem się, co mógłbym powiedzieć takiemu znajomemu, który zupełnie jak kobieta z opowieści, pognał już do krainy motyli. Pierwsza rzecz, która przyszła mi do głowy to nawoływanie, by się opamiętał. Ale w potem przyszła druga myśl, od której bym zaczął. 


Zmiany

Powiedziałbym mu chyba tak: co się stało, to się nie odstanie. A, jako że uciekanie w przysłowia to dość prosty unik, pozwoliłbym sobie na rozwinięcie. Odwrócenie się od starego i ruszenie za swoimi pragnieniami zmienia w życiu wszystko. Zazwyczaj na gorsze, choć nikt nie mówi, że potem nie będzie lepiej. Tego typu decyzje są jak palenie mostów, na których stoimy, albo nowe przetasowanie kart i zmianę gry, w którą tymi kartami gramy. Lubię określać takie momenty z angielskiego - game changing. Momenty zmieniające wszystkie zasady, albo nawet wywracające stół, na którym toczy się gra. I być może czasem jest to potrzebne, niezależnie od ceny, jaką przyjdzie nam zapłacić. Często jednak zdarza się tak, że nasze polowania na motyle miały być tylko odskocznią, wycieczką na łąkę. Tak przynajmniej o nich myślimy. W praktyce zamiast zabawy w entomologa, przez życie przejeżdża nam buldożer, który zrównuje to, co było z ziemią. I choć najlepszym sposobem, żeby ruszyć dalej jest zaakceptowanie strat, my się dziwimy. 

Na marginesie - nauka zajmująca się badaniem motyli to lepidopterologia. 


Ułudy 

To zdziwienie jest chyba najbardziej szkodliwe. Bo przecież zostawiliśmy nasze dziecko w lesie/wydaliśmy całe nasze pieniądze/zrujnowali perspektywy na przyszłość, a potem, gdy okazuje się, że jednak motyle skrzydła to nie solidny fundament, chcielibyśmy wrócić do tego co było. Niestety Co było to było, a co jest, to już coś zupełnie innego. Dziecko jest martwe, związek rozleciał się na kawałki, a do drzwi pukają wierzyciele. Co można zrobić, zagryźć zęby i ruszyć do przodu, prosząc o wybaczenie tych, którym po drodze dostało się za nasze ułudy. Może wybaczą, może nie, to już nie nasza sprawa. 

Naszej bohaterce może się zdarzyć też tak, że skoro w motylu odnalazła tyle szczęścia za pierwszym razem, to kolejne pewnie też dadzą. I choć uda się jej co jakiś czas złapać motyla, to ostatecznie jej życie będzie w dużej mierze pogonią. Próbą zaspokojenia swoich pragnień, zagłuszenia pustki, która nie jest tylko tym - próbą. Każdy złapany motyl nie będzie już "innym", ale tylko "następnym". Ale trudno będzie się zatrzymać. 


Zapraszam również do tekstu o Sinobrodym, w którym rozważam podobny motyw, ale z trochę innej perspektywy. Tekst Obrona Sinobrodego znajdziecie TUTAJ


Niestety taka gonitwa z siatką może stać się stylem życia. I mogę zrozumieć dlaczego nasza bohaterka goni za motylami, ale trudno mi to pochwalić i uznać za korzystne. Na dłuższą metę i na chwilę. I można to nazwać grzechami młodości, czy kryzysem wieku średniego, ale może warto byłoby spojrzeć na tego typu zachowania przez ich bilans, który zazwyczaj wypada ujemnie. 

zdjęcie pobrane z freepik

Na marginesie - odnoszę wrażenie, że dziś często nie łączy się czynów z ich psychicznymi konsekwencjami. Jakby nasza wolność i nasz stan psychiczny leżały w dwóch różnych koszach. I dzieje się tak w czasach, kiedy tyle grzebie się w ludzkich dobrostanach. Można to odnieść do relacji, ciąży, zawodu. Mówi się: "zrób co chcesz!", w miejscu, gdzie powinno się mówić: "rób co chcesz, ale pamiętaj, że nic nie pozostaje bez śladu". Niby to samo, a jaka różnica. To, że mamy wolność, nie oznacza, że nasze wybory nie zgniotą nas psychicznie. mogą zgnieść i nasza bohaterka jest tego dobrym przykładem. 


Podsumowanie

Na koniec dwa najważniejsze punkty. 

Nasza bohaterka powinna zdać sobie sprawę z dwóch rzeczy: jeśli pobiegła za motylem, to po drugiej stronie czeka ją już coś zupełnie innego, nowy, niekoniecznie wspaniały świat, w którym zasady jakie znała, nie obowiązują. Druga sprawa jest taka, że jeśli już jest po drugiej stronie, a stare leży w gruzach nie można zbudować nic nowego na skrzydłach motyli. Tinder jest fajny na przygodę czy dwie, ale nie można korzystać z niego jak z instagrama czy fejsa. 

Poza tym, ciekawi mnie co stało się z mężem tej, która pobiegła za motylami. 



REKLAMA: Zapraszam także na Dobre Wspomnienia - takie mikroaudiobooki, w których dzielę się swoimi wersjami swoich dobrych wspomnień. Rzecz znajdziecie na moim kanale youtube TUTAJ


27.1.21

Zagadka księcia


Zagadka: Świnka to, czy Pan Zagadka?

Na warsztacie: Zagadka, baśnie braci Grimm, sprawy damsko-męskie

Dziś chciałbym wspólnie z Wami zajrzeć do baśni braci Grimm pod tytułem Zagadka. Jest w niej pewien motyw, który ostatnio bardzo do mnie wraca. Chodzi mianowicie o tytułową zagadkę, którą pewien książę zadaje pewnej księżniczce. I niby historia jest prosta, ale nie do końca. Zerknijmy: 

W pewnym królestwie żyła sobie pewna księżniczka, która lubiła dostawać zagadki od tych, którzy starali się o jej rękę. Miała też takie hobby, że jeśli udało jej odpowiedzieć na zagadkę, absztyfikant, który ją zadał, tracił głowę. A że nasza księżniczka była bardzo mądra, wiele głów przyozdabiało plac przed jej pałacem. Pewnego dnia przyszedł kolejny kandydat - ot taki książę, z jednym giermkiem i jednym koniem. Ukłonił się przed księżniczką i odezwał w te słowa:

- Riddle me this: Ktoś nie uderzył żadnego, a zabił dwunastu. O co chodzi?

Książę zadał zagadkę, na którą nie potrafiła księżniczka odpowiedzieć. Ni w ząb nie wiedziała, o co księciu może chodzić. I zanim przejdę do dalszych rozważań, chciałbym zadać Wam jeszcze jedną zagadkę, nad której rozwiązaniem postaramy się wspólnie pogłowić. I wbrew pozorom, jest to bardzo prosta zagadka: Dlaczego księżniczka nie była w stanie odpowiedzieć na pytanie księcia?


Zagadki

Zanim przejdziemy do rozważań na temat postawionej przez księcia zagadki, jedna uwaga ogólna. Kiedy w baśniach i mitach ktoś komuś zadaje zagadkę, nie chodzi nigdy o to, żeby podać odpowiedź. To znaczy chodzi o to, ale wszelkiej maści kalambury i gry słowne, przede wszystkim mają na celu zweryfikować charakter tego, który odpowiada. Badają one jakość bohatera. Kiedy Edyp staje przed sfingą i odpowiada poprawnie na jej zagadkę, nie chodzi o intelektualną gierkę. Sfinga nie bada poprawności rozumowania przyszłego króla Teb, ona bada go go w całości. Przypomnijmy – odpowiedzią na pytanie zadane przez stwora był "człowiek". Edyp swoją odpowiedzią wskazuje niejako na siebie. *

Podobnie jest zresztą w baśni o Jacku i zaczarowanej fasoli. Zanim Jack otrzyma magiczne nasiona musi przecież odpowiedzieć na pytanie: "Ile to jest pięć fasolek?" które samo z siebie nie ma sensu. Pięć jest zawsze pięć. Tak mówi logika. Jednak odpowiedź Jacka wymija logikę zgrabnym piruetem. Jack kładzie fasolki na wszystkich swoich kończynach. W ten sposób mówiąc, że fasolki to tyle, co... człowiek (pisałem o tym TUTAJ). W baśniowych zagadkach mniej chodzi o odpowiedź na pytanie, bardziej o jakość odpowiadającego. I tak będzie w tym przypadku. 





Księżniczka z dzisiejszej opowieści najwyraźniej nie znała tej zasady. Najpierw przemieliła pytanie księcia przez maszynkę swojej logiki, ale, jak już wiemy, logika w takich razach jest bezużyteczna. Księżniczka zrobiła więc drugą rozsądną rzecz, czyli zajrzała do ksiąg, bo przecież księgi to mądrość. Niestety i te okazały się mało pomocne. W przypływie desperacji poprosiła swoją służącą, żeby ta poszła do księcia w przeszpiegi. Kolejna porażka, a po niej jeszcze jedna, bo służąca na przeszpiegi chodziła dwukrotnie. Księżniczka postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce i sama ruszyła incognito do oberży, w której zatrzymał się książę. I niby zyskała odpowiedź, ale książę zerwał z niej płaszcz, co wystarczyło jako dowód na to, że księżniczka sama nie wymyśliła odpowiedzi tylko ją podsłuchała. I tym sposobem książę wygrał. 


Książę i jego poprzednicy

Książę był pierwszym, który złamał zasady jakie narzuciła księżniczka. Aż się więc prosi o zapytanie, dlaczego dopiero on i kim byli jego poprzednicy? 

Tam gdzie królowała logika, umysł księżniczki był niepokonany. I co ciekawe, żaden z tych, którzy przyszli wcześniej nie potrafił tego przyjąć do wiadomości. A może przyjmowali, ale gdzieś z tyłu w ich głowach rodziło się przekonanie: "Może księżniczka jest niepokonana, ale ja jestem jeszcze bardziej niepokonany". Nie rozumieli, że słowo niepokonana, znaczy, że nikt jej nie pokonał. Co więcej - nie przekonały ich nawet głowy walające się przed pałacem, które były bezspornym potwiedzeniem, że niepokonana, znaczy niepokonana. Strategia "ja umiem lepiej" nie wyszła im na dobre, ale też pokazała księżniczce, jak lichymi kandydatami na męża byli. 

Książę chyba to zrozumiał, więc zamiast próbować pokonać księżniczkę w tym, w czym była ona niepokonana, postanowił, że zada zagadkę z zupełnie innego pola. Z takiego, na którym logika na niewiele się księżniczce przyda. Zagadka księcia dotyczyła jego samego. Książę nie probował pokazać księżniczce, że jest lepszy od niej. On po prostu rzucił jej wyzwanie. 


Wyzwanie

Bo zagadka księcia była przede wszystkim wyzwaniem! Ale nie było to wyzwanie rzuconym intelektowi księżniczki. To wyzwanie brzmiało inaczej. Brzmiało tak: "poznaj mnie!" To mówił książę do księżniczki. Mówił: "Nie interesują mnie twoje gierki, ani jakieś wymyślone zagadki. Prawdziwą zagadką jestem ja. Chcesz dobrze odpowiedzieć na moje pytanie, musisz znać wszystkie moje przygody, musisz sięgnąć garściami w moją przeszłość, musisz nie tylko odpowiadać, ale i pytać. O moje przygody, zmartwienia, nadzieje. To ja jestem zagadką. Na którą nie uda Ci się odpowiedzęć w trzy dni. Na szukanie odpowiedzi potrzebne będą Ci nie trzy dni, ale całe życie". 

Zagadka księcia mieści się w tej samej kategorii co pytanie sfingi, czy pytanie o fasolki, które starzec zadał Jackowi. 

Czasem mam wrażenie, że to jest coś, o czym bardzo, ale to bardzo zapominamy. Mam wrażenie, że coraz częściej myślimy o ludziach, że są instant. Dolewamy wody i już - gotowe. Widzę i wiem wszystko. Może coś uda nam się wyczytać z ruchów, spojrzenia, albo słownictwa, którym ktoś operuje, ale czy to pomoże nam rozwikłać zagadkę, jaką jest dana osoba? I możemy znać setki ksiąg i teorii, możemy znać kogoś z drugiej ręki i nawet z jego profilu na fejsie czy tinderze, ale to niewiele nam powie. Drugiego człowieka można rozwikłać tylko twarzą w twarz. I potrzeba na to wiele, wiele godzin.

Bo wiecie - ludzie są trochę, jak ogry... to znaczy cebule.  I żeby wiedzieć mniej więcej jaki mają smak, wystarczy wgryźć się w pierwszą warstwę. Natomiast żeby poznać takiego człowieka, względnie ogra do rdzenia, czeka nas długa i żmudna praca. Zdzieranie kolejnych warstw, które nie jest odpowiadaniem, ale jeszcze bardziej zadawaniem pytań. Jest nieustanną ciekawością drugiej osoby, bez której żadna relacja nie ma większego sensu. 

Aby to się stało, musimy traktować drugiego człowieka jak zagadkę... i chyba sami zagadką pozostawać. to wymaga pokory (tej której zabrakło poprzednikom księcia), ale też przekonania, że odpowiedź będzie ciekawa. Bo pamietajmy - zazwyczaj odpowiedzią na baśniowe zagadki jest jedno słowo - człowiek. 


*** 


REKLAMA: Zapraszam także na Dobre Wspomnienia - takie mikroaudiobooki, w których dzielę się swoimi wersjami swoich dobrych wspomnień. Rzecz znajdziecie na moim kanale youtube TUTAJ

* Skarbnicą tego typu zagadek i pytań są pierwsze rozdziały księgi rodzajów. Bóg co rusz pyta tam o rzeczy tak oczywiste, że oczy otwierają się ze zdziwienia. "Skąd wiecie, że jesteście nadzy?", "dlaczego zjadłaś jabłko?", "gdzie jest Abel?". Te wszystkie pytania nie wymagają jakiejś wielkiej wiedzy. Wymagają szczerości. niestety ani Adam, ani Ewa, ani Kain nie radzą sobie z udzieleniem odpowiedzi. Są trochę jak poprzednicy księcia... 


Bonus - o co chodziło w zagadce księcia. 

Na koniec odpowiedź na zagadkę księcia (nie jest nam ona wcale potrzebna, ale przecież nie zostawię waszej ciekawości niezaspokojonej: 

Gdy książę podróżował wraz ze swoim sługą przez świat, zatrzymał się na nocleg u starej wiedźmy. Na pożegnanie wiedźma chciała poczęstować księcia winem, ale ten wiedział, że od wiedźmy napitku ani strawy brać nie wolno. Wylał więc wino. Przypadkiem oblewając konia swojego sługi, co sprawiło, że biedne zwierzę zdechło. Odjechali, ale sługa pomyślał, że głupio tak tracić siodło. Wrócił więc i znalazł na koniu martwego kruka. Pomyślał: "nada się na rosół" i zabrał ze sobą. 

Gdy wreszcie dotarli do gospody, kazali ugotować sobie rosół i udali się na spoczynek. Okazało się jednak, że gospoda była zbójecką meliną, a zbóje chcieli zamordować księcia i jego sługę. Nie można jednak mordować bez rosołku, więc przed zbrodnią posilili się rosołkiem ugotowanym na kruczym mięsie. Niestety okazało się, że trucizna, którą otruł się koń służącego, zabiła kruka i przeniknęła do jego mięsa, a potem do rosołku i w ten sposób, choć nie uderzył żadnego, zabił aż dwunastu. 

Tak jak pisałem - bez przeżywania tego, co przeżył książę, nie da się absolutnie odpowiedzieć na jego zagadkę.