5.7.20

Miłość większa niż świat

Arie m den toom





































Na warsztacie: Layla i Majnun


W tym roku miał odbyć się projekt Orfeo i Majnun. Miała być opera, wspaniały pochód, a co istotne dla mnie - warsztaty. Tak się złożyło, że wraz z Agą Batóg z Lufcika na korbkę, mieliśmy poprowadzić cykl spotkań dla kobiet w ramach tego właśnie projektu. niestety zaczęła się nasza kochana pandemia i cały projekt powędrował na rok 2021. Warsztatów więc nie ma, ale za to została opowieść o Majnunie i Layli, a wraz nią kilka przemyśleń.


Kim był Majnun

Zanim przejdziemy do przemyśleń, chciałbym przedstawić Wam głównego bohatera tej historii Quaysa, którego nazywano Majnunem:


Tak naprawdę to nie nazywał się Majnun, bo Majnun znaczy szalony. Nikt przecież nie daje tak dziecku na imię. Naprawdę nazywał się Quays, ale i tak wszyscy mówili na niego Majnun... czyli szalony.  
Skąd wziął się ten przydomek? Najprościej powiedzieć, że chłopak oszalał z miłości. Ale wiadomo - nic na tym świecie nie dzieje się najprościej. Pewnego dnia Quays spotkał Laylę. I zakochał się, bez opamiętania. Tak nie potrafił się opamiętać, że całymi dniami pisał dla swojej ukochanej wiersze, a potem czytał je komu popadnie. Naprawdę - wystawał na rogach ulic i na gościńcach i dzielił się wierszami, które tworzył z miłości do Layli. Ludzie, którzy go mijali, myśleli: "wariat jakiś - nic nie robi, tylko wierszem gada" i tak Quays dorobił się swojego przydomka - szalony. Czyli Majnun. Tak po prawdzie to znaczyło to - "opętany przez dżinny", ale sens jest ten sam. 
Kiedy nadszedł odpowiedni czas, Majnun wybrał się do ojca swojej ukochanej, by poprosić o rękę dziewczyny. Ona chciała, ,bo kochała chłopaka ze wzajemnością, ale ojciec stwierdził, że wariatowi córki nie odda. Za to znalazł dla niej kogoś, kto nie dorobił się żadnego niewygodnego przydomka. Pewnie jakiegoś Jurka, albo Bogdana... mniejsza. Layla została nieszczęśliwą, ale wierną żoną kogoś innego, a zrozpaczony Majnun odsunął się od świata. Zamieszkał na pustyni, gdzie swoje miłosne wiersze recytował napotkanym zwierzętom, albo sobie samemu, albo też zwierzał się piaskom pustyni, zapisując swoje westchnienia i smutki patykiem na piasku.  

Przychodziły do poety różne wiadomości, jedne były złe, inne jeszcze gorsze. A on wędrował w samotności i komponował wiersze. Pewnego jednak dnia, dotarła do niego wiadomość, którą można byłoby odczytywać nawet pozytywnie. Otóż mąż Layli pożegnał się z tym światem (możecie sobie wymyślić jak: wpadł pod wielbłąda, dostał zawału, zadławił się daktylem, pośliznął się na mokrej posadzce - nie krępujcie wyobraźni). Czy to oznaczało, że wreszcie mogą być razem? On przecież przez nią trafił na pustynię, ona przez niego była żoną wierną, ale nieszczęśliwą. Czy to oznaczało, że los wreszcie się do nich uśmiechnął?  

Nie do końca. Tradycja wymagała, by Layla oblekła żałobę po swoim mężu na dwa lata. W tym czasie musiała siedzieć w domu, odizolowana od świata. A przede wszystkim od nadziei połączenia się ze swoim ukochanym. To było za wiele dla biednej kochanki i jej serce nie wytrzymało tego bólu - pękło i Layla zamiast dołączyć do swojego ukochanego, dołączyła raczej do męża.  

Wieść o śmierci ukochanej dotarła oczywiście do Majnuna, który przybył do jej gromu, gdzie z żalu sam umarł. 

I żyli długi i szczęśliwie. 


To jedna z najbardziej znanych perskich opowieści, nazywana czasem Romeem i Julią Wschodu (tak mawiał o niej Byron). Wchodzi w skład tak zwanej Chasme, czyli poematów perskiego poety Nizamiego Gandżawiego i jest chyba tym, który wywarł największy wpływ z całej piątki. Znalazł wielu epigonów i jest naprawdę, naprawdę ponadczasowy. 

Odnotowuję, bo trzeba odnotować, tak samo jak trzeba odnotować fakt, że tekst ten został napisany w ramach programu stypendialnego Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego - "Kultura w sieci". Ale chcę pisać o czymś innym. O politowaniu i zazdrości. O nieumiejętności pójścia dalej i miłości większego formatu niż życie samo... ale po kolei.

Politowanie


Przyznam szczerze, że Majnun jest takim typem człowieka, na którego zawsze patrzę z mieszaniną politowania i zazdrości. Politowania dlatego, że gdzieś w jego zachowaniu ujawnia się fakt, że nigdy nie dorósł. Zatrzymał się w pewnym punkcie swojego życia i ten punkt pochłonął go do reszty. Tym punktem była oczywiście miłość. Quays miał jakieś o niej pojęcie, ale postanowił, że wyrazi ją na swój własny sposób. Patrzę i myślę - co za egzaltacja, co za egoizm i w konsekwencji: co za zmarnowane życie. I jakoś nie potrafię wejść w jego skórę. Gość, który wychodzi na ulicę, żeby chwalić się wierszami do swojej ukochanej - nie do końca szanuje swoją miłość. To zwykły ekshibicjonizm. Być może piękny, ale jednak ekshibicjonizm. I mimo, że być może kocha bardziej niż ktokolwiek przed nim i ktokolwiek po nim (Dante i jego Beatrycze mogą się schować), to i tak wszystko, co robi jest odrobinę karykaturalne.

Kochać - to jedno. Okazywać swoją miłość - to zupełnie inna sprawa. Jeśli miłość nie ma umiaru, to w porządku, natomiast jeśli będziemy obnosić się z nią bez umiaru, możemy napytać sobie biedy. Może nikt nie nauczył Majnuna, co robić z miłością, co mówić, a co przemilczeć (bo to również jest sztuka), a może go to zupełnie nie obchodziło. Ale mniejsza o to - swoim realnym zachowaniem wynikającym z niewątpliwie pięknego uczucia (wystawaniem na ulicy i czytaniem przechodniom miłosnych wierszy), doprowadził do realnych skutków - zyskania przydomku "szalony" i utracenia swojej miłości. Paradoksalnie, przez swoją miłość, stracił swoją miłość. 

Wniosek wyciągnąć z tego bardzo buddyjski - wędruj środkiem, nawet gdy to, co tobą targa jest ekstremalne. Nawet jeśli kochasz ZA BARDZO, nie okazuj tego ZA BARDZO, bo "za bardzo" nigdy nie jest najlepszym pomysłem.

Ze zbiorów Biblioteki Kongresu


Zazdrość


A może się mylę. Może za bardzo to jest właśnie ta najlepsza, a na pewno najpiękniejsza z dróg? I tutaj pojawia się zazdrość. Bo sam nigdy bym tak nie potrafił - rzucić się w wir namiętności nie zważając na konsekwencje. Pozwolić, by ogień mojej miłości, albo pasji trawił mnie do samego końca. Gdzieś za nastolatka chyba mnie to ominęło i teraz, kiedy słucham takich opowieści, czuję, że czegoś jednak brakuje. Majnun nie bał się robić z siebie kompletnego głupka, ale robił to do końca. I z pięknych pobudek. Miłością można przecież wiele wytłumaczyć. I pewnie stąd ta zazdrość. Chociaż - po napisaniu trzech powyższych akapitów, jadnak chyba bardziej politowanie.

Może jest tak, że uczucia to tylko paliwo. Paliwo, dzięki któremu możemy działać. Dobrze wykorzystane uczucia mogłyby przecież napędzić chłopaka do tego, by zmienił świat. Tymczasem on dał się pochłonąć płomieniom. Spalił się i de facto nic dobrego nie wyniknęło z tego dla nikogo. On - był nieszczęśliwy, Layla - nieszczęśliwa, mąż Layli - jeśli znał swoją żonę, też pewnie nie tryskał radością. Nie wspomniałem jeszcze o rodzicach Majnuna - umarli w rozpaczy, że ich syn szlaja się po pustyni i gada do pustynnych lisów. Może nie byłby wspaniałym poetą, ale bilans zysków i strat zdecydowanie byłby korzystniejszy. I być może dlatego nie potrafię spojrzeć na tę postać zbyt łaskawie. Bo w opętaniu swoją miłością nie wziął życia pod uwagę. Jak nastolatek, którego po raz pierwszy zalewa fala nowych doznań i przez którą początkowo jest w stanie robić tylko głupoty. 

Żałoba


Kiedy myślę o tej opowieści, zawsze wraca do mnie pewna baśń braci Grimm: "Śmierć kurki". To opowieść o koguciku, który tak bardzo rozpaczał po stracie swojej żony, że doprowadził tym do anihilacji większości mieszkańców lasu (Tekst o koguciku znajdziecie TUTAJ). Majnun prezentuje dokładnie taki sam mechanizm jak kogucik. Na początku nie potrafi przepracować swojej miłości, a potem, nie potrafi przepracować swojej straty. Jest osobą, która zacięła się w jednym miejscu i wtedy jedynym jej towarzyszem zostaje pustynia. Ta realna i ta metaforyczna. Wypada ze świata ludzi i nie ma dla niego powrotu. Zastanawiam się nawet, co by się stało, gdyby jednak jego miłość do Layli zostałaby spełniona. Jak szybko uciekłby z powrotem w głuszę, by tam snuć swoje przepiękne pieśni. Innymi słowy, jego poezja i postawa była usprawiedliwiona jedynie przez swoje niespełnienie a przez to - pusta. Jeśli Laylę i Majnuna porównuje się do Romea i Julii, tym drugim trzeba jednak bardziej przyklasnąć - kochankowie z Werony być może skończyli parszywie, ale przynajmniej robili wszystko, by być razem (Julia z miłości sfingowała swój pobrzeb!). Majnun tylko gadał.



Myślę, że bardzo istotne jest to, żeby mieć podobnych bohaterów przed oczyma. Niekoniecznie brać z nich przykład, ale raczej traktować jak papierek lakmusowy. Młodość ma swoje prawa, burza emocji zdarza się każdemu, ale kiedy jesteśmy targani huraganem często sprzecznych doznań, warto zadać sobie pytanie - w którą stronę ten huragan nas targa. Czy tak jak Majnuna na pustynię, gdzie nasza żałoba po prostu pożre cały nasz świat (niezależnie jak piękne wiersze będziemy przy tym pisać), albo wrócimy do świata mocniejsi czerpiąc z tego paliwa, którym podsycony został ogień naszej duszy. Może ten drugi proces można po prostu nazwać dorastaniem? Dorastaniem do własnych emocji.

Miłość większa niż świat


A może to, co napisałem powyżej w ogóle nie pasuje do opowieści o Layli i Majnunie. Może to szaleństwo opętanego przez dżinny jest takie właśnie jak powinno być, tylko świat go nie rozumie. Bo pomyślcie: to, w jaki sposób kochał Majnun było absolutne. Nie robił nic innego poza tym kochaniem (no może pisał jeszcze wiersze, ale były one przecież wypadkową jego uczuć). A to rozsadza przecież społeczne normy. Bo czy nie jest czasem tak, że społeczeństwo pozwala nam kochać "odtąd-dotąd", a wszystko, co wykracza poza te ramy jest nie do zaakceptowania? Podobnie z żałobą - można rozpaczać tylko trochę, ale najlepiej niepublicznie, bo brzydko wygląda. A już płakać i o zgrozo nie iść do pracy, to w ogóle nie wypada. Albo z anarchią - można tak trochę się buntować, powiedzieć na przykład "jestem oburzony", ale po tym "jestem oburzony" to już nie można, bo nie wypada i do tego mandat można dostać. W tej sytuacji Majnun nie będzie tylko niedojrzałym gościem, który postawił na złą kartę, ale prawdziwym tytanem, który nie bał się kochać do końca i który tę swoją miłość potrafił też do końca donieść - tak jak potrafił. I być może dlatego właśnie to o nim, a nie o tych wszystkich rozsądnych ludziach pozostał poemat, który przetrwał dobrych kilka wieków... I być może dlatego właśnie mu zazdroszczę.

***

Zrealizowano w ramach programu stypendialnego Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego - Kultura w Sieci. 

***

 PS. Po przejrzeniu tekstu, naszła mnie jeszcze jedna myśl dotycząca tej miłości większej niż świat. Jeśli Majnun był tytanem swojej miłości. To pamiętajmy o tym, że był właśnie tym - tytanem. I nie przykładajmy jego miary do naszych własnych burz. Bo może się okazać, że to tylko burze w szklance wody, a nasze rozczulanie się nad swoją sytuacją - to jedynie wymówka, żeby uciec. Pamiętajmy, że istnieje ryzyko, że my akurat nie jesteśmy tytanami.






26.6.20

Jak szukać opowieści? 



Dzisiejszy tekst chciałbym poświęcić bardzo prostemu zagadnieniu, a mianowicie wyszukiwaniu baśni. Będzie tu kilka oczywistości, ale będzie również kilka protipów, które odkryłem w czasie kilku lat pracy jako opowiadacz historii wszelakich. Podzielimy te przeszukiwania na dwie części: internetową oraz papierową.

Zanim jednak zaczniemy na dobre, oddajmy co cesarskie cesarzowi:

"Zrealizowano w ramach programu stypendialnego Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego - Kultura w sieci."

Nie przedłużając, ruszajmy:

INTERNETY


Oczywista oczywistość - czyli życie z Google


Kiedy musimy znaleźć opowieść z jakiegoś zakątka świata, albo dajny na to legendę z podkarpackiej wsi, chyba każdy z nas zaczyna od wklepania odpowiedniej frazy w najpopularniejszą wyszukiwarkę świata. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że to pomyślnie zakończy nasze poszukiwania. Wpisujemy frazę "legendy Krakowa" - wyskakuje prawie sześć milionów stron, jeśli wpiszemy "baśnie z Bostwany" - dowiemy się, że w 2007 wydawnictwo Prószyński i S-ka wydało książkę gdzie takowe można znaleźć, a jeśli potrzebne nam będą baśnie z Nikaragui - szybko znajdziemy ten link (KLIK). W zasadzie każdy region naszych poszukiwań jest już pokryty odpowiednią siatką linków. Żeby jednak zoptymalizować wyszukiwanie chciałbym polecić Wam dwa triki. 

Po pierwsze: Jeśli macie możliwość wpisania nazwy jakiejś specyficznej grupy etnicznej, zamiast ogólnika -  zróbcie to. Nie wpisujcie "baśnie Indian", ale "baśnie Navajo". Albo zamiast "Eskimos" wpiszcie "Inuita".

Po drugie: Jest takie słówko, które otwiera bardzo duże połacie nowych terenów do poszukiwań. To słowo to "Folktale". Jeśli przeszukujecie anglojęzyczny Internet w poszukiwaniu nowych opowieści, zastąpcie słowo "Fairytale" słowem "Folktale". Zauważyłem, że dzięki niemu przeskakuje się z półeczki w dziecięcym pokoju do biurek etnografów. Pojawiają się nawet wyszukiwania z Wikipedii, których nie było wcześniej. A jeśli już mowa o Wikipedii: 


Nazwy własne


Żeby zoptymalizować nasze poszukiwania, starajmy się wyhaczyć nazwę własną. Jakąkolwiek. O wiele dokładniej poznamy bowiem opowieść np. o Stanie Bolovanie, jeśli będziemy wiedzieć, że jej bohater nazywa się Stan Bolvan.  Posłużmy się zresztą przykładem tego bohatera. 

Szukamy baśni rumuńskiej - wpisujemy "romanian folktale", wyskakuje nam artykuł, w którym wymienionych jest kilka popularnych baśni, ale tylko w jednej jest imię i nazwisko bohatera. Stan Bolovan. Pomijamy więc inne wymienione historie (bo baśni o dziewczynie zamienionej w ptaka jest milion i sto milionów) a w wyszukiwarkę wpisujemy właśnie "Stan Bolovan". Jest duże prawdopodobieństwo, że ustrzelicie właśnie tę a nie inną opowieść. To lepiej sprawdza się po angielsku, ale i w polskich wyszukiwaniach udało mi się kilka fantastycznych strzałów w ten sposób oddać. Jeśli chcielibyście wiedzieć, kim był pan Stan zapraszam TUTAJ

Andrew Lang

Drugie założenie regionalne, które śmiało możemy poczynić jest takie: każde charakterystyczne miejsce ma swoją legendę. Ba... każde wzgórze, staw czy kościół mają swoją legendę. Nie zdziwiłbym się, gdyby po wpisaniu w wyszukiwarkę nazwy własnej danego miejsca i uzupełnieniem go odpowiednim słowem, nie pojawiło się jakieś ciekawe podanie. Tym słowem jest nie "baśń" a "legenda". Wyszukiwania tego typu odeślą was zazwyczaj w trzy miejsca. Do prac poświęconych danemu regionowi, do prasy lokalnej, która uwielbia takie historie, albo na strony tworzone przez miłośników regionu.

Tutaj jedna z moich historii. Przygotowywałem kiedyś zajęcia o kijakach z krakowskich Piasków. Już ten temat sam w sobie było ciekawy (kijacy to byli niezrzeszeni w cechu rzeźnicy, którzy konkurowali z tymi cechowymi z Krakowa - robili doskonałe kiełby, posługiwali się kijem jak mnisi z Szaolinu, a sprytni byli niczym lisy - długo by o nich opowiadać). W każdym razie w googlach wylądowało hasło "Piaski Legendy". Linków znalazło się sporo i poza opowieścią o kijaku Lestku, który szmuglował swoje kiełby na Wawel znalazła się np. opowieść o porwaniu włoskiego stolarzam, który  miał wozy kijakom robić, a który ze smętków swych święte figury strugał. Jako że nie mówił po polsku, a i nazwisko miał iście niepolskie, zaczęto go nazywać Świątkiem. Albo o przkelętej pannie z pobliskiego wzgórza Lasoty. Była też zapadająca się karczma, ale to motyw tak powszechny, że szkoda wspominać.

Kolejny protip: Jeśli jakaś miejscowość albo dzielnica ma mało własnych opowieści, sprawdźcie co dzieje się u sąsiadów. Często powiem sąsiedzi bardziej chwalą się okolicznymi opowieściami niż interesujące nas miejsce. Część opowieści o Piaskach znalazłem w artykułach poświęconych dzielnicy zza miedzy Woli Duchackiej. 

Bardzo fajnym sposobem na uzyskiwanie nazw własnych są też filmiki na youtybe, których autorzy zestawiają np. najstraszniejsze demony japońskie, albo słowiańskie, albo inne, wykonując w ten sposób całą robotę za nas. 

Chwalimy się regionem


I jeszcze jeden bardzo ważny trop. Legendy i baśnie, to coś, czym każdy lubi się chwalić, ponieważ  chwalenie się baśniami jest proste! Bo baśnie są proste, łatwo je zapamiętać i do tego są ultra ciekawe. Ślązacy chwalą się utopcami i Skarbnikiem, Kaszubi Stolemem, a Krakusy Smokiem Wawelskim. Nasza słowiańszczyzna święci triumfy w Wiedźminie bo jest wciągająca. Ale dość zachwytów nad opowieściami. Jak wykorzystać to, że ludzie lubią się tym chwalić? To bardzo proste: 

Poprzez ambasady, konsulaty, strony gmin i urzędów miast. Czasem nawet na stronach miast można znaleźć jakieś legendy (np. Czarcia Łapa z Lublina). Opowieści czasem skrywają się w zakładkach dla turystów, a czasem są eksponowane. A jeśli nie ma na stronie żadnej opowieści, mamy duże szanse, że dana jednostka administracyjna wyłożyła pieniądze na dane opowieści w ramach jakiegoś edukacyjnego lub kulturalnego projektu.



Możemy zatem odwiedzić stronę danej jednostki i sprawdzić czy nie zrobili całej pracy za nas. Albo chociaż uzupełnić hasłem "Patronat konsula". Sam brałem udział w projekcie tworzenia legend Lublina i Łucka, której zamawiającym był Urząd Miasta Lublina. Kiedyś w ten sposób znalazłem książeczkę ze wspaniałymi baśniami mongolskimi, w którym znajduje się kilka moich ulubionych baśni. Link TUTAJ


Kilka przydatnych stron


Można by ciągnąć ten wątek dalej, ale im dłużej szuka się historii, tym bardziej trzeba wchodzić w niuanse. Podsumujmy więc. Szukamy poprzez słowo "folktale" i lepiej wpisać nazwę etniczną ludu niż ogólnik. Po drugie szukajmy nazw własnych, bo one o wiele bardziej precyzyjnie doprowadzą nas do celu. Po trzecie, korzystajmy z przechwałek innych - administratorzy danych regionów lubią się chwalić swoimi opowieściami. Przydaje się także mapa, żeby sprawdzić jakie inne miejscowości mogą chwalić się lokalnymi podaniami. 

Nie mogę oczywiście nie wspomnieć o stronach, które same z siebie są pomocne. Chciałbym Wam zostawić trzy bardzo przydatne witryny. 

Pierwsze dwie, to po prostu wielkie biblioteki baśni:

Pierwsza to World of Tales 
Ładnie poukładane regionami, łatwo dostępne, dość rzetelne. 


Druga baza opowieści do której warto zaglądać to Fairytalez.com
Z nią mam trochę problem, bo tam, poza klasycznymi opowieściami można też trafić na historyjki pisane współcześnie, albo prawie współcześnie. Nie miałbym nic przeciwko, gdyby nie fakt, że często są po prostu słabe. 

I jeszcze jedna baza danych, z której często zdarza mi się korzystać: archive.org 
Znajdziecie tu skany całych książek, często trudnodostępnych z naprawdę różnistymi opowieściami, na przykład z legendami Sri Lanki ;)

Bardzo lubię korzystać z serwisu academia.edu. To serwis zbierający prace naukowe (poziom różny), więc przydaje się do wyszukiwania nazw własnych. Tak znalazłem kilka niezłych koreańskich opowieści. Tam też zbierałem dane o Majnunie, o którym niebawem napiszę Wam ciut więcej. Ta baza przydaje się, jeśli potrzebne są Wam opracowania. Po pierwsze dlatego, że zbiera prace naukowe, a po drugie dlatego, że prace naukowe zazwyczaj mają przypisy, które prowadzą do kolejnych prac naukowych. Łatwo i przyjemnie można więc zgromadzić całkiem pokaźną wiedzę na temat baśni, która nas interesuje. Wersje serwisu są dwie. Bezpłatna, która pozwala na podstawowe wyszukiwania i pobieranie plików oraz abonamentowa, która daje dostęp do trochę większego archiwum tekstów, pozwala na bardziej zaawansowane wyszukiwania i daje takie bajery, jak na przykład sprawdzenie, czy nasze nazwisko nie było cytowane w czyjejś pracy naukowej (dzięki temu wiem, że Baśnie na warsztacie, jako blog wspomniane są w dwóch doktoratach :D ). 

Korzystajcie oczywiście z takiej bazy tekstów jaką jest blog: Baśnie na Warsztacie. Jest tutaj ponad 200 rozważań na rozmaite, związane z baśniami tematy ze wszystkich stron świata, więc może okazać się, że to czego szukacie znajdziecie u mnie. Polecam również strony innych opowiadaczy :) 

Na koniec trik z Allegro. Warto założyć sobie, że jeśli potrzebujemy opowieści z danego regionu, to już wcześniej ktoś zebrał je w książce. Najbardziej podręczną wyszukiwarką książek jest jak dla mnie Allegro. Dlaczego? Bo można tam znaleźć starocie. Jeśli więc traficie na jakąś książkę, która Was interesuje, po pierwsze dowiadujecie się, że ona istnieje (np. "Baśnie hawajskie"), a po drugie zazwyczaj od razu możecie ją kupić. I zachęcam do tego bardzo mocno. Baśnie i tak zawsze będą w cenie, ale nie zawsze będą dostępne. Mnie zdarzyło się raz wynaleźć opowieści polinezyjskie (tytuł: Córka Długozębych, więc trudno w googlu znaleźć), ale pomyślałem, po co mi ona. Godzinę później, pomyślałem jednak, że fajnie byłoby ją nabyć, ale jej już nie było. Swój egzemplarz pozyskałem w inny sposób, ale od tego czasu, jeśli coś jest, to biorę. A jeśli jest tylko w archiwum, to przynajmniej wiem, czego szukać w bibliotekach.



Pamiętajcie oczywiście o katalogach bibliotecznych typu OPAC, wyszukiwarce na stronie Biblioteki Narodowej, albo Jagiellonki, i Bibliografii Zawartości Czasopism (tzw. BZCZ). Zawsze się przydają, a czasem o nich zapominamy.

Chyba możemy już opuścić sieć. 

OFFLINE


Offline zrobimy szybciej, bo w trzech punktach:

Oczy Szeroko Otwarte


Jeśli zbieracie baśnie i nie zależy Wam na konkretnym regionie, po prostu otwórzcie szeroko oczy, kiedy mijacie stoisko bukinisty, kiedy jesteście w bibliotece, albo kiedy odwiedzacie antykwariat. Zauważcie - zbiorów baśni najlepiej szukać pośród książek nienowych. Być może przyjdzie znów hajp na wydawanie zbiorów baśni regionalnych, ale póki co najbardziej obrodziły w nie lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte. 

Działy z książkami dla dzieci, ale też poezje, to miejsca w których można znaleźć prawdziwe cuda. W związku z tym, że często pracuję w bibliotekach, wykształciłem sobie nawyk robienia zdjęć książkom, które wpadną mi w oko, zgodnie z zasadą: niekoniecznie na teraz, ale może za chwilę się przyda. 

Ludzie


Nie mam swojego dentysty, nie mam dermatologa ani ginekologa, ale za to mam swojego antykwariusza. Wymieńmy go z nazwy: Suszek Books, bo mu się należy. A właściwie im, bo Olga i Łukasz Suszkowie wielokrotnie zadziwiali mnie jakimś tytułem. Jak to działa? Po pierwsze mają ode mnie listę książek, którymi mógłbym być zainteresowany. Po drugie zaś, wiedzą czym się zajmuję i gdy tylko jakaś fajna pozycja wpadnie im w ręce, dostaję sms-a ze zdjęciem i lakonicznym "chcesz?". W ten sposób na przykład pod moją strzechą znalazło się dziesięciotomowe wydanie "Baśni 1001 nocy". I parę innych wyjątkowo ciekawych książek (w tym "Córka Długozębych" z uroczą naklejką na malarskiej taśmie). To bardzo fajny układ, bo dzięki niemu, szukam książek nie jedną, ale trzema parami oczu, w dodatku pozostałe dwie są o wiele lepiej wytrenowane.



Skoro już o ludziach mowa. Kiedy ktoś zajmuje się opowiadaniem baśni, tak jak ja, to jest to informacja, która się niesie "Ej znam kolesia, który żyje z opowiadania bajek... i nie jest politykiem". A skoro wieść się niesie, to ludzie stają się bardzo skorzy do opowiadania mi swoich ulubionych bajek, dzielenia się książkami "swojego dzieciństwa", a nawet podrzucania mi jakichś ciekawych pozycji. Część funkcjonuje na zasadzie pożyczek inne to prezenty, ale to nieważne. Ważne jest to, że baza opowieści powiększa się. Dzięki zwykłej życzliwości. Z racji wspominanego już przemieszczania się po bibliotekach, wyrobiłem sobie jeszcze jeden nawyk - pytania Pań o jakieś ciekawe pozycje z ich zbiorów... wiecie, którym potem będę mógł zrobić zdjęcie. 

Są też takie osoby, które o baśniach wiedzą dużo więcej ode mnie. I kiedy mam jakiś problem np. ze zlokalizowaniem tekstu na jakiś temat, po prostu się do nich zwracam. I nie chodzi o to, żeby zawsze się do danej osoby zwracać, chodzi o to, żeby wiedzieć, że taka osoba jest. Dla mnie to zawsze był Łukasz Bernady. 

I czasem do mnie docierają pytania o jakieś zaginione historie. Gdybyście mieli taki problem - nie krępujcie się - piszcie. Nie obiecuję, że na pewno znam to, czego szukacie, ale... może znam :) 

Czytajcie, czytajcie, czytajcie WSZYSTKO!


I na sam, samiusieńki koniec. Po prostu czytajcie. Co wpadnie Wam w ręce, w dzieciecym pokoju, w dziale badań etnograficznych na dziale historii sztuki, w Przekroju, albo w Świerszczyku! Im więcej tekstów znacie, tym łatwiej będzie Wam między nimi nawigować. Co prawda można przez to czasem wpaść na mieliznę (np. nie pamiętacie skąd pochodzi jakaś baśń), ale mniej więcej potraficie ją przywołać. Przykład z życia - dostałem wiadomość od Pani, która szukała opowieści, gdzie kobieta była ubrana, ale nieubrana, szła, ale nie szła... itd. Jechałem akurat samochodem, więc sprawdzić mogłem dopiero wieczorem, za to świtało mi, że w tytule jest coś z mądrą kobietą, może mądrą żoną i że chyba jest to baśń grimowska, albo może szwedzka. Danych bardzo mało, szczególnie w podróży, ale to wystarczyło, żeby odesłać pytającą osobę pod odpowiedni adres. Chwilę po mojej wiadomości otrzymałem odpowiedź: "Jest. Grimm. Mądra wieśnaczka". Wystarczyło czytać. I mniej więcej wiedzieć gdzie szukać.



Czytajcie jednak nie tylko same opowieści. Czytajcie też wstępy... i przypisy. Szczególnie w opracowaniach baśni. Często dają one bowiem odpowiednią perspektywę by opowiedzieć dane baśnie. Często też odsyłają nas do innych zbiorów opowieści, albo same skrywają historie, które potrafią skraść nasze serca. Dla mnie takim przykładem jest historia o króliku polującym na słonia, którą znalazłem we wstępie do baśni Afrykańskich dla dorosłych. Pisałem o nich szerzej TUTAJ. Do dziś jest to mój pierwszy wybór jeśli mam opowiadać. A w samej książce figuruje tylko jako opis etnograficzny wydarzenia przy ognisku. Czytajcie... i miejcie oczy i uszy szeroko otwarte. Bo opowieści są wszędzie. I tylko od naszej uważności zależy jak sprawnie uda nam się skorzystać, ze skarbów, które leżą nam u stóp.


Tyle ode mnie. mam nadzieję, że pośród tych oczywistości odnaleźliście także kilka trików, które przyśpiesza wasze kwerendy.




"Zrealizowano w ramach programu stypendialnego Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego - Kultura w sieci."

30.3.20

O wieszaniu się... 



Na warsztacie: Baśnie Garncarzy


Już na początku chciałbym zastrzec, że do niczego nie zachęcam, a na pewno nie do wieszania się. Czas jest trudny, więc trzeba uważać na wiele rzeczy, które wpadają nam do głowy. I o tym będzie dzisiejsza opowieść, którą znalazłem w książeczce etnograficznej poświęconej kulturze oralnej ludzi zajmujących się lepieniem garnków: 

Jechali garncarze na targ i rozprawiali o różnych rzeczach. Tak im jakoś wyszło, że temat zszedł na wisielców. Jeden opowiedział taką anegdotę, drugi inną i tak cała podróż upłynęła im na dzieleniu się różnymi ciekawostkami i anegdotkami o wieszaniu się. 
Jechał też z garncarzami młodzik, pewnie terminator u jednego z nich, który uważnie przysłuchiwał się wszystkim tym historiom. W pewnym momencie pomyślał sobie nawet: "Kura-rura, ciekawe jak to jest się powiesić...". Ta myśl nie dawała mu spokoju, więc kiedy wieczorem garncarze zawinęli już do gospody i położyli się spać, młody wziął kawał rzemienia i powiesił się na belce od powały.  
Wyszło na to, że wieszanie się to wcale nie taka fajna spraw. Dusi człowieka, w gardło drapie no i w ogóle mało przyjemnie. Zaczął więc młody charczeć i majtać nogami, aż narobił hałasu i pobudził starych garncarzy. Ci odcięli rzemień, złoili młodemu skórę i wrócili spać. Młody już więcej się nie wieszał. 

Lubię tę historię, bo jest ona doskonałym komentarzem do tego, w jaki sposób otaczający nas szum informacyjny wpływa na nasze zachowania. Zdawanie sobie z tego sprawy jest niezwykle ważne, nie tylko w obecnej sytuacji, ale zawsze. Co jednak się wydarzyło? 

Moc autorytetu

Początkiem niefortunnej decyzji, jaką podjął przyszły garncarz była zwykła życiowa sytuacja. Kilka anegdot, które, prawdę powiedziawszy, w ogóle go nie dotyczyły. Ot zasłyszał je i zaczęły w jego głowie pracować. Ale zastanówmy się, czy owe wisielcze anegdoty naprawdę nie miały dla niego znaczenia? Opowiadali je przecież jego nauczyciele. Garncarze, z których chłopak pewnie czerpał jakiś przykład. Dla nich - dorosłych to były tylko głupie i zabawne opowiastki. Dla niego, być może przez to, kto opowiadał, stały się czymś więcej. 

Wydaje mi się, że ważności tej on sam sobie nawet nie uświadamiał. Historyjki działały podprogowe i drążyły, drążyły, drążyły. Dzień mijał, pewnie przez jego większą część chłopak zajęty był pomocą w sprzedawaniu garnków, ale to, co usłyszał po drodze, pracowało. Pierwsza nauka, jaką można wyciągnąć z tej historii jest więc prosta jak ołówek: uważaj czym się karmisz, bo nie wiesz do czego cię to doprowadzi. A dalej - jeśli jesteś dla kogoś autorytetem, albo po prostu masz moc wpływania na kogokolwiek (a każdy ma) uważaj, co mówisz i jak mówisz. 

Jedna strona medalu

Druga sprawa jest taka, że historie, które opowiadali garncarze były pewnie atrakcyjne. Mroczne opowieści wciągają, mają moc zajmowania masy przestrzeni w naszej głowie, rodzą niepokoje, każą nam jakoś zareagować. Błąd, w jakim pozostał chłopiec polegał pewnie na tym, że poza tą atrakcyjną warstwą, nie dostał żadnej innej. Dlatego właśnie wieszanie mogło go pociągać. Nikt nie powiedział mu, jakie konsekwencje ma takie wieszanie się - zarówno na na planie fizycznym, jak i na płaszczyźnie duchowej (napomknę tylko, że wisielcy nie mieli najlepszej reputacji w myśleniu ludowym). Było śmiesznie i ciekawie, i na tym niestety wiedza chłopaka się kończyła. To trochę tak, jak z komedią o wojnie. Może być zabawna, ale jeśli za tym śmiechem nie będzie świadomości całego koszmaru jakim wojna jest, dojdzie do wypaczenia i nikt nie będzie się jej obawiał.  Wniosek drugi - w poznawaniu świata musi być balans. Jeśli jesteście rodzicami, pewnie rozumiecie to bez mojego gadania. Ale pamiętajcie, że to również dotyczy was, gdy słuchacie świata. 

Bo to kolejna istotna kwestia - my nieustannie jesteśmy zarówno garncarzami, którzy mówią i muszą uważać na swoje słowa, jak i młodymi terminatorami, którzy słuchają i muszą uważać na to, czego słuchają. Świat cały czas do nas mówi, świat chce, żebyśmy to jego historii słuchali, a te historie są zazwyczaj smutne, złe i straszne - bo przecież takie historie sprzedają się najlepiej. I kiedy słuchamy, nie wiemy dokąd zaprowadzą nas te historie. Ku ocaleniu od epidemii (również temu moralnemu), czy może prosto na stryczek. 




Nie da się uniknąć historii innych ludzi. Każdy coś będzie mówił - a to, że wybraliśmy studia do bani, a to, że nie ma sensu próbować tego, czy tamtego, a to, że ktoś jest bałwanem, albo służba zdrowia to sami partacze. To się do nas przyklei jak brud. I jak z brudu mogą się z tego rozwinąć choroby skóry, albo nieprzyjemny zapach. Dlatego niezwykle istotna jest higiena w tym zakresie. Zmienić temat, jeśli to możliwe, wyjść, albo zacząć dogłębniej analizować omawiany temat. To czasem wystarczy. Gdyby młodzieniec z naszej opowieści dopytał i dowiedział się, o co chodzi w tym całym wieszaniu, pewnie nigdy nie przyszłoby mu to do głowy samemu spróbować. 

Przypomina mi się pewna wizyta w szpitalu. Moja żona miała zrobić siebie jakieś krótkie badanie, na które musieliśmy chwilę poczekać. Poza nami w poczekalni siedziała jeszcze jedna starsza pani, która postanowiła skorzystać z okazji i trochę do nas ponarzekać na lekarzy. Na szczęście jakoś tak pokierowaliśmy tematem, że zamiast wypluwać z siebie kalumnie na służbę zdrowia, zaczęła opowiadać nam ciekawe anegdotki ze swojego życia. A to jaka jest dumna z syna, a to jak mieszka. I wiecie co - to było naprawdę dobre życie. Wystarczyło tylko popchnąć rozmowę w odpowiednią stronę. I wiecie co jeszcze? Tamto spotkanie nastawiło nas pozytywnie na cały dzień. 

To, co nas nie dotyczy...


I jeszcze dwie kwestie: niektóre sprawy nie są dla nas. Anegdotki o wisielcach być może potrafią zająć całą naszą uwagę, są kapitalne, śmieszna, albo przyprawiają o gęsią skórkę, ale ostatecznie - co wisielec ma wspólnego ze sprzedażą garnków? Chłopiec nie zadał sobie tego pytania. I my często także o nim zapominamy. Co mają sprawy, o których słuchamy na codzień wspólnego z naszym, życiem? I czy coś wspólnego mają? Niektóre będą nas dotyczyć, bo dotyczą zmian w świecie, inne pozornie podobne okażą się absolutnie nas nie dotyczyć. To dość trudne, ale warto zacząć od właśnie tego rozróżnienia. Które z zasłyszanych historii mają realny wpływ na moje życie, a które to tylko rakotwórczy szum? Można ten włos dalej dzielić, bo przecież to, co dziś nas nie dotyczy, jutro może być najważniejszą sprawą w naszym życiu, ale we wszystkim trzeba mieć umiar. i być może perspektywę... 

Na koniec - nasz chłopiec sam sobie przygotował stryczek, sam się powiesił, sam odpowiedział na wysłuchane po drodze na targ historie. I to jest najważniejsza nauka z tej opowieści. Niezależnie od tego, co będzie się działo, jakie historie będą do nas docierać, mają one na nas realny wpływ jedynie wtedy, gdy sami zaczniemy nadawać im mocy sprawczej. Złe rzeczy na świecie dzieją się przede wszystkim naszymi rękami. Reszta, to niedogodności, wypadki i tyle. 

Nie dajmy się złym historiom, słuchajmy się, bawmy nimi, ale mimo wszystko patrzmy zawsze w stronę światła i tego co dobre. W przeciwnym razie możemy skończyć, jak głupi uczeń garncarza i może się okazać, że nie ma obok kogoś, kto przetnie rzemień, na którym nieopatrznie sami się powiesiliśmy. 


***

Książka, z której zaczerpnąłem dzisiejszą opowieść to: Anegdoty, bajki, opowieści garncarzy
autorstwa Dionizjusza Czubali i Marianny Czubaliny. Polecam nie tylko ze względu na historie, ale także ciekawy wstęp i ciekawe posłowie. I jeszcze pewnie nie raz do tej historii wrócę.










2.1.20


Na koniec i na początek

Na warsztacie: podsumowanie roku 2019 


Poniższy wpis powstał na fejsbuka, jednak biorąc poprawkę na efemeryczność treści w tym portalu społecznościowym, postanowiłem, że umieszczę go także na blogu. W punktach o ciemnych i jasnych stronach świętej pamięci roku dwa tysiące dziewiętnastego: 

1. Trudny rok


Zacząć muszę chyba od tego, że to był, z różnych powodów, bardzo trudny rok. Nie tyle ze względu na samo opowiadanie, co ze względu na moje nastawienie do niego. Każde kolejne spotkanie było dla mnie próbą charakteru. Nie zrozumcie mnie źle - lubię to co robię i jestem w tym dobry (i, póki co, nie widzę siebie w innej roli) ale czasem w życie po prostu wkrada się opór materii i trzeba go przewalczyć. Zastanowić się nad sobą, albo zdjąć nogę z gazu. 2019 był raczej zdejmowaniem nogi z gazu niż rozpędzaniem się. I to jest dobre. W kulturze Żydowskiej jest taki termin jak Rok Szabatowy, w którym wszystko się resetuje (ziemia wraca do starych właścicieli, długi są umarzane, nie wolno też siać, ani zbierać). wypada co siedem lat. Dla mnie tym trochę był rok 2019 (rany... to już siedem lat). Szczególnie jego końcówka, kiedy głównie wyciszałem swoje aktywności. To niezwykle konieczne i jeśli tylko możecie - czasem dajcie sobie taki prezent. 

2. Zaufanie


Zdałem sobie sprawę, że praktycznie nie musiałem aktywnie szukać zleceń, a mimo to, mój kalendarz zamknął się na grubo ponad setce najrozmaitszych aktywności dookołabaśniowych. Spotkaniach, szkoleniach, performance'ach występach i warsztatach. Dziękuję za zaufanie i, oczywiście, polecam się także na rok 2020. 

3. Mało artykułów, dużo pisania


Napisałem rekordowo niedużo artykułów. Po części dlatego, że nie chciałem, po drugie dlatego, że pisałem inne rzeczy, a jednak ilość literek do przelewania na papier ma swoje ograniczenia. W tym roku poza czternastoma wpisami na Baśniach na Warsztacie, powstał tekst książki o tym jak opowiadać baśnie, która, mam nadzieję znajdzie swojego wydawcę (a jak nie znajdzie przez najbliższe pół roku, to PDFa wrzucę gdzieś do sieci . Poza tym powstały Legendy Lubelskie i Łuckie dla Urzędu Miasta Lublin. Napisałem też adaptację sceniczną Trzech Świnek. Premier miała mieć miejsce w styczniu tego roku, ale z powodów personalnych niestety do niej nie dojdzie. Mam nadzieję, że pomysłodawczyni i reżyserka tej sztuki znajdzie dla siebie miejsce, bo pomysł (jej) był genialny, projekty lalek i muzyka świetne, a z tekstu ja jestem zadowolony. Popełniłem też kilka opowiadań, ale te zbieram na razie do szuflady i nie wiadomo co z nimi będzie. Przy okazji moje teksty o Toskanii ukazały się w czterech kolejnych numrach Gazzetta Italia. Nie ma to co prawda związku z baśniami - tak tylko się dzielę 


4. Świnka w podróży i nie tylko


Zaskakująco dobrze radzi sobie Świnka. Nie tylko tutaj, ale też na instagramie. No i dzięki niej w tym roku dostałem propozycję zilustrowania dwóch książek (jedną z nich jest Ryba Piła) i przygotowania ilustracji do krótkiego filmu dla moich niemieckich znajomych, zrobienia kilku ślubnych zaproszeń i uwaga uwaga - przygotowania projektu zwierzaka na opakowanie ciasteczek. Świnka zawsze była dla mnie relaksem, a tutaj okazało się, że jest też wdzięcznym przedstawicielem handlowym. Dzięki Ci Świnko. 

5. Oryginalny Świstak


Przy okazji - postanowiłem, że te rzeczy, które nie wiążą się bezpośrednio z baśniami, będę umieszczał na nowym profilu. Jeśli Was nie nudzę i chcielibyście świstaka, ale trochę inaczej, zapraszam na fanpejdż Oryginalny Świstak. Nie krępujcie się polajkować 

6. Odnajdywanie serca 


W 2018 roku przez kilka wydarzeń związanych z pracą, trochę straciłem serce do opowieści. Dostałem po głowie w miejscach, na których najbardziej mi zależało, a to zrodziło pytania - po co w ogóle robię, to co robię? Po co wkładam w to tyle energii i właśnie serca, skoro nikogo to nie obchodzi. Cóż. Ten rok pokazał mi że wcale tak nie jest. Uczył mnie, jak odzyskać serce do swojej pracy. Niezwykle pomocni w tym okazali się moi przyjaciele z Lufcik na korbkę oraz miejsce, którego nie mogę się dość nachwalić czyli Dom Kultury Chwałowice. To dzięki nim przypominam sobie, jak dobrze jest płonąć, kiedy robi się to, co robi. Skoro już przy ludziach jesteśmy, jak zawsze dziękuję KINO AMOK i Dom Oświatowy Biblioteki Śląskiej. Być może niewiele robiliśmy w minionym roku razem, ale świadomość, że takie instytucje są i działają pomaga przezwyciężyć każdą trudną chwilę. 

7. Jak opowiadać baśnie... i wszystkie inne historie


Na koniec - spełniłem jedno z kilku postanowień ubiegłorocznych. Pobiłem rekord w ilości prowadzonych szkoleń "Jak opowiadać baśnie i inne historie". Co prawda szkolenie organizowane przeze mnie samego nie doszło do skutku, ale nigdy nie miałem żyłki organizatora. Mój dar od Boga to umiejętność zjednywania sobie ludzi i mówienia do nich tak, żeby rozumieli to, co chcę im przekazać. I dziekuję Bogu, że pomimo, mojej niekompetencji na pewnych polach i tak dał mi sposobność przeprowadzenia ponad 10 szkoleń dla edukatorów wszelkich szczebli. 
8. Małymi kroczkami zmierzam też do spełnienia swojego największego marzenia. Ale o tym wiadomo - powiem w swoim czasie. 

I na tym zamknijmy. Dzięki, że jesteście. Wpadajcie czasem - napijemy się kawy, pogawędzimy. Dajcie czasem łapkę w górę, czasem coś skomentujcie i udostępnicie. Chciałbym Wam obiecać to i owo, ale nie zrobię tego - niech rok, który właśnie się zaczął sam pokaże nam nowe ścieżki. I niech one będą tak niespodziewane i zaskakujące, żebyśmy każdego dnia budzili się oszołomieni z zachwytu. Może więc sobie i Wam będę tylko życzył tego: róbmy swoje, w codziennym zachwycie i zmierzajmy, choćby powolutku, w stronę naszych marzeń, a wszystko co robimy - róbmy z sercem. Amen.