27.12.16

Korzec Maku

magiczne próby, Baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak, wasylisa, Baśń o złotym ptaku, Szewczyk Dratewka, korzec maku,

Na warsztacie: Piękna Wasylisa, Szewczyk Dratewka, Trzy Prządki, Pani Zima, Złoty Ptak 

Obieranie migdałów, robienie makówek i inne dookołaświąteczne gospodarskie zajęcia przywiodły mi na myśl pewien baśniowy motyw.

Zdarza się często, że bohater postawiony zostaje przed niewykonalnym zadaniem. Musi uporać się z ogromną stertą przędzy (Trzy prządki), musi oddzielić mak od piasku (Dratewka), groch od popiołu (Kopciuszek), zboże dobre od zepsutego (Wasylisa), albo na przykład przekopać górę (Złoty Ptak). Zadanie to, jest zazwyczaj żmudne i ograniczone absurdalnie krótkim deadlinem. 

Ta uwiązana w baśniową powtarzalność próba sił ma w sobie coś niezwykle irytującego i... nudnego.  I tak wiemy, że kiedy bohater rano wstanie, wszystko się uda - w międzyczasie pojawią się nadnaturalne siły (czy to szwadrony mrówek, czy mała laleczka-opiekunka, czy tajemniczy lis), które rozwiążą za niego każdy, nawet najbardziej beznadziejny problem. Czasem zrobią to w podzięce, innym znów razem powód pozostanie przed czytelnikiem/słuchaczem opowieści zakryty do samego końca.

Powstaje więc pytanie: czy zadanie bohatera dotyczy więc samej awykonalnej ludzką miarą czynności? Nie, nie, po trzykroć nie.

Postarajmy się rozbić tę baśniową sytuację na kilka mniejszych elementów. 

Po pierwsze: warunki próby


Ten kto stawia przed bohaterem zadanie, zazwyczaj daje mu też jakieś ultimatum. Wasylisa albo rozdzieli stos i przejdzie do następnego etapu swojej próby, albo zginie. Przed podobnym zadaniem postawiony został Dratewka - albo wykona próbę i uratuje księżniczkę, albo czeka go śmierć. Kopciuszek miał rozdzielić popiół od grochu/maku w zamian za możliwość udziału w balu - stała więc przed wyborem, albo zostać tam gdzie jest, albo iść dalej (co w jej przypadku było trochę grą o wszystko). 

Przyglądając się próbom bohaterów możemy dostrzec, że każda z nich ma w sobie coś z ostateczności. Pojawia się też tam, gdzie bohater postawiony zostaje w jakimś punkcie zwrotnym swojej historii. Dziewczyna z Trzech prządek na przykład, zamknięta została w pokoju z olbrzymią stertą przędzy do obrobienia przez noc. Problem polegał na tym, że dziewczyna nienawidziła wszelkich prac związanych z tkaniem. A w jej czasach oznaczało to , że nienawidziła jednego z głównych atrybutów, który definiował ją jako kobietę, a tym samym, przekreślała się jako kandydatkę na dobrą żonę. A tu nagle książę i matka, która opowiada temu księciu jaką to jej córka jest wspaniałą prządniczką.  Dziewczyna zostaje więc postawiona w bardzo trudnej sytuacji: z jednej bowiem strony ma szansę na świetną partię na męża, z drugiej musi pójść sobie wbrew, do tego w najbardziej niewygodnym dla siebie punkcie. Poniekąd może w tym procesie mieć nóż na gardle, bo przecież zirytowany kłamstwami matki książę, bez problemu mógłby kazać zabić obie kobiety, z drugiej zaś to po prostu bardzo duża szansa, by zmienić swoje życie i iść do przodu. 

Po drugie: wielkość próby


O ile wiadomo, że ktoś, komu grozi śmierć raczej będzie robić wszystko, by tej śmierci uniknąć, o tyle chęć pójścia na bal albo wygrania męża/żony, niekoniecznie zaangażuje cały nasz potencjał w wypełnieniu postawionego przed nami zadania. Szczególnie, jeśli jest to zadanie absurdalne. "Przekop tę górę" - usłyszał bohater Złotego Ptaka. Stojąc u podnóża, mógł od razu powiedzieć: 
"Nie, szanowny Królu, to zadanie nie jest wykonalne". Miałby rację. Bo zadania, które mają do wykonania rzeczywiście są niewykonalne. Nawet gdyby mieli na nie rok, dwa, albo i dekadę - zadanie to nie byłoby wykonalne. Oni mają zazwyczaj tylko noc... 

magiczne próby, Baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak, wasylisa, Baśń o złotym ptaku, Szewczyk Dratewka, korzec maku,

Po trzecie: nastawienie do próby


... i pomimo tego, że mają tylko noc, siadają przed swoim zadaniem, podwijają rękawy, często załamują ręce i zalewają się łzami. I to jest miejsce, w którym rozpoczyna się gra o naprawdę wszystko. Baśniowi bohaterowie zabierają się do swojej próby z chęcią zwycięstwa. Nieważne jest to, co mają zrobić, ważna jest ich chęć. Nie są w tej chęci rozsądni, za to są zdeterminowani. Może i jest w nich niemoc, ale nie ma zniechęcenia. Ta niemoc wynika przede wszystkim z bycia świadomym, że proporcja sił do materii, którą trzeba przerobić niekoniecznie umożliwi im odniesienie sukcesu. Ale pomimo niej, walczą. I stają w szranki z rzeczywistością, mimo iż są świadomi, że niesprostanie próbie może skończyć się dla nich tragicznie. 

Jest jeszcze coś - bohater nie zakłada nadprzyrodzonej interwencji. Staje naprzeciw swojego wyzwania całkowicie sam. Weźmy taką Wasylisę. Przed każdą z prób zalewała się łzami. Choć dwukrotnie miała do czynienia z magiczną pomocą, przy trzeciej próbie nic się nie zmieniało. Wciąż była tylko dziewczyną postawioną przed niemożliwym. I za każdym razem czuła na karku dyszący oddech czasu. I za każdym razem w tej próbie była w pełni świadoma swojej niemocy. I za każdym razem brała się do roboty...


Po czwarte: prawdziwa próba


Mam poczucie, że w tym całym zamieszaniu od początku do końca chodzi o coś innego. Chodzi o ten, moment w którym po wzięciu sił na zamiary, zamiarów na siły i zrobienia sobie bilansu tego co możliwe czy nie. W tym właśnie momencie bohater zostaje postawiony przed właściwą próbą. Próbą nie tyle swoich sił (bo te w człowieku są zawsze za małe), ale swojego serca. I jeśli bohater zdecyduje, że mimo wszystko stanie w szranki ze światem, to już wygrał. Bo to, jak sprawy się rozwiążą w baśniach ma wartość drugorzędną. Pierwszorzędne jest to, że chcemy być tymi, którzy zwyciężają. Chcemy rzetelnie wypełnić powierzone nam obowiązki. Chcemy odpowiedzieć światu "tak". 

magiczne próby, Baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak, wasylisa, Baśń o złotym ptaku, Szewczyk Dratewka, korzec maku,

Po piąte: nagroda


Jeśli to zrobimy, możemy być pewni, że w nawet najbardziej niemożliwej sprawie pojawi się więcej rozwiązań niż problemów. Pojawi się niespodziewana furtka albo magiczny pomocnik. A może po prostu okaże się, że postawione przed nami zadanie, wcale nie jest tak ciężkie, jak wskazują na to okoliczności. A kiedy się uda, nie tylko unikniemy śmierci, ale też zyskamy nagrodę. Prządka z trzech prządek nie dość, że wygrała męża, to w bonusie otrzymała przywilej nie zasiadania nigdy przed wrzecionem. Wasylisa otrzymała swój ogień i pozycję jedynej wartościowej postaci (reszta spłonęła), Dratewka otrzymał księżniczkę. 

W baśni Pani Zima jest piękny i równie klasyczny motyw dwóch sióstr - jednej pracowitej, drugiej leniwej. Ta pracowita została wynagrodzona za swoją pracę tak, że kiedy wracała do domu, kury za nią krzyczały: "ku-ku-ru-ku! ko-ko ko-ko! idzie drogą czyste złoto!". Jej leniwa siostra, która na służbie u Pani Zimy nie popisała się zbytnio, nie mogła liczyć na hojną nagrodę. Kury miały dla niej inną przyśpiewkę: "ku-ku-ru-ku! ko-ko ko-ko! idzie drogą gęste błoto!". I wszystko to, zaczynało się od nastawienia serca. 

Zakończenie


Na koniec, pozwólcie, że zapytam: Ile razy dziennie mówicie, że czegoś się nie da? Ile razy stwierdzacie, że coś jest niemożliwe? Ile razy robicie to, bo wam się nie chce? Ile razy wolicie odpuścić, bo coś jest po prostu niewygodne? A ile razy zakasacie rękawy, wiedząc, że choć nie dacie rady i tak warto spróbować? 

Każda decyzja, którą podejmujemy pcha nas do zwycięstwa, bądź w niemoc. O nic innego nie chodzi. Bo rzeczywistość, którą tworzymy, nie ma nic wspólnego z materią, którą się otaczamy, ale z nastawieniem naszego serca. I jeśli zgadzamy się, by być gęstym błotem... to zawsze jest nasz wybór. Niezależnie od ogromu próby, jaka przed nami została postawiona. 



***

Wspaniałe ilustracje do szewczyka dratewki pochodzą z książeczki ilustrowanej przez Janinę Porazińską. 


Ilustracja do Baśni o Złotym ptaku wykonana przez Reece Wyke



17.9.16

Intruzka


Baśnie na warsztacie, ilustracje, złotowłosa i trzy misie, trzy misie, Mateusz Świstak, warsztaty dla dzieci, sztuka opowieści


Na warsztacie: Złotowłosa o trzy misie, baśniowe ilustracje


Dawno nie było wpisu poświęconego ilustracjom, co moim zdaniem trzeba naprawić. Dziś więc zapraszam do przygody z baśnią, o małej intruzce, która przybyła nie wiadomo skąd i narobiła szkód w domu trzech misiów: 


Baśnie na warsztacie, ilustracje, złotowłosa i trzy misie, trzy misie, Mateusz Świstak, warsztaty dla dzieci, sztuka opowieści

Baśnie na warsztacie, ilustracje, złotowłosa i trzy misie, trzy misie, Mateusz Świstak, warsztaty dla dzieci, sztuka opowieści

Baśnie na warsztacie, ilustracje, złotowłosa i trzy misie, trzy misie, Mateusz Świstak, warsztaty dla dzieci, sztuka opowieści

Baśnie na warsztacie, ilustracje, złotowłosa i trzy misie, trzy misie, Mateusz Świstak, warsztaty dla dzieci, sztuka opowieści

Baśnie na warsztacie, ilustracje, złotowłosa i trzy misie, trzy misie, Mateusz Świstak, warsztaty dla dzieci, sztuka opowieści

Baśnie na warsztacie, ilustracje, złotowłosa i trzy misie, trzy misie, Mateusz Świstak, warsztaty dla dzieci, sztuka opowieści

Baśnie na warsztacie, ilustracje, złotowłosa i trzy misie, trzy misie, Mateusz Świstak, warsztaty dla dzieci, sztuka opowieści

Baśnie na warsztacie, ilustracje, złotowłosa i trzy misie, trzy misie, Mateusz Świstak, warsztaty dla dzieci, sztuka opowieści

Baśnie na warsztacie, ilustracje, złotowłosa i trzy misie, trzy misie, Mateusz Świstak, warsztaty dla dzieci, sztuka opowieści

Baśnie na warsztacie, ilustracje, złotowłosa i trzy misie, trzy misie, Mateusz Świstak, warsztaty dla dzieci, sztuka opowieści

Baśnie na warsztacie, ilustracje, złotowłosa i trzy misie, trzy misie, Mateusz Świstak, warsztaty dla dzieci, sztuka opowieści

Baśnie na warsztacie, ilustracje, złotowłosa i trzy misie, trzy misie, Mateusz Świstak, warsztaty dla dzieci, sztuka opowieści

Baśnie na warsztacie, ilustracje, złotowłosa i trzy misie, trzy misie, Mateusz Świstak, warsztaty dla dzieci, sztuka opowieści

Baśnie na warsztacie, ilustracje, złotowłosa i trzy misie, trzy misie, Mateusz Świstak, warsztaty dla dzieci, sztuka opowieści



Dzisiejsze ilustracje sponsorowane są przez: Chloe Doel, Gerda Muller, Jan Brett, Yuri Vasnestov, leslie brook, Jessie Wilcox Smith, Daniel Osbourn, iterflor, markbirdillustration, Anna Walker, Anni Betts, Palmer,  Eugenie M. Wireman,

10.9.16

Z codziennika opowieści VIII




Część pierwszą znajdziecie TUTAJ
Część drugą TUTAJ
Część trzecia TUTAJ
Część czwartą TUTAJ
Część piątą TUTAJ
Część szóstą TUTAJ
Część siódmą TUTAJ

Chciałem Was przeprosić, że część ósma codziennika pojawia się z opóźnieniem. Wynika to z prostego faktu, że byłem na tak zwanym urlopie, także od swojego baśniowego świata. Cały ostatni tydzień zbijałem bąki, taplałem w Atlantyku i grzałem na słońcu. Oczywiście ucho się nie wyłączyło, przeczesując werbalną przestrzeń w poszukiwaniu historii dla Was. I jak się okazuje historie też pojechały na wakacje... czy raczej zostały w domu, bo te, które dziś przytaczam albo dotarły do mnie przez fejsa, albo ktoś opowiedział mi je dopiero w Polsce.

Akumulator


Muszę się Wam pochwalić. Ostatnio wymieniłem akumulator. Prawie sam. I jest to, obok naprawienia pralki i zbudowania prawie samemu drzwi, jedno z moich największych osiągnięć technicznych. Nie zrobiłbym tego bez technicznej wiedzy mojego cudownego sąsiada Kuby, ale ostatecznie chodzę i rozpowiadam wszystkim, jak to sprawnie wymieniłem akumulator. Kiedy opowiedziałem o tym tacie, ten przytoczył pewną inną historię, związaną ze mną i akumulatorem.

Działo się to w pradawnych czasach, kiedy na polskich drogach królowały Fiaty 126p, czyli maluchy. Działo się to tak dawno temu, że nawet data nie miała jeszcze z przodu dwójki, a tylko jedynkę, do tego ostatnia dekada XX wieku była wciąż bardzo młoda. W tamtych czasach istniał podobno zwyczaj wyjmowania z samochodu akumulatora i przetrzymywania go w domu, żeby się, dajmy na to na mrozie nie rozładował. Albo ochronić przed złodziejami... albo miało to jeszcze inne, magiczne znaczenie, o którym mnie nie wiadomo, a internety milczą. W każdym razie - tata nasz akumulator  trzymał w szafie.

Zdarzyło się tak, że pewnej nocy, ktoś opędzlował naszego malucha. wykręcił z niego koła, zabrał lusterka i parę innych gadżetów pomagających w prawidłowym funkcjonowaniu pojazdu. Tata wezwał policję, żeby poinformować o kradzieży, co potem miało się przydać do odszkodowania, czy jakoś tak. I kiedy wymieniał rzeczy, które zabrali złodzieje, wśród nich znalazł się także akumulator. 

Wtedy podobno do akcji wkroczyłem ja i grzecznie przypomniałem tacie:
- Ale tato, przecież akumulator jest w szafie.
Sytuacja byłaby bardzo niezręczna gdyby tata nie wykazał się trzeźwością umysłu.

- Ten jest pożyczony od dziadka - odpowiedział.

Nie pamiętam, czy potem za wsypywanie ojca dostałem w skórę... Mama mówi, że to był przejaw moich wrodzonych skłonności do praworządności, a ja myślę, że o wiele bardziej to jeden z pierwszych, odnotowanych we wspomnieniach śladów mojej całkiem niezłej pamięci.

A skoro już mowa o sprawiedliwości. Jakiś czas potem, ten "lost and found" akumulator trzymany w szafie w tejże szafie eksplodował, zalewając kwasem jeden z ładniejszych płaszczów mojej mamy.

Zdrada


Podczas podróży Unibusem z Krakowa do Katowic starsza pani, jadąca przede mną, cały czas rozmawiała przez telefon. Z opowieści wynikało, że jej mąż niedawno zmarł i kiedy zmarł, pojawiła się kobieta, która utrzymywała, że jest wieloletnią kochanką nieboszczyka i że ten zostawił jej testament, w którym na nią przepisuje znaczną część majątku.

Zrobił się z tego wiadomy kwas, zważywszy, że żona i teściowa żyły w nienajlepszej komitywie (więc teściowa potraktowała to jak przetargową kartę - "widzisz, taka byłaś beznadziejna, że Tomek znalazł se babę, to pewnie przez ciebie zmarł!"), a do tego informacje podawane przez kobietę okazały się być prawdziwe. Nie wiadomo czy te związane z testamentem, ale na pewno te związane z jej stanowiskiem wieloletniej kochanki (podobno żona w rzeczach zmarłego znalazły się jakieś papiery czy zdjęcia świadczące o jego winie).

Z perspektywy słuchacza historia miała charakter tęgiego, al e dość banalnego bagna, natomiast opowiadająca ją kobieta, wracała ciągle do dwóch wątków, które sprawiły, że choć to historia podobna do miliona innych, to jednak zapadła w pamięci.

Po pierwsze żałoba. To był wciąż czas, w którym potrzebowała opłakiwać bliską osobę. Nieważne, co ta osoba nabroiła, nieważne czy była fair czy nie, była dla kobiety bliska. I nawet brudy, które wypłynęły na wierzch po jej śmierci nie były w stanie temu zaprzeczyć.

Druga sprawa, która wciąż wracała, a gdzieś pod koniec rozmowy została nawet przez kobietę zwerbalizowania była następująca:

- Wiesz co, W tym wszystkim to nie jest ważne, co robił Tomek, ważne jest to, że ja pozostałam fair w stosunku do niego.

Postawa godna pozazdroszczenia. Patrzeć jedynie na swoje postępowanie moralne. Nie odgryzać się. Nie czuć goryczy. Żałować, kiedy trzeba... i wciąż kochać. Pomimo.

Życiorysy


Ostatnie półtora tygodnia przysłuchiwania się historiom sprowadziło się do jednej konkluzji - historia to przede wszystkim życiorys. Im bardziej odbiegający od standardu, tym lepiej dla historii. Ostatecznie sprowadza się to jednak zawsze to tego, co gdzieś już wcześniej obiło nam się o uszy. Wydarzenia powtarzają się, tylko imiona są inne. Nie ma złych i dobrych bohaterów - są tylko ludzie.

Weźmy przypadek Iwony.

Iwona niedawno straciła pracę w szkole. Piła. Piła ostro - powypadały jej włosy od tego picia, do pracy przychodziła zionąc czosnkiem i wodą z ogórków. Jakoś się trzymała, jakoś potrafiła się maskować. Do tego stopnia jakoś, że dopiero po awarii wątroby wzięto ją pod lupę. Potem, któryś z rodziców ją przyłapał i pożegnała się ze swoim stanowiskiem.

Podobno teraz pracuje w MOPSie doglądając starszych osób, za głodową pensję. Czy to prawda - nie wiem. Czy dalej pije - o tym też kroniki milczą.

Iwona mieszka ze swoim mężem Piotrem. Nie rozmawiają ze sobą i zasadniczo mieszkanie dzielą raczej przez ścianę. Mówi o nim, że jest damskim bokserem i kiedyś w przypływie alkoholowego awanturowania się zadzwoniła na niebieską linię. Poza tym, że ją bił i wyzywał, to jeszcze sprzedał jej samochód i nie pozwalał zajmować się synem. Kiedy więc z powodu picia nawalało jej zdrowie, syn przesiadywał z nią w szpitalach.

Piotr mówi, że i owszem, zdarzało mu się uderzyć Iwonę, po tym, jak ona wyszarpała go za włosy, gdy wylewał jej alkohol do zlewu. Zdarzało mu się zatrzymywać ją siłą w domu, żeby nie wychodziła po wódę. I naprawdę, że sprzedał jej samochód - nie chciał, żeby dalej woziła w nim ich syna, szczególnie, gdy była nawalona. O tym, czy odczuwał z tego bicia przyjemność raczej głośno nie mówił. Na pewno cała sytuacja sprawiła, że nienawidził jej tak szczerze, jak się tylko dało. Do tej pory nie wiem, co trzyma ich tak długo pod jednym dachem. Może wątpliwe w tych okolicznościach dobro syna? Może Piotr wie, że jako posiadacz niebieskiej karty nie ma szans na prawa rodzicielskie, a w zaistniałych okolicznościach nie chce zostawić syna z Iwoną...

Z tym synem zresztą też sprawa nie była tak oczywista. Bo podobno i Piotr, i Iwona wykazywali się wybitną bezpłodność. Próbowali, próbowali i nic. Iwona jeździła czasem do swojej matki poza Katowice, a w domu z Piotrem zostawała córka jego przybranej siostry, która przyjeżdżała do miasta studiować zaocznie.

Jak się okazało, Piotr wcale nie był tak bezpłodny, jak początkowo podejrzewał. Jego przyszywana siostrzenica zaszła z nim w ciążę i urodziła córkę. Co się Iwona nacierpiała, to się nacierpiała, ale wreszcie zgodziła się, żeby dziewczynkę adoptować. Piotr uznał swoje ojcostwo, a kiedy papiery "przekazania" dziecka leżały już na stole, gotowe do podpisania, matka dziecka rozmyśliła się i wróciła do swojej wsi. Zostały jedynie alimenty do płacenia.

Trochę ubolewam, że siostrzenica Piotra była jedynie przyszywana, bo kazirodztwo w czystej postaci nadawałoby tej historii jeszcze większej pikanterii. Koniec końców po tamtym epizodzie Piotr i Iwona wzięli się do roboty i tak urodził się ich syn.

Każda dobra historia musi mieć swój początek, środek i koniec. Jaki jest koniec tej historii, trudno powiedzieć. Widzę Iwonę, która podczas jednej ze swoich pracowniczych wizyt, słabnie - nie jest w stanie dojść na przystanek, więc osoba, którą to ona powinna się zająć, dzwoni po karetkę. Drzwi ambulansu zamykają się, a potem samochód rusza na włączonym sygnale. Znika za rogiem, a my słyszymy jedynie ciągnący się za nim coraz niemrawiej jęk syreny.

Może powinniśmy jednak zostawić Iwonę na progu szkoły, z której przez wstawiennictwo koleżanek została zwolniona bez nagany - za porozumieniem stron. Za progiem czeka na nią milion niewiadomych i tylko dwa pewniki - alkohol i dom, w którym ściany nie tylko z cegieł, ale i nienawiści. Coś się musiało wydarzyć lub dopiero się wydarzy. Ja niestety nie znam dalszych losów Iwony.

Znam tylko środek. Bo gdzie jest początek tej historii miłości Iwony do procentów? Czy w tym epizodzie jej męża z siostrzenicą, czy w patologicznym środowisku, z którego, podług słów Piotra, wywodziła się Iwona? A może początek rozmywa się w setkach drobnych subtelności, które działy się pomiędzy Iwoną i Piotrem albo Iwoną i resztą świata, a które doprowadziły ostatecznie do pierwszego poważnego pocałunku Iwony z flaszką? Trudno dociekać. Dla mnie początkiem tej historii jest jej koniec. Tak więc na zakończenie pozwolę sobie powtórzyć:

Iwona niedawno straciła pracę w szkole.


Pociągi i duchy


I na koniec link od niezawodnego Łukasza Bernadego. Dostałem go z informacją, żebym nie pomijał komentarzy. Z tą też informacją zostawiam was. Klikajcie TUTAJ.

Przy okazji Łukasza - od niedawne pokazuje się on w świecie pod banderą Con Fabula, którą można lajkować na fejsach. Do czego zachęcam. 

29.8.16

Z codziennika opowieści VII




Część pierwszą znajdziecie TUTAJ
Część drugą TUTAJ
Część trzecia TUTAJ
Część czwartą TUTAJ
Część piątą TUTAJ
Część szóstą TUTAJ


Ten tydzień upłynął baśnionawarsztatowej śwince pod znakiem anegdot wszelakich. Zatem bez zbędnych wstępów:

Złodzieje cementu

Dzisiejszy codziennik zacznijmy od podhalańskiej kroniki kryminalnej.

Kilka dni temu odwiedził nas znajomy, którego dziadek w czasach dość już odległych pracował jako przedstawiciel wymiaru sprawiedliwości w jednym z podhalańskich miasteczek. Wybaczcie brak stylizacji na gwarę.

Do dziadka mojego znajomego przychodzi klient i wykłada swoją sprawę:

- Nasz sąsiad miał u siebie sto worków cementu. A my akurat mieliśmy u siebie robić wylewkę. No to skoro my mamy robić wylewkę, a sąsiad ma akurat cement, to se pomyślałem ze szwagrem, że my tym jego cementem zrobimy tę naszą wylewkę.

Poczekaliśmy aż sąsiad pojechał na dłużej i w nocy żeśmy po ten cement poszli. Myślimy, że co będziemy worki zostawiać nieruszone - jeszcze kto znajdzie i będą z tego problemy. Od razu żeśmy się wzięli do roboty. I całą noc my robili.

Rano się okazało, że to nie był cement tylko wapno, i cała nasza robota na marne. Wszędzie wapno, wszystko z wapna i wylewka do niczego! I do tego jeszcze trzeba się będzie narobić, żeby to wszystko stamtąd wyciągnąć. No i takeśmy pomyśleli… może by się udało za to wapno jakie odszkodowanie od sąsiada wyciągnąć?

Rasizmy szwedzko-polskie


Tę historię opowiedział mi znajomy, którego znajomy pracuje w Ikei. 

Na dziale dziecięcym w Ikei są podobno zabawkowe łóżeczka dla dzieci. Do tych łóżeczek są dwa komplety laleczek: chłopczyk i dziewczynka białe oraz chłopczyk i dziewczynka czarne. W jednym z polskich sklepów tej sieci (nie wiadomo dokładnie w którym), pracownik pozwolił sobie na niesmaczny żart - białe dzieci ułożył do łóżeczek, czarne zaś pod łóżeczkami. 

Nie trzeba było długo czekać, aby jakiś oburzony klient zrobił zdjęcie tej "instalacji" i cała sprawa trafiła do centrali, gdzie się nią zajęto. 

Nie wiadomo, czy wykryto pracownika, który przyczynił się do zaistnienia rasistowskiego układu lalek i czy pociągnięto go do odpowiedzialności. Wiadomo na pewno jaki los spotkał laleczki. Aby sprawa nie powtórzyła się więcej, postanowiono, że należy wycofać je z produkcji. Wycofano więc… czarne. 

To oczywiście legenda miejska, funkcjonująca wśród pracowników Ikei. W internecie nie ma informacji o tym, że taka historia faktycznie miała miejsce. Także konstrukcja tej opowieści ma w sobie wiele z gatunku jakim jest miejska legenda. Są zapośredniczenia: znajomy znajomego. Jest w niej odrobina prawdopodobieństwa (bo przecież w Polsce taki żart mógł się wydarzyć - ba, jak nie w Polsce to gdzie indziej?), do tego jest wystarczająco niesamowita, bo przecież wydarzyła się w TAKIM jak Ikea sklepie (gdzie pod płaszczykiem poprawności politycznej, dzieją się straszne rzeczy). 

Ale chyba najciekawsze (i najsmutniejsze) jest to, że legendy miejskie pojawiają się w społecznie nieuporządkowanych, budzących strach, brudnych przestrzeniach. Zastanawia mnie, czy ta historyjka dotyczy strachu przed czarnymi i jest ukłonem w stronę mieszkającego pod skórą rasizmu, czy jest to opowieść o strachu przed tym, że nasz rasizm może wyjść na światło dzienne. Najbardziej przeraża chyba jej morał i drzemiące w nim na rasizm przyzwolenie. Czy potrzebujemy go? Jako Polacy? Jako Europejczycy? 

To też jedno z ciekawszych pytań - czy to typowo polska legenda, czy ma swoje odpowiedniki także w innych krajach? 


Granie Szostakowicza


Tę historię przypomniała mi znajoma. Lub raczej prawie przypomniała, bo nie chciała powiedzieć, skąd ona jest. A ja wiem, że gdzieś to czytałem, ale nie wiem gdzie i teraz Szostakowicz wierci mi w głowie straszną dziurę. Właściwie teraz, kiedy poprawiam wpis, nie jestem nawet pewien, czy to anegdota o Szostakowiczu, Prokofiewie, Czajkowskim, Mozarcie czy Wagnerze… Wszystkie fakty w niej mogą być pomieszane, ale jeśli komuś z Was sytuacja dopasuje się do prawdy historycznej/literackiej, dajcie proszę znać:

Pewna dama grała przed kameralną publicznością jedno z dzieł Szostakowicza. Utwór był mało znany i dość trudny, do tego w standardowym zeszycie nutowym jeden z najbardziej gorących momentów urywał się w połowie strony i trzeba było jednocześnie grać i przerzucić stronę. Zwykle robił to znajomy owej damy, ale tym razem z powodu choroby lub innej niedyspozycji muzyczka była sama. 

Kiedy więc zaczęła zbliżać się do feralnego miejsca, poczuła, że ogarnia ją panika. Grała jednak dalej, bo cóż innego miała robić? I kiedy do odwrócenia strony zostało jej kilka taktów, a sekundy płynęły nieubłaganie nagle z końca sali podniósł się wysoki człowiek w okularach. Ku zdziwieniu publiczności podszedł do grającej damy i dokładnie w chwili, gdy padła ostatnia zapisana na tej stronie nuta, odwrócił kartę i muzyka potoczyła się dalej bez najmniejszego zakłócenia. 

Mężczyzna wrócił na swoje miejsce i spokojnie wysłuchał koncertu do końca. Tym mężczyzną był Szostakowicz. 

Podczas próby odnalezienia tej historii w odmętach internetu, trafiłem na ciekawą stronkę zbierającą anegdoty o sławnych ludziach. Jeśli macie ochotę na ciąg dalszy tego typu historii, zapraszam TUTAJ. A ja na zakończenie dzisiejszego wpisu zostawiam Was z Szostakowiczem:






21.8.16

Z codziennika opowieści VI



Część pierwszą znajdziecie TUTAJ
Część drugą TUTAJ
Część trzecia TUTAJ
Część czwartą TUTAJ
Część piątą TUTAJ


BIBER!


Pierwsza z dzisiejszych historyjek jest dość smutna. Opowiedziała mi ją Edytka Poskrobko z Galeonów Baśni, kiedy przechadzaliśmy się po zapuszczonych, ale pięknych uliczkach Będzina. 

Edyta opowiadała o przedwojennej grze, o nazwie Biber. Żeby w nią zagrać, gracz potrzebował:

- Worka cukierków, 
- kompana z workiem cukierków, 
- miasta,
- Żydów. 

Zasady były bardzo proste: Idziemy sobie miastem i kiedy dostrzeżemy brodatego Żyda, krzyczymy "BIBER!". Jeśli udało nam się krzyknąć to słowo jako pierwszym - wygraliśmy. Jeśli nie - musieliśmy oddać przeciwnikowi określoną ilość cukierków. 

Punktacja była następująca: za Żyda ciemnowłosego płaciło się jednego cukierka, za rudego - dwa, za siwego - trzy. Ale przeciwnik mógł się wykupić, wystarczyło że podszedł do takiego zaklepanego, czy też zabibrowanego Żyda… i pociągnął go za brodę. Wtedy, nie dość, że nie musiał płacić, to jeszcze dostawał od nas ekwiwalent za dany model Żyda… 

Proste? proste! można wiec ruszać na miasto i grać… 

Nie obejdzie się oczywiście bez komentarza.

Zawsze uważałem, że holokaust był tak samo tragiczny w skutkach dla Żydów, co dla Polaków i że Polacy-Polacy nie zdają sobie nawet sprawy z tego, jak wielkim spustoszeniem utrata Polaków-Żydów, że wyrwy, jaką w tożsamości polskiej uczyniło zniknięcie tej części naszego narodu nie da się niczym zapełnić. Bez swoich Żydów Polska stała się… gorsza. 

A tutaj ta zabawa. I spacer po "pożydowskim" (nomen omen) Będzinie i myśli, że skoro w dwudziestoleciu  dzieciaki bawiły się tak, a nie inaczej, że skoro w Jedwabnem sąsiad zamknął sąsiada w stodole, że skoro Kielce, skoro "złote żniwa", a "Syjoniści na Syjam", to wcale mnie nie dziwi, że smród antysemityzmu ciągnie się za nami w tak dotkliwy i kretyński sposób, aż do dziś. I głupie mózgi karmią się głupimi frazesami, choć idę o zakład, że większość ludzi, którzy wygadują te wszystkie antysemickie brednie, na oczy nie widziała prawdziwego Żyda. 


Głosy w Katmandu


Przy okazji przygotowań się do pewnego zlecenia natknąłem się na książkę Aleksandra Nawareckiego pod tytułem Lajerman. W jednym z rozdziałów autor przytacza historyjkę, która mnie osobiście wyjątkowo urzekła. 

Rzecz działa się W stolicy Nepalu. Jeden z najsłynniejszych polskich himalaistów, czyli Jerzy Kukuczka, wraz ze swoimi kompanami z gliwickiego Klubu Wysokogórskiego przybył niedawno w Himalaje i przechodził proces aklimatyzacji. 

I bynajmniej nie chodziło tylko o zmienne warunki klimatyczne i zmiany związane z wysokością, chodziło o biegające po ulicach jaki, o stupy, z których powiewały modlitewne chorągiewki, o buddyjskich mnichów, o zwykłych Nepalczyków i wszystko. Bo wszystko było inne. Takim światem można się zachłysnąć (wierzcie mi, byłem kiedyś w Sosnowcu), szczególnie kiedy przypadkiem będzie się świadkiem wieczornego misterium, przepełnionego światłem świec, alikwotowym śpiewem i zapachem kadzideł. 

Naszemu górołazowi zdarzyło się właśnie znaleźć w takim miejscu - półmrok przepełniony tajemnicą. Czy to Kukuczka, czy to jeden z jego towarzyszy oszołomiony tą niezwykłą atmosferą, zakrzyknął z głębi swojej śląskiej duszy: "Kaj my to są?" (śl. "Olaboga, jak tu jest niesamowicie, gdzie my się w ogóle znaleźliśmy?").

I nikt się nie spodziewał, że ktoś odpowie, tymczasem po drugiej stronie ciemności, gdzieś zza dymów kadzideł, do uszu naszych bohaterów dotarła odpowiedź na ich wołanie. I była to odpowiedź poprawna. Kobiecy głos wołający: "My som tukej!" (śl. "Jesteśmy, gdzie jesteśmy"). 


To oczywiście historia o wspaniałym zbiegu okoliczności, wybrzmiewający śląską gwarą. Historia spotkania, gdzieś na Dachu Świata. Bo tak się akurat złożyło, że w tym samym czasie, trzy panie z Chorzowa postanowiły spełnić swoje wielkie marzenie ucieczce od szarości Polski Ludowej. Marzenie o wolności. A Himalaje są przecież jednym z synonimów słowa "wolność".

Kalina


Ostatnią historię wspominkową z nutą etnobotaniczną zawdzięczam po raz drugi już uprzejmości Łukasza Bernadego, który podesłał mi do niej link. Po raz drugi pozwolę sobie na przekierowanie bezpośrednio na stronę. Czyli KLIK.



14.8.16

Z codziennika opowieści V


Część pierwszą znajdziecie TUTAJ
Część drugą TUTAJ
Część trzecia TUTAJ
Część czwartą TUTAJ

Dzisiejszy codziennik będzie się składać z dwóch historii. I jedna z nich będzie prawie baśnią.


Beczka piwa


Teraz będzie wyznanie. Pomysł codziennika zrodził się na mojej stałej trasie pomiędzy Katowicami a Krakowem. Jeżdżę busami, więc jestem przynajmniej przez dwie godziny w tygodniu przymuszony do obcowania z Eremefem, czyli najpopularniejszą stacją radiową tego kraju. Za każdym razem zakładam się ze sobą, że podczas tych dwóch godzin w eter pójdzie jakaś dobra muzyka (co czasem się zdarza), albo jakaś ciekawa historia (co niestety nie zdarzyło się jeszcze nigdy - może za wyjątkiem reklam preparatów na nietrzymanie moczu, które same w sobie są perełkami). Chcąc nie chcąc, słucha się jednak słów rozlewających się po kabinie z głośnika.  

Historie były zazwyczaj tak złe, że po którejś z kolei przyszła do mnie wielka potrzeba historii dobrych. Takich, którymi dałoby się zastąpić tamte złe. Dobrze opowiedzianych, ciekawych, albo takich z sercem. Tak powstała ta wakacyjna seria codziennikiem zwana. 

Po drodze jednak coś się zmieniło. W lipcu Kraków odwiedziłem tylko raz, więc było mi oszczędzone obcowanie z tragedią oralną Eremefu. Aż tu nagle znów podróż do Muzeum Etnograficznego i znów historia jak obuchem w łeb. Jedna, ale brutalnie przykładowa. Pozwólcie więc, że dziś przytoczę krótką, niestety naprawdę zasłyszaną w radiu historię, rodem z jebzdzidy.pl. 

Mniej więcej wiernie (mówi spiker):

Oglądam właśnie nagranie z monitoringu z Bydgoszczy, na którym dwóch pijanych jegomościów niesie ukradzioną beczkę piwa. Żeby ją ukryć, postanawiają wtoczyć ją w krzaki. Niestety są już tak zrobieni, że ukrywanie nie idzie im najlepiej. I gdyby poszli do rozum do głowy, toby przecież wiedzieli, że taką beczkę to należy wypić a nie chować. 

Koniec opowieści. 

Zwróćcie proszę uwagę na trzy rzeczy. Po pierwsze na pochodzenie tej historii. Spiker opowiada filmik z kamery przemysłowej (!). Filmik w rozgłośni radiowej! Dlaczego? Być może dlatego, że  myślimy filmikami (a przynajmniej spece od marketingu uważają, że myślimy).

A może powodem jest to, że utraciliśmy wiary w moc twórczą słowa. W moc słowa jako narzędzia. W jego siłę sprawczą. W tej sytuacji radio popularne musi posiłkować się obrazem, odnosić do jutubowych głupot, być im podległe, licząc, że tymi zabiegami oszuka słuchacza. "Zobacz - zdaje się mówić - jestem tym, co lubisz!" Uwaga - nie jesteś! Jesteś imitacją. Próbą przełożenia salecesonu na marchewkę. Do tego nieudolną i zapominającą, że słuchacz ma pod ręką smartfona ze stałym dostępem do oryginałów (czyli na przykład jutuba). Niestety, popularnej rozgłośni radiowej wciąż chyba daleko do zrozumienia, że operuje innym kanałem, rządzącym się innymi prawami. 

Po drugie - temat opowiastki pozostaje zastanawiający. Dlaczego czas antenowy zajmowany jest przez opowieści (szumne słowo) o pijaczkach? Historyjki o wesoło nabzdryngolonych panach, którzy osiągnęli już swój trotuar. Historyjki, które nawet nie układają się w dowcip. Po co mamy tego słuchać? Zwłaszcza - i to jest po trzecie - że puenta, z jaką pozostawia nas spiker jest dość jednoznaczna. "Pijcie, bo alkohol służy do picia". Ale ale, na tym koniec: w podtekście jest oczywiście wytykanie palcem panom złodziejom, że są już tak nabombieni, że zapomnieli o tej złotej regule. Zatem, żeby trochę z skondensować ten temat, niekoniecznie upraszczając go, puenta może brzmieć tak: Jeśli nie pijesz alkoholu, bo wcześniej wypiłeś go tyle, że ledwie na nogach stoisz, to pozostajesz pożałowania godnym menelem, z którego publicznie można się pośmiać. 

Mamy więc prostą historyjkę o dość wątpliwym pochodzeniu, z alkoholowym morałem. Ja jadę autobusem i myślę o tym, że słowa, choćbyśmy o tym nie chcieli pamiętać, mają moc sprawczą. Nawet te podłe. A potem pytam sam siebie - co sprawić mogą takie historie? Jak Wam się wydaje?

I na koniec jeszcze jeden eksperyment. Jeśli macie ochotę stracić minutę i dzwadzieścia osiem sekund ze swojego życia, poniżej wrzucam filmik, o którym mówił spiker Eremefu. Zastanówcie się, czym różni się wasz odbiór tej sytuacji, gdy wysłuchaliście słów (pomijając moje komentarze) od tego, gdy po prostu ją oglądacie. 



Dzwoneczek


Drugą z dzisiejszych historii opowiedział mi znajomy psychiatra. Jest ona sekretną zapowiedzią czegoś, co po cichu skrada się na Baśnie. Ze względów na ochronę danych i inne tego typu różności, imiona, nazwiska oraz okoliczności wszelakie występujące w prawdziwej opowieści zostały przeze mnie zmienione. Poza tym jednak, to jest dokładnie ta sama historia:

Było sobie miasteczko. Nieduże i nie małe. W rozmiarach, w liczbie ludności oraz w sprawach, które zaprzątały umysły jego mieszkańców było to zwykłe, najzwyklejsze miasteczko. W tym miasteczku był ryneczek, były kamienice i małe domki. Jedne ciut bliżej ryneczku, inne trochę dalej, a jeszcze inne na samym skraju, tam, gdzie zaczynał się las.

W jednym z takich domków mieszkał Jaś. Ot Jaś, prawie jak każdy inny, z tą tylko różnicą, że głuchy. Miał żonę, dwóch synów i żył zupełnie normalnie. Jak to głuchy Jaś.

Pewnego dnia, kiedy spacerował po lesie, zauważył, że na jednym z leśnych traktów leży zawiniątko. "Musiało się komuś od siodła oderwać" pomyślał Jaś. Podniósł więc zawiniątko i zajrzał do środka.

A tam dzwoneczek. Piękny, pozłacany dzwoneczek, po ściance którego w kunsztownym reliefie myśliwi gonią łanię. A wszystko robota, jak spod ręki królewskiego złotnika. Uchwyt z porządnego drewna, w środku pięknie wypolerowane serce. Jaś dziwi się, bo nigdy nic podobnego na oczy nie widział, o słyszeniu na uszy nie wspominając.



Przygląda się Jaś znalezisku i głowił, z czym ma do czynienia. Widzi, że dzwonek ma uchwyt, więc za uchwyt chwyta... i to się zgadza. Widzi, że w środku przymocowany odważnik, ale jak się potrząśnie mocno, to obija się po ściance. Macha więc Jaś do góry i w dół, i jeszcze raz, i trzeci, ale nic się nie dzieje. Macha dalej - dalej nic. Serce dzwonka obija się o ścianę, ale cóż z tego? Głuchy Jaś jest przecież głuchy i choćby chciał, perlistego dzwonienia nie słyszy. A dzwoneczek podzwaniał "Dzyn! Dzyn! Dzyn!"

Ten dźwięk, co roznosił się po lesie jak dziecięce śmiechy, a którego Jaś usłyszeć nie mógł, zaczął ściągać do siebie wiewiórki i zające, i wszelką leśną zwierzynę. I cała leśna dziatwa z wielką przyjemnością słuchała. A Jaś nie słyszał nic. Machał za to dzwonkiem coraz mocniej, bo przeznaczenie tego dziwacznego przedmiotu nie dawało mu spokoju. 

"Po co komuś takie coś - myślał - czym się tylko macha… i nic się nie dzieje?"

 Zabrał więc Jasio dzwonek do domu, a idąc dzwonił: "Dzyn! Dzyn! Dzyn!"

Ręka Jasiowi wibrowała pospołu z dzwoneczkiem, ale przecież nie może o to chodzić, żeby wibrowało jedynie. Dzwonił więc dalej, próbując rozwikłać tę niezwykłą zagadkę. Zwierzęta szły za nim, aż do granicy lasu i tam zostały, odprowadzając Jasia setką swoich ukrytych w gęstwinie ślepek.

A Jaś szedł przez miasteczko i dzwonił. "Dzyn! Dzyn! Dzyn!" Otwierały się okna w domach, które mijał. Bo sąsiedzi jego chcieli dowiedzieć się, kto rozsiewa wokół siebie tak wspaniały dźwięk. Wyglądali przez okna, zobaczyli, że tam głuchy ich Jasio na dzwoneczku przygrywał, uśmiechali się i wracali do swoich spraw.

I dotarł Jasio do domu, a na progu żona. Jasio machnął jej dzwonkiem przed nosem. Dzwonek pięknie zadzwonił "Dzyn! Dzyn! Dzyn!", a żona na jego dźwięk się uśmiechnęła. Jasio nic z tego nie rozumiał. Wszedł więc do izby i przy stole zasiadł, żeby jeszcze trochę podzwonić. I żona z dziećmi zasiadła z nim i kiedy on machał swoim dzwonkiem, oni słuchali. Dźwięki dzwonka ucichły, kiedy księżyc kończył swoją całonocną na niebie robotę. Jaś wraz z rodziną spać poszedł.

Następnego ranka dzwonek wciąż nie dawał Jasiowi spokoju. Skoro tylko oczy otworzył, chwyta złoty przedmiot i zaczyna dzwonić "Dzyn! Dzyn! Dzyn!", i żona krząta się w kuchni uśmiechając, bo ładnie jej mąż do pracy przygrywa. I sąsiedzi co jakiś czas zachodzą posłuchać Jasia. A kiedy tak słuchają, to zachwyt na ich twarzach się maluje. A Jaś zachwyt ten widzi, więc dostojniej siada, bardziej teatralnie za dzwonienie się bierze. I dzwoni, dzwoni, dzwoni. "Dzyn! Dzyn! Dzyn!" Nawet nie spostrzegł jak na tym dzwonieniu mu minął dzień. I dopiero nocą, gdy kładł się do łóżka, wróciło do niego pytanie - O co z tym dzwonkiem chodzi?

Tymczasem gdzieś pod Jasinym domkiem, sąsiedzi uradzili, że Jasia z takim dzwonkiem dla siebie trzymać nie mogą i może lepiej by go do jakiego "Mam talent" posłać, albo chociaż do proboszcza. A że na farę było bliżej, postanowili, że "mam talent" może chwilę poczekać i lepiej zajść do ojca Karafki, bo ten przecież duchowny jest, a duchowny to i oczytany, i na wszystkim się lepiej wyznaje niż gawiedź prosta. Niech oceni jak Jasio pięknie dzwoni.

Dnia następnego zawitał więc proboszcz Karafka w skromne progi głuchego Jasia. Tam żona się krzątała, dzieci się krzątały, a Jaś przy stole dzwoneczkiem podzwaniał. Proboszcz Karafka za krzyżyk się złapał i słuchał. Co prawda to prawda, piękne było to dzwonienie. 

- Synu - na migi powiedział do Jasia - ty podzwaniać nie przestawaj, bo za grzech ci to będzie poczytane. Ino rób przy tym taką a taką minę, coby się ludzie nie pomiarkowali, żeś głuchy jak pień. Do takiego dostojnego dzwonienia i dostojna mina jest potrzebna. 

Po czym krzyżykiem znak krzyża nad domostwem poczynił i błogosławił Jasiowy dzwoneczek.  

Z takim błogosławieństwem Jaś siadł przy stole i dzwonił: "Dzyn! Dzyn! Dzyn!". Coraz to więcej ludzi zaczęło do domostwa Jasia zawijać, podarki mu za dzwonienie przynosić, a on minę poważną robił, jak ojciec Karafka przykazał. Wreszcie doszło do tego, że goście w izbie pomieścić się nie mogli. Ktoś zakrzyknął, że niech najpierw wchodzą ci, co bilety kupią i niech inni czekają na swoją kolej. Bo wszyscy, z całego miasteczka i z miasteczek okolicznych chcieli usłyszeć muzykę głuchego Jasia. "Dzyn! Dzyn! Dzyn!"

Wkrótce zapomniano nawet, że Jaś jest głuchy - tak poważną i dostojną minę potrafił robić. Żeby wszystkich zadowolić patrzył grajek ludziom po stopach - jaki rytm wystukiwały, tak i on dzwoneczkiem machał "Dzyn! Dzyn! Dzyn!". I zawsze było dobrze, bo przecież ci, co słyszą, się nie mylą. Zapomniał Jaś o czymś jeszcze - mianowicie o tym, że na początku dzwonił, by poznać, do czego ten znaleziony na gościńcu przedmiot służy… może czasem pytał o to siebie późną nocą… ale w snach. 

Żywot muzyka Jasiowi bardzo odpowiadał. Stał się ze swoim dzwonkiem jednym i grywał tak w dzień jak i w nocy. Grywał dla ludzi i grywał kiedy już nikogo w domu jego nie było. Mijały tygodnie, on od rana do wieczora dzwonił "Dzyn! Dzyn! Dzyn!", ludzi w chacie pełno, majątek rośnie jak drożdżowe ciasto, dzieci szczęśliwe i wszystko układałoby się jak trzeba, gdyby nie żona Jasia. 

Pewnego poranka, kiedy w izbie (już teraz zwanej "koncertową") zebrała się pierwsza grupa słuchaczy, a Jaś już za dzwonienie chciał się zabrać, żona jego wykrzyknęła wielkim głosem:

- DOSYĆ!!!! JUŻ NIE WYTRZYMAM!!!! CIĄGLE TO SAMO! CIĄGLE TYLKO "DZYN! DZYN! DZYN!"!!!! ZWARIUJĘ OD TEGO. 

Ludzie spojrzeli na nią zdziwieni. Więc i Jaś spojrzał. Miga mu więc żona:

- Nienawidzę tego przeklętego dzwoneczka! Nienawidzę każdego jego "dzyn! dzyn"! I Ciebie też nienawidzę!

Jaś nie chciał przy wszystkich twarzy stracić, więc dzwonek i jednym wyważonym ruchem dzwoni krótkie "dzyn". Żonę krew zalewa, już chce się rzucić z pazurami na męża, gdy nagle widzi, że pomiędzy nim a nią, stoją ich dzieci. 

- Mamusiu! - odezwał się starszy syn - przecież wszyscy lubią jak tatuś gra. 
- I przecież gra tak ładnie - dodał jego młodszy brat. 
- Ładnie gra? Ładnie do cholery gra? - tak naprawdę ich matka powiedziała o wiele brzydziej - Kiedy wstaję słyszę dzwonienie, kiedy zasypiam zasypiam przy tym okropnym dzwonieniu, kiedy wstaję, tylko "dzyn! dzyn! dzyn!". Już nawet w snach słyszę tylko ten przeklęty dzwoneczek i widzę tę jego poważną minę od której robi mi się niedobrze. 

- Ale mamo… - próbował ją uspokoić starszy syn. 

- Co może wy też? Ja wam zaraz zagram moje "Dzyn! Dzyn! Dzyn!" O, jak ja wam zaraz zagram! 

I chwyciła za garniec i drewnianą łychę, i walić zaczęła tą drewnianą łychą w garniec. Dzieci przestraszone uciekać zaczęły, a ona za nimi. I waliła w garniec jak opętana. Dopiero zgromadzeni w izbie słuchacze ją odciągnęli i garniec jej z rąk wyrwali. A ona we wrzask, że nienawidzi i że "dzyn" cholerne "dzyn".

Ludzie od razu odgadli, że zmysły postradała i że taką to trzeba do wieży dla obłąkanych zamknąć, żeby krzywdy nikomu nie zrobiła. Tam ją też zaprowadzono i tam mogłaby ją opowieść pozostawić, gdyby nie to, że od czasu do czasu jej głos szaleńczy docierał aż do granicy lasu. A krzyczała ona:
- Przeklęte Dzyn dzyn. Przeklęty Ty i twój dzwoneczek i całe to "Dzyn! Dzyn! Dzyn!".

Jaś, jak to Jaś, posmutniał, że mu żonę szaleństwo zabrało. Do tego zrozumieć nie potrafił dlaczego? Przez to jego "koncertowanie"? Przecież trzeba być w czepku urodzonym, żeby za bezsensowne, nieme machanie metalowym czymś dostawać tyle monet i podarków. Przecież to jest robota dla głupiego. Ludzie chcą patrzeć, jaką minę robi, kiedy macha dzwonkiem, niech patrzą.

Cóż jednak miał zrobić? Żałował biedaczki, ale nie on jest przecież panem jej szaleństwa. Do tego dzieci ktoś musiał nakarmić i domem się zająć. Najął więc Jaś gosposię. Miłą młodą gosposię, która, co tu dużo mówić, jakiś czas później poszła w ślady małżonki. Ciągłe brzęczenie dzwonka nad uchem sprawiło, że znienawidziła swojego pracodawcę, znienawidziła jego dom i dzieci, i zanim zdążyła po ludzku umowę swoją wypowiedzieć i odejść, brzęczenie doprowadziło ją do szaleństwa. I ją odprowadzono do wieży dla obłąkanych. 

Tak się akurat złożyło, że kiedy gosposia od zmysłów odchodziła, klnąc Jasia w słowach, jakich żadna remontowa ekipa by się nie powstydziła, w okolicy pojawił się wędrowny dziad. Jeden z tych łachmaniarzy, z brodą do pasa i lirą przerzuconą przez plecy. Zgarbiony, brudny ze ślepiami uważnie obserwującymi wszystko wkoło. Może i jego przyciągnęła w te strony sława Jasia, a może przechodził tamtędy przypadkiem. Kupił bilecik na Jasiny koncert i przycupnął w ciemnym kąciku koncertowej izby. Słuchał i patrzył, i patrzył, i słuchał,  co jakiś czas mamrocząc coś do siebie pod wąsem. Potem na wymiętym kawałku papieru nabazgrał coś tłustą kredką. Zmiął papier i, gdy wszyscy już opuszczali izbę, wręczył zwitek Jasiowi. A potem zniknął, jak to dziady wędrowne mają w swoim zwyczaju. 

Jaś rozwinął karteczkę. Przeczytał nabazgrane koślawo literki. Uśmiechnął się gorzko, a po policzku spłynęłam mu pojedyncza łza. Choć w izbie zaczął gromadzić się już nowy tłum, Jaś wstał i ruszył przed siebie. Ludzie patrzyli na niego zdziwieni, a on nic nie mówił. Szedł w stronę rzeki i kiedy pod jego stopami zamigotał mieniący się słońcem nurt, kiedy zawiał lekko wiatr, marszcząc nieznacznie wodę, Jaś wziął potężny zamach i cisnął swój dzwonek w wodę. A dzwonek leciał robiąc tylko "Dzyn! Dzyn! Dzyn!". Potem plusk i cisza. 

Jaś uśmiechnął się raz jeszcze, po policzku spłynęła mu druga łza. Rozwinął kartkę, żeby jeszcze raz przeczytać. Na zmiętym kawałku papieru napisane było:

Kolory są dla tych, którzy mają oczy, a dźwięk dzwoneczka, dla tych, co słyszą.



***

Przypominam także o plebiscycie Słoneczniki i proszę o oddawanie głosów na Klub Latających podróżników.




7.8.16

Z codziennika opowieści IV



Część pierwszą znajdziecie TUTAJ
Część drugą TUTAJ
Część trzecia TUTAJ

Pieczeń


Przypowiastak, którą słyszałem w wielu wersjach, ale ubiegłej niedzieli przypomniał mi ją mój pastor.


Pewna dziewczynka przyglądała się mamie, kiedy ta przycinała końcówki pieczeni. Końcówkę z jednej strony i końcówkę z drugiej. Dziewczynka, jak to dziewczynka, ciekawska więc zapytała:
- Mamo? A dlaczego przycinasz te końcówki? 
- Zawsze tak robię - odpowiedziała mama. 
- No ale dlaczego zawsze tak robisz? - dopytywała się dziewczynka. 

Mama po chwili zastanowienia odpowiedziała:
- Bo moja mama zawsze tak robiła. 

Dziewczynka poszła więc do pokoju babci i spytała o to samo. 
- Dlaczego obcina się końcówki w pieczeni?
- Ja obcinałam, bo moja mama, a twoja prababcia obcinała - odpowiedziała staruszka. 

Tak się akurat złożyło, że prababka też mieszkała w tym samym domu i dziewczynka także jej mogła zadać to samo pytanie. 
- Prababciu, dlaczego obcina się końcówki pieczeni?

Prababcia zrobiła na to pytanie wielkie oczy i odpowiedziała na to pytanie... pytaniem:
- Wy dalej używacie tej małej brytfanki???

Przypomnijcie mi kiedyś, żebym Wam także opowiedział historię o kocie guru, która w podobny sposób ujmuje temat przyzwyczajeń i... rytuałów.

Można patrzeć?


A skoro już przy przyzwyczajeniach jesteśmy, jeszcze pewien dowcip, który też traktuje o tym, że nasze oczy nie zawsze patrzą w stronę, w którą powinny. Dowcip ze stajni humoru Żydowskiego, czyli najlepszego na świecie: 

Mosze przed wyjazdem nad morze idzie do rabina.
- Rebe - mówi - jadę na wakacje, nad morze i słyszałem, że tam się kobiety bardzo nieskromnie ubierają. Powiedz mi, Rebe, czy Żyd może patrzeć na kobietę w mini i z wielkim dekoltem?
- Może - odpowiada rabin. 
- Rebe? A czy Żyd może patrzeć na kobietę w bikini?
- Może - odpowiada rabin. 
- A czy Żyd - dopytuje dalej Mosze - czy Żyd może patrzeć na kobietę topless?
- Może - odpowiada rabin. 
- Rebe, a czy jest coś, na co Żyd nie może patrzeć?
- Oczywiście, że jest - odpowiada rabin. 
- Rebe, więc na co Żyd nie może patrzeć. 
- Na spawanie. 

Uciekające drzewa


A teraz historyjka z tych, które mogliście zobaczyć na fejsbukach, bo sądząc po ilości wyświetleń jest dosyć popularna. Jej urok sprawia, że trafiła do grona najfajniejszych historii tego tygodnia:

Wyobraźcie sobie przedział. W przedziale grupa standardowych pasażerów: starsza pani wsuwająca jajko, jakiś podlotek z nosem wściubionym w smartfon, jakiś bardziej przysadzisty jegomość z nosem wściubionym w wąs. Jest duszno. Pociąg wjeżdża na stację kolejową. Nic specjalnego. obdrapana buda otoczona topolami, za nimi pastwisko. Na pastwisku pasą się krowy, na niebie cumulusy. Powietrze pachnie lipcem i wąsatym jegomościem. Do przedziału wsiada dwóch mężczyzn. Jeden szpakowaty, lekko przygarbiony, o rękach żylastych. Drugi jest wysoki, delikatny i podobny do tego pierwszego. Na oko ma jakieś dwadzieścia pięć lat. Ojciec i syn.

Siadają przy oknie. Pociąg rusza. I kiedy to się dzieje, syn krzyczy zdumiony:
- Drzewa jadą do tyłu.
Ojciec się uśmiecha. Pan z wąsem przygląda się trochę zniesmaczony całej scenie. Ojciec tylko się uśmiecha. 
Syn patrzy dalej i nagle znów:
- Chmury! one na nas lecą!
Pan z wąsem prycha do siebie, ale na tyle głośno, żeby wszyscy wiedzieli, żę to wcale nie było takie zwykłe prychanie do siebie.Ojciec tylko się uśmiecha. 
- Krowy stoją, a biegną! - wykrzykuje młodzieniec przy oknie. 

Mężczyzna z wąsem ma zdecydowanie dosyć. 
- Czy mógłby pan uspokoić swojego syna? - pyta ojca, który cały czas się uśmiecha - to doprwdy oburzające, że pana syn w takim wieku, wygaduje takie bzdury… 
Ojciec nie przestając się uśmiechać, odpowiada mężczyźnie:

- Mój syn od urodzenia był niewidomy i dziś po raz pierwszy widzi świat na własne oczy. 

Oczywiście historyjka mówi opowiada przede wszystkim o tym, żebyśmy nie oceniali książki po okładce, ale kiedy ją czytałem pomyślałem jeszcze o jednej rzeczy:
W porządku, a gdyby w tej całej historii do pociągu wsiadł ojciec i jego syn i ten syn widziałby zupełnie poprawnie? Jak niesmaczne byłoby to wtedy? Czy pan z wąsem miałby słuszność, w końcu zwracając na to uwagę? 

Myślę, że o ile w przypadku niewidomego, który odzyskał wzrok sytuacja jest klarowna, o tyle drugim przypadku wiele osób stanęłoby murem za panem z wąsem… a wyobraźnia i radość z jej używania więdłaby i więdła… i niestety - więdnie.

Spodek


Moja fryzjerka opowiadała mi ostatnio o swojej wizycie w spodku. Na jakiejś siatkówce, kiedy to Polacy grali i wygrywali. I gdy mówiła o tej atmosferze panującej na meczu i o tych ludziach na trybunach i o tych wiwatach i radości, włosy zjeżyły się jej na rękach… i to była najprawdziwsza opowieść jaką poznałem w tym tygodniu.

***

Przypominam także o plebiscycie Słoneczniki i proszę o oddawanie głosów na Klub Latających podróżników.



1.8.16

Z codziennika opowieści III


Część pierwszą znajdziecie TUTAJ
Część drugą TUTAJ

Odrobinę lepszy


Czasami opowieść jest niezwykła przez to, w jakich okolicznościach zostaje nam przekazana. To będzie jedna z tych żul-historii, za które można rzucić kilka monet. A opowiedział mi ją Maciek, bezdomny, zniszczony alkoholem kolega. I nic za nią nie chciał. 

Był sobie duży pan, taki, co to do niego się nie podchodzi, ani po złotówkę, ani nawet po pięćdziesiąt groszy. Jeśli z kolei on sam zechce podejść do nas, to lepiej żebyśmy mieli szybkie nogi, w przeciwnym razie, będzie bolało. Wielu panów o podobnych gabarytach i wyrazie twarzy podobnym spotkał na swojej drodze kolega mój Maciek i potrafił rozpoznać ich zamiary jednoznacznie. W mężczyźnie, o którym jest ta opowieść rozpoznał chęć do bitki. Było to może na jakimś placu, może na szerokim trotuarze jednej ze śląskich ulic, tego nie wiadomo. Na pewno sceneria była miejska, bo panowie, o których tutaj mowa, pokazują się jedynie w miejscach, gdzie dojechać można samochodami z niskim zawieszeniem. Także miasto.

Sytuacja - on patrzy na Maćka, bić pewnie będzie. Maciek patrzy na niego, bitym być nie chce. Następuje ten moment, znany z westernów. Kto będzie pierwszy, czy Maciek weźmie nogi za pas, czy nasz pan podejdzie i kułaków tudzież dyni użyje. Kto pierwszy? Mierzą się wzrokiem. No kto? Oceniają… Kto?
Maciek ocenił, że mu się nie chce. Taktycznie, czy może z natchnienia podszedł więc do naszego pana. 
- Dobra - mówi - bij pan, bo nie ma sensu tracić pana ani mojego czasu. 
Pan zatkany stoi. Ta niezręczna cisza, w której psychiczna przewaga może zdziałać cuda. Nasz bohater, chwilę patrzy na Maćka, schodzi z niego powietrze. Odwraca się na pięcie i znika. 

I byłaby to zwykła żul-historia, i byłaby to zwykła opowieść o tym, że zaskoczeniem można wygrać niejedną wojnę, a słaby umysł pozostaje słabym umysłem niezależnie od masy naszych mięśni, ale Maciek na końcu jeszcze dodał:
- Myślę, że gdyby ludzie częściej patrzyli sobie w oczy i zatrzymywali się nad drugim człowiekiem, świat byłby odrobinę lepszy. 

Kontrabas

To historia, którą usłyszałem w wywiadzie z Kamilem Laszukiem, twórcą rewelacyjnego Musiconu (Możesz kliknąć Tu). 

Kiedy Kamil rozpoczynał pracę z muzyką i dzieciakami zrobił rzecz najzwyklejszą ze zwykłych. Ze swoim pomysłem w jednej ręce i z kontrabasem w drugiej poszedł do jednego z przedszkoli (sam to przerabiałem, ale zamiast kontrabasu w jednej dłoni miałem rolkę brystoli i kilka czarnych markerów, w głowie, wiadomo - Trzy Świnki).

Wśród dzieci, dla których Kamil miał grać znajdowała się głucha dziewczynka i kiedy on grał (bo po to przyszedł) ona podbiegła do niego i przytuliła się do kontrabasu.

I też słuchała muzyki, tylko że już nie uszami.


Jagusia


Ostatnią historię przesłał mi Łukasz Bernady, świetny znawca baśni i opowiadacz z Szamotuł. Historia jest tak wzruszająca, że chyba nie chcę w niej grzebać swoimi własnymi słowami. Przekazuję więc adres pod którym można ją odnaleźć.

Czy w waszej okolicy mieszka taka osoba, która była tam od zawsze? Na moim osiedlu było kilka takich postaci, niektóre wciąż są. Jest pewna Pani, która całe dnie spędza przyśrubowana do swojego krzesełka przy oknie na parterze. Ma twarz bay jagi i włosy, które przypominają grzywę Mufasy. I pamiętam ją w tym okienku od… zawsze. A co najlepsze, mój tata też pamięta ją w tym okienku od zawsze. Kiedyś był złomiarz - Kaziu Oliwa, rudy, pomocny alkoholik, powyginany niczym pytajnik. Na Warszawskiej Pradze był menel Guma, który doczekał się nawet pomnika. A we Wronkach?

We Wronkach była Jagusia.

***

Przypominam także o plebiscycie Słoneczniki i proszę o oddawanie głosów na Klub Latających podróżników.


***

Ilustrację sponsorują: baśnie na warsztacie i I.lex


28.7.16

KLUB LATAJĄCYCH PODRÓŻNIKÓW Z NOMINACJĄ


A nawet dwiema nominacjami! I to w jak fajnym konkursie!

Niniejszym z dumą pragnę donieść, że zajęcia, które tworzę i prowadzę dla Muzeum Etnograficznego w Krakowie, czyli Klub Latających Podróżników, otrzymały nominację do Słoneczników, czyli nagrody przyznawanej przez portal CzasDzieci.pl. Nagroda ta przyznawana jest najciekawszym inicjatywom dla dzieciaków organizowaną przez wszelakie instytucje. 

Klub Latających Podróżników to spotkania poświęcone Światu - jak on długi i szeroki. Jego osobliwościom, kulturom i problemom. Moi dzielni podróżnicy poznają tam świat od strony bardzo nieturystycznej. Z opowieściami etnicznymi, z ciekawostkami geograficznymi, geologicznymi, zoologicznymi i botanicznymi… temu, czym jest Klub, chciałbym poświęcić osobny wpis (zwłaszcza, że w nadchodzącej, trzeciej już edycji szykują się zmiany) a teraz prośba do Was: 

ZAGŁOSUJCIE NA KLUB!!!!!!

I pamiętajcie - Klub Latających Podróżników otrzymał dwie nominacje:
w kategorii JĘZYK (więc Klik)
w kategorii PRZYRODA (więc DRUGI klik)

A głosować możecie TUTAJ


Wszystkie głosy mile widziane :) 

Dzięki za nominację i dzięki, że przez ten cały czas ze mną jesteście :) 


Mateusz

23.7.16

Z codziennika opowieści II



Kolejna porcja opowieści zasłyszanych lub napotkanych podczas mijającego tygodnia. 


Herbata


To wydarzyło się w mojej ulubionej kebabowni. Moja ulubiona kebabownia znajduje się na jednej z głównych ulic miasta o wdzięcznej nazwie Gliwice. To był poniedziałek, spokojny, mżący poniedziałek. W lokalu było prawie pusto. Jakaś gruba pani kończyła porcję swojego donerowego mięsa, jakiś pan wskoczył na chwilę po jedzenie na wynos. Za kasą nowa pracownica uczyła się tajników tego, co pod jakim numerem figuruje. Zamówiłem swoje jedzenie i usiadłem w kąciku przy stole okrytym tackami reklamującymi niezbyt apetycznie wyglądające mrożonki. Przybył mój posiłek.

Mniej więcej w tym samym momencie do lokalu weszła kobieta. Ni ładna, ni brzydka. Za to ruda i niewysoka.

- Poproszę herbatę - mówi do nowej pracownicy.
Ta pyta:
- Dużą, czy małą?

Kobieta patrzy na nią z lekkim niedowierzaniem.
- Tę waszą - odpowiada.

Stojący opodal kucharz, uśmiecha się.
- Wpisz połowę zwykłej - tłumaczy pracownicy.

Kobieta siada nieopodal. Ja jem, ona czeka na herbatę. Herbata dociera błyskawicznie. Podawana w tych małych, bombiastych szklaneczkach, które tak doskonale leżą w dłoni. Kobieta bierze szklankę w palce i zaczyna się nią bawić. Uśmiecha się. Podnosi do ust. Nie pije. Wącha jedynie. Uśmiecha się po raz kolejny. Odstawia. Dosypuje, solidną, bliskowschodnią porcję cukru. A potem łyk. Przymyka oczy. Jeszcze jeden łyk. Błogi uśmiech. 



Nagle słyszę rozmowę za ladą. Kucharz zwraca się do pracownicy:
- Zapytaj tej pani, czy nie chce jeszcze herbaty. 

Pracownica pyta, kobieta chce. Pracownica zwraca się więc do kucharza. 
- I mam to nabić na kasę tak jak poprzednią?
- Nie, to jest prezent - odpowiada kucharz. 
W oczach pracownicy widać  wielkie "dlaczego?". Na to kucharz odpowiada:
- A widzisz, w jaki sposób ta pani pije naszą herbatę. 

Opowieści


Amadou miał słabszy dzień. Kiedy grał, był trochę nieobecny. Nie wiedział jak się odnaleźć pomiędzy mną a Michałem. I choć grał pięknie, widać było, że coś go gryzie. Noc opowieści była długa, ale skończyła się, jak kończy się wszystko. Zebraliśmy się z tężni i pojechali do Muzeum Bajek Baśni i Opowieści. Tam Amadou znalazł balafon i kiedy my z Michałem rozmawialiśmy o czymś w kuchni on zaczął grać. 
I nie było to to samo granie, które słyszeliśmy jeszcze kilka godzin temu. Melodia wypełniała całe pomieszczenie nie tylko dźwiękiem. Tam właśnie był cały Amadou. I choć nie rozumiałem dźwięków, dobrze wiedziałem, o czym mówi. 
A potem wracałem do Katowic, z tomem baśni afrykańskich na kolanach i znalazłem tam takie zdanie, które kowal wypowiada na temat lutni do bohatera Gassire: 

To tylko kawałek drewna. Nie może śpiewać, jeśli nie ma serca. Musisz znaleźć jej serce. Noś ten kawałek drewna na plecach, gdy ruszysz do bitwy. Drewno musi zadzwonić od uderzeń twego miecza. Drewno musi wchłonąć kapiącą krew, krew twojej krwi. Twój ból musi być jego bólem, twoja sława - jego sławą. Drewno nie może być już dłużej ciałem drzewa, ale musi stać się ciałem twego ludu.*

Nie wiem, jakie bitwy toczył Amadou, ale wiem na pewno, że tamtego wieczoru odnalazł on serce swojego instrumentu, a drewno balafonu nie było już tylko drewnem, a bólem, ciałem, krwią… 

A gdyby ktoś nie wiedział, jak brzmi balafon: 





Baśń Lutnia Gassire, pochodzi ze zbioru Baśnie Afrykańskie, Rogera D. Abrahamsa, wydanego w serii Baśnie etniczne 18+, przez National Geographic. 




15.7.16

Z codziennika opowieści




Czy zastanawialiście się kiedyś, ile opowieści dociera do Was każdego dnia? A jeszcze bardziej - co jest opowieścią? Wreszcie - co jest dobrą opowieścią?

Mnie te pytania nurtują od dłuższego czasu. Zaczęło się od tego, jak kiedyś, jadąc z Krakowa do Katowic moje ucho nieopatrzenie zatrzymało się na słowach spikera niecnej stacji Eremefem zwanej. Historie, które serwował były żenujące i dość bełkotliwe, ale złożyły się na pytanie: Czy każdego dnia zdarza mi się usłyszeć chociaż jedną dobrą historię? Od soboty, do soboty zbierałem więc historie, próbując wysupłać te co ciekawsze. potem odsiałem te, które były atrakcyjne jedynie podczas opowiadania (na przykład o trupie na Brzozowej, albo zdradach sprzed lat). W tym tygodniu zebrały się cztery. Pomijam oczywiście występy i slotowe baśnie, bo nie mieszajmy pracy z pasją ;)

Historie podaję w kolejności przypadkowej: 


"Nie dostaniesz chomika"


Historię opowiadał mi mój dwunastoletni kuzyn. Który bardzo chciał mieć chomika.

Generalnie chodziło o jakiekolwiek zwierzątko, ale w trakcie negocjacji odpadły psy i koty, i zasadniczo wszystko. W przypływie desperacji mój kuzyn uchwycił się myśli o chomiku. Bo przecież chomik to takie coś, co nie wiadomo, czy w ogóle jeszcze można zaliczyć do zwierząt.* Oczywiście ojciec kuzyna wciąż uznawał, że to jednak zwierzątko i że nie ma mowy. A kuzyn, że chomik, a jego ojciec, że nie. A on, że chomik, a ojciec, że nie i tak w kółko, niemal zahaczając o rękoczyn lub jakieś ciężkie stadium nerwicy. Wreszcie stanęło na tym, że jednak nici, a nie zwierzątko. Rozmowa ta toczyła się podczas jazdy samochodem i kiedy parkowali pod domem, kuzyn był już całkowicie zrezygnowany. Jego dwunastoletni mózg przegrał wymianę argumnetów, choć gimnastykował się jak rzadko. Gra była skończona. 

Kiedy podeszli do furtki, zobaczyli zawieszony na niej worek. W środku był chomik.

Skąd się tam wziął? Podobno sąsiad wygrał go w konkursie w galerii handlowej i nie chciało mu się nim zajmować. Podrzucił go więc pod najbliższą furtkę - tę ,przy której mój zrezygnowany kuzyn, przegrał właśnie batalię o swoje zwierzątko… 

Chomik został z nim. Jest trochę głupi i wszystkich gryzie. Ale jest.


Zupa


Panią Marię spotkałem podczas Festiwalu Uzdrowienia. Kiedyś za młodzieńczych czasów, była jedną z drobnych handlarek, które wędrowały między państwami Grupy Wyszehradzkiej  w wielkich torbach przewożąc to, czego u nas było pod dostatkiem, a tam gdzie jechała akurat brakowało. Zazwyczaj chodziło o jakieś ciuchy, ale jako dobra handlara zawsze starała się wypytać powracających o najlepszy na zbyt towar. I pani Maria byłaby całkiem dobrą handlarą, gdyby nie pewien przykry epizod, który się jej przydarzył. Podczas jednej z takich wypraw, cyganka ukradła jej paszport. "Bo cyganki handlowały paszportami." Dlaczego i czy naprawdę tak było - nie umiała powiedzieć, ale cyganka to zawsze dobry materiał na złodziejkę. 

Żeby dostać się do Polski, powoli wyprzedawała swój kramik. A tu komuś musiała zapłacić za nocleg, a to wymieniała swoje rzeczy na jedzenie, a tu trzeba było rączkę posmarować, żeby przedostać się dalej. Do kraju wróciła bez grosza przy duszy. I taką panią Marię przyjęli sąsiedzi. Karmili ją zupą, bo nic innego nie mieli, ale to było i tak więcej niż miała ona. Przez kilka tygodni dostawała od nich zupę. 

Potem pani Maria trochę się odrobiła, przygotowała do kolejnej wyprawy (bo Matki Courage zawsze pozostają Matkami Courage) i ruszyła w świat. A dokładniej na Węgry. Tam znów "jakaś cyganka ukradła jej paszport". I znów droga przez mękę, granica po granicy, zagroda po zagrodzie, człowiek po człowieku. Kramik stopniał, jak za pierwszym razem. I kiedy przybyła do domu. Tam czekała na nią u sąsiadów zupa.

Podobnie jak za trzecim razem. Kiedy Pani Maria opowiadała swoją historię, pomyślałem, że nawet zupa potrafi być pięknym refrenem. 

Bałagan


Historyjka powstała przy okazji warsztatów z rewelacyjną Marzenną Wiśniewską na Slocie. 

Wiecie jakie jest najlepsze miejsce pracy dla pedanta? Kostnica. Taki pedant ma tam pełną kontrolę nad swoimi gośćmi. A ci są bardzo spokojni. Nie wylewają herbaty, nie kruszą, nie kasłają swoim wilgotnym i ciężkim od bakterii kaszlem, a do tego rzadko który wnosi brud na butach. Nie trzeba po nich sprzątać, a i we wszelkie ich aktywności  (do których zalicza się zresztą tylko leżenie i nieżycie), można swobodnie ingerować. 



Jerzy był pedantem. Pedantem Kostnicznym. Jego kostnica zawsze błyszczała jak świeżo wylakierowane wieko od trumny. Każdy jego podopieczny leżał w swojej przegródce w sposób perfekcyjny. Każda część garderoby na każdym z podopiecznych leżała perfekcyjnie. Każdy włos był rozczesany idealnie, niemalże od linijki. Bo Jerzy był mistrzem w tym, co robił. Poza tym nie zniósłby jakiegokolwiek odchylenia od upatrzonej wcześniej harmonii. 

Pewnego dnia do kostnicy Jerzego przywieziono nowego denata. Nazywał się Edward Bałagan. Jerzy zaczął standardowe przy nim zabiegi. Odmierzył odległość ramion od obu krawędzi stołu. odchylił stopy tak, żeby opadały na bok pod bardzo eleganckim kątem. Przetarł buty, żeby dyskretnie dodawały nieboszczykowi powagi, wygładził nogawki. Choć robił to, co zwykle, miał poczucie, że coś w tym wszystkim nie grało. Jakby w orkiestrze ktoś podawał fałszującą nutę… i bardzo dobrze się ukrywał. Jerzy zaczął więc poprawiać ramiona, stopy, jeszcze raz przetarł buty, wyprostował nogawki, ale ciągle coś nie pasowało. Zaczął po raz trzeci, od stóp do głów układając wszystko z pieczołowitością o jaką sam siebie nie podejrzewał. Sprawiedliwie przyznać trzeba, że ten nieboszczyk, to było dzieło życia Jerzego. Kiedy skończył, spojrzał na rezultat  i pokręcił nosem. Bo wszystko zrobił przecież jak należy, a nawet lepiej, a Bałagan, jak był, tak był. 

Ludzie na polu namiotowym


To jest taka historyjka, która może wydarzyć się na każdym polu namiotowym. Szczególnie podczas wielkiego festiwalu, gdzie obok przestrzeni ze sceną przeważnie na kawałku jakiegoś pola rozbijają się setki, jeśli nie tysiące przyjezdnych. Zapada wieczór. Co jakiś czas ktoś nieprzyjemnie ładuje nam po oczach światłem latarki. My akurat mamy potrzebę udać się do wygódki, albo umyć zęby przy wspólnych zlewach. Przez wytyczone między namiotami ścieżki przemykają podobne nam figury. Zazwyczaj są to postacie, których płeć można rozpoznać jedynie po konturze. Jeśli szczęście dopisze, ktoś z daleka rzuci na mijającą nas postać zapodziany snop światła z latarki, ułatwiając identyfikację. 

Te czarne sylwetki budzą niewielkie zainteresowanie. Ani nie ma do nich jak zagadać, ani zaczepić. Nie wiadomo, czy dziewczyna, która przechodzi jest ładna, czy chłopiec w naszym typie. Poza tym trzeba uważnie stawiać kroki, żeby przypadkiem nie wpaść w pułapkę nierównego gruntu albo czyhającej w milczeniu linki namiotowej. 

Nie wiem jak wy, ale ja nie patrzę z wielkim zainteresowaniem na te postacie. Ostatnio zastanowiło mnie,  czy mijające mnie osoby, mają tak samo. A może przyglądają mi się z tej ciemności? Niektóre może tak. inne być może, ale jest taka grupa, która na pewno nigdy nie będzie na mnie patrzeć. Ani na mnie, ani na was. Nigdy! A wiecie dlaczego? 

BO NIE MAJĄ TWARZY!



*idąc tym tropem, powinno stanąć na rybkach. Przecież wegetarianie jedzą ryby, a nie jedzą zwierząt. Ergo ryba to nie zwierzę ;) Z drugiej strony, jak tu rybę wytarmosić za uszy, albo pogłaskać pod włos… tudzież łuskę?

A jakie historie godne opowiedzenia docierają do Was? Zachęcam do dzielenia się :)