30.10.14

Zjadanie kamieni

Wilk i 7 koźlątek, Czerwony Kapturek, Baśnie Duńskie, Sinobrody, Pułapka Sinobrodego, Kronos i Zeus, Baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak,

Na warsztacie: Czerwony Kapturek, O wilku i siedmiu koźlątkach, Czarodziejskie Wzgórze, Sinobrody

Przypadek 1: Kiedy myśliwy wyzwolił Babcię i Kapturka z wilczego brzuszyska, zamiast po prostu poczęstować bestię kulką ze swojej fuzji, przytargał wraz z Kapturkiem kilka kamieni znad rzeki, po czym zaszył je w wilczym brzuchu. Wilk obudził się, zobaczył, że sprawy źle stoją, więc postanowił uciec. Kamienie jednak były tak ciężkie, że padł tylko na podłogę i tam skonał.
Czerwony Kapturek.


Przypadek 2: sześć koźlątek wyskoczyło już z rozciętego przez mamę kozę wilczego brzucha. Wilk leżał więc rozbebeszony i właściwie mama koza mogłaby go tak zostawić, żeby po prostu zdechł. Zamiast tego, poprosiła, by koźlątka naniosły z rzeki kamieni. Koźlątka naniosły, a mama koza zaszyła. Wilk obudził się i poczuł, że czuje straszne pragnienie - jakby w brzuchu miał stos kamieni. Nachylił się więc nad studnią, ale kamienie go przeciążyły i wleciał do środka, gdzie utonął.
O wilku i Siedmiu Koźlątkach


Przypadek 3: Kiedy zły goblin ("wilk") dowiedział się, że jego żona uciekła i zabrała ze sobą swoje dwie siostry, tak się zdenerwował, że eksplodował. Jego ciało zamieniło się w ostre krzemienie, o które wędrowcy ranią sobie stopy po dziś dzień.
Czarodziejskie wzgórze (baśń duńska)


Wszystkie te trzy baśnie mają w finale kamienie. Dwie w bardzo wyraźnej analogii do siebie, jedna w trochę mniej oczywisty sposób. Jednak łączy je nie tylko ten toporny rekwizyt. Żeby to wykazać postarajmy się odpowiedzieć na następujące pytania: 

Kto był ofiarą "wilka"?


W przypadku baśni ze zbioru braci Grimm, zachowanie wilka jest niemal identyczne. Zarówno w stosunku do koźlątek, jak i do Czerwonego Kapturka wilk zachowuje się dokładnie tak samo. Nie atakuje od razu, raczej najpierw "bawi się" jedzeniem, grając ze swoimi ofiarami w grę "kto kogo oszuka?". Albo lepiej - "Najpierw cię oszukam, a potem zjem". Jakby oszustwo było nieodzownym elementem polowania. Warto więc zadać pytanie, co ten element mówi nam o ofierze.

Po pierwsze mówi, że wilk nie chce tylko napchać brzucha, że nie szuka tylko mięsa. Że polowanie zaczyna się w umyśle. Zarówno wilka, jak i ofiary. W przypadku koźlątek, wilk chce sforsować ich bariery zabezpieczające. Chce przedostać się z zewnątrz do środka. Narzędzie, które pozwala mu zapanować nad tą przestrzenią, jest inteligencja. To wdzieranie się wilka w terytorium należące do małych koźlątek jest niezwykle sugestywnie pokazane. Wilk kawałek po kawałku wyciąga informacje od swoich przyszłych ofiar. A koźlątka, nie mając zielonego pojęcia, czym to grozi, mówią wilkowi dokładnie to, co bestia chce wiedzieć. Kapturek robi dokładnie to samo. Po pierwsze sam paluszkiem pokazuje, gdzie wilk ma się udać, po drugie daje się zwieść z drogi. Także w tym przypadku wilk symbolicznie przekracza próg przestrzeni, która należy do Kapturka.

Wilk i 7 koźlątek, Czerwony Kapturek, Baśnie Duńskie, Sinobrody, Pułapka Sinobrodego, Kronos i Zeus, Baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak,

Trzecia opowieść to trochę inna historia. Ma ona konstrukcję Sinobrodego. Goblin bierze sobie żony, które mają mu dowieść swojej wierności przez nie wchodzenie do pewnego pomieszczenia. Kiedy tam wchodzą zaczarowane jabłko wpada do beczki z krwią (należącą oczywiście do pomordowanych wcześniej kobiet). Potem goblin sprawdza jabłko. Jeśli jest we krwi, żona ląduje w beczce. To klasyczny model pułapki Sinobrodego. W opowieści goblin rekrutuje swoje żony spomiędzy trzech sióstr. Robi to, zadając pytania:

- Potrafisz piec chleb?
- Nie.
- Potrafisz warzyć piwo?
- Nie. 
- Podobam ci się?
- Nie. 
- Chciałabyś być moją żoną?
- Nie. 
Więc goblin skręca wybrance kark - i do beczki. Druga kandydatka ma więcej oleju w głowie, więc na wszystko odpowiadała "tak". Ostatecznie jednak jabłuszko wpadło do kadzi z krwią, więc goblin... skręcił jej kark - i do beczki. 

Z początku goblin wydaje się być całkiem rozsądnym gościem. Szuka żony, więc zadaje jej szereg iście gospodarskich pytań o jadło i napitek, no i oczywiście o sprawy damsko-męskie. Pytania te nie są jednak pytaniami o dziewczynę samą. Raczej pokazuję, gdzie ma być jej miejsce. Wyznaczają jej przestrzeń. Ma karmić, poić, adorować. W zasadzie model poprawny i doskonały, ale po pierwszym dialogu wiemy, że nad całymi tymi zalotami wisi widmo śmierci. Goblin nie szuka żony, on poluje. Kiedy dziewczyna dostaje w rękę jabłko, jej przestrzeń zostaje całkowicie oddana goblinowi - wilk jest w domu. 

Ofiarami padają istoty młode. Przede wszystkim pod względem psychicznym - koźlątka, to wciąż nie kozy, Czerwony Kapturek, to dziewczynka per se, a siostry z ostatniej opowieści do najstarszych nie mogą należeć, jako, że dopiero co mają być za mąż wydane (co oznacza, że choć na progu, wciąż jeszcze pozostają w swoim dziecięctwie). Już mają postawione jakieś systemy obronne - przedstawione jako drzwi, albo przestroga mamy, albo umiejętność odpowiadania na pytania tak, jak chce tego goblin - więc już prawie są gotowe, żeby same wziąć świat w swoje ręce. Wszak mama ufa i koźlątkom, i Kapturkowi. Siostry są już na tyle dojrzałe, żeby stać się żonami. Wziąć odpowiedzialność. Teraz powinien nastać ich czas... 

Co robił "wilk"?


I wtedy przychodzi wilk. Jego pierwszą robotą jest pokazanie, że dzieciaczki wcale nie są gotowe na przejęcie steru. Nie - stara, sprawdzona inteligencja musi być górą za wszelką cenę. To przecież do niej świat należy. Nowe musi znać swoje miejsce w szeregu. Robi coś fajnego, chce pomóc światu, niech próbuje - przyjdzie wilk i wykorzysta to, co młode uważa za swoją misję (jak na przykład Kapturek), by wyjść na swoje. Wilk, podważa to, co robi młode. A kiedy mu się to uda, młode traci swój cały sens. Przestaje być użyteczne. A bezużyteczna młodość nadaje się już tylko do pożarcia. 

Wilk i 7 koźlątek, Czerwony Kapturek, Baśnie Duńskie, Sinobrody, Pułapka Sinobrodego, Kronos i Zeus, Baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak,

To najlepiej objawia się w Czarodziejskim Wzgórzu, żona przestaje nadawać się do czegokolwiek nie dlatego, że złamała zakaz, ale dlatego, że zgodziła się na to, by goblin włożył w jej rękę jabłko. Dopiero najmłodsza z sióstr, przełamuje nieszczęsną passę, wkładając jabłko do szuflady przed  zanim wejdzie do krwawej komnaty. 

Co się stanie, jeśli młode zostanie pozbawione swojego sensu, a potem pożarte? 


Nic. I być może do tego zmierzają wilki. By nic się nie stało. Rzeczywistość nie ma możliwości zmienić się, bo stare jest już wyleniałe i ciągle głodne. Nie wchłania młodego z jego ideami. Najpierw zabija idee. Wyrywa młodości serce... potem, zjada już tylko mięso.

Pracownik, który w głowie nosi najwspanialsze nawet innowacje, jeśli będzie musiał ciągle dostosowywać się do chromego systemu, w końcu straci serce. Zwierzęta pociągowe jego pomysłów pozdychają. Jeśli wie, jak o siebie zadbać, ucieknie z takiej pracy, zanim zdechnie ostatni z pomysłów. Albo będzie pielęgnować swoje zwierzaki na innym polu.

Pracowałem kiedyś z grafikiem, który prowadził podwójne życie: "W pracy robię gnioty, jakie mi każą, ale przynajmniej za duże pieniądze. Za to po pracy, robię projekty za darmo - za to robię, co chcę". Kiedy zmieniał pracę, nowy pracodawca zachwycał się tymi projektami "po godzinach" i zatrudnił znajomego grafika z tak zwanym ręki pocałowaniem. Po czym kazał mu robić gnioty. Grafik się nie zrażał i dalej prowadził podwójne życie. Ale to był mądry grafik.

Bohaterowie dzisiejszych baśni mają trochę inne podejście. Idą do firmy, jaką jest las wilka z głową pełną pomysłów, po czym dzień po dniu gasną, patrząc na kwiatki, na które wilk wskazał łapą. I przychodzi dzień, kiedy coś przestaje im pasować. Stają przed łóżkiem babci, albo przed swoim wielkim marzeniem, które teraz jest już czymś innym (bo znowu wilkiem) i być może po raz ostatni pytają, co to się porobiło? Dlaczego to, co wyobrażali sobie tak a nie inaczej, teraz ma wielkie uszy, oczy i zęby? Albo wchodzą w związki, odpowiadając na wszystkie pytania goblina szczere tak, a potem krok po kroku zapominają, dlaczego w ogóle za niego wyszli. W ich rękach znajduje się jabłko, a w ustach automatyczne tak, na każde słowo męża-goblina. I bynajmniej działa to tylko w jedną stronę. To co skostniałem i stare, zawsze będzie chciało wchłonąć myśli tego, co młode by młode stało się puste. Nie ma znaczenia, czy goblin będzie mężczyzną, czy kobietą. Beton jest betonem. 

A czym są kamienie?


A kamienie są światem, który stwarzają sobie "wilki". Lasem bez bohaterów, pustą scenografią. Kamienie są materializacją tego, co wilki chcą uczynić ze światem. Nie pozwolić mu się poruszyć. Koźlątka przegrywają, jednak dzięki dobrej kooperacji tego, co młode z tym, co stare (współpraca dwóch pokoleń), udaje się wyciągnąć je z brzucha. Wielka, wszechogarniająca idea wilka, pozostaje pusta. Domaga się zapełnienia. Mama koza prosi więc koźlątka by naznosiły kamieni. Tego, co wieczne, ciężkie i najmniej żywe z rzeczy, które mogły nawiedzić pierwotny umysł. Zamiana młodego (koźlątka) w kamienie, to piękny obraz tego, do czego zmierza świat wilka, który młode traktuje tylko jak coś, co w najlepszym wypadku jest po prostu gorsze. Przynajmniej w tej interpretacji. 

Wilk i 7 koźlątek, Czerwony Kapturek, Baśnie Duńskie, Sinobrody, Pułapka Sinobrodego, Kronos i Zeus, Baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak,

Jeśli wilkom się nie uda, nie szkodzi - w środku i tak są z kamienia. Ich idee rozpękną się na tysiące kawałków i zalegną na drogach, by kaleczyć stopy wędrowców po wsze czasy. Wszak kamienie są nieśmiertelne. 

W tych baśniach jest jeszcze jeden piękny wizualnie obraz. Obraz czasu. Koźlątka taszczą kamienie znad rzeki. biorą więc to, co twarde, wieczne i niezmienne z miejsca, które samo jest płynięciem, które oznacza potęgę przemiany, jak nic innego (co mogłoby nawiedzić pierwotny umysł). I kiedy patrzymy na łapki koźlątek, widzimy, że kamienie są wygładzone przez nurt. Rzeczny otoczak jest dowcip opowiadany skazańcowi tuż przed egzekucją. Skazanym jest wilk, a dowcip opowiada historię gościa, który wierzył, że świat się nie zmienia, że świat jest jak kamienny blok, albo lita skała. W puencie zaś pojawia się otoczak... albo kanion Kolorado. 

Omfalos


I mógłbym tutaj skończyć, ale przez cały czas pisania w głowie huczy mi jeszcze jedna myśl. Chyba najbardziej klasyczna wersja opowieści o wilku, młodym i kamieniach. 

Przypadek 4: Kronos dowiedział się, że zostanie pozbawiony władzy przez najmłodszego ze swoich synów. Profilaktycznie zjadał więc wszystkie swoje dzieci zaraz po urodzeniu. Rea, jego żona, postanowiła, że co za dużo, to niezdrowo, więc kiedy narodził się Zeus, zamiast chłopca, podała Kronosowi owinięty w pieluchę kamień. Kronos go połknął. Zeus dorósł, wyzwolił swoich braci, a ojca pokonał. Kamień zaś, który pożarł Kronos został wstawiony przez Zeusa do Delf, gdzie znajduje się omfalos - pępek świata.

***

Dzisiejszy wpis graficznie sponsorują: Lisbeth Zwerger, BoraNera, Daniel Egneus, Maria Hayes, Thom Kinzel, Victor Vasntetsov

26.10.14

Klub Latających Podróżników – tam, gdzie kiedyś była Persja

Baśnie na warsztacie, dzieci i podróże, Izrael, Jerozolima, Klub latających podróżników, Bliski, Mateusz Świstak, MEK, Koran, ropa naftowa

Na warsztacie: Klub Podróżników, Muzeum Etnograficzne, zajęcia dla dzieci, Kapitan Herman, Iran i Irak

Ziemie w okolicach rzek Eufrat i Tygrys oglądały wiele. Były świadkami narodzin pierwszej cywilizacji. Oglądały wielkie babilońskie miasta, pierwsze pismo, oglądały jeden z cudów świata - wiszące ogrody. Oglądały powstanie imperium Perskiego i sukcesów jego władcy Dariusza. Wreszcie widziały wędrówki proroka Mahometa i powstanie Islamu. 


Będziemy rozmawiać o Koranie, będziemy rozmawiać o Sumerach, będziemy rozmawiać o wyścigach wielbłądów, a także o pewnym Panu, mieszkającym w Polsce, którego odkrycie sprawiło, ziemie w okolicach rzek Eufrat i Tygrys wyglądają dziś zupełnie, zupełnie inaczej niż 100 lat temu. 


ZAPISY TUTAJ


Z dziennika kapitana (o Fadi, czyli zakazach... o piratach, których zawsze na Madagaskarze było mnóstwo i o pewnym odkryciu kapitana):

Rok 1912, 2 grudnia, tuż przed śniadaniem

(...)
Tak oto znaleźliśmy się bez noclegu w miejscu prawie tak nieznanym, jak ruandyjska dżungla. Cóż, lepsze jednak to niż niemiła Francuska gospodyni. 

Nie musieliśmy szukać długo - kilka przecznic dalej Pimple wynalazł dla nas dość zapuszczony dom. Za to ogród był duży, a gospodarz o oliwkowej skórze przywitał nas z szerokim uśmiechem i otwartymi ramionami. 
- Salam e! - zawołał
- Salami - odpowiedział Pimple. 
- Salam e! - to po naszemu Dzień dobry, a Tonga soa to witajcie!
- Zatem Salam e! - powiedziałem - szukamy właśnie noclegu i... 
- Noclegu przerwał spiesznie. nocleg już na wasz czeka. Już czeka. 

Rzeczywiście czekały na nas dwa pokoje. I to, jak mi się wydaje, czekały od dawna, bo na pościeli leżała warstwa kurzu, a w prawie wszystkich kątach rozgościły się już pająki. Cóż. Wolałem jednak kurz i pająki, niż niemiłą gospodynię, która nie szanuje ludzi tylko dlatego, że są stąd... albo że są anglikami. 

Przy kolacji dowiedzieliśmy się, że nasz gospodarz jest Malgaszem. Podobno od nazwy jego ludu pochodzi też nazwa Madagaskar. Jego, żona była piękną, czarną kobietą z ludu Bantu, który przybył na wyspę kilkaset lat później. Teraz z radością czekali na swoje pierwsze dziecko. 

Przy kolacji był też stary mężczyzna. Sąsiad, albo jakiś daleki krewny naszego gospodarza. I przez cały czas dziwnie mi się przyglądał. Jakby coś do mnie miał, jakby coś chciał powiedzieć, albo jakbym mu coś zrobił. Sam nie wiem. 

Kiedy szedłem do swojego pokoju, Pimple zatrzymał mnie i cicho powiedział: 
- Kapitanie? Czy zauważył Pan, jak ten stary na pana patrzył?
- Zauważyłem. 
- Chyba musimy być ostrożni. 
- Tak - przytaknąłem. - to dobry pomysł. Dobranoc Pimple. 

Rok 1912, 2 grudnia, po kolacji

Przy śniadaniu, było jeszcze gorzej. Nie dość, że stary znowu się na mnie patrzył, to sprowadził jeszcze drugiego starca i teraz patrzyli się obaj. Niestety, kiedy chciałem dowiedzieć się, o co chodzi, po prostu... uciekli. 

W tej samej chwili do ogrodu wbiegła grupa dziwnych zwierząt. Trochę przypominały koty, trochę małpy, a trochę psy. Miały długie pasiaste ogony i trochę głupkowaty wyraz twarzy. Jakby nigdy nic wskoczyły na stół i zaczęły wyjadać nam owoce z talerzy. Rozbawiło mnie to, więc pozwoliłem, żeby moje grejpfruty. Pimple najwyraźniej miał na ten temat inne zdanie, gdyż zaczął prychać i przepędzać zwierzaka.
- Fadi! - krzyknął - Nie wolno! Nie wolno! Nie wolno! Nie wolno łamać Fadi! 

- Czego? - zapytaliśmy niemal jednocześnie.
- Fadi, znaczy "nie wolno". To bardzo ważne, żeby nie łamać fadi. Zakazów.

- Jakich na przykład? - spytałem. 
Gospodarz pokazał palcem na siedzące przy misce dziwne zwierzę:
- Nie wolno na przykład atakować ani polować na lemury. 
Zupełnie nie wiedziałem, o co mu chodzi. usiedliśmy więc i gospodarz zaczął wyjaśniać, że na Madagaskarze obowiązuje wiele "Nie wolno" i nie wolno robić wielu rzeczy, bo to obraża zamarłych na których tutaj mówią RAZANA. A Nie wolno obrażać zmarłych, bo oni opiekują się żywymi. 
- Czego więc nie wolno robić? - dopytywał Pimple. 
- Nie wolno na przykład pokazywać palcem na groby, nie wolno jeść wieprzowiny, ani na przykład nie wolno mówić o noworodkach, że są brzydkie, bo jeszcze im tak zostanie. No i nie wolno polować na lemury. chcecie wiedzieć dlaczego?

Oczywiście, że chcieliśmy. Gospodarz rozsiadł się wygodnie i cmoknął na jedno z siedzących na stole zwierząt. Lemur wskoczył mu na kolana zupełnie jak kot. 

- To wydarzyło się w jednej z wiosek. Mężczyźni wychodzili do dżungli, żeby upolować coś do jedzenia. Wyszedł jeden i nie wrócił. Wyszedł następny, również nie wrócił. Wyszedł następny i jeszcze jeden. A każdy mężczyzna, który żegnał się ze swoją rodziną. Z żoną, synem, albo córką, żegnał się po raz ostatni. Kiedy las zamykał się za ich plecami, zamykał się na zawsze. Wreszcie doszło do tego, że w wiosce nie pozostał ani jeden dorosły mężczyzna. Przerażeni mieszkańcy postanowili, że wyślą chłopca do lasu, żeby sprawdził, co stało się z mężczyznami.. on też nie wrócił. Ale, kiedy słuch po chłopcu zaginął ktoś wrócił do wioski. Najpierw jeden, potem drugi, potem trzeci i czwarty, i piąty lemur. Tyle ich wróciło, ilu mężczyzn zniknęło. Lemury Indri. 
- Takie jak te? - pokazałem na siedzącego na stole stworka.
- Nie, to są katta. Indri są większe. A potem na koniec przybył jeszcze jeden, malutki lemur, który poprzednio zapewne był chłopcem wysłanym na poszukiwanie mężczyzn. 

- No ale co się stało? - dopytywał Pimple. 
- Nikt nie wie. Dżungla i czary w niej mieszkające są zbyt potężne, żeby poznać wszystkie jej tajemnice. Czasem trzeba po prostu powiedzieć sobie - tak się stało. Ale tak też powstało fadi. Nie wiadomo, czy lemur nie był kiedyś jednym z myśliwych. Lepiej więc w ogóle nie zjadać lemurów. 



Rok 1912, 3 grudnia, po kolacji

(...)

Dopędziłem starego w czymś, co wyglądało jak rozpadająca się tawerna. Był przerażony i trząsł się gorzej niż Pimple pod Ścianą Płaczu, zanim zdążyłem coś powiedzieć on zaczął bełkotać: 
- Kapitanie Alfredzie, oddam, oddam wszystko. Tylko proszę nie krzywdź mnie. Nie zabieraj. Wiernie strzegłem tajemnicy, którą powierzyłeś mojemu dziadowi. Czasem łamałem fadi, ale to przecież nas nie dotyczy, prawda?

Postanowiłem, że nie będę go wyprowadzać z błędu i powiedziałem tylko: 
- Wiesz gdzie mnie znaleźć. Oddaj, a potem znikaj precz.

Starzec wymknął się z tawerny jak spłoszony szczur. A ja rozejrzałem się dookoła. Madagaskar był kiedyś wyspą, którą upodobali sobie piraci jako kryjówkę, gdy zbliżał się cyklon. Zwijali się tutaj, żeby przeczekać okres sztormów i gdy znów zrobi się pogoda, wyruszyć na łupieżcze wyprawy na Ocean Indyjski. W szczególnym niebezpieczeństwie były statki płynące do Mekki i oczywiście okręty handlowe płynące do Indii lub wracające z Indii. Miejsce, w którym się właśnie znajdowałem korzystało z pirackiej legendy wyspy. Na ścianach wisiały stare portrety sławnych zbójców morskich: Henry Every, Thomas Tew, William Kidd, Alfred Herman. 
Co? Herman. Spojrzałem uważnie na twarz osoby na portrecie i przeraziłem się. Wyglądał prawie kubek w kubek jak... ja. No, może jak ja przebrany za pirata, ale nie było wątpliwości, że nieprzypadkowo nosimy to samo nazwisko. Przyjrzałem się dokładniej podpisowi pod portretem: 

Alfred Feliks Jonatan Herman. Zwany też Kapitan Krwawa Piącha. 

Więc to z nim pomylił mnie stary. Robiło się coraz ciekawiej. 


Rok 1912, 4 grudnia, przed południem

Nawet nie mam zamiaru schodzić do ogrodu. stary podrzucił mi pod drzwi paczkę, której zawartość jest zbyt niesamowita, żeby zamiast o niej napisać, pójść na śniadanie w towarzystwie lemurów. 

Obudziło mnie pukanie, ale kiedy otworzyłem drzwi, na wycieraczce znalazłem jedynie zalakowaną, skórzaną teczkę, która miała chyba ze sto lat. Na laku odciśnięta była pieczęć - czaszka trzymająca w zębach nóż. Ledwie udało mi się odczytać napis na zabrudzonej skórze. Wyblakłe litery mówiły: 

Otworzyć mogę to tylko ja. A. K. P. Herman. Złamanie pieczęci to łamanie Fadi o przekleństwo Razany. 

Szczerze mówiąc nie wierzyłem w prawdziwość tej całej fadi. Poza tym, jest przecież napisane A. K. P. Herman. Czyli powiedzmy Artur Kapitan Pan Herman. Czyli się zgadzało. Niewiele czekając złamałem pieczęć i otworzyłem teczkę. Ze środka wypadł list. 

Witaj Hermanie. 

Jeśli nie jesteś jednym z tych psów zdradliwych, musisz być Hermanem. Może masz na imię Jasio, może Edzio, a może Euzebiusz. Dla mnie to już nic nie znaczy. Ważne, że jesteś Hermanem. Tak, jak ja.  
Pozwól, że się przedstawię - nazywam się Alfred Feliks Jonatan Herman, choć moje poczynania na wodach oceanu Indyjskiego zapracowały mi na przydomek Krwawa Piącha. Kiedy czytasz ten list, moje kości już dawno zamieniły się w proch.  
Nim zostałem piratem pływałem na Brytyjskich żaglowcach eskortujących okręty handlowe. Niestety podczas jednego z rejsów zostaliśmy napadnięci przez kilka pirackich statków. Większość mojej załogi zginęła w walce. A mnie wzięto do niewoli. Znając odrobinę piracki obyczaj, postanowiłem, że będę walczyć o swoje życie do końca. Miałem do wyboru, albo dać się wyrzucić za burtę, albo stanąć do pojedynku z siedmioma zbirami na raz. Pomyślałem, że jak mam ginąć, to nie bez walki. Podniosłem więc swoją szablę i zanim ją opuściłem siedmiu zbirów leżało na pokładzie błagając mnie o litość.  
Piracki obyczaj w takich sytuacjach dawał mi prawo wyzwać także kapitana statku. Wyzwałem go więc. Także on dołączył do swoich koleżków. Reszta marynarzy widząc, że ich kapitan do niczego już się nie nadaje od razu zaproponowali mi, bym to właśnie ja został nowym kapitanem.  
I tak właśnie zostałem piratem. Początkowo nie chciałem łupić innych statków, ale żądza przygody piała w mojej krwi za każdym razem, gdy widziałem inny żagiel na horyzoncie. I wolność. Czułem, że świat należy do mnie.  
Przemierzyliśmy ocean Indyjski wszerz i wzdłuż siejąc postrach pośród handlowych szalup. Łupiąc je niemiłosiernie i zdobywając przy tym nie lada kosztowności. Część z nich pozostawiłem dla takich jak ty. Hermanów, którzy nie boją się łamać Fadi i którzy też wiedzą czym jest przgoda. Szukaj wskazówek w labiryncie białych zębów. Znajdziesz tam mapę, która poprowadzi cię dalej. Mój daleki daleki krewniaku. A jeśli nie jesteś Hermanem i złamałeś właśnie fadi, lepiej nie zasypiaj, bo od teraz, każdej nocy będę cię odwiedzać w snach, i będę ci robić takie rzeczy, których sam diabeł by nie wymyślił.
Z poważaniem A. K. P. Herman

Robiło się coraz ciekawiej. Więc mój przodek, jeśli był moim przodkiem, był piratem... Był podobny i podobnie jak ja, lubił zapisywać różne rzeczy. No i do tego słowa, które do mnie dotarły były bardzo ale to bardzo kuszące. Skarby, tuż pod moim nosem. Tu na Madagaskarze.

Pimple zapukał do mnie po śniadaniu, przyniósł mi herbatę i miskę owoców.


- Sierżancie - zapytałem z tajemniczą miną. 
- Tak kapitanie? 
- Nie mialbyś ochoty wyruszyć ze mną na poszukiwanie skarbów? 

19.10.14

Klub Latających Podróżników – W krainie lemurów

Baśnie na warsztacie, dzieci i podróże, Madagaskar, Lemury z Madagaskaru, Szalom, Izrael, Jerozolima, Klub latających podróżników, Kultura Żydowska, MEK, Mateusz Świstak, Muzeum Etnograficzne, Szalom, Żydzi,

Na warsztacie: Klub Podróżników, Muzeum Etnograficzne, zajęcia dla dzieci, Kapitan Herman, Madagaskar

Odlatujemy we wtorek, 21 października, o godzinie 17.00 


Madagaskar jest wyspą wszystkiego. Każda jej część charakteryzuje się innym krajobrazem, żyje tutaj niezliczona ilość gatunków zwierząt i roślin nie występująca nigdzie indziej na świecie, żyją ćmy, żywiące się łzami śpiących ptaków i przede wszystkim żyją lemury. 

W dzienniku Kapitana znajdziemy informacje o jego przygodach na tej czwartej co do wielkości wyspie na świecie. O tym, jak targował się z pewnym ośmioletnim chłopcem na wielkim targowisku w stolicy wyspy Antananarywie oraz jak gubił się wapiennym labiryncie Tsiyngy de Bemaraha.

ZAPISY TUTAJ


Z dziennika kapitana (tym razem ekskluzywnie - więcej niż podczas zajęć):

Rok 1912, 25 sierpnia, zaraz po podwieczorku, Jerozolima

W Jerozolimie jest coraz więcej Brytyjczyków. Można więc napić się spokojnie herbaty i zjeść kilka herbatników dokładnie takich jak w domu. Oczywiście poza Anglikami jest tutaj znacznie więcej innych narodowości. Turcy, Arabowie i Żydzi... i każda z tych narodowości ma inne obyczaje. I czasem, całkiem przypadkiem, przez niewiedzę można wpaść w nie lada tarapaty. Nie muszę nadmieniać, że naszą przygodę znów zawdzięczamy sierżantowi. Co trzeba przyznać, tym razem było prawie o włos od bardzo, bardzo poważnych konsekwencji. Ale po kolei. 

W czwartek poszliśmy do dzielnicy, której pomiary mam nadzorować przez najbliższe dwa tygodnie. Pimple wyciągnął mnie na tak zwaną "przechadzkę" po mieście. Całą drogę opowiadał mi o tym, czego to nie przeczytał na temat Jerozolimy. Czasem pokazywał coś palcem i krzyczał:
- Kapitanie, to jest brama, która nazywa się od imienia króla Dawida (tego samego, który pokonał Goliata), a tamta to jest Złota Brama. Jest zamurowana, bo tutaj ma być na koniec świata sąd! Więc chyba dobrze, że jest zamurowana... 


- Zdecydowanie - odpowiedziałem - znaczy to, że może zdążymy jeszcze dojść do domu na kolację. 
Pimple zupełnie mnie nie słuchał. Był tak podekscytowany, że ciągnął mnie od uliczki do uliczki i pokazywał tylko, palcami. Że pójdziemy do domu Piłata, że do domu Kajfasza, albo do grobu króla Dawida, albo na Golgotę... co chwilę zmieniał zdanie... i drogę. Chciał mi pokazać tak bardzo wszystko, że koniec końców, zgubiliśmy się. 

- No tak... kapitanie... chyba teraz pan powinien poprowadzić. - powiedział, po czym schował się za mną. 

Przyznam szczerze, że odnalezienie właściwej drogi w Jerozolimie nie jest rzeczą prostą. Budynki tutaj wykładane są kamieniami i wszystkie uliczki są do siebie podobne. Wykorzystując swoją intuicję i doskonałą orientację w terenie udało mi się wreszcie odnaleźć, mniej więcej odpowiedni kierunek i dotarlibyśmy z pewnością do celu, gdyby nie... 

... dotarliśmy do miejsca, przy którym stało wielu mężczyzn. Muszę przyznać, że zachowywali się dość dziwnie: niektórzy wkładali karteczki w mur, przy którym stali, inni opierali o ten mur głowy i coś mamrotali, jeszcze inni dziwnie się bujali, krzyczeli, a nawet tańczyli.


Baśnie na warsztacie, dzieci i podróże, Madagaskar, Lemury z Madagaskaru, Szalom, Izrael, Jerozolima, Klub latających podróżników, Kultura Żydowska, MEK, Mateusz Świstak, Muzeum Etnograficzne, Szalom, Żydzi,


- Kapitanie - wyszeptał niepewnie Pimple - tutaj dzieje się coś dziwnego, lepiej pójdźmy inną drogą. 

Nie mogłem nie zgodzić się z Pimplem. Cicho, jak najciszej zaczęliśmy wycofywać się z tamtego miejsca, jednak stojący najbliżej mężczyzna już nas dostrzegł. Zaczął coś krzyczeć, pokazywać na swoją głowę, na której nosił czapkę wyglądającą jak zwinięty kot, a potem na nasze głowy, na których nie było zgoła żadnej czapki. 

- Na Boga, nic nie rozumiem - powiedział Pimple.
Nastała cisza... cisza bardzo złowroga. Obok tamtego mężczyzny stanęli następni. Wszyscy mieli posępne bardzo miny i patrzyli na nas, jakbyśmy zrobili coś bardzo złego... poczułem, że robi mi się bardzo zimno. Szczególnie, że niektórzy zaczęli schylać się po kamienie. 

- Chyba zaraz zemdleję - usłyszałem za plecami słaby głos Pimple'a. 
- Sierżancie. Radzę ci zachować spokój... I W NOGI!

Odepchnąłem mężczyznę stojącego na naszej drodze i co sił w nogach zaczęliśmy pędzić przed siebie. Jak najdalej od tamtego miejsca. Tłum mężczyzn gonił nas zawzięcie. Co jakiś czas słyszałem świst przelatującego obok kamienia. Co jakiś czas słyszałem jak Pimple krzyczy: AUĆ! moja ręka! AUĆ! moje ucho! AUĆ! mój tyłek!

Wreszcie, choć uciekaliśmy dzielnie, trafiliśmy na ulicę, która kończyła się... murem. 
Widziałem tylko, jak spłoszone krzykami ptaki odlatują ponad dachami budynków, widziałem, jak w zaułek wlewają się mężczyźni. Potem zamknąłem oczy. Choć mężczyźni dalej krzyczeli, byłem tak przerażony, że usłyszałem tylko ciszę. Czekałem, aż pierwszy kamień trafi mnie w czoło albo w nos. Nawet ciężkie sapanie Pimple'a było zupełnie nieistotne. 

Nie usłyszałem jednak kamienia, nie poczułem nic. Zamiast tego ktoś ciepłym głosem powiedział. 
- Szalom.

(wrócił Pimple, mówi, że są jakieś ważne sprawy do omówienia. do zapisków postaram się wrócić później). 

Godzina 22.12

(dom pogrążony już we śnie, na stole stoi lampa naftowa, ołówek porządnie zaostrzony, a w kubku resztki kawy, która choć już dość zimna, wciąż pachnie aromatycznie - wracam zatem do zapisania swoich wspomnień)

Minęła dość długa chwila zanim odważyłem się otworzyć oczy. Kiedy to zrobiłem, zobaczyłem, że tłum, stoi nieruchomo i słucha siwego mężczyzny. Mężczyzna na oko był odrobinę wyższy od Pimple'a, za to trzy razy chudszy. Na pierwszy rzut oka był bardzo stary, ale stał prosto i dumnie. Był ubrany w czarny płaszcz do kostek, a na głowie miał coś, co z daleka wyglądało jak okrągła serwetka... albo po prostu za mała czapeczka. Najbardziej imponująca w jego wyglądzie była jednak broda. Biała, dobrze wyczesana i sięgająca prawie do piersi. W dłoni trzymał kapelusz.

Mówił coś do mężczyzn, rytmicznie machając palcem, jakby im groził, a ci słuchali go bardzo uważnie i rytmicznie machali głowami, jakby im dyrygował. Po chwili, która wydawała się wiecznością, mężczyźni upuścili kamienie i bez słowa odeszli. Pozostał tylko starzec. 


- Pimple... już po wszystkim - powiedziałem.
- Już nie żyjemy?


Sierżant leżał zwinięty w kłębek pod ścianą i trząsł się jak galareta dziabnięta widelcem. 

- Nie, jesteśmy uratowani.

Ten, któremu zawdzięczamy nasze ocalenie podszedł do nas i z dobrotliwym uśmiechem powiedział:
- Szalom!

- Szum szum! - odparł Pimple. 

Mężczyzna się roześmiał. 
- Szalom! To znaczy "pokój". To tutejsze pozdrowienie, bardzo mądre i ładne pozdrowienie zresztą. 

- Wyglądacie, jakby zaschło nam w gardle. Chodźcie, napijemy się wody i może coś przekąsimy. 

Siedliśmy w niewielkiej restauracyjce z wielką ciemnozieloną markizą. Wszyscy, których mijaliśmy patrzyli na idącego z nami mężczyznę z wielkim podziwem. Czasem ktoś podchodził, mówił coś do niego, on odpowiadał i osoba odchodziła jakby z uśmiechem. Kelnerzy traktowali go z wielki szacunkiem. 

Nazywał się Izaak ben Jacob i był jednym z Jerozolimskich rabinów. To znaczy, nauczycieli. Na pytanie, czego uczy, odpowiedział tajemniczo - Pisma. 

- Uczę, żeby nie zdarzały się takie rzeczy, jak dziś pod Ścianą Płaczu. 

- Gdzie? - Zapytaliśmy z Pimplem równocześnie. 

- W pradawnych czasach w tamtym miejscu została wybudowana pierwsza świątynia. Powstała dokładnie według opisu jaki Wszechmogący przekazał Mojżeszowi. To niesamowite - sam Pan B-g opowiedział, jak ma wyglądać Jego dom. Podał każdy wymiar! Wielki dom, z kolumnami zdobionymi w owoce granatu, wykutymi przez największych mistrzów. Wszechmogący powiedział, że kiedy świątynia powstanie, zamieszka tam jego Imię. Obiecał też, że ktokolwiek przyjdzie do tej właśnie świątyni i pomodli się może liczyć na to, że jego prośby zostaną wysłuchane. Tu przecież mieszkało imię samego Wszechmogącego!

- To musiało być fantastyczne - powiedziałem. 

- Owszem, było... niestety - i tutaj rabin Izaak zmarszczył czoło, nie wyglądał srogo, wyglądał raczej... smutno - mój naród nigdy nie słuchał uważnie rabinów... i nie był zbyt posłuszny Wszechmogącemu i kiedy tylko nadarzyła się okazja, przestali Go słuchać. Wtedy B-g zapłakał i zakrył oczy rękami. A jak zakrył je rękami, to nie widział, jakie nieszczęścia przydarzają się jego ludowi. Z dalekiego Babilonu przybyli groźni najeźdźcy, porwali wielu młodych Izraelitów (tak mówił o Żydach), a świątynię... zburzyli. Potem próbowano ją odbudować i nawet się to raz udało. Ale mój lud, znowu odwrócił się od Wszechmogącego i świątynia znów została zniszczona... tym razem przez Rzymian. 

Wypił łyka wody, po czym ciężko westchnął: 

- Jedyne, co zostało to tamten mur, na który trafiliście. Wierzymy, że modlitwy wypowiadane tam, wciąż docierają bezpośrednio do Uszu Wszechmogącego. To bardzo ważne miejsce dla każdego Żyda. Musicie więc wybaczyć, temu, który zaczął na was krzyczeć za brak nakrycia głowy. 

Na te słowa Pimple oburzył się:
- Chcieli w nas rzucać kamieniami za to, że nie mieliśmy czapek!?

Rabin pokręcił głową: 
- Nie, za to chcieli na was tylko nakrzyczeć. Kamienie poszły w ruch, kiedy któryś z was wymówił imię Wszechmogącego. 

Spojrzeliśmy po sobie nie do końca wiedząc, o co rabinowi chodzi. 

- Imię Wszechmogącego, to rzecz najświętsza, nie wolno więc wspominać o nim bez potrzeby. 
- Ale ja powiedziałem tylko "Na Boga, nie wiem o co chodzi" - tłumaczył się Pimple. 
- I to wystarczyło, żeby chcieli wam rozkwasić czoła kamieniami. Czasem tak bywa. Na szczęście udało mi się przekonać, że nie bez powodu wspomniałeś Wszechmogącego. 

- Czy mogę wiedzieć, co im powiedziałeś? - spytałem. 

- Oczywiście. Powiedziałem, że jako goj, prosiłeś Pana B-ga o to, żeby wam wytłumaczył co się dzieje, bo bez pomocy Wszechmogącego, nie potrafiłbyś zrozumieć nic a nic. 

- Jako kto? 

- "Goj", to znaczy ktoś, kto nie jest Żydem. Nie musi więc wszystkiego rozumieć, ale Wszechmogący wysłuchał modlitwy Twojego kolegi. 

- Tak? - zdziwiłem się. 

- Tak - rabin puścił nam oko - przysłał do was mnie. 



Rok 1912, 26 sierpnia, godzina 22.15, Jerozolima

Spotkanie z rabinem było tak fascynujące, że postanowiłem zaprosić go na podwieczorek następnego dnia (czyli dzisiaj). W moim biurze zjawił się punktualnie. Spakowałem więc teczkę, zostawiłem wszystkie sprawy pod opieką Pimple'a i udałem się z rabinem do znajdującej się niedaleko kawiarni. 

Zaproponowałem, żebyśmy zamówili omlet na bekonie, na co Izaak tylko się roześmiał. 
- Jeszcze wiele musisz się nauczyć o tym mieście i o nas Żydach. Nie wolno nam jeść wieprzowiny. 
Zdziwiłem się:
- Macie jakieś problemy z żołądkami? 
- Nie. Świnia nie jest zwierzęciem koszernym. 
- Koszernym?
- Jeśli coś nie jest koszerne, to znaczy, że Wszechmogący zabronił nam tego jeść, albo dotykać. 
- I wy się słuchacie?
- Oczywiście. Ty jesteś kapitanem. 

Zgodziłem się - tym właśnie byłem. Rabin Izaak ciągnął dalej: 


- Więc kiedy dostaniesz rozkaz od swojego pułkownika albo generała, to musisz go wykonać, prawda?
- Nie tylko muszę, ale czynię to z najwyższym zaszczytem. 
- Widzisz, kapitanie, dawno temu i my Żydzi dostaliśmy rozkazy, ale nie dał ich nam żaden pułkownik ani generał. Mojżesz,nasz przywódca, dostał je od samego Pana B-ga. Musisz przyznać, że to chyba lepiej niż od nawet najlepszego generała. 




Nie mogłem się sprzeczać. Rozkaz od samego Pana Boga, to zdecydowanie coś lepszego niż rozkaz od generała... nawet najlepszego. 

- I nie wolno wam jeść wieprzowiny, żeby słuchać rozkazów... Wszechmogącego. 
- Jest tego trochę więcej. 
- Trochę więcej... rozkazów?
- Odrobinę. 

Nie mogłem nie zapytać: 

- Ile to jest ta odrobina? 
- 613 - powiedział serdecznie Izaak. 

Widząc moje wielkie oczy, po prostu chwycił swój kubek herbaty, żeby skryć za nim swój uśmiech i wziął niewielkiego łyka: 
- Najważniejsze to przede wszystkim czcić Wszechmogącego. A potem kochać bliźniego, jak siebie samego. 
- Ale 613 rozkazów, tego nawet nie da się zapamiętać! - protestowałem, nie do końca słuchając Izaaka - a co dopiero wykonać.
- Kapitanie. Tego NIE da się samemu Wykonać. 
- Więc po te wszystkie...
- ... przykazania. Żebyśmy uczyli się polegać na Wszechmogącym. Bo on może to, czego my nie możemy. Bo widzisz, być Żydem, to nie to samo, co być Anglikiem, Polakiem czy Francuzem. Być Żydem to przede wszystkim ufać Wszechmogącemu i jego Słowu. 
- I nic więcej?
- To bardzo wiele. Możesz być gdziekolwiek, a jeśli będziesz nosił w sercu Jego Słowo, zawsze będziesz Żydem. A tak przy okazji wypełniania przykazań. Będziemy musieli się za chwilę pożegnać. Słońce nisko, więc i Szabat zbliża się wielkimi krokami. 

- Co?

- Szabat. To dzień, w którym Wszechmogący odpoczywał po stworzeniu świata. Zaczyna się w piątek o zachodzie słońca i trwa do sobotniego zachodu słońca. I każdy Żyd nie może w nim pracować. I każdy Żyd powinien spędzić go ze swoją rodziną i przyjaciółmi. 

- I co się wtedy robi?
- Jak to co? Naśladuje Wszechmogącego! Odpoczywa, śpiewa, modli.

Rabin wstał od stołu ukłonił się z wielką gracją, po czym drobnymi kroczkami wyszedł. Mały punkcik jego pleców wkrótce zniknął w kamiennych ulicach Jerozolimy. Dopiłem spokojnie herbatę po czym wróciłem do biura. Gdzie przez kilka kolejnych godzin kończyłem piątkowe obliczenia. Z ulicy dochodziły mnie radosne śpiewy szabatowe... westchnąłem ciężko, na myśl o tym, że także w sobotę czeka mnie długi dzień pracy. 


Pomyślałem, że Szabat, to może wcale nie jest głupi pomysł... dlaczego mój generał nie daje mi takich rozkazów? 

(Dziękuję za zgodę na udostępnienie zdjęcia spod Ściany Płaczu Ani i Marcinowi Nowakom)

13.10.14

Klub Latających podróżników – Herbatka przy Hummusie cz.2, czyli Szalom

Baśnie na warsztacie, dzieci i podróże, Etiopia, Hummus, Humus, Izrael, Klub latających podróżników, Lewant, Izrael, Jerozolima, Żydzi, Szalom, Kultura Żydowska, Mateusz Świstak, Muzeum Etnograficzne,

Na warsztacie: Klub Podróżników, Muzeum Etnograficzne, zajęcia dla dzieci, Kapitan Herman

Odlatujemy we wtorek, 14 października, o godzinie 17.00 

Szalom znaczy „Pokój!”, znaczy „Witaj!”, znaczy „Cześć!”.  Często można usłyszeć to powitanie, wędrując ulicami Jerozolimy. Bo tym razem tam właśnie zaprowadzą nas nasze podróżnicze kroki. Spotkamy się tam z niezwykłą kulturą żydowską, dowiemy się, kiedy wolno pracować, a kiedy nie, co znaczy słowo „koszerne”, „Tora”, „rabbi”, „menora” i „jarmułka”, dowiemy się także, dlaczego Ściana Płaczu jest Ścianą Płaczu i czym było Ucho Igielne. Będzie to też okazja opowiedzenia o losach Jerozolimy.

Na koniec przygotujemy pewien wyjątkowy świecznik.  

ZAPISY TUTAJ


Z dziennika kapitana (czyli relacja sierżanta Pimple'a dotycząca pewnej kłótni):

Rok 1912, 13 sierpnia, połowa pory suchej, 16.30, Bejrut. 

Przybyliśmy do stolicy Libanu i zabawimy tu przez kilka najbliższych dni. Potem Pimple sugeruje, żebyśmy możliwie szybko dotarli do Jerozolimy. Można to zrobić albo łapiąc karawanę z Damaszku, stolicy Syrii, albo, jeśli szczęście dopisze, podłączyć się do jednej bezpośrednio stąd. Po dokonaniu pomiarów wschodnich części miasta, o które zostałem poproszony, mamy udać się na południe, Nad morze Czerwone i statkiem aż do Rogu Afryki i Etiopii.

Sierżant Pimple, który organizuje moją podróż, tak to zaplanował, żebyśmy dotarli do Addis Abeby pod koniec pory suchej. 


- Pimple - zapytałem - czy nie lepiej będzie, gdyby jednak NIE padało? 
- Kapitanie. Im bliżej równika, tym będzie miało to mniejsze znaczenie. Tam i tak pada... ciągle. 

Postanowiłem przyjrzeć się temu zagadnieniu dokładniej i na wszelki wypadek kupić sobie porządny parasol... ale nie o tym miałem przecież pisać. 

Dziś rano Pimple wrócił bardzo zaaferowany wydarzeniami, jakie miały miejsce podczas jego porannej wyprawy do sklepu. 

- Kapitanie - opowiadał, chodząc po pokoju - proszę sobie wyobrazić, no proszę sobie wyobrazić! Wchodzę do małego sklepiku - Pimple mówi strasznie przez nos, do tego nosi okulary i jest niskim, grubiutkim rudzielcem... no i ma piegi - wchodzę do tego sklepiku i witam się ze sprzedawcą, któremu na imię ni mniej, ni więcej, jak tylko Omar. To bardzo miły Arab w pięknym niebieskim turbanie (tak zwanej Kafiji, albo jak wolą niektórzy arafatce), Pytam go o coś dobrego do jedzenia. Bo myślę sobie, że skoro jestem w nowym kraju, to mogę skosztować coś nowego, z tego. Coś nowego i pysznego. Omar daje mi słoiczek pasty. 

W tym miejscu zza Pimple podaje mi słoiczek, o którym mówił. Jasnobrązowa gęsta masa, wyglądała (muszę przyznać) mało apetycznie. Za to pięknie pachniała sezamem. Pimple ciągnął dalej: 

- "Hummus", mówi sprzedawca. "Tradycyjny arabski, najlepszy przysmak. Śmiało, proszę kosztować!" Więc kosztuję. No i mogę śmiało powiedzieć, że mogę śmiało kupić. Pychota. Potargowaliśmy się chwilę, biorę słoiczek i wychodzę. Idę kawałek dalej, wchodzę do sklepiku, gdzie sprzedawcą jest młody Żyd - Dawid. I tak samo pytam o jakiś przysmak. Dawid bez namysłu wyciąga słoiczek z hummusem i mówi - "Pyszny, żydowski specjał, Hummus, jak się patrzy".

Hummus - myślę sobie, że przecież tamten Arab... No, ale będę uprzejmy. Kosztuję. Dokładnie to samo. Mówię więc "Dziękuję, już kupiłem hummus w jednym arabskim sklepiku".

"Co? - Oburzył się Dawid - Od Araba? Prawdziwy hummus, mój panie tylko od Żyda! TYLKO!" po czym wręczył mi całą michę hummusu i zdenerwowany powiedział, że na koszt firmy. Po czym... wyprosił mnie za drzwi. Sam idzie do sklepu Omara, Ze środka słyszę krzyki, widzę zaciśnięte pięści, a potem obaj wybiegają przed sklep. Dawid pokazuje na mnie palcami i trajkocze coś, czego ni w ząb nie rozumiem. 


Baśnie na warsztacie, dzieci i podróże, Etiopia, Hummus, Humus, Izrael, Klub latających podróżników, Lewant, Izrael, Jerozolima, Żydzi, Szalom, Kultura Żydowska, Mateusz Świstak, Muzeum Etnograficzne,
Sierżant Pimple w wykonaniu Sonii. 

Omar widząc w moich rękach miskę Dawida, wraca do sklepu i wybiega z całym wiadrem hummusu. Wciska mi go w rękę i krzyczy, że prawdziwy, że prawdziwy.  A Dawid na to zamawia dla mnie rykszę. I kiedy wsiadam, wstawia do środka jeszcze dwa wiadra, prawdziwego, żydowskiego hummusu. 

Potem Pimple mówi, żebym zszedł do jadalni, więc schodzę, a tam trzy wiadra, miska i słoik hummusu.  Skosztowałem trochę z miski... naprawdę dobre. Niemniej, już zachodzę w głowę, co my z taką ilością hummusu zrobimy. 

Nagle pukanie. Otwieram drzwi, a tam: 
- O nie... - powiedział tylko Pimple.

Do domu wszedł mężczyzna w niebieskim turbanie, a za nim kilku innych. Miał przepraszającą minę. 


- Najmocniej przepraszam, że tak skąpo obdzieliłem hummusem, ale już naprawiam, już naprawiam. 

Klasnął w dłonie, a mężczyźni, którzy z nim przyszli stawiają przed nami wiadra... z hummusem. Każdy jedno, a było ich siedmiu. 

- Pimple? - zapytałem kiedy wyszli - Czy mógłbyś mnie oświecić, co my teraz zrobimy z tym całym hummusem. 

Pimple przełknął ślinę: 

- Zjemy...? - odparł niepewnie. 


12.10.14

Po drugiej stronie pieca
z cyklu "morały" baśni

Jaś i Małgosia, śmierć Baby Jagi, Męskość, Kobiecość, Męskość i kobiecość, Mateusz Świstak, Baśnie na Warsztacie, Rytuał przejścia w baśniach

Na warsztacie: Jaś i Małgosia, morał baśni

Zazwyczaj baśń o Jasiu i Małgosi urywa się po śmierci czarownicy. Wiedźma płonie, a dzieci wracają do domu, gdzie żyją długo i szczęśliwie. Jednak gdybyśmy przeczytali dokładnie, jak to się wydarzyło w baśni, okazałoby się, że pomiędzy zatrzaśniętymi drzwiami pieca, a "żyli długo i szczęśliwie" jest jeszcze cała masa interesujących detali:
 - Chodź Jasiu, czarownica nie żyje, jesteśmy uratowani.

Jasio wyskoczył jak ptaszek z klatki. Jakże się dzieci cieszyły, jak się ściskały za szyje i całowały! A ponieważ zła czarownica już nie żyła, weszły do jej izdebki. Ujrzały tam mnóstwo skrzyń z perłami i klejnotami.

- Ach, to ładniejsze jeszcze niż kamyczki - rzekł Jaś i napełnił nimi kieszenie, a Małgosia dodała.

- I ja coś zabiorę do domu - i napełniła fartuszek.

- A teraz pójdziemy, aby jak najszybciej wyjść z tego lasu.

Po kilku godzinach doszły dzieci nad wielką rzekę, a jaś rzekł:

- Jakże przejdziemy przez rzekę? Nie widzę na niej kładki ani mostu.

A Małgosia dodała:

- Ani łódki nie ma, ale tam płynie biała kaczka, może ona nam pomoże.
I zawołała:
Kaczuszko kaczusio,
Nie ma mostu koło rzeczki

Nie ma nawet łódeczki,

Przewieź Jasia z Małgosią! 
Kaczuszka podpłynęła, a Jaś siadł jej na grzebiecie, prosił, aby i Małgosia siadła z nim.

- Nie - odparła dziewczynka - kaczuszce byłoby za ciężko. Ja przepłynę później.

Dobra kaczuszka przewiozła ich po kolei, a gdy się znaleźli no drugiej stronie rzeki, las wydał im się znajomy, i wreszcie uradowane dzieci ujrzały z daleka chatkę rodzinną. Pobiegły więc szybko i po chwili zawisły na szyi ojca.

Zła macocha nie żyła już, a ojciec trapił się ciągle myślą o dzieciach pozostawionych w lesie. Małgosia wysypała z fartuszka perły i drogie kamienie, które potoczyły się po podłodze, Jaś zaś wyjmował z kieszeni pełne garście klejnotów. Tak więc troski ich skończyły się i w radości żyli wszyscy troje przez długie jeszcze lata.
Koniec bajki, dzieci! A tam myszka leci! Kto ją złapie niech zrobi z niej wielki płaszcz futrzany uszyje. 
( Baśnie Braci Grimm, tłumaczenie Emilia Bielecka, Marceli Tarnowski, tom 1, s. 94-95, Warszawa1989) 

Dziś chciałbym się zastanowić, co zmieniło się dla Jasia, co dla Małgosi, co dla świata po tej stronie pieca, gdzie nie ma już czarownicy. 

Przypadek: Jaś


Wejściowo: Jaś był całkiem bystrym chłopcem, w którego kilkuletniej główce w toku opowieści zrodziło się całkiem sporo dobrych pomysłów. Potrafił znaleźć drogę do domu, potrafił mobilizować swoją siostrę do akcji i powstrzymywać jej ataki paniki, a na koniec, potrafił zmobilizować się, żeby nie siedzieć bezczynnie w jednym miejscu, ale zrobić coś ze swoim życiem. Ba nie tylko ze swoim - wszak  za rękę wciąż trzyma przecież Małgosię. Niestety - przyszłą chwila, w której wszystko, co Jaś miał dobre doprowadziło tak jego, jak i Małgosię, do chatki czarownicy.

Sam Jaś popadł w bezruch i zaczął obrastać tłuszczem. Jako mężczyzna potrzebował ocalenia, którego sam sobie nie mógł dać. To mogło przyjść jedynie od strony Małgosi. Po to zresztą jesteśmy kobietami i mężczyznami, żebyśmy naprzemiennie mogli ocalać tak siebie, jak i świat. Bo czasem potrzebna jest Jasiowa logika, a czasem Małgosiowa zdolność robienia wielkich oczu. Świat tylko męski, to świat albo nad wyraz okrutny, albo (jak w tym przypadku) świat bezruchu.

Jaś i Małgosia, śmierć Baby Jagi, Męskość, Kobiecość, Męskość i kobiecość, Mateusz Świstak, Baśnie na Warsztacie, Rytuał przejścia w baśniach

Więcej na ten temat w tekście O dwóch męskościach

Wyjściowo: Kiedy przychodzi ocalenie, Jaś prawie wcale się nie zmienia. Znów jest spryciarzem, który potrafi dostrzec okazję i skorzystać z niej. Kiedy widzi przed sobą perły, doskonale wie, że trzeba je zabrać. Stanowią przecież rozwiązanie problemu, z którym dzieci weszły w opowieść. Był brak, jest zapełnienie tego braku - nie było jedzenia, teraz będą pieniądze, żeby kupić go ile dusza zapragnie. Jednak w tej scenie jest o wiele więcej. Z jasiowym postrzeganiem świata dzieje się coś bardzo ważnego - widzi, że to, co jest przed nim, jest lepsze. Wcześniej kamyczki zamienił na chleb (nastąpiło przejście od lepszego, do gorszego) teraz, już po doświadczeniach klatki, w jego kieszeni następuje alchemiczna przemiana białych kamyczków/okruszków chleba w perły/drogocenne kamienie. To samo dzieje się też w nim. Z nieruchomego grubasa zamkniętego w celi, momentalnie staje się lekki jak ptaszek. To, co Jaś potrafił od początku, uwzniośla się i szlachetnieje. W esencji pozostaje jednak tym, czym było od początku. Można więc pokusić się o stwierdzenie, że nie mamy nic, poza tym, co... mamy. Naszą misją jest więc wykorzystanie tych narzędzi, cech i talentów tak, by z grubasa, przemienić się w lekkiego ptaka. I wzlecieć... jak wysoko się da.


Przypadek: Małgosia


Wejściowo: O ile Jaś przedstawia się nam jako mały spryciarz od samego początku, Małgosia nie ma za dobrego wejścia. Aż do domku czarownicy, jedyne, co potrafi robić dziewczynka to mazgaić się. Płacze, beczy, jęczy i cieknie jej z nosa. Jest całkowicie zdana na Jasia. Nawet w chwili, kiedy wiedźma pyta, kto zjada jej domek, potrafi tylko po Jasiu powtórzyć - "To tylko wiatr". 

Przyszedł jednak moment, że Jasia zabrakło. A kiedy to, co męskie popada w bezruch, to co kobiece, musi zacząć działać. To czyni też Małgosia. Pójście na służbę do wiedźmy jest tylko początkiem. Chwilą, w której Małgosia zdana na samą siebie wie, że będzie w stanie sobie poradzić. I radzi sobie. Kiedy nadchodzi próba, wykorzystuje dwie rzeczy - swoje umiejętności do uwiedzenia starej wiedźmy, oraz siłę swoich rąk. To pierwsze może zawsze w sobie miała, to drugie zaś pochodzi zdecydowanie z pracy, którą musiała wykonywać, gdy Jaś przepadł.

Jaś i Małgosia, śmierć Baby Jagi, Męskość, Kobiecość, Męskość i kobiecość, Mateusz Świstak, Baśnie na Warsztacie, Rytuał przejścia w baśniach

Wyjściowo: Małgosia zyskała więc dwa potężne narzędzia. Poza tym jednak stało się jeszcze kilka bardzo ważnych i ciekawych rzeczy. Oczywiście uwolniła Jasia, dzięki czemu świat mógł powrócić do harmonii. Co jednak ważne, to jej pomoc, sprawiła, że Jaś mógł wyfrunąć ze swojej celi jak ptak. 

Czy, być może, nie jest więc tak, że to właśnie kobiecość sprawia, że męskość może wzlatywać, wzlatywać wyżej niż się tego początkowo spodziewamy? Kobiecość ocala męskość od śmierci, a do tego - ocala męskość od przeciętności, od stagnacji i bylejakości. I chyba nieważne jest, czy chodzi tu o kobiecość, która mieszka w każdym mężczyźnie (jeśli ten wcześniej jej nie zabił), czy to po porstu kobieta u jego boku. Ważne, że mężczyzna nie odnajdzie tego w sobie... bo Bóg nie tak go zaprojektował. 

Żeby nie było, to działa w obie strony. Podobnie jest z kobietą - na początku powtarzała po Jasiu ("To tylko wiatr") i na koniec powtarzała ("I ja coś wezmę do domu"). W pierwszym przypadku, idąc za Jasiem, pozwoliła wciągnąć się w pułapkę, za drugim zaś, współuczestniczy w tej alchemicznej przemianie czegoś pospolitego w drogocenny kruszec. Czy w złe, czy w dobre, mężczyźni i kobiety zawsze ciągnąć się będą za sobą. Po śmierci czarownicy, to Jaś wie, co zrobić. Małgosia wie, że warto zrobić to wraz z nim. 

To, co wydarza się nad rzeką, jest jednak o wiele bardziej imponującym przykładem zmian, jakie zaszły w Małgosi. Jaś, zapoznawszy się z dostępnymi informacjami, bezbłędnie konstatuje, że nie mają jak przeprawić się przez rzekę (nie ma kładki ani mostu). Małgosia ciągnie jego wywód jeszcze dalej (ani też łódki). Potrafi więc korzystać z tego samego narzędzia, które jest głównym atutem jej brata. Jednak potrafi spojrzeć ponad to. Nie posługuje się już czystą logiką, to ciągle domena Jasia, ale szuka rozwiązań w innej sferze. Dostrzega białą kaczkę - ostatniego z trzech ptaków, pojawiających się w opowieści. Ptak - sprawca ich wędrówki, przewodnik przez wszystkie przygody symbol duchowości naszych dzieci, symbol opatrzności, symbol tego, co wykracza poza ich zwyczajność... być może. 

Jaś i Małgosia, śmierć Baby Jagi, Męskość, Kobiecość, Męskość i kobiecość, Mateusz Świstak, Baśnie na Warsztacie, Rytuał przejścia w baśniach

Jaś od razu chce wyeksploatować go do końca, jednak Małgosia się na to nie zgadza. Ona wie, co znaczy być wykorzystywaną, bo sama tego doświadczyła (prawie do całkowitego wypalenia... i to dosłownego), nie zgadza się więc na to, by wykorzystywać innych. Pozwala Jasiowi płynąć najpierw, a sama czeka. To piękny symbol kobiecej empatii i troskliwości, którego główne zadanie zostaje spełnione - oboje przedostają się na drugi brzeg. 

Odnoszę wrażenie, że po świecie chodzi wiele Małgoś, które o tym zapominają. Że szukają czarownicy, by odnaleźć swoją moc, a potem zostawiają Jasia po drugiej stronie rzeki, albo pozwalają mu płynąć, same zostając. Efekt jest taki, że na obu brzegach panuje samotność. Być może pełna mocy, ale... to wciąż samotność. Odnoszę też wrażenie, że po świecie chodzi wielu Jasiów, którzy przez ufność w swoją chłodną logikę, zatapiają kaczkę* i zamiast przepłynąć na drugi brzeg, idą na dno, wraz z Małgosią i kieszeniami pełnymi tego, co drogocenne. Że po świecie chodzi wielu Jasiów, którzy zapominają, że to od nich Małgosie się uczą. Że to ich przykład i wsparcie może sprawić, że Małgosia spojrzy na rzeczy z innej perspektywy... nawet lepszej od niego**. 

Bycie Jasiem i Małgosią to bycie w zespole. Małgosia bez Jasia zginęłaby przy ognisku, Jaś bez Małgosi zginąłby w chatce z piernika. Małgosia bez Jasia nie dostąpiła by swojej "alchemicznej" przemiany, Jaś bez Małgosi pozostałby na brzegu czarownicy. No i jeszcze jedno - gdyby nie to, że oboje razem się zmienili, zło pozostałoby na świecie. 


Przypadek: Świat


- Ale tej rzeki nie było! - zbuntowała się pewna dziewczynka podczas warsztatów z Baśniowej Szkoły Rysunku. 
- Faktycznie... - zdziwiłem się - ... więc skąd ona tam się wzięła? 
Cała grupa zamyśliła się ciężko. Powietrze zgęstniało od wytężonej pracy umysłowej pięciolatków. Nagle zgłasza się inna dziewczynka: 
- Bo czary Baby Jagi przestały działać.

Jaś i Małgosia, śmierć Baby Jagi, Męskość, Kobiecość, Męskość i kobiecość, Mateusz Świstak, Baśnie na Warsztacie, Rytuał przejścia w baśniach

Wejściowo: Baśń o Jasiu i Małgosi to jedna z baśni, obdarzonych najmroczniejszym wstępem. Matka nie żyje, macocha to prawdziwy potwór, dookoła panuje głód, a dla dzieci nie ma powrotu do domu. Nawet nadzieja ocalenia zostaje odebrana, kiedy macocha zapina na drzwiach żelazną kłódkę, by Jaś nie mógł po raz drugi nazbierać kamyków. Jest tylko noc i wycie wilków w lesie. No i oczywiście to największe zagrożenie, gdzieś pośród ciemności. Śmierć polewana lukrem i pachnąca piernikami. Śmierć, która w lesie jest właśnie po to, by takie dzieci jak Jaś i Małgosia mogły odnaleźć w niej swoją zgubę. 

Ten świat to domena złej wiedźmy. Wartości są tutaj zawieszone. Nikt nie przeciwstawia się złu. Nikt nie może dzieciom pomóc... albo prawie nikt. Bo Jaś ma Małgosię, a Małgosia Jasia. 

Kiedy dzieciom udaje się przetrwać, a wiedźma ginie, wciąż pozostają one po tej "złej" stronie. A jak powiedział Ktoś bardzo mądry: "młode wino potrzebuje nowych bukłaków". Jaś i Małgosia wyszli zwycięsko ze swojej próby, wyszli już jako ktoś inny. Nie mogą więc pozostać w świecie czarownicy. W baśni ukazane jest to jako rzeka, która ni stąd, ni zowąd zjawia się pomiędzy tym, co  kiedyś było ich życiem, a miejscem, w którym się teraz znajdują.

Powrót do domu nie jest więc po prostu drogą wstecz. Jest drogą do nowego. To, co stare zostaje na starym brzegu i nawet jeśli przy chatce pod lasem dzieci znajdą swojego ojca, to wszystko będzie inne. Tamten ojciec, który pozwolił zabrać dzieci do lasu, jest po drugiej stronie rzeki, ten rozumie swój błąd. Tamta kobieta, która zostawiła ich w lesie nie ma prawa istnieć na nowym brzegu. Zmarła pod nieobecność dzieci. Być może to Małgosia wrzuciła ją do pieca (dzieci często utożsamiają macochę z wiedźmą). Być może zaś żyła, ale tam, po drugiej stronie rzeki, który Jaś i Małgosia opuścili... być może na zawsze. 

Przekroczenie progu, to nie przekroczenie progu domu czarownicy***, ale przepłynięcie rzeki, wielkiej granicy, która jest oczyszczeniem. Chwilą zmycia z siebie i starego życia, i popiołów po spalonej wiedźmie. 

Po śmierci wiedźmy zmienia się wszystko - zmieniamy się my, zmieniają się ci, za których jesteśmy odpowiedzialni, a wreszcie, zmienia się świat. I co najlepsze - nie zmienia się na coś całkiem innego. On staje się lepszy... po prostu lepszy.

Tekst należy do serii "Morały Baśni". Pozostałe teksty to:

1. Drugi wilk - o pomijanym fragmencie Czerwonego Kapturka. 
2. Trzecia Świnka - o pomijanym fragmencie Trzech Małych Świnek


***

Myśli luźno powiązane, czyli PRZYPISY

* Czy kaczka była kaczką Małgosi, czy Małgosi i Jasia, czy może byłaby tam, niezależnie od tego, kto przyszedłby do rzeki?

** A ciągnąc tę myśl dalej. Jest też wielu Jasiów, którzy są po prostu zazdrośni o to, że Małgosia może więcej, że prześcignęła ich w swoich zdolnościach postrzegania rzeczywistości... albo boją się, że Małgosie mogłyby to zrobić. Zaborczo starają się więc trzymać Małgosie na "właściwym miejscu", upokarzając jej inteligencję i godność. Nie wiedzą jednocześnie, że to w Małgosiach jest ich ocalenie. Baśnie nazywają ich Sinobrodymi, mity - Minotaurami. Wielu jest Sinobrodych, wielu minotaurów... oj wielu nas. 

*** Dwa progi. Przychodzi mi do głowy klasyczna teoria inicjacji van Gennepa, w której potrzebne są dwa progi (próg wejścia i wyjścia). Pierwszy próg, czyli próg chatki z piernika,  jest wydaleniem, drugi, którym jest rzeka, to miejsce, w którym odmienione dzieci mogą powrócić do społeczeństwa.  

A dziś warstwę wizualną wspierają: Katy Wu, Christina Forshay, Sybille Shenker, Ross Ingielewicz, Graham Annabel

3.10.14

Klub Latających Podróżników  - Herbatka przy hummusie

Etiopia, Kawa,Humus, Hummus, Lewant, liban, Izrael, wyprawy krzyżowe Ras Tafari, Nygus, Baśnie na warsztacie, dzieci i podróże, Dziennik Kapitana Hermana, Klub latających podróżników, Legendy o kawie, Mateusz Świstak, Muzeum Etnograficzne,

Na warsztacie: Klub Podróżników, Muzeum Etnograficzne, zajęcia dla dzieci, Kapitan Herman

Odlatujemy we wtorek, 7 października, o godzinie 17.00 

Tym razem podążając za dziennikiem kapitana Hermana udamy się do krajów Lewantu, czyli na tak zwany Bliski Wschód… czyli w miejsce skąd pochodzi niezwykle popularny dziś hummus. Poznamy miasto ukryte w skałach, twierdze krzyżowców i kilka legend z nimi związanych, olbrzymie cedry Libanu, najniżej położony punkt na świecie i najbardziej słone ze wszystkich mórz. Dowiemy się też, jak wyglądają prawdziwe diabły morskie.

Na koniec, zajmiemy się właśnie hummusem. Poznamy historię wojny hummusowej i bicia rekordu świata na największy hummus. No i oczywiście przyrządzimy porcję własnej pasty. 



ZAPISY TUTAJ



Z dziennika kapitana (czyli trochę o tym, jak było w Etiopii):

1912... chyba, wrzesień... chyba, godzina 19.45... chyba, Addis Abeba - na pewno!

Czas powariował. Dopiero wczoraj przyjechałem, a dziś od rana sam mam wrażenie, że zwariuję. Zupełnie nie wiem, o której powinienem wstać, o której spotkać się z Mekele, który ma zostać moim przewodnikiem po tej części Afryki, o której pójść do pracy i co najgorsze - o której wypić herbatę???

Bo tak na przykład. Wstaję rano, patrzę na swój zegarek, a tam siódma. Myślę sobie "Pięknie". Bo siódma to bardzo dobra godzina na pobudkę. Ubieram się, myję, golę, podśpiewując swoją ulubioną arię z operetki, a potem schodzę na śniadanie. Tam pan Memrie, dyrektor szkoły, w której mam opowiedzieć dzieciom o mierzeniu, siedzi, czyta gazetę i popija kawę. 


Kiedy mnie zobaczył wykrzyknął uradowany: 
- Panie Filipie. Druga! A Pan już na nogach? 
Patrzę na zegarek - ósma. 
- Ależ Panie Memrie. Wszak już ósma. Ale fakt, wczesna to pora, wczesna. 
- Ależ nie, proszę spojrzeć - powiedział Memrie i pokazał mi swój zegarek.
Na nim faktycznie była dopiero druga. Nie chciałem być nieuprzejmy, więc zgodziłem się z tym, że druga, po czym przystąpiłem do śniadania, które było wyjątkowo ostre. Zamiast konfitur dostałem ostrą pastę z papryki, a zamiast bułeczek wielki placek z mąki zboża tef, nazywany injerą. 

Pod koniec śniadania Memrie powiedział, że dzieci czekają na mnie o szóstej w szkole. Chciałem zapytać, według, którego zegarka, ale Memrie już dopił kawę i wyszedł. 

Ja mogłem dokończyć śniadanie i pogłowić się nad tym, o której mam być na miejscu. Bo jeśli liczyłbym czas według mojego zegarka, to już byłem spóźniony. Jeśli zaś Memrie miał dobry czas, i na jego zegarku była teraz druga, a na moim ósma, (i to jest ćwiczenie zagadka dla dzieciaków) to kiedy na jego zegarku będzie szósta... doskonale. miałem więc być w szkole w samo południe. 

Zanotowałem sobie ten fakt w notatniku, po czym spokojnie wybrałem się na spacer po Addis Abebie, stolicy Etiopii. Nazwa ta oznacza podobno "Nowy Kwiat". 

Spacer przerwał mi niespodziewanie zbliżający się oddział konnicy. Pięknie odziani, dostojni jeźdźcy, przed którymi uciekał tłum. Zapytałem stojącego obok mężczyznę, o co chodzi. On spojrzał na mnie tajemniczo i pociągnął za rękę. 

- Chodź, opowiem Ci, ale przy kawie, gdzie będziemy mogli porozmawiać w spokoju. 
Od kiedy tu jestem nikt jeszcze nie zaproponował mi herbaty. Wszędzie tylko kawa i kawa. Mój lekarz, pan Weston zawsze powtarzał, że za dużo kawy szkodzi zdrowiu. Co innego herbata - o niej pan Weston nigdy nie wspominał. Ale tutaj chyba nie znają pana Westona, bo piją bardzo bardzo bardzo za dużo kawy. 

Etiopia, Kawa,Humus, Hummus, Lewant, liban, Izrael, wyprawy krzyżowe Ras Tafari, Nygus, Baśnie na warsztacie, dzieci i podróże, Dziennik Kapitana Hermana, Klub latających podróżników, Legendy o kawie, Mateusz Świstak, Muzeum Etnograficzne,


- To cesarz - powiedział stary, kiedy już siedzieliśmy przy niskim stoliku i czekali, aż woda w imbryku zagotuje się - Nygus Ijasu V. Jest bardzo potężny, ale po cichu powiem ci, że to niedobry władca. Tobie mogę, bo jesteś nie stąd. Obawiam się, że niedługo może nasąpić bunt. Ludzie mówią o tym coraz głośniej. Że nie Ijasu a Ras Tafari powinien być nygusem. 

- Ras kto?
- Ras to znaczy książę. A nygus to cesarz. Sytuacja w mieście nie jest najweselsza, ale do nowego roku nic się nie wydarzy. 
"Uff - pomyślałem - w październiku już będę w Rwandzie."
- Uff - powiedziałem - do grudnia daleko. 
- Grudnia? - zdziwił się stary - przecież nowy rok pojutrze. 

Jak to? Co znowu? Pojutrze? Spojrzałem do kalendarza. A tam przecież wrzesień. Wrzesień jak nic!
- Przecież jest wrzesień, mówię więc głośno. 
A on w śmiech. 
- Wrzesień jest gdzie indziej. W Etiopii jest teraz Pegumen, trzynasty, ostatni miesiąc roku... 
- Trzynasty???
- ... i ma pięć dni. No, czasem sześć.

Stary śmiał się tylko i bił po udach z radości. A ja siedziałem zdezorientowany. Zegarek chodzi inaczej, miesiące poukładane są inaczej... do tego jest ich trzynaście. może jeszcze mają tu inny rok. 
- To jaki mamy rok? 
(Sprawdziłem najpierw, żeby być pewny, że jest 1912). 
- Jak to jaki? 1905.

O nie! Nawet to! Nie miałem już nic więcej do powiedzenia. grzecznie dopiłem swoją kawę (którą tutaj zawsze pija się po trzy filiżanki na raz), po czym zapytałem jeszcze: 
- A czy możesz mi powiedzieć, która jest teraz godzina? 
- Piąta trzydzieści - uśmiechnął się starzec jeszcze raz odsłaniając dziurę po brakujących dolnych zębach. 
Podziękowałem mu za kawę i za gościnę, po czym udałem się do szkoły pana Memrie, zachodząc w głowę, jak ja teraz opowiem dzieciom o mierzeniu, skoro sam nie wiem, która jest dokładnie godzina, jaki jest miesiąc, ani nawet, jaki rok...