30.8.13

GRÓB MATKI


Na warsztacie: Kopciuszek, Ederland
               
Wybierał się razu jednego ojciec [Kopciuszka] na jarmark i zapytał pasierbic, co im przywieźć.
- Piękne suknie – odrzekła jedna.
- Perły i drogie kamienie – dodała druga.
- A ty czego chcesz, Kopciuszku? – zwrócił się ojciec do córki.
- Ułam mi, ojczulku, pierwszą gałązkę, która trąci twój kapelusz, kiedy będziesz powracać – odrzekł Kopciuszek. *

Drzewo 

Ojciec przywiózł dziewczynie gałązkę leszczyny. Tę gałązkę zasadził Kopciuszek na grobie swojej matki, podlewał ją łzami, a gałązka rosła i rosła, przeradzając się wkrótce w dorodne drzewo. Na to drzewo przylatywał biały ptaszek, który dawał Kopciuszkowi wszystko, o co tylko dziewczyna poprosiła. To ten ptaszek (a nie wróżka) przyniósł jej suknie i trzewiczki, w których dziewczyna mogła się udać na bal.

Korzenie drzewa wyrastają z tego, co już przeminęło, a dokładniej wyrastają z matki Kopciuszka, karmią się tym, co z niej zostało. To dzięki niej drzewo rośnie, łączy ziemię z niebem. Kiedy przychodzi odpowiedni moment, leszczyna staje się dla Kopciuszka miejscem kontaktu z krainą, z której pochodzą magiczni pomocnicy i w której spełniają się życzenia.
Kopciuszek musi zrobić tylko dwie rzeczy – mieć cierpliwość i wiedzieć, o co prosić.



Fartuszek, stolnica i sztyl od miotły

Odpowiednikiem Kopciuszka w baśniach duńskich jest dziewczynka o imieniu Ederland. Podobnie, jak bohaterka baśni braci Grimm, Ederland jest sierotą i znajduje się na samym dole drabiny społecznej. Dokładniej – jest dziewczyną od kur. W schedzie po matce, zamiast drogocennych sukien i korali, otrzymuje jedynie fartuch, stolnicę i sztyl od miotły. Dba o kury tak sprawnie, że wkrótce zyskuje sobie reputację niezastąpionej gospodyni, a razem z nią – nienawiść swoich sióstr.

Siostry knują, więc przeciwko niej intrygę. Udają się do księcia i mówią mu, że Ederland, jeśli tylko zechce, będzie mogła dać mu świecznik, który nigdy nie gaśnie. Książe, zafascynowany możliwością zdobycia takiego przedmiotu, zmusza dziewczynę, do dostarczenia mu go. Ederland oczywiście nie ma zielonego pojęcia, gdzie może znaleźć świecznik, który nie gaśnie. Zrozpaczona biegnie na grób matki i tam zalewa się łzami. Wtedy przed dziewczyną staje duch nieboszczki i udziela jej rady: Ze stolnicy ma zrobić stateczek, ze sztyla do miotły maszt, a z fartuszka żagiel. Wyjaśnia też Ederland, gdzie trzeba płynąć, aby znaleźć taki artefakt i mówi, żeby dziewczyna zabrała ze sobą trzy miarki soli. Po czym znika.



Dziewczynka postępuje za radą ducha matki, dzięki czemu dopływa na czarodziejską wyspę. Tam znajduje dom, w którym stara wiedźma przygotowuje strawę dla swoich synów. Przy piecu stoi poszukiwany przez Ederland świecznik. Kiedy czarownica odraca się, żeby sięgnąć po łyżkę, Ederland ukradkiem dosypuje do kotła ze strawą miarkę soli. Czarownica kosztuje jedzenie, a to okazuje się być za słone. Idzie więc do studni po wodę, żeby dolać jej do gotującego się jedzenia. Ederland wpycha czarownicę do studni, zabiera świecznik i szczęśliwie wraca z nim do księcia.

Po co sól?

Przygoda obu dziewczyn zaczyna się od zwrócenia się do grobu matki. Gdyby Kapciuszek nie zasadził na nim leszczynowej gałęzi, ptaki niebieskie nigdy nie przyleciałyby do niej, i pewnie do końca życia, osmolona i brudna grzebałaby w popiołach. Podobnież z Ederland: gdyby dziewczynka nie płakała nad grobem matki, nie wyruszyłaby w swoją podróż, a tylko stała się pośmiewiskiem na dworze.

Matka zapewniała Ederland wszystko, czego dziewczynie było trzeba. Przygotowała dla niej łódź, wyznaczyła kierunek podróży, kazała zabrać sól… no tak… sól.

Ta sól dała mi najwięcej do myślenia. Zauważmy, matka nie mówi Ederland, jak ta ma wykorzystać sól. Mówi jej po prostu: „Zabierz sól!” I tyle. Cała reszta jest już w rękach córki. Od samego początku matka przygotowuje puzzle, z których dziewczynka sama musi poskładać obrazek. Na szczęście zostawia też instrukcje, według której te puzzle można poskładać:
- zrób łódź,
- płyń tam a tam,
- weź sól.
Ederland musi mieć jedynie na tyle odwagi i na tyle sprytu, żeby poskładać kolejne elementy. Jest więc to, co stare i jest to, co nowe. Postęp możliwy jest tylko wtedy, gdy to, co nowe słucha rad tego co stare… a stare usuwa się w cień, staje się nawozem, na którym wyrosnąć może dorodne drzewo.

Trzy próby

Zarówno Kopciuszek, jak i Ederland to baśnie, które dzielą się na idealne niemal trójki. Każda z dziewczynek przechodzi przez trzy próby, jest jedną z trzech sióstr, trzy razy zwraca się o pomoc do grobu matki i tak dalej. Przyznam szczerze, że zawsze denerwował mnie taki rozkład akcentów – sprawiał, że baśnie po prostu mnie nudziły. Niedawno zdarzyło mi się opowiadać Ederland pewnemu chłopcu. Kiedy dotarłem do trzeciego zadania, mój mały słuchacz przejął pałeczkę i zaczął sam recytować, że Ederland poszła na grób i zapłakała, i przyszedł duch matki i… idealna technika mnemotechniczna. Genialnie prosta, genialnie skuteczna. Ale to nie wszystko. Bo powtarzanie mówi o czymś jeszcze. Mówi, że rzeczy nie dzieją się za pierwszym razem. Że często nie wystarczy jedna próba, aby otrzymać to, na co zasługujemy, że czasem trzeba poczekać tyle, ile rośnie drzewo, żeby zjawiła się pomoc. Innymi słowy, powtórzenie uczy cierpliwości i pokory.

Rzeczy nie dzieją się za pierwszym razem

Baśń o Ederland uczy dwóch niezmiernie ważnych rzeczy. Dzieci –  żeby nie bały się prosić o radę swoich rodziców. Żeby nie bały się zwracać do poprzednich pokoleń. Dorosłych – żeby nie bały się radzić swoim dzieciom. Prawda oczywista, ale absolutnie niestosowana w życiu. Przynajmniej dzisiaj. Młode zawsze wie inaczej niż stare, ale też ma inne zadania. Nie ma w tym sprzeczności.


Znajoma opowiadała mi ostatnio o pewnym młodym małżeństwie. Bardzo się kochali już w szkole i kiedy tylko osiągnęli odpowiedni  wiek, wzięli ślub. Chwilę potem zaczęło się bicie, zdrady i inne takie. Co z tego, że miłość, kiedy nie wiedzieli, co z tą miłością zrobić? Co zrobić ze sobą? Co ważne, nikt ich nie prowadził, nie było starszego pokolenia, do którego mogliby zwrócić się o radę, a ci starsi, którzy byli, mówili – to wasze sprawy. Więc młodzi, ciągle nie wiedzieli, co ze sobą zrobić, więc zaczęło się bicie i zdrady i inne takie.

My, którzy już jesteśmy, jesteśmy odpowiedzialni za tych, którzy przyjdą i przyszli po nas. To z nas wyrosną drzewa, na których będą mogły usiąść magiczni pomocnicy naszych dzieci. To my szykujemy dla nich puzzle. Róbmy to więc mądrze i nie bójmy się radzić bohaterom naszych własnych baśni… i nie bójmy się pytać o radę tych, z których my wyrastamy.



Okazuje się, że tak popularna baśń jak Kopciuszek jest ilustrowana raczej kiepsko.
Dziś towarzyszą nam ilustracje Adama Oesthela (znaleziona tutaj: http://www.fairyroom.ru/?p=437)
Eleonor Abott (znalezione w grafice google) Clark Harry (znalezione na wikipedii) i Bruce'a Ingmana (znaleziona tutaj: http://www.theguardian.com/books/2009/jun/20/bruce-ingham)

*(Kopciuszek, tłum. M Tarnowski, Baśnie Braci Grimm, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1989)

26.8.13

ZABAWA W SKOJARZENIA 



Baśnie pachną, baśnie smakują, mają swoją fakturę, odpowiednią jasność i temperaturę. Choć w warstwie fabularnej są często bardzo proste, bohaterowie wędrują przez bardzo konkretny świat, który w zmysłowej wyobraźni może objawiać się różnorako. Mnie objawia się tak:


Kiedy patrzę, co widzę?

Baśniowe krajobrazy to przede wszystkim ciemność i mgła. Raczej rozmyte obrazy, z których wyłania się jakaś osoba, detal, czasem zarys budowli. Wędrowiec otoczony jest przez tajemnicę. Tajemnica objawia się tylko w niewielkim stopniu.

Materia, z której utkane są baśnie, jest jak las, z którego ktoś na nas patrzy. Nie potrafimy rozróżnić poszczególnych drzew, wyrasta przed nami zbita masa czegoś co rośnie i szumi, a w dodatku czujemy na sobie to niewygodne spojrzenie. Wbijamy wzrok w gęstwę drzew, żeby odnaleźć właściciela oczu i nagle nasze spojrzenia się splatają. Las nadal pozostaje nierozpoznany, ale te oczy z jego głębi hipnotyzują nas, zagarniają całą naszą uwagę.



Kiedy przymknę oczy i zacznę nasłuchiwać, co usłyszę?

Szelest kroków za plecami. Mogę się odwrócić, ale wtedy okaże się, że to tylko wiatr, ślizgający się po pobliskich kamieniach. Uśmiecham się do siebie i ruszam dalej, wiedząc, że to wiatr szeleścił. I wtedy znów słyszę kroki. Czyjś oddech, może drobne szepty. Ktoś mówi mi „Idź”, żartuje ze mną. To tylko wiatr. Tylko wiatr. 

Drugi dźwięk, jest taki. Wieczór, nabrzeże portowe, niebawem będzie padać. w oddali krzyczą mewy, szumi morze, jęczą syreny statków, czekających na redzie. To tylko tło. Stoimy przed wejściem do obleśnej tawerny. Nad nim, na zardzewiałym pręcie, setki lat wcześniej, pierwszy właśnicicel, zawiesił deskę z nazwą („gruba Mańka”, „czarny Jack”, „pod złotym lwem” – do wyboru). Wiatr, który niesie ze sobą deszczowe chmury, co jakiś czas odbija się od tej starej, nadpruchniałej deski, wprawaijąc jej zawiasy w nieprzerwany zgrzyt. Ten zgrzyt jest zaproszeniem do opowieści. Mówi o tym, że za drzwiami tawerny mogą wydarzyć się przygody. A może to wiatr niesie obietnice przygody. Tego nie wiem. Wiem tylko to, że szyld skrzypi i w tym skrzypieniu mieszka baśń.

Jak smakują?

Baśnie są trochę jak wciąganie jesiennego powietrza przez usta. Mają w sobie chłód, posmak dymu palonych liści, posmak wilgoci. Albo inaczej – smakują jak płatki dzikich róż, jedzone bezpośrednio z pąka, albo jak świeże pędy świerkowe (polecam; wykręcają twarz, ale jest w nich tyle rześkości, że warto). Jak dzikie owoce nabrzmiałe słońcem.

Albo nie, jeszcze inaczej: smakują jak krew z przegryzionej wargi. Mają w sobie tę przedziwną słodycz, życia, tę słoność rany. Oblizujemy wargi, dziwiąc się, że tak smakuje nasza własna krew. Nasze życie.

Co czuję pod palcami, kiedy dotykam baśni?

Tutaj znów cały szereg skojarzeń. Przytoczę tylko dwa: Pierwszy to kobiece ciało. Jest w nim coś miękkiego, co pozwala palcom wędrować po doskonałych krzywiznach natury. Jest coś, co ustanawia to ciało na granicy snu i jawy. Mogę go dotknąć, jednak do końca nie jestem pewny, czy ono tam rzeczywiście jest. Rozkosz opuszków palców zaczyna zderzać się ze strachem, że to, co jest pod nimi, zaraz się rozpłynie, że natknę się na pustkę. I radość, że pustki nie ma.



A może wcale nie tak. Może tak naprawdę baśnie nie mają w sobie żadnej delikatności, a raczej fakturę niedźwiedziego futra. W dodatku lekko przetłuszczonego i brudnego. Kiedy wkładam w nie palce, czuję nieprzyjemną kosmatość. Spod spodu dociera do mnie jednak ciepło, wyczuwam życie. Mocne bicie serca potężnego zwierzęcia. Czuję jego siłę… i ten dyskomfort, że do cholery głaskam właśnie niedźwiedzia.


Wąchanie baśni


Baśnie śmierdzą. Ale za każdym razem, kiedy śmierdzą, śmierdzą w przyjemny sposób. Zupełnie, jak śmierdzą gnijące owoce, albo wiosenna ziemia. Jest w nich zgnilizna, ale zgnilizna, z której coś może się narodzić. Śmierdzą niczym zapalona lampka naftowa – nigdy jak sama nafta. Śmierdzą kurzem i pleśnią, niczym piwnica, do której schodzi się pogrzebać w starociach, albo odnaleźć schowane w niej skarby. 

***

Wykorzystane obrazki: Dwa pierwsze to przepiękna graficznie i wyjątkowo baśniowa gra Limbo. 

24.8.13

I CO DALEJ?


NA WARSZTACIE: Opowieści Szeherezady, W11, Życie Pi

Siedzieliśmy przy kolacji po całym dniu pracy w zoo. Ja, Gosia i jej synowie (8 i 5 lat). W związku z miejscem naszej pracy, rozmowa zeszła na film „Życie Pi”. W zasadzie Gosia wspomniała o tym filmie tylko dlatego, że siedzieliśmy w zoo. Opowiedziała krótko, że główny bohater był synem właściciela zoo i ojciec uczył go, jak ma się zachowywać w stosunku do zwierząt, pokazywał jakie mogą one być niebezpieczne, uczył jak przeżyć. Film, jest całkiem mądry, do tego nieskończenie piękny wizualnie. Niemniej, kiedy Gosia zaczęła zachwycać się estetyką filmu, młodszy z jej synów obruszony zapytał:
- Ale mamo! Co było dalej?

Trach! I tutaj zaczyna się magia opowiadania. Przymiotniki i opisy można schować do kieszeni. Nie jest ważne „jak?”, ważny jest następny krok. Ważne jest to, co jeszcze nie zostało powiedziane, kolejny etap przygody obdarty z jakiejkolwiek estetyki. Wymyślmy przykład:

„Spotkał ją przypadkiem, kiedy przechodził nocą przez most”

… i co dalej. W zasadzie nie jest ważne, jaki był most, albo jaka była „ona” ( choć „one” zazwyczaj są piękne), ważne jest to, co było wynikiem tego spotkania. Wyznał jej miłość? Napadli razem na bank? Zabił ją a potem zjadł? Na pewno coś było dalej. Po jednym wydarzeniu przychodzi następne, bo taka jest mechanika opowiadania (w przeciwnym wypadku, po co opowiadać? po co słuchać?), a może i mechanika całego życia. Zdaje się, że gdzieś w podstawach naszego myślenia, pytanie „co było dalej?”, funduje rozumienie świata.  Bez ciągu przyczynowo skutkowego, trudno poruszać się po rzeczywistości.



Sprawdzalność zasady

Nie trzeba wiele, żeby przykuć w ten sposób naszą uwagę. Dobrym przykładem są takie produkcje jak W11 czy, jeszcze bardziej, „Dlaczego ja?”. Robione bez wysiłku intelektualnego i artystycznego, naiwne fabułki, bazują przede wszystkim na chęci poznania tego, co dalej. Nie ma znaczenia, że drewniana gra aktorska przyprawia o mdłości, nie liczy się nawet to, że zakończenie wiadome jest już po 10 minutach – liczy się opowieść. Cegiełka po cegiełce, segment po segmencie dowiadujemy się, co jest dalej. Nie na końcu (bo to zazwyczaj wiadomo), ale dalej. Czekamy na następny krok bohatera, chociaż świerzbią nas palce, żeby wyłączyć telewizor. Ale nie, coś nas powstrzymuje, coś każe nam śledzić historię, chłonąć ją, niezależnie od obrzydzenia, jakie w nas wzbudza jej mierność. To jest własnie to pytanie: „co było dalej?”.

Szeherezada

Dziś towarzyszą nam ilustracje, których autorką, jest Virginia Frances Sterrett ze zbioru Arabian Nights. O zbiorze i o samej autorce kilka słów razem następnym. Tutaj pojawiają się one dlatego, że to właśnie Szeherezada była mistrzynią wykorzystywania zasady "i co dalej". Dzięki temu, że wiedziała jak opowiadać i gdzie przerwać, przez prawie trzy lata odwlekała swoją śmierć. Odwlekała ją tak skutecznie, że w międzyczasie urodziła trójkę dzieci, a jej mąż w ogóle stracił ochotę, na uśmiercanie jej. Dzięki tej zasadzie główni bohaterowie Baśni Tysiąca i jednej nocy, mogą w szczęściu i miłości dożyć swoich dni.


Baśń wie, co dalej

Baśń rozumie tę zasadę. Baśń żyje dzięki niej. Wiemy, że na końcu bohaterowie „żyli długi i szczęśliwie”, więc nie o zakończenie chodzi. Chodzi o przebieg opowieści. O jej rytm i kolejne segmenty, chodzi o to, „co było dalej?”. Baśń wie jednak coś, czego nie wiedzą twórcy „Dlaczego ja?”. Baśń wie, że trzeba mądrze odpowiadać na to pytanie. Za każdym razem, kiedy pojawia się to pytanie, domaga się ono mądrej, moralnej odpowiedzi. Dalej jest coś, co ma zbliżyć słuchacza do ślubu królewskiej pary, czy zdobycia skarbu. To jest potężna odpowiedzialność, ciążąca na opowiadającym.


I wskazówka dla niego. Kiedy opowiada baśń, musi doskonale pamiętać, co wydarza się krok po kroku, poszczególne segmenty baśni wyznaczają kolejne przystanki. Budują rytm, ale także symboliczną głębię baśniowej rzeczywistości. To jest to, co pozwala baśni się nie starzeć. To jest to, co przykuwa do niej. Nie wolno uronić ani kropelki z tego, co ma do zaoferowania. Jest to też dobre zabezpieczenie podczas opowiadania. Może ryzykownie, ale śmiem twierdzić, że dobra fabuła, nawet jeśli źle opowiedziana, ma szansę obronić się sama. Dlaczego? Dlatego, że słuchacza o wiele bardziej niż odpowiedź na pytanie, jak piękna była księżniczka, interesuje odpowiedź na pytanie „co było dalej?”.

16.8.13


MORAŁY BAŚNI 


NA WARSZTACIE: Czerwony Kapturek i Trzy Świnki

Podczas warsztatów opowiadałem Trzy Świnki. Na koniec jeden z rodziców rzucił:
„a jaki jest morał?”. Odpowiedziałem na to:
- Morał jest taki – odpowiedziałem –  że świnki żyły długo i szczęśliwie.

W ten sposób rodzic wyszedł niezadowolony i pewnie już więcej na warsztaty nie przyjdzie.
Jego pytanie uświadomiło mi jednak kilka bardzo ważnych kwestii.

Dociekliwość Kapturka? 


Po pierwsze, że dzisiejszy odbiorca baśni domaga się wyraźnej odpowiedzi. Najlepiej możliwie prostej. Pracowitość popłaca, głupi dwa razy traci, albo: należy uważać z kim się zadajesz. Zgrabne podsumowanie, ujawniające sens baśni, a wraz z nim celowość jej opowiadania. Bez niego sama historia traci rację bytu. Tak, jakby historia zawarta w baśni sprowadzała się tylko do przykładu, który niesie za sobą. Tymczasem, ciężko jest mówić o jakimkolwiek podsumowaniu nawet w najbardziej znanych baśniach.

Na przykład Czerwony Kapturek. Może morał mógłby być taki: nie zbaczaj ze ścieżki, bo zje cię wilk. Wilk mógł przecież zjeść Czerwonego Kapturka, gdy dziewczynka pozostała na ścieżce. w ich relacji i tak, to on zawsze był górą a ona raczej głupią dziewczynką.  
To może tak: nie wierz pozorom? Czerwony Kapturek nie wierzył, dlatego trzykrotnie dopytywał babcię-wilka, o pewne szczegóły, które nie do końca pasowały. W konsekwencji swojej dociekliwości, dziewczynka skończyła w brzuchu wilka. Może więc morał à rebour – nie pytaj o zbyt wiele, bo skończysz w paszczy wilka. Można zadać pytanie, co by się zmieniło, gdyby Kapturek nie pytała… zapewne skończyłaby w paszczy wilka tak czy siak. Pojawienie się myśliwego pod koniec baśni, nie może być traktowane jako morał. Bo jaki to morał? Jeśli jesteś w beznadziejnej sytuacji, czekaj na interwencję z zewnątrz. Do jakiego obrazu świata prowadziłoby takie podsumowanie? Jak budowałoby w dziecku poczucie własnej siły, jego rozeznanie w świecie? Każdy morał, który uda nam się wymyślić do tej opowieści, przycina ją gdzieś indziej, a przez to okrada ją z prawdy. 

Możemy pytać, jaki jest morał, ale baśnie zazwyczaj odpowiadać będą tak: i żyli długo i szczęśliwie, póki nie pomarli.


Morał i życie


Baśń nie daje gotowego rozwiązania. Co możemy wyczytać z Czerwonego Kapturka to to, że w życiu jest tak, że czasem spotyka się wilka i czasem ten wilk może nas bardzo dotkliwie oszukać, ba, może do tego oszustwa wykorzystać nawet osobę, która jest nam bardzo bliska, którą zapewne kochamy. Takie jest życie, więc taka jest baśń. Bez morału. Baśń mniej uczy, bardziej przygotowuje. Dziecko stając się Kapturkiem czy Świnkami, wchodzi na ścieżkę, na której czyhają na nie te same zagrożenia co na baśniowych bohaterów. Są wilki i smoki, i upiory. I kontakt z tymi siłami nie zawsze musi być przyjemny, ba, czasem jest przerażający, czasem może być wręcz bolesny (czasem nawet ból przekracza tę granicę, którą jest śmierć), ale kontakt z nimi jest nieunikniony. Baśniowi bohaterowie dają jednak nadzieję, że  z tego spotkania można wyjść zwycięsko, nawet jeśli się jest małym dzieckiem. A potem żyć długo i szczęśliwie.


Uproszczenie morału nie przystaje do baśni jeszcze z jednego względu – kierunkuje opowieść, aby ta osiągnęła określone cele. Trzeba opowiadać tak, żeby baśń znaczyła ściśle określoną rzecz. Niech za przykład posłużą trzy świnki – łatwo interpretować tę historię jako pochwałę pracy i skarcenie lenistwa. Wszystko się zgadza, ale zgadza się przede wszystkim dlatego, że baśń ta okrojona jest zazwyczaj z drugiej części, w której to trzecia (zresztą jedyna ocalała) świnka, trzykrotnie przechytrza wilka. To już nie jest morał. To już jest przygoda, na którą każdy, kto wyrusza w swoją własną drogę nie tylko może liczyć. On na nią zasługuje. 


Osoby zainteresowane tematem baśniowych morałów zapraszam także do zapoznania się z tekstami poświęconymi nieznanym zakończeniom znanych baśni: 

1. Drugi wilk - o pomijanym fragmencie Czerwonego Kapturka. 
2. Trzecia Świnka - o pomijanym fragmencie Trzech Małych Świnek
3. Po drugiej stronie pieca - o pomijanym fragmencie Jasia i Małgosi




Użyte grafiki - Noma Bar (znalezione tutaj -> http://www.graphic-design.com/design/negative-space-book)
                      Violeta Dabija (znalezione tutaj -> http://www.graphic-design.com/design/negative-space-book)