5.1.17

Złe Baśnie (część I)


Na warsztacie: Historia Roja, współczesne opowieści

Na początek tego tekstu muszę wam coś wyznać. Dla mnie baśnie to nic innego jak pewna odmiana mitologii. To taki niewielki, może niepoważny zbiór opowieści, z którego wyrasta cała głębia człowieczeństwa. W nich skrywa się to, co jest najważniejsze dla opowiadających je ludzi. Tak jednostek, jak i społeczeństw. Dlatego właśnie warto zaglądać pod baśniową podszewkę i przyglądać się, kim byli ludzi, którzy opowiadali tamte baśnie. I oczywiście, co mówią one o naszym człowieczeństwie.

Kontekst opowieści


Baśnie mówią o ludziach, tak jak mówią wielkie mityczne narracje. I baśnie nie umierają. Zmienia się tylko ich charakter. Są te historie, które pozostaną wiecznie żywe, poza tymkażda epoka ma swoje opowieści. Sarmaci mieli swoje, Polacy pod zaborami swoje (martyrologiczne), ludzie rewolucji przemysłowej swoje, a my mamy swoje. Mitologie zmieniały się wraz ze zmianami, jakie następowały w społeczeństwach. Jedne mity wypierały inne, a potem same zastępowane były przez młodsze, bardziej aktualne. A wszytko płynęło w rytmie upływającego czasu i społecznych potrzeb.

Przeglądając się temu, w którą stronę przesuwają się baśnie lub mity danego okresu można śmiało zobaczyć, w którą stronę obraca swoje zatroskane spojrzenie człowiek. Alicję z Krainy czarów zastąpił Neo z Matrixa, domki trzech świnek Surogaci, a podróż walkę ze smokiem, zmagania Tony'ego Starka i jego ekipy. Zły czarodziej na swój pokryty brodawkami nos nałożył czarny hełm Dartha Vadera, a domek na kurzej nodze zamienił się w Gwiazdę Śmierci. Baśń mówi o tym, czego się boimy i o tym, jak z tym strachem możemy sobie poradzić. 

W tym oglądaniu baśni warto zwrócić uwagę na drobny fakt, że historie te ukazują raczej wartości pozytywne. Wspaniałomyślność, współczucie, czasem surową, ale jednak sprawiedliwość, wychwalają porządek, którym jest chociażby posłuszeństwo dzieci rodzicom, opieka męża nad żoną, niechęć do zdrady. Ustawiają człowieka nie tylko w odpowiedniej relacji między nim, a drugim człowiekiem, ale też w relacji między nim a naturą (bo czym są te duchy leśne, straszydła, utopce i skarbniki, jak nie przypomnieniem, że poza czubkiem ludzkiego nosa jest jeszcze cały świat).


Opowieści zbędne


Czasem zdarza się jednak, że na mitologię ktoś ma pomysł. Czasy pędzą po swojemu, ale ktoś całkiem na to nie zwraca uwagi. Nie interesuje go to, że dziś człowiek przede wszystkim stoi przed wyzwaniami natury cywilizacyjnej: musi odnaleźć swoje miejsce w galopującym jak wściekły koń postępie technologicznym, wzroście znaczenia świata cyfrowego, czy nieuniknionej wielokulturowości. I krzyczy swoje mity nieaktualne, krzyczy swoje historie, które nikogo nie interesują, które nikomu w dzisiejszych czasach na nic. 

Takim przykładem może być lansowana przez pewne środowiska mitologia żołnierzy wyklętych, czyli oddziałów partyzanckich, które po zakończeniu wojny nie złożyły broni, walcząc z okupacją radziecką. Właściwie do początku lat 90 pielęgnowanie tego mitu byłoby uzasadnione - bo jako kraj nie do końca cieszyliśmy się suwerennością. Co ciekawe, nawet gdyby mieć z tyłu głowy istnienie żołnierzy wyklętych, Polacy ostatecznie rozwiązali swój problem i wygrali swoje walki idąc zupełnie inną drogą - tą Solidarności. 



Dziś mamy 2017 rok, wielki ideał Solidarności i jego herosów stara się zepchnąć z piedestału i ustawić na nim biegających po lasach partyzantów, którzy przede wszystkim przelewali krew. I jest z tym dość spory problem, nie tylko ze względu na brutalność, ale przede wszystkim z tego powodu - że taki typ "bohatera" dziś jest całkowicie NIEPOTRZEBNY! Potrzebujemy Korczaków, bo zawsze ich potrzebujemy, potrzebujemy Wałęsów, Gandhich i Mandelów. Bo wnoszą w świat światło, jakiego nie wniesie weń żadna strzelba ani pistolet. 

Na żołnierzy wyklętych powinno się znaleźć miejsce w podręcznikach historii, to nie ulega żadnej wątpliwości. Na swoje czasy byli postaciami heroicznymi, które niosły potrzebne społeczności wartości (niezłomność, obrona swojej suwerenności, poświęcenie). Dziś warto o nich wspomnieć, nie warto stawiać ich jako wzór - dlaczego. Otóż powtarzam -  to kim byli ni jak ma się do czasów, które są. Dziś ich ideały i metody się nie sprawdzają. Bo nie mają punktu przyłożenia. Są z kosmosu i prehistorii i uważanie ich za obowiązujące może przynieść tylko chaos i eskalację przemocy. 

Przykład


Szczególnie wykazują to takie realizacje (bo trudno nazwać to dziełami) jak Historia Roja, jeden z najpotworniejszych filmów, który zdarzyło mi się oglądać (tak w ubiegłym roku, jak i w ogóle). Kiepski technicznie, a w swojej symbolice odpychający. Co pokazuje? Streściłbym go tak: 

Jak coś mi nie pasuje, powinienem to zabić. Jeśli będę się przy tym modlić i krzyczeć orzeł biały (lub inny tego typu bełkot) - jestem bohaterem. Jak mam wątpliwości - jestem ścierwem. Jak nie wierzę w to co ty - zdrajcą. Tak zdrajcy jak i ścierwa zasługują na kulkę. 

W Historii... zabijanie goni zabijanie, przemoc potęguje przemoc i narodowe symbole, wiara i ideały zyskują w tej produkcji rangę stadionowych przyśpiewek. I chyba nie pisałbym tyle o jednym bardzo złym filmie, który raczej odpycha niż przyciąga, gdyby nie próbował on ustanowić pewnej baśniowej narracji, która, niestety za bardzo chwyta. I to, że chwyta przeraża chyba najbardziej. Nie pisałbym o nim, gdyby po ulicach nie biegało coraz więcej zdesperowanych młodych ludzi w zbrojach "żołnierzy wyklętych" (tzn. bluzach) z pseudopatriotycznymi hasłami na ustach i kretyńską, jak rzekłby mój przyjaciel, ideologią w głowie. Albo inaczej - jeśli kibolstwo ma sposobność, by poprzeć się pseudonarodową mitologią, to zaczyna robić się niebezpiecznie. 

Bo ścierają się tutaj dwa bardzo niebezpieczne zjawiska. Musimy pamiętać, że wykorzystane w narracji myślenie baśniowe jest operowaniem w przestrzeni, której się nie rozumie. Działa ona raczej na zasadzie wiary, zgadza się na nią lub nie. Bez pytania o jakiekolwiek moralne umotywowanie.  w ten sposób forma baśni napełnia się niebaśniowymi treściami. Baśń o żołnierzach wyklętych swoim charakterem wchodzi na tereny, na których uzasadnia przemoc - tę najprymitywniejszą i godną najsurowszego napiętnowania. I kibolstwo, które w swej istocie zawsze pozostaje jedynie kibolstwem, nagle otrzymuje wyższą rangę. Nie wiedzieć czemu. 



Jest to komuś potrzebne - być może. Nie chcę się na ten temat wypowiadać, bo mam zbyt małą wiedzę, by przeprowadzić rzetelną analizę. Powiem tylko, że niezależnie od uzasadnień Kibolstwo zawsze pozostaje kibolstwem i każda narracja, która próbuje je usprawiedliwić jest szkodliwa i godna potępienia. 

I cieszy fakt, że Ci, którzy się nią posługują prędzej czy później trafią do piekła, nie ważne jakie matki boskie częstochowskie wychodzą z ich ust. Gorzej, że nim tam trafią, narobią jeszcze wiele spustoszenia - tak w społeczeństwie, jak i w wielu duszach. Język baśniowy jest potężnym narzędziem i Ci, którzy tworzą te żenujące narracje, zapewne zdają sobie z tego sprawę. W używaniu języka są jednak jak uczniowie czarodzieja i nie zdają sobie sprawy, że ta potęga nie jest do okiełznania. Można ją rozumieć, czuć do niej szacunek, ale nie można jej wykorzystać, bo w swej istocie jest o wiele większa niż nasze małe ludzkie sprawy. 

Opowieści kontra opowieści


Zagladając do tych najbardziej klasycznych z klasycznych z klasycznych baśni, pochodzących z dość zamkniętych społeczeństw i tak zobaczymy tam, że bohater owszem - konfrontuje się ze złem i zwykle to zło jest ukarane, jak trzeba, ale to nie zło jest jego próbą - próbą bohatera jest spotkanie z innym. To właśnie to spotkanie jest zwycięstwem bohatera. 

Wasylisa nie przychodzi do Baby Jagi z roszczeniami. Nie mówi - "dawaj ogień, albo manto!", raczej: "pokaż, jak się u Ciebie żyje, a ja spróbuję to poznać". Także w przytaczanej w ostatnik artykule baśni Pani Zima widzimy to jeszcze wyraźniej - siostra, która wchodzi w relację z Zimą, uczy się, żyje z nią jak trzeba i ostatecznie - obsypana jest złotem, zaś ta, która od relacji się odcina kończy pokryta szlamem. To tyczy się tak tych, którzy przyjeżdżają, jak i nas, którzy jesteśmy ich gospodarzami. Jeśli będziemy karmić się naszym narodowym "ja" najgorszego sortu (bo tym się nas teraz karmi), skończymy jako błoto, bezwartościowe  i godne pogardy. 

I nie wiem, czy w tym miejscu jest sens pisać takie rzeczy, bo liczę, że czytelnicy bloga doskonale to wiedzą, ale jeśli ta kretyńska fala polski wyklętej dalej będzie zmierzała w stronę w którą zmierza i nasz patriotyzm objawiać się będzie chęcią spuszczeniu panu z kebaba wpierdolu (przepraszam za wyrażenie), to będziemy szlamem, a nie dumnym narodem. A dalej - nie chodzi tylko o to, jakim jesteśmy narodem, ale przede wszystkim jakimi jesteśmy ludźmi. 

***

Foto z tego koszmarngo filmu, którego nikomu nie polecam. 



Na koniec, przypisowo już dwie myśli, które wykluły się podczas pisania tego artykułu, a które niekoniecznie nadają się na jego część: 

1) tym którzy posługują się taką narracją, nie życzę śmierci. Życzę, żeby spotkał ich ten sam los co dinozaury - przy czym do dinozaurów czuję o wiele większą sympatię. Niemniej - czasy dinozaurów się skończyły, podobnie jak czasy żołnierzy wyklętych. Inne niebo nad nami... 

2) Z drugiej strony biorąc pod uwagę politykę, jaką prowadzą nasi rządzący, może stać się ona zachętą dla naszego wschodniego sąsiada, by jednak znów wziął co jego (czyli co wolno). wtedy znów znajdziemy się w sytuacji, w której mit żołnierzy wyklętych będzie jak najbardziej aktualny. Wtedy lansowanie tej mitologii będzie wieszcze... taki gorzki dowcip...