5.2.17

Z codziennika opowieści IX



Część pierwszą znajdziecie TUTAJ
Część drugą TUTAJ
Część trzecia TUTAJ
Część czwartą TUTAJ
Część piątą TUTAJ
Część szóstą TUTAJ
Część siódmą TUTAJ
Część ósmą zaś TUTAJ


Ten wpis mógłby też nosić tytuł: "Wtorek"

Zdarzają się bowiem takie wtorki, kiedy wędrując od miejsca do miejsca wpadam na historie. Dobre historie. a może raczej - zdarza się tak, że to one wpadają na mnie. Takim dniem był właśnie ubiegły wtorek.


Clown i Morderca Jarek


Zaczęło się od spotkania z Andrzejem, który opowiadał o clownach. Lubi clowny, sam jest zresztą jednym z nich. Siedzi tak głęboko w swoim zawodzie (czy też w swoim byciu clownem), że rozmawiać z nim o aspektach technicznych tej profesji nie sposób. Bo jak profan może zrozumieć mistyka? Niemniej, podczas naszego spotkania zdarzyło się kilka perełek, które nieudolnie postaram się tutaj przytoczyć.

1.

Po pierwsze ogrodzenie. W swoim starym domu Andrzej nie posiadał  ogrodzenia, a zamiast tego w oknie siedziała clowna i patrzyła. A wiadomo, jak clowny patrzą - one patrzą w taki sposób, że skóra na plecach cierpnie i po nocach śnią się koszmary. Zabezpieczenie domu stosowane przez Andrzeja było tak skuteczne, że nawet sąsiedzi bali się przechodzić pod oknami.
- Myślałem też o alarmie w postaci clowniego śmiechu - ciągnął historię Andrzej -  który włączałby się, podczas włamania... z tekstami w stylu "Haaa ha haaaaa haaaaaa... no to będzie się działo...". Włamywacze wialiby, aż miło.

Przez głowę przeszła mi myśl, że gdybym sam był takim włamywaczem, nie wiałbym nigdzie - raczej padłbym trupem na miejscu, ze strachu. Ale cóż - diaboliczny Tim Curry przebrany za clowna był jedną z największych traum mojego dzieciństwa.

2.

Jako dygresję do włamań pozwolę sobie przytoczyć jeszcze jedną historię, która w tamtej chwili do mnie wróciła. Historia dotyczy Jarka. Tak go nazwijmy. Otóż Jarek był mordercą - prawdziwym mordercą, który zaciukał żonę, matkę, albo innego kogoś. Przypadkiem czy z rozmysłem, nie wiadomo.  W każdym razie poszedł za to siedzieć.

Odsiedział swoje, a potem wrócił do domu, który mieścił się gdzieś w okolicy Pszczyny. Mieszkał tam sam i stronił od ludzi, tak jak i oni stronili od niego - bo i po co się zadawać z Jarkiem Mordercą?

Pewnej nocy zdarzyło się jednak tak, że jakiś niezorientowany włamywacz wkradł się do domu Jarka Mordercy. W dodatku zrobił to tak niefortunnie, że dał się Jarkowi złapać. Jarek postanowił dać mężczyźnie nauczkę. Zaciągnął go do piwnicy i przywiązawszy do krzesła, a może do kaloryfera, zaczął opowiadać swoją historię, która zaczynała się od słów: "Wiesz jak nazywają mnie w okolicy? Jarek Morderca... A wiesz dlaczego?"... i tak dalej... Po czym zabrał siekierę i mówiąc, że idzie ją naostrzyć, wyszedł. Zadzwonił po policję, która po jakimś czasie zabrała przerażonego włamywacza do aresztu. Jarek stał się cichym bohaterem okolicy, a co do schwytanego przez niego człowieka - dzieje milczą.

Oczywiście może to być tylko legenda miejska, ale jest na tyle smakowita, że warto jej poświęcić chwilę. Posmakować atmosfery tamtej piwnicy , tamtej sytuacji. Poza tym to, co zrobił Jarek Morderca, jest jednym z najlepszych przykładów opowieści edukacyjnej, jaki znam. Koniec dygresji.


3.

Wracając do clownów:
- Każdy powinien być clownem, powinien pielęgnować w sobie clowna - mówił Andrzej - bo clown obezwładnia i rozbraja. Może przez to, że jest trochę upośledzony (nie wiem czy tego dokładnie słowa użył Andrzej - najwyżej będzie na mnie). I występowałem w różnych miejscach, dla dzieci i dla dorosłych... na przykład kiedy występowałem na dyskotekach i jakiś kark do mnie doskakiwał, to wystarczyło, że pytałem "co? Clowna, chcesz bić?" i gość był rozbrojony. Bo clown rezonuje z czymś, co jest w nas niewinne i bezbronne.

4.

Potem rozmawialiśmy przez chwilę o sprawach, w których go odwiedziłem, a potem Andrzej rzucił jeszcze jedną myśl, która co prawda sama w sobie nie jest opowieścią, ale sądzę, że warto ją przytoczyć:

- Jeśli przez długi czas nie oglądałeś telewizji i nagle ją włączysz, nie będziesz w stanie znieść jej poziomu. Szczególnie jeśli liczysz na to, że dostaniesz to, co mówią, że dostaniesz. Bo telewizja pompuje wszystko, nawet, gdy to nie ma żadnej wartości. I wiesz co - ludzie się przyzwyczajają. Oni wiedzą, że zostaną oszukani. To jest ich standard. Najgorsze jest to, że przestają ufać tym, którzy chcą dać to, co mówią, że chcą dać. Jeśli mówimy, że kawa będzie dobra i jest dobra, gdzieś u pijącej ją osoby może się nawet pojawić myśl, że może chcemy ją oszukać. Że nasza szczerość wcale nie jest szczera, a oszustwo to jedyne, na co można liczyć.

Gdzieś podświadomie się z tym zgadzam. Na szczęście jest też coś takiego jak wierna publiczność, która przychodzi do nas, bo dajemy kawę, którą obiecaliśmy. Andrzej taką ma i ja taką mam. Może dlatego da się wytrzymać z tą swoją szczerością.

Andrzej wygląda tak:



Jeśli chcecie zobaczyć, jakim clownem jest Andrzej - nic prostszego: odwiedźcie jego Teatr Szczęście.

Samotność i matematyka


5.

Jakieś pół godziny później, pod Baranami rozmowa zeszła na temat zdjęcia. Jednego z tych, które wciągają w swój mały świat. Jego jądrem jest szklanka wody, a w nią wpatrzona staruszka z twarzą tak przeżytą, że nawet najbardziej niewinny uśmiech ma na niej miliony znaczeń. Jest sama. Wokół niej puste stoliki niknące gdzieś w rozmyciu. Samotność ograna kontrastami, wtopiona w czerń i biel...

Tak naprawdę lokal wcale nie był pusty. Wokół kręciło się wiele osób, zamawiały jedzenie, szukało stolika, czekało na znajomych. Wtedy pojawiła się tamta kobieta. Usiadła przy pustym stoliku i siedziała. Czekając na nikogo, zamawiając nic. Może naszą samotność nosimy w sobie. I ona z nas wylewa się na okoliczne stoliki. Do kobiety podeszła kelnerka, zamienili kilka słów. Kelnerka odeszła, po chwili wracając ze szklanką wody. Postawiła ją przed kobietą i odeszła. W samotności kobiety nic, prócz szklanki wody się nie zmieniło. Czasem szklanka wody, może jednak zmienić wszystko. Wtedy fotograf podniósł aparat do oka i zrobił tamto zdjęcie. Nie podszedł do kobiety - ktoś inny się dosiadł, przyniósł jej coś do jedzenia, zaczął rozmawiać, chwila prysła, życie potoczyło się w swoim gwarnym, restauracyjnym tempie. Chwila samotności pozostał na karcie aparatu, wtopiona w czerń i biel, ograna kontrastami...

Autorem zdjęcia, jest Sabawoon Dost, a tutaj samo zdjęcie:




6.

Chwilę później w samochodzie wywiązała się rozmowa na temat interpolacji. Sabawoon, jako osoba ogarnięta w temacie próbował wytłumaczyć mnie i Pawłowi co to słowo oznacza. Niestety, mnie zrozumienie matematycznych definicji nie przychodzi łatwo i kiedy pojawia się słowo funkcja - mój mózg robi sobie wolne. Paweł próbował jeszcze się bronić, więc całe uśrednianie funkcji postanowił przełożyć na swoje...
- Zatem jeśli mam żubrówkę i mam sok jabłkowy, to interpolacją będzie tatanka...
- Nie interpolacja to by była, gdybyś wypił najpierw żubrówkę, a potem sok jabłkowy.

Nie mam pojęcia ile jest w tym rozumowaniu słuszności, ale na pewno będę ten przykład podawać swoim dzieciom...

7.

A w tramwaju pewien pan krzyczał do słuchawki, że pewna pani jest złodziejka i oszustka, że on już zapłacił jej za leczenie syna grube tysiące dolarów, a jak jej jest mało, to trudno poszuka gdzieś indziej, a ona niech się w dupę pocałuje.