18.2.18

Zagubieni Chłopcy

Narzeczona Zbójnika, Muzykanci z Bremy, Baśnie o zbójach, inicjacja mężczyzny, Richard Rohr, Piotruś Pan, Berrie, Mateusz Świstak, Baśnie na Warsztacie,

Na warsztacie: Narzeczona Zbójnika, Muzykancie z Bremy, Baśnie o zbójach, inicjacja mężczyzny, Piotruś Pan

W książce Dziewczynka w baśniowym lesie, Pierre Peju zasugerował, że jeśli młoda kobieta zgubi się w lesie i nie odnajdzie drogi powrotnej do społeczeństwa ma wielkie szanse na to, by zostać wiedźmą.  Wszystko, łącznie z jej płciowością zostanie pozbawione punktu odniesienia, a przez to straci całkowicie na znaczeniu. Dziewczynka przekształcać się będzie stopniowo w leśną babę: Pewną siebie, potężną, niebezpieczną, ale z drugiej strony także dość odpychającą (bo to seksualność jest tym, co przyciąga). Myśl poprowadzona jest ładnie i dość przekonująco, więc kiedy pierwszy raz ją przeczytałem z przyjemnością dorzuciłem ten obraz dziewczynki-wiedźmy do puli własnych inspiracji. 

Wczoraj jednak uderzyło mnie to, że taka historia dotyczy jedynie kobiet. Co z kolei zrodziło pytanie, jak wygląda taki motyw dla chłopców. To myślenie zaczęło się od książki Richarda Rohra Tożsamość Mężczyzny i rozdziału  na temat podważania męskiej inicjacji w dzisiejszym społeczeństwie. Pozwólcie zatem, że w kilku poniższych słowach podzielę się z Wami, zarówno wypisami z czytanego przeze mnie tekstu, jak i swoimi przemyśleniami. 

Narzeczona Zbójnika, Muzykanci z Bremy, Baśnie o zbójach, inicjacja mężczyzny, Richard Rohr, Piotruś Pan, Berrie, Mateusz Świstak, Baśnie na Warsztacie,


Droga siły


Chłopiec zagubiony w lesie nie staje się czarnoksiężnikiem, ani magiem, ani czarodziejem (niepotrzebne skreślić), nie - on staje się zbójnikiem. Przypomnijcie sobie chociażby Muzykantów z Bremy. Jedynym światełkiem, jakie znajdują nocą w środku lasu zwierzęta jest właśnie chata zbójników. W Narzeczonej zbójnika sytuacja jest identyczna, najpierw kończy się to, co znane i zaczyna las, a potem, po bardzo długiej podróży w głąb tego lasu, narzeczona trafia na dom zbójców-kanibali. W innej baśni zagubiony bohater trafia do chaty zbójeckiej i żeby przeżyć, zgadza się na przyłączenie do szajki. Za każdym razem dom jest głęboko w lesie i za każdym razem zamieszkują go prawie wyłącznie mężczyźni.  

Zbójnik w przeciwieństwie do wiedźmy, nie traci swojego uroku, przynajmniej nie tego, którym wabić może kobiety. Nie traci on męskiej siły, nie traci brawury. W przeciwieństwie jednak do baśniowego bohatera (i podobnie jak zagubiona dziewczynka) zbójnik nie posiada nic, co łączyłoby go ze społeczeństwem. Nie obowiązują go ani normy, ani społeczna odpowiedzialność. Niech przykładem będzie wymieniany już wyżej bohater Narzeczonej zbójnika. To co robi w tej baśni wraz ze swoimi kamrataki jest przecież łamaniem jednego z najmocniejszych w naszej kulturze tabu - tabu jedzenia ludzkiego mięsa. Zbójnicy urządzają sobie kanibalistyczną ucztę, która bezdyskusyjnie wykreśla ich ze społecznego porządku i podkreśla to jak nieludzcy się stali. 

Narzeczona Zbójnika, Muzykanci z Bremy, Baśnie o zbójach, inicjacja mężczyzny, Richard Rohr, Piotruś Pan, Berrie, Mateusz Świstak, Baśnie na Warsztacie,


Zachowanie takiego zbója na każdym kroku jest przede wszystkim manifestacją siły. Bo to siła jest wartością, która daje mu niezależność. Do tego zbój musi pokazać, że ta niezależność stoi w opozycji do wartości wyznawanych przez regularny świat. Kto wie - być może to właśnie leży u podstaw zbójeckiego kanibalizmu - negacja. 

Siła i nie tylko 


Od razu może pojawić się pewna wątpliwość - przecież baśniowy bohater często tak samo jak zbójnik jest tylko chłopcem zagubionym w lesie. Dlaczego więc on nie rezygnuje z norm społecznych, dlaczego on nie kończy jako zbój? Myślę, że główną różnicę stanowi tutaj podejście do przestrzeni, w której obaj się znaleźli. Dla baśniowego bohatera las jest bowiem jedynie pewnym etapem drogi, miejscem próby, utrwalenia wartości, a czasem walki i śmierci. Zbój zaś w lesie swoją podróż kończy. Bohater płynie, zbój zaś dryfuje. Bohater używa swojego topora do walki o sprawiedliwość, zbój do zdobywania skarbów. 

Dodatkowo dla bohatera las to miejsce inicjacji. A zbój to ktoś, kto inicjacji unika. W tym miejscu pozwolę sobie do odwołania się do wspomnianej wyżej książki. Autor przytacza w niej przykład jednej z grup Australijskich Aborygenów, którzy szereg prób inicjacyjnych zamykali samodzielnym wykonaniem kamiennego topora. Ten topór był ich narzędziem, którym służyć mogli własnej społeczności. Wychodzili jako niedojrzali chłopcy, wracali jako odpowiedzialni mężczyźni - uposażeni do pracy dla swojego ludu. A potem przybyli Brytyjczycy, którzy jako dar przywieźli ze sobą stalowe siekiery. Lepsze i całkowicie za darmo. Rozdawano je wszystkim, nawet tym chłopcom, którzy nie przeszli jeszcze inicjacji. Okazało się, że chłopcy tacy byli odpowiedzialni za wzmożone akty przemocy. Otrzymali siłę, z którą nie wiedzieli jak sobie poradzić, moc bez potrzeby służenia tą mocą. I choć dysponowali dużo lepszym sprzętem niż ich ojcowie przed nimi ich męskość przez brak inicjacji została bardzo dotkliwie podkopana. Nie wiedzieli co ze sobą zrobić, więc zajęli się niszczeniem... stali się zbójami. 

I wiecie co - to ich bycie zbójem oznaczało słabość. Każda forma egoizmu jest w gruncie rzeczy oznaką słabości. Politycy, którzy nie potrafią dbać o swoje państwo, ojcowie, którzy olewają własne dzieci, mężowie, którzy nie potrafią zadbać o własne małżeństwa, czy wreszcie szereg facetów, którzy nawet nie wiedzą ,jak wesprzeć kumpla w potrzebie (czasem może to oznaczać pożyczenie stówy, czasem chwila uwagi, a czasem stanowcze zrobienie lub niezrobnienie czegoś). Oni wszyscy są być może silni, ale na pewno nie robią tego, czego się od nich wymaga - nie zmieniają świata na lepsze. 

Coraz więcej facetów po prostu się wycofuje. I może ociekają przy tym samczością, pokazują jacy to oni męscy nie są, ale w ostatecznym rozrachunku, ta cała ich męskość pozostaje niewiele warta. są zbójami, którzy po swoim życiu pozostawią jedynie pasmo wypalonej ziemi i płaczących bliźnich.

Zbóje i piraci


Chyba jeden z najlepszych przykładów tego, jak działają tacy mężczyźni, którym nie udało się przejść inicjacji możemy znaleźć w Piotrusiu Panu. I bynajmniej tym razem nie chcę przytaczać tu Piotrusia jako najbardziej niedojrzałego z niedojrzałych mężczyzn (bynajmniej nie - mam do niego o wiele za dużo szacunku), ale zwrócić uwagę na to, w jaki sposób skonstruowane są relacje na wyspie. 

Zagubieni chłopcy toczą zażarte boje z dzikimi bestiami, czerwonoskórymi i oczywiście piratami. Piraci tropią zaginionych chłopców, a jak się zdarzy to i czerwonoskórych, o bestiach nie wspominając. Czerwonoskórzy zaś gonią tak jednych, jak drugich i trzecich. Wszyscy ze wszystkimi się naparzają i gdyby nie to, że w ogrodach Kensingtońskich wciąż nieuważne nianie upuszczają niesfornych chłopców, populacja Nibylandii byłaby w ciągłym zagrożeniu. To jest świat brutalnej walki, w której trup ściele się gęsto. Zdarza się jednak tak, że na wyspę przybywa dziewczynka. Zagubieni chłopcy od razu upatrują w niej... matkę. Nie kochankę, nie siostrę, ale właśnie matkę. Wendy jest odpowiedzią na ich największą potrzebę. Jeszcze ciekawsze jest to, że kiedy piraci dowiadują się o dziewczynce, chcą ją porwać po to, żeby również mieć mamę. Cała ta książka jest opowieścią rozgrywającą się pomiędzy niedojrzałymi mężczyznami (nieważne czy dużymi, czy małymi) i dopiero kiedy docieramy do ostatnich rozdziałów, w których Wendy wyrosła widzimy, jak piękny, ale jednocześnie jak mało warty jest świat chłopięcych intryg. 

Narzeczona Zbójnika, Muzykanci z Bremy, Baśnie o zbójach, inicjacja mężczyzny, Richard Rohr, Piotruś Pan, Berrie, Mateusz Świstak, Baśnie na Warsztacie,


Sam lubię do tego świata wracać. Kiedy żona już śpi, lubię patrzeć w sufit i wspominać chwilę, do których wrócić już można jedynie dzięki pamięci. Jednak te chwilę mają smak jedynie jako przeszłość i tak jest dobrze. O wiele gorzej, kiedy rano, włączając wiadomości, albo przeglądając prasę, widzę, że trwa tam wojna pomiędzy zaginionymi chłopcami a piratami, którzy o wiele bardziej niż władzy potrzebują matki. Ktoś rozdał lekkomyślnie stalowe siekiery zapominając nauczyć ich wszystkich do czego te siekiery służą. I wszędzie tylko krzyki, chłopięce i wyjątkowo zbójeckie. 

Do tematu zbójników jeszcze z pewnością wrócę, ale na dziś, chciałbym już zakończyć. Pozwólcie zatem, że zakończę życzeniami. Życzę Wam smakowania wspomnień, kiedy byliście dziewczynkami i chłopcami i solidnego stania w Waszej dorosłości. Dziś i każdego dnia. 

pozdrawiam
Mateusz


ilustracje do wpisu sponsorują: Mable Lucie Attwell, serena malyon, Ernest Thesiger


7.2.18

Opowieść myszy

Baśnie polskie, Baśnie łużyckie, kot i mysz, Szeherezada, storytelling, Prawda, Baśnie na Warsztacie, Mateusz Świstak, baśnie 1001 nocy, Edmund Dulac,


Na warsztacie: Baśnie Łużyckie, Baśnie 1001 nocy, Szeherezada


W zbiorze Baśnie Łużyckie, trafiłem na taką oto opowieść:

Kot złapał mysz. Mysz próbując ratować skórę wpadła na taki sam pomysł, na jaki ongiś wpadła Szeherezada, a mianowicie postanowiła opowiedzieć kotu bajkę. Zaczęła ją opowiadać i wszystko szło pięknie, aż do momentu, gdy myszka nie rzuciła frazą, że baba z chłopem zaczęli szukać mięsa. Kiedy to powiedziała, kotu przypomniało się o tym, jakie relacje zwyczajowo panują między nim a myszą... więc zjadł mysz. 

Bajka ta, choć zajmowała niecałe pół strony od kilku dni wraca do mnie jak bumerang. Drzemie w niej niepokojąca prawda o komunikacji międzyludzkiej. Napięcie w relacji władza - poddany, łowca - ofiara i ofiara-kat. Mówi o tym, że ofiara, nawet jeśli nie przemawiają za nią żadne konkretne argumenty, zawsze ma jedną linię obrony - opowieść. 


Najsłynniejszą ofiarą opowiadaczką jest oczywiście Szeherezada, która w swojej próbie uratowania skóry trwała przez tysiąc i jedną noc, a jej praca doprowadziła do zmiany charakteru samego kalifa i de facto - do zmiany w całym królestwie.

Jak działał jej mechanizm obronny najlepiej chyba opisał Jacek Kaczmarski w "Wyznaniu Kalifa":
"Mów dalej - błagam, wstrzymany wędrowiec, /pan twego losu i więzień twych powiek, /nad życie zdrowie/ spragniony twych darów".

Szeherezada była jednak Mistrzynią, którą można podziwiać, ale którą trudno przeskoczyć. Jeśli jesteśmy mistrzami, zawsze zajdziemy odpowiednie argumenty, zawsze słowa będą uderzać w te struny, które rozmiękczą serce nawet najbardziej zatwardziałego tyrana. Niestety większość z nas nie jest Szeherezadą i zazwyczaj sztuką opowieści posługujemy się ciut słabiej.

Baśnie polskie, Baśnie łużyckie, kot i mysz, Szeherezada, storytelling, Prawda, Baśnie na Warsztacie, Mateusz Świstak, baśnie 1001 nocy, Edmund Dulac,


I wtedy musimy pamiętać o tym, że jeśli dobra sztuka opowieści ratuje życie, to zła sztuka opowieści może go nas pozbawić. Wracając do naszej myszy - jej przede wszystkich chodziło o to, żeby uratować skórę. Może przez to właśnie nie potrafiła stworzyć przekonującej historii, a w konsekwencji poległa. Nie myślała o opowieści, ale o tym, że za chwile może dostać się w kocią paszczę. Wątek mięsa nawija się w takich sytuacjach jakby automatycznie (kiedy ktoś każe nie myśleć nam o lisicy ze srebrnym ogonem - o czym będziemy myśleć?). Wątek mięsa niestety, zbyt bliski był rzeczywistości myszy. Zbyt bliski jest temu kontekstowi, jaki konkretyzuje się w relacji łowca-ofiara. 

Możemy się więc od myszy nauczyć pewnej bardzo ważnej rzeczy - opowiadacza zawsze obowiązuje kontekst. A kontekst składa się z pewnych dróg, które mają zielone światło i z pewnych, które mają światło czerwone. Jeśli wjedziemy w złą ulicę, będzie po nas. Niestety czerwone światła są zwykle lepiej widoczne, szczególnie, kiedy ma się nóż na gardle. I myślę tak: kiedy faktycznie mamy nóż na gardle, ratujmy skórę w każdy możliwy sposób. W momencie śmiertelnego zagrożenia, kombinujmy jak się da, ale uważajmy na czerwone światła. W sytuacjach zagrożenia chodzi tylko o drogę ucieczki. Samoobronę. 

Sytuacja Szeherezady jest diametralnie inna. Ona też miała nóż na gardle. Różnica między nią a myszą polegała jednak na tym, że jej od początku nie zależało na własnym życiu. Jej przede wszystkim zależało na prawdzie. A prawdą było to, że kalif był potworem i prawdą było też to, że coś z trzeba z tym zrobić. I Szeherezada była tą właśnie, która postanowiła coś z tym zrobić (kolejna prawda). 

Dopiero, kiedy zrezygnujemy z ratowania własnej skóry, możemy snuć naprawdę mocne opowieści. Nie ograniczają nas czerwone światła, nie ma zakazu wjazdu. Bo wtedy nic nas nie ogranicza. Nawet nie mamy czego tracić. Bo przecież życie już odpuściliśmy. I wiecie co? Dopiero wtedy opowieść staje się najpiękniejsza. Nieograniczona jak wyobraźnia, potężna jak życie. 


Ilustracje: Eva Vazquez, Edmund Dulac

1.2.18

Złe pytania złe odpowiedzi


Baśnie skandynawskie, dziewczyna w beczce, Hobbit, internet baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak


Na warsztacie: Dziewczyna wychowana w beczce

Macie tak czasem, że najgorętsze tragedie w ogóle was nie interesują, albo macie do nich zgoła odmienne podejście niż większość znajomych, a nie daj Boże internautów. Nie chce wam się reagować na kolejne doniesienie o zamachu, nie potraficie wyobrazić sobie potworności spowodowanych przez ostatnie tsunami i tak dalej. Jeśli kiedyś w takim położeniu się znaleźliście, pewnie zrodziła się w Was ochota dopasowania, choćby udawanego do ogólnie panującego nastroju, albo zgadzaliście się na pewne formy ostracyzmu. Mnie w takich razach, za każdym razem przychodzi do głowy baśń o dziewczynie wychowanej w beczce. 

Baśń ta pochodzi ze Skandynawii i opowiada o dziewczynie, która, jak wskazuje na to tytuł, wychowała się w beczce. W ogóle nie znała świata, więc nie wiedziała jak na świat zareagować. Kiedy już więc wyszła z beczki, co rusz więc chlapnęła coś niewłaściwego. Ludzie oczywiście uczyli ją jak powinna odpowiadać, ale ona wszystko przekręcała. Do proboszcza powiedziała "Rusz się kobyło". A kiedy ten nauczył ją, że mówi się "Niech będzie pochwalony" ona odpowiedziała tak do zdechłej świni. A kiedy przechodzień nauczył ją, że o świni mówi się "Niech leży i gnije" dziewczyna użyła tej frazy w stosunku do zacnej damy, która akurat się potknęła... wiecie, na czym to polega. Dziewczyna skończyła bardzo źle, bo ileż można z taką wytrzymać. 

Uwielbiam tę historię, bo pokazuje, w jaki sposób my zachowujemy się w sytuacjach społecznych. A jak się zachowujemy, to bardzo proste - zachowujemy się tak, jak nas wytresowano. I nie mówię tu o wychowaniu. Mówię o tresurze. Szczególnie w odniesieniu do internetu. Klikamy w clickbaity, oburzamy się kiedy mamy się oburzać, plujemy, kiedy autor tekstu oczekuje, żebyśmy pluli i oczywiście szerujemy, kiedy trzeba szerować. 

Dziewczyna z naszej baśni jest niezdarna. Bardzo źle jej wychodzi reagowanie na bodziec, a przez to rozkłada system na kawałki. Rozmija się z oczekiwaniami, za co nieraz dostaje w skórę. Niestety my często nie mamy w sobie tej niezdarności. I dajemy się wodzić za nos. Nie chcemy klikać, ale klikamy, mamy dość czytania o kolejnym dramacie, tragedii, czy kompromitacji, a jednak nie przestajemy czytać. Godziny spędzamy na kwejku, albo śmiejemy się z kabaretowych dowcipów, o puentach tak oczywistych jak styczniowy smog nad Krakowem. Znamy każde pytanie i każdą oczekiwaną odpowiedź. Każdy bodziec i każdą reakcję. I Idziemy za tym w ciemno. 

Tymczasem nikt nie zastanawia się, czy pytania są właściwie postawione. Czy bodźce, które uruchamiają reakcję to te właściwe bodźce. Bo jeśli nie, to na takie pytania nie ma dobrej odpowiedzi, to reakcja jest już u podstaw pomyłką. Baśń o dziewczynie w beczce, to baśń o nieudanej próbie odnalezienia swojego miejsca w społeczeństwie. I choć bohaterka ponosi klęskę, to jednak może być dla nas wzorem. 

Myślę, że czasem, kiedy postawione są złe pytania, udzielanie złych odpowiedzi może być dla nas jedynym ratunkiem. By nie tracić czasu, by nie marnować życia. I choć czasem przyjdzie nam za to dostać w skórę, może uda nam się doczekać chwili, w której złych pytań będzie mniej, a my wreszcie będziemy mogli spróbować zastanowić się... o co tak naprawdę warto pytać. 


Fotka: oczywiście z Hobbita.