31.10.18

Kolce

ilustracja: Yael Albert

Na warsztacie: Jasio-Jeżyk, Baśnie braci Grimm

Baśń, której dziś chciałbym poświęcić kilka słów jest tak wielopłaszczyznowa, że w tym jednym artykule nie uda się ująć wszystkiego. Postaram się zatem wyłuszczyć jedynie te aspekty opowieści, które od paru dni leżą na moim stole i w których grzebię, przekręcając śrubki, dokręcając cylindry etc.

W skrócie opowieść przedstawia się tak:

Był sobie chłop, któremu urodził się syn, ale nie taki zwykły, tylko półjeż. Ojciec oczywiście nienawidził syna (bo nienormalny) i trzymał go za piecem. Kiedy Jasio-Jeżyk miał 8 lat, ojciec kupił mu na targu dudy. Chłopiec zabrał instrument i na kogucie odjechał w las paść świnie. Tam spotkał króla, który się zgubił. Król obiecał mu, że za wyprowadzenie z lasu odda pierwszą rzecz, którą zobaczy w domu. Wiadomo - córka. Król postanowił, że nie wywiąże się z obietnicy, bo i po co? Potem zdarzył się drugi król, ale ten był jakoś bardziej słowny. Do owych panów za chwilę wrócimy. Tymczasem nasz Jasio-Jeżyk-świniopas odnosi na polu hodowli trzody chlewnej wielkie sukcesy i wraca do ojca z potężnym stadem. Ojciec się nie cieszy, bo choć świnek pod dostatkiem, to jednak syn jakiś taki dziwny. Jasio zostawia mu świnie i rusza w świat. 

Na swoim kogucie dotarł do zamku, gdzie mieszkał niesłowny król. Jasio-Jeżyk siłą zmusił monarchę do oddania księżniczki, a kiedy już miał ją w swoich rękach, zniesławił dziewczynę (kłując mocno kolcami) i przepędził. Potem pojechał do drugiego króla, który wywiązał się ze swojej obietnicy. Podczas nocy poślubnej, stracił jeżową skórę i został czarnym młodzieńcem. A jako, że w baśniach czarny to nie kolor skóry, ale stan moralny, medycy wzięli się za niego i dzięki skomplikowanym zabiegom wybielili co trzeba. Wreszcie Jasio-Jeżyk został tylko Jasiem, od króla dostał królewnę i królestwo i wszyscy żyli długo i szczęśliwie.

Tyle bajka. Można by zacząć od opowieści na temat patologicznej relacji na linii ojciec-syn, ale w tej baśni o wiele ciekawsze jest coś innego, a mianowicie to, że poza tak ostentacyjnym brakiem miłości ze strony swojego ojca Jasio-jeżyk jest całkiem normalnym facetem. Bo baśń ta wraca do mnie właśnie jako opowieść o "zupełnie normalnym facecie". Przyjrzyjmy się temu, z czego składa się nasz Jasio.

Zapiecek


Jasio nie potrzebował wygód. Wystarczyło mu miejsce za piecem. Twardo, ale ciepło i wyspać się można. To miejsce, w którym może dojrzewać to, kim ten nasz Jasio-Jeżyk będzie. Nie jest - dopiero się stanie. Zapiecek to miejsce, w którym jest się bardzo blisko jądra domu - czuje się jego ciepło, czuje się zapachy przyrządzanych codziennie posiłków, można tam wreszcie usłyszeć plotki kobiet, nowiny przynoszone ze świata i opinie mieszkańców na ich temat. I można w tym wszystkim nie uczestniczyć. Jasio-Jeżyk w ogóle nie był zainteresowany domem. Jego sprawami, jego problemami, a co za tym idzie - domową interpretacją świata. Chłopcy tak mają. Wolą marzyć o wielkim świecie, niż słuchać narzekania ciotek. Siedzieć w swoich wyimaginowanych krainach, gdzie mogą być bohaterami, a nie kolejną pepluchą.



Chłopcy są "poza". Mężczyźni są "poza". Bywają w pełni zaangażowani, ale potem muszą uciekać. Czasem wystarczy im zapiecek, czasem potrzebują swoich małych pustelni - popołudnia w gabinecie, spaceru, albo okrężnej drogi do domu, czasem uciekają w alkohol, kompulsywne granie, albo romanse (bo romans jest czymś poza). I to zaczyna się już w chłopięctwie. Lubię o tym myśleć słowami Toma z piosenki powyżej - "Opuszczam swoich bliskich, opuszczam wszystkich przyjaciół, choć ciałem wciąż w domu, moje serce porywa wiatr"/

Kiedy byłem młodszy pamietam, że wszystkie wizyty u rodziny spędzałem w drugim pokoju - było słychać rozmowy z salonu, ale wolałem to drugie pomieszczenie, bo tam na ścianach wisiały kiepskiej jakości ozdobne szable. Mogłem na nie patrzeć godzinami i marzyć o tym, co z takim orężem można by zwojować (potem okazało się, że przy pierwszym starciu krótki rapier cały się pogiął). Do dziś notorycznie zapadam się we własnej wyobraźni - szczególnie w chwilach, gdy żona zasypia i zostaję sam na sam z pustym sufitem. Eskapizm natychmiastowy, do tego jeden z tych, które nikogo nie ranią. Myślę, że Jasio-Jeżyk też uciekał w siebie. Za piecem znajdowało się jego małe królestwo, w którym mógł dojrzewać - jako mężczyzna. Absorbował zasłyszane rozmowy, brał je do siebie, albo odrzucał. Sytuacja w domu sprawiała, że mógł marzyć tak, jak chciał. 


Dudy i Kogut


To pewnie na zapiecku odkrył dwie najważniejsze dla niego rzeczy - po pierwsze wrażliwość na sztukę, po drugie zaś swoją własną jurność. Bo kogut to przecież najbardziej jurny ptak w obejściu. Stąd zresztą zwyczaj serwowania rosołu podczas wesela. Żeby się młodym chciało i żeby potomstwo było. Nasz Jasio daje się ponieść takiemu kogutowi, ale ptak równoważony jest przez dudy. Pierwiastek dionizyjski łączy się z pierwiastkiem apollińskim. Bohater karmi zarówno to, co w nim wzniosłe, jak i to, co najbardziej przyziemne. Warto zauważyć taki szczegół - Jasio jest jeżem, a dudy  mają skórzany miech, który łatwo może zostać przekuty przez kolce. Jednak nic takiego się nie dzieje. Kolczasty bohater śmiało pogrywa sobie na dudach, pomimo kolców. Chciałoby się wręcz rzec - że sztuka jest delikatna, ale wytrzyma wszystko, jeśli oddaje się jej serce.
Jak Wam się wydaje - dlaczego jeż gra akurat na dudach?

Volle Auflösung



I znów można przyrównać do tego nas facetów, którzy z jednej strony są w stanie poświęcić wszystko dla najbardziej wzniosłych idei, a z drugiem dać się ponosić swoim najciemniejszym impulsom. Dążenie do piękna, prawdy, albo czegokolwiek, co postawimy na piedestał, często kończy się spektakularnym upadkiem. Wielkim artystom wyciąga się skandaliczne uczynki, które przekreślają marzenie, do którego dążyli. Wydaje mi się, że często zapominamy, że te dwa pierwiastki - dudy i kogut żyją równolegle. I gdyby nie jeden, drugi nie byłby w stanie się rozwijać. Gdyby nie było koguta, Jasio-Jeżyk nie wzleciałby na gałąź i nie mógłby rozwijać gry, która sprowadzi króla. Kastrat nie byłby w stanie tego dokonać. Mężczyźni mogą więc być albo płodni twórczo i nieprzewidywalni, albo całkiem ułożeni i zupełnie jałowi twórczo. Inna sprawa jest taka, że często nie wiedzą, jak wykorzystywać swojego koguta, by grać na dudach. 

Świnie


Zanim przejdziemy do najważniejszego, trzeba jeszcze na chwilę zatrzymać się na świniach. Świniach, które w sytuacji Jasia-Jeżyka mogą być interpretowane dwojako. Po pierwsze to świnie symbolizujące obfitość. Kiedy Jasio-Jeżyk siada na gałęzi i zaczyna grać, okazuje się, że to co otrzymał od ojca zaczyna się mnożyć. Zainwestowany kapitał zwraca się po wielokroć tylko dlatego, że bohater postanowił nie siedzieć na miejscu i ruszyć za swoją naturą - i połączyć oba jej aspekty. 
Z drugiej strony Jasio nie hoduje gęsi, wołów ani owiec - hoduje świnie. A świnia nie ma najlepszych notowań wśród zwierząt. Jest raczej tym zwierzęciem, którego nie zaprasza się na podwieczorek. To bardzo dobrze koresponduje z naszym kogucikiem. Możemy pomyśleć, że Jasio na początku pielęgnuje swoje nienajlepsze instynkty. Tłumacząc na dzisiejsze - Jasio na początku musi się wyszumieć. I robi to całkiem spektakularnie. Potężne stado świń, można uznać za błędy młodości, o których pewnie będzie opowiadać swoim wnukom, albo po prostu je przemilczy. To czas gniewu, czas popełniania najbardziej wstydliwych i okropnych czynów, ale takie rzeczy, dla facetów mają szczególne znaczenie - są jak ściany, o które można roztrzaskać się na dobre, albo odbić we właściwym kierunku. Póki nie mamy tego kierunku, jest nam pewnie ciężko, a nasi bliscy i społeczeństwo patrzy na nas jak na pierwiastek wywrotowy, albo przynajmniej jak na troglodytów. Wypadamy szorstko, albo jak chamy i buraki, przynajmniej w odniesieniu do ogólnie panującego savoir-vivre. Niech będzie! Jest nam to podskórnie potrzebne. By się odnaleźć, albo by ktoś nas odnalazł. Jak król Jasia-Jeżyka. 

Kiedy nadchodzi odpowiedni moment, facet, jak Jasio po prostu zostawia swoje błędy w przeszłości i odchodzi. Jednak taką przeszłość i jej nawyki można nosić na sobie jeszcze długo. Jak Jasio-Jeżyk nosił swoje kolce. 


Kolce

Nie chcę zostać źle zrozumianym - nie namawiam nikogo, żeby tarzał się w swoich chuciach i popełniał czyny, które padną cieniem na jego biografię. Nie namawiam też mam, żeby dawały syna cegły do rąk i zachęcały do rzucania w sklepowe witryny. Chcę raczej powiedzieć, że każdemu facetowi to się zdarza. W mniejszym lub większym stopniu. Bo taki jest nasz program. To te wszystkie przypadkowe bójki, to głupie wybryki alkoholowe, erotyczne lub inne, to chamskie odzywki do przełożonych, niespodziewane wybuchy agresji i rzucanie po ścianach kubkami. Czasem krzyk. Wiem - brzmi niecywilizowanie i każdy psycholog kazałby to leczyć.

Briam Kesinger


Niestety to są kolce, które każdy z nas przez pewien czas musi nosić. Musi być gburem i prostakiem, mściwym i nieokrzesanym, który swoim zachowaniem kłuje społeczeństwo. To jesteśmy my, faceci i to jest część naszego procesu rozwoju. Nasze kolce. Jasio-Jeżyk jest w tym wypadku całkiem normalnym gościem, który został opisany przez piękną metaforę. Człowiek z kolcami.

Te kolce znikną, kiedy przyjdzie odpowiedni moment. Wtedy zostanie po nich tylko zaplamiona na czarno skóra (metaforycznie). Bo kolce to faktyczne niekorzesanie, to plamy na honorze, które powstały kiedy taki honor dopiero się kształtował. Będą tam i trzeba będzie wiele czasu, żeby je wybielić. Niemniej - to wszystko jest częścią procesu, który każdy chłopiec musi przejść, który niejednemu odbije się czkawką i który... jest nieunikniony.

Na koniec więc pozostaje mi życzyć wszystkim opiekunom chłopców, żeby nie za bardzo pokłuli się o kolce, a wszystkim chłopcom, żeby pewnego dnia zrzucili to, co noszą na grzbiecie i żeby pod spodem nie było za dużo czarnego. Żeby nie podziurawili swoich dud i pewnego dnia znaleźli zamek, który zaakceptuje ich pomimo gość szorstkiej i kłującej skóry.