18.11.20

Złota rybka - z gatunku rekin  

#child grooming



Na warsztacie: Baśń o rybaku i jego żonie, złota rybka, Child Grooming, "Bądź z innej bajki"


Dzisiejszym wpisem kończymy cykl o baśniach i bezpieczeństwie dzieci w sieci: "Bądź z innej bajki". Cykl powstał z inicjatywy Stowarzyszenia Góry Kultury i realizowany był przez Państwowy Instytut Badawczy NASK oraz Ministerstwo Cyfryzacji (obecnie KPRM). 


Na koniec został nam temat najtrudniejszy, bo poświęcony zjawisku zwanemu child groomingiem, czyli uwodzeniem dzieci za pośrednictwem sieci. Do omówienia tego zjawiska wybraliśmy baśń o rybaku i jego żonie (którą wszyscy i tak nazywają baśnią o złotej rybce), a która w naszej wersji wygląda tak: 


Link zapasowy TUTAJ


Dla tych, którzy nie pamiętają, wersji grimmowskiej krótkie przypomnienie: 


Rybak złapał złotą rybkę, która obiecała, że spełni jego życzenie. Rybak całkiem bezinteresownie wypuścił rybkę i wrócił do domu nie życząc sobie niczego. Kiedy jednak wrócił do domu i jego żona dowiedziała się o sprawie, zaczęła wymyślać życzenia: od większej chaty, przez pałac, szybko dotarła do życzenia, by zostać samym Panem Bogiem. Skończyło się to tak, że zamiast dostać wszystko - żona rybaka nie dostała nic i razem z mężem znaleźli się w punkcie wyjścia – w swojej nędznej lepiance. 


Jak widzicie nasza wersja opowieści znacząco odbiega od oryginału. Jest jednak pewien wspólny motyw, który przewija się przez obie opowieści i który (zdradzę Wam po cichu) zaważył na tym, że wybraliśmy tę, a nie inną baśń. Tym motywem są pragnienia. O ile jednak żonę rybaka możemy określić jako pyszną (w sensie „pełna pychy” oczywiście), o tyle nasz młody rybak jest niedoświadczony. Po kolei jednak: 


Uwodzenie


Po pierwsze i najważniejsze: pamiętajmy, że nasz młody rybak znalazł się z rybką w relacji ofiara-drapieżnik. Rybka działa intencjonalnie i chce usidlić naszego bohatera. To wszystko, co robi - uwodząc chłopca z premedytacją - jest przestępstwem. Niczego nie
świadomy chłopiec nie wie, że grozi mu niebezpieczeństwo. W rybce widzi raczej kogoś, kto okazuje mu zainteresowanie i jest dla niego dobry, nawet bardzo dobry. 




Choć przedstawiliśmy w naszej wersji tej baśni uwodzenie jako obdarowywanie prezentami, to nie o prezenty przecież chodzi. Owszem i te mogą się zdarzyć, ale sprawca child groomingu daje dziecku przede wszystkim coś innego – zainteresowanie, poczucie relacji, bliskości, zrozumienia. Zarówno symboliczne prezenty, jak i okazywanie zainteresowania to, wszystko są oczywiście sidła, które mają doprowadzić do zdobycia zaufania dziecka. Taka drapieżna ryba, może już wcześniej przygotować się do swoich łowów, np. poprzez sprawdzenie profilu dziecka w mediach społecznościowych, z którego może czerpać informacje, dzięki którym uwiedzenie ofiary, będzie łatwiejsze.


Oderwanie i atak 


Dzięki zbudowanemu zaufaniu, może dojść do tego, co w naszej opowieści przedstawione jest jako oderwanie się dziecka od brzegu - odizolowania ofiary. Do tego właśnie będzie dążył sprawca child groomingu. Powierzone anonimowemu "przyjacielowi" zaufanie, może stać się narzędziem, by odciąć dziecko od rodziców i przyjaciół. Sprawca będzie przekonywać dziecko, że bliscy go nie rozumieją i tylko u niego znajdzie ono zrozumienie. To może prowadzić do wyobcowania dziecka. Jeśli tak się stanie – w głowach rodziców i opiekunów powinna się zapalić czerwona lampka. 


Bo gdy już owieczka zostanie oderwana od stada, a młody rybak znajdzie się na środku jeziora - nastąpi atak. Wtedy okaże się, że nasza złota rybka to rekin, a spełnione życzenia miały zwabić dziecko na głębokie wody, gdzie łatwiej będzie je upolować. Zaczną pojawiać się seksualne aluzje, zupełnie niedwuznaczne fotografie, rozmowy zahaczające o strefę intymną. Rybka zaczyna zachęcać dziecko do seksualnych zachowań, np. wyłudzać od ofiar nagie zdjęcia albo namawiać je do spotkania. Pamiętajmy – takie działanie jest karalne i wszelkie sygnały, że nasze dziecko pada ofiarą child groomingu możemy i powinniśmy zgłaszać na policję (mówi o tym m. in. Art 200 Kodeksu Karnego). 


Na co zwracać uwagę w sytuacji, gdy podejrzewamy, że nasze dziecko mogło paść ofiarą takiego złotego rekina? Tak jak już pisałem – zwróćmy uwagę na wycofanie się dziecka z relacji z nami. Po drugie zaś - na słownictwo, jakim operuje dziecko. Jeśli nagle w jego języku pojawią się słowa dotyczące sfery seksualnej, które nie do końca pasują do wieku dziecka, jego wiedzy i zwyczajów językowych, to znak, że coś może się dziać nie tak - musiało gdzieś poznać takie słownictwo. Porozmawiajmy z dzieckiem! Ważne by reagować odpowiednio szybko, by nie doszło do krzywdy dziecka. 


„Będzie nam potrzebna większa łódź…" 


Tak szeryf Brodie w Szczękach skwitował moment, w którym rekin ukazał mu się w pełnej krasie po raz pierwszy. Zanim nam będzie potrzebna większa łódź, postarajmy się nie dopuścić do tego, by złote rekiny rozpanoszyły się po internecie naszych dzieci. Przede wszystkim przygotujmy je na to, żeby były świadome zagrożeń. Możemy pokazać im na przykład naszą bajkę o złotej rybce. Nawet bez tłumaczenia, że chodzi o niebezpieczne kontakty. Baśnie mają to do siebie, że dają słuchającym pewne uniwersalne schematy, dzięki którym jesteśmy w stanie wytłumaczyć sobie sytuacje, które właśnie przydarzają nam się w życiu. Znajomość takiego schematu (nawet w wydaniu metaforyczno-baśniowym) pomoże zrozumieć ewentualne zagrożenie i być może zachować się wobec niego ostrożniej. Najlepiej jednak zobaczcie bajkę razem i o niej porozmawiajcie!


Możemy wspólnie z dziećmi ustawić zabezpieczenie prywatności na profilach społecznościowych, by potencjalnemu rekinowi trudniej było przygotować się do łowów. Im mniejszą ilością informacji na temat dziecka będzie dysponować sprawca, tym trudniej będzie mu zarzucić sidła.



I najważniejsze - musimy dać dziecku poczucie, że niezależnie co dzieje się u niego w życiu (bo sieć to przecież dla niego życie), zawsze może zwrócić się do nas - rodziców, opiekunów - o pomoc. Nieważne, jak trudny i jak wstydliwy byłby temat, dajmy dzieciom poczucie, że mogą na nas liczyć. A wtedy żaden rekin nie będzie im groźny.

 
O tym, kto może paść ofiarą child groomingu, albo gdzie dziecko może natknąć się na takie drapieżne złote rybki, możecie posłuchać w podcaście, w którym rozmawiam z Anną Kwaśnik specjalistką Państwowego Instytutu Badawczego NASK, autorką poradnika dla rodziców: „Sexting i nagie zdjęcia. Twoje dziecko i ryzykowne zachowania online”. 



Jeśli nie wyświetla się bezpośrednio we wpisie kliknijcie w link TUTAJ.

Poprzednie artykuły z cyklu: 

Tekst o Królowej Śniegu i patostreamingu  znajdziecie TUTAJ

Tekst o Czerwonym Kapturku i hejcie znajdziecie TUTAJ

Tekst o Śpiącej Królewnie i FOMO: TUTAJ


I na koniec jeszcze raz odsyłam do strony akcji, gdzie więcej informacji o bezpieczeństwie dzieci w sieci: 

BĄDŹ Z INNEJ BAJKI! 




Informacja dot. współfinansowania

Kampanię zrealizowano na bazie pomysłu autorstwa Stowarzyszenia Góry Kultury - laureata w konkursie „(Nie)Bezpieczni w sieci – konkurs dla NGO na najlepszą kampanię edukacyjną”, którego organizatorem było Ministerstwo Cyfryzacji (obecnie KPRM) oraz Państwowy Instytut Badawczy NASK. Kampania jest współfinansowana ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa.






3.11.20

 O trudnej sztuce budzenia się 

# FOMO



 
Na warsztacie: Śpiąca Królewna, FOMO, "Bądź z innej bajki"


Śpiąca Królewna spała... oj długo spała. O przyczynach tego snu można by wiele powiedzieć i każdy może w nich dostrzec coś innego - w tym tkwi zresztą moc baśniowego języka. Bezsprzeczne jest na pewno to, że opowieść o Różyczce (tak nazywała się u Grimmów) pozostawiła w wyobraźni kilka solidnych symboli, którymi operujemy do dziś. Najważniejszym z nich jest sam stuletni sen. 

I to właśnie znaczeniem tego symbolu postanowiliśmy trochę pożonglować podczas tworzenia naszej wersji tej baśni. Kiedy Różyczka zapadała w sen, życie wokół niej toczyło się w tempie popołudniowej przechadzki po sadzie. Dziś natomiast świat bardzo przyśpieszył i nasza królewna nie ma problemu z tym, że wokół niej nic się nie dzieje, a raczej z tym, że dzieje się za dużo. Zobaczcie sami:




Jeśli filmik nie wyświetla się w artykule, zobaczcie go TUTAJ
Adaptacja powstała w ramach kampanii "Bądź z innej bajki" wymyślonej przez Stowarzyszenie Góry Kultury, a zrealizowanej przez Państwowy Instytut Badawczy NASK i Ministerstwo Cyfryzacji. 

Sen i Aktywność


Śpiąca Królewna zdecydowanie przesadzała ze snem. To znaczy ta oryginalna. Z królewną z naszego filmu rzecz ma się zgoła odmiennie. Dla niej sen staje się czymś wręcz niepożądanym. Bo kiedy śpi, nie trzyma ręki na pulsie. Nasza królewna nie śpi, bo czuje, że kiedy na chwilę zamknie oczy, umkną jej wszystkie najważniejsze sprawy i życie, które toczy się w sieci. Nasza królewna cierpi na FOMO. 

FOMO to skrót od angielskiego terminu fear of missing out, czyli strach przed tym, że umknie nam coś istotnego, strach przed przeoczeniem czegoś, a w konsekwencji: strach przed społecznym wykluczeniem. To zjawisko dotyczy zarówno świata realnego jak i online.W sieci przecież tyle się dzieje. I do tego tak bardzo kolorowo. Media społecznościowe pełne są przecież wspaniałych relacji z wakacyjnych wojaży, albo zdjęć jedzenia, które aż pachnie z monitora. W młodym człowieku może zrodzić się przekonanie, że tam, gdzieś poza nim, to się dopiero żyje, podczas gy jego własne życie to taka popołudniowa drzemka. Dlatego nigdy, przenigdy nie można stracić z oczu tego, co dzieje się w sieci.

Tak przynajmniej uważa księżniczka. Dochodzi do dziwnej zamiany, w której księżniczka swoje życie odbiera jako ten nudny sen, natomiast "prawdziwego" życia szuka w upiększonych na potrzeby internetu filmikach, zdjęciach czy relacjach. Pięknie podany kawałek rzeczywistości, który ktoś wyłowił z morza całkiem zwyczajnych chwil staje się dla królewny czymś prwadziwszym, niż jej realne życie.

Weź to wyłącz


Oczywiście ktoś mógłby powiedzieć: "przecież to jest nonsens. Tyle czasu siedzi na tych fejsach, snapach czy tam instagramach. Mogłaby to królewna wyłączyć i normalnie pożyć". Owszem - mogłaby... jeszcze dwadzieścia lat temu. Tutaj jednak warto przypomnieć, że dla dzisiejszej młodzieży świat online jest równie ważny jak świat offline. Życie naszej królewny toczy się zarówno w sieci, jak i poza nią. Niemal pół na pół. I choć my, którzy pamiętamy czasy bez sieci, możemy na to utyskiwać, to raczej nic z tym nie zrobimy. Najprościej więc będzie nam zapamiętać taką frazę: dzisiejsza młodzież dorasta zarówno poza siecią jak i w sieci. Kropka. Odłączenie dziecka od internetu nie jest więc rozwiązaniem nadużywania internetu. Czasem jednak może zdarzyć się tak, że ta sieć za bardzo pochłania jego uwagę. I tym właśnie jest FOMO. 


FOMOkrólewna 


Królewna zdaje sobie sprawę, ze swojego lęku. Jak pokazują badania (wykonane przez JWTIntellignece*), większość młodych ludzi wie, że spędza w sieci masę czasu i jest tym faktem zirytowana. W dużej mierze dlatego, że internet to dla nich za dużo. Ilość informacji jakie muszą przyswoić każdego dnia, by być na bieżąco, jest dla nich zbyt duża. 

Królewna widzi też różnicę pomiędzy tym, jak fajnie jest tam, po drugiej stronie monitora, a jak zwyczajnie jest w jej życiu.  To z kolei może negatywnie wpływać na jej samoocenę, poczucie własnej wartości. To nie wszystko – FOMO, to też ciągła potrzeba bycia dostępnym, ciągła potrzeba śledzenia życia innych w sieci, bycia w kontakcie, albo po prostu bycia dostępnym (i sprawdzanie czy ktoś czasem nie napisał - przecież chodzi przede wszystkim o to, żeby być częścią tego kolorowego, wciągającego życia online). 

Kolory zwykłego życia


Nie ma sensu odcinać dziecka od sieci. To część jego świata. O wiele ważniejsze jest to, byśmy jako rodzice i opiekunowie byli przy nim, gdy korzysta z internetu. Stawali się jego przewodnikiem po zawiłościach sieci. Możemy na przykład wytłumaczyć, że to, co udostępniane jest w mediach społecznościowych, to tylko najbardziej soczyste kawałki - przystrojone w filtry, obrobione, często wyreżyserowane właśnie po to, żeby wyglądały atrakcyjnie. Ale to tylko mały wycinek. Nieproporcjonalnie mały. 




Najważniejszą jednak rzeczą, którą możemy zrobić to pokazanie, że tzw. offline też ma swoje uroki, że czas poza siecią może być równie atrakcyjny, jak ten online (tutaj należy zadać niewygodne pytanie - czy jesteśmy w stanie pokazać to naszym dzieciom?). Czasem pomocne będzie skorzystanie z języka internetu, tak jak zrobiła to rodzinka królewny w naszej adaptacji - organizując live obiadowy, a czasem po prostu ustalenie pewnych zasad, które pomogą oderwać się od internetu i stworzą przestrzeń do lepszego korzystania z offline'u (jak na przykład domek na smartfona z naszej bajki). Naszą pracą będzie przede wszystkim tworzenie jakości - jakości rozmowy, jakości zajęć i co najważniejsze jakości przebywania ze sobą nawzajem. Być może to wystarczy, żeby nasza FOMOkrólewna poczuła się dobrze w świecie realnym. 

Jeśli chcecie dowiedzieć się więcej na temat zjawiska jakim jest FOMO - zapraszam do wysłuchania mojej rozmowy z Martą Witkowską, psycholożką, specjalistką Akademii NASK, autorką poradnika: "FOMO i nadużywanie nowych technologii". 




Rozmowę znajdziecie też TUTAJ 

Zapraszam również na stronę projektu BĄDŹ Z INNEJ BAJKI, gdzie znajdziecie więcej materiałów na temat zagrożeń, jakie czyhają na dzieci w sieci i porady, jak sobie z takimi zagrożeniami radzić. 

W ramach kampanii możecie też przeczytać o: 

Patostreamingu i Królowej Śniegu – TUTAJ 
O Hejcie i Czerwonym Kapturku – TUTAJ 



* Przytaczane badania pochodzą ze świetnego materiału, do którego link znajdziecie TUTAJ (materiał w języku angielskim). 


Informacja dot. współfinansowania
Kampanię zrealizowano na bazie pomysłu autorstwa Stowarzyszenia Góry Kultury - laureata w konkursie „(Nie)Bezpieczni w sieci – konkurs dla NGO na najlepszą kampanię edukacyjną”, którego organizatorem było Ministerstwo Cyfryzacji oraz Państwowy Instytut Badawczy NASK. Kampania jest współfinansowana ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa.
 


20.10.20

 Hejtowanie Kapturka

#hejt 


Na warsztacie: Czerwony Kapturek, bezpieczeństwo w sieci, hejt, "Bądź z innej bajki"


Artykuł o Królowej Śniegu i patostreamingu znajdziecie TUTAJ.


Wyobraźcie sobie taką sytuację: Idziemy przez las. Jest piękny lipcowy poranek, a promienie słońca wbijają się swoimi świetlistymi snopami w leśną ściółkę. Gdzieś w koronach drzew świergoczą ptaki, a pod naszymi stopami przebiega wiewiórka. Jest tak pięknie, że nie potrafimy pomieścić tego piękna w sobie. Chwytamy więc za komórkę i strzelamy focię. My w tym pięknym miejscu – niech inni też się cieszą. Zdjęcie powędrowało do sieci, a tam... zresztą, zobaczcie sami: 



Jeśli filmik się nie odtwarza, kliknijcie TUTAJ 

Powyższy filmik powstał w ramach kampanii "Bądź z innej bajki", której pomysłodawcą jest Stowarzyszenie Góry Kultury. Kampanię zrealizował Państwowy Instytut Badawczy NASK i Ministerstwo Cyfryzacji. 

W dzisiejszym tekście zajmiemy się hejtem, czyli umieszczaniem obraźliwych, pełnych nienawiści komentarzy – czasem celowo, czasem pod wpływem emocji – których celem jest poniżenie atakowanej osoby. Zjawisko to jest prawie tak powszechne jak dostęp do internetu. Warto więc przyjrzeć mu się bliżej.


Las

Bardzo podoba mi się porównanie internetu do lasu. Bo z surfowaniem po sieci jest jak ze spacerowaniem po lesie. Z jednej strony jest pięknie: otaczają nas drzewa, pachnie mchem i co rusz możemy trafić na jakiś zachwycający zakątek. Możemy schylić się i zerwać świeżo wyglądającą jagódkę, albo dorodnego prawdziwka. Z drugiej strony, w lesie są miejsca, do których lepiej nie zaglądać - dzikie mateczniki, legowiska drapieżników, albo gniazda pająków. Może okazać się, że jagódka po którą sięgamy jest wilcza, a zamiast prawdziwka trafi się nam szatan. Oczywiście im więcej obcujemy z lasem, tym łatwiej jest nam omijać jego niebezpieczeństwa. Jednak, gdy dopiero zaczynamy naszą przygodę z leśnymi wędrówkami, jesteśmy o wiele bardziej narażeni na czające się tam i tu niebezpieczeństwa. Tak jak Kapturek. 



Warto zauważyć już na początku, że Kapturek nie mógł uniknąć zagrożeń, jakie czekały na niego w lesie. Tak samo jest z siecią - jeśli z niej korzystamy, z automatu jesteśmy narażeni na to, że prędzej czy później trafimy na jej mroczniejszą stronę. I można by powiedzieć - chcesz być bezpieczny - nie korzystaj. Problem w tym, że nie jest to już możliwe. Powiedzieć dzisiejszej młodzieży, żeby nie korzystała z sieci, to tak, jakby powiedzieć komuś, kto mieszka w chatce w środku lasu, żeby nie wychodził do lasu. Dziś dla młodego człowieka sieć to po prostu drugie pół życia. I jedyne, co możemy z tym zrobić, to pomóc dziecku w sieci funkcjonować bezpiecznie. Zwłaszcza, gdy pojawi się wilk. 


Kapturek i Wilk


Dlaczego Kapturek padł ofiarą wilka? Publikowanie zdjęć w sieci samo w sobie jest ryzykowne. Wrzucone do Internetu zdjęcia mogą stać się narzędziem cyberprzemocy, jak w przypadku naszej bohaterki lub narazić nas na inne niebezpieczeństwa. Szczególnie jeśli publikujemy je w mediach społecznościowych na niezabezpieczonych profilach dostępnych dla wszystkich użytkowników.

Dlaczego wilk zaatakował Kapturka? Cóż - na to pytanie można odpowiedzieć na kilka sposobów. Być może nasz wilk był znajomym dziewczyny, który w realu miał z nią konflikt i wykorzystywał anonimowość, jaką zapewnia internet, żeby się odegrać. Być może zaś był po prostu drapieżnikiem (czyt. internetowym trollem), który patrolował sieć w poszukiwaniu swoich ofiar. Czy trafi na matkę, która pyta, jak radzić sobie z opryszczką u niemowlaków, czy dziewczynkę wrzucającą selfiaka z lasu - jemu to nie robi różnicy. Zaatakuje. Dlaczego? Może bawi go poczucie anonimowej władzy, może wyładowuje swoje frustracje... trudno powiedzieć. 

O wiele łatwiej natomiast stwierdzić, co może stać się Czerwonym Kapturkiem. Szczególnie, gdy nie skończy się na jednym nieprzyjemnym komentarzu. Negatywne komentarze wpływają na jego percepcję świata. Las przestaje być postrzegany przez Kapturka jako miejsce przyjazne. Zaczyna dostrzegać jego mroczną stronę, zaczyna czuć się w nim niepewnie. Wreszcie komentarze Wilka konsumują pewność siebie Kapturka, a w dużej mierze także jego poczucie własnej wartości. I być może wyda się Wam to wydumane, bo to przecież "tylko" internet. Pamiętajcie jednak, że dla dzisiejszej młodzieży bycie w sieci jest często tak samo ważne jak bycie poza nią. To drugie pół życia. I nie ma się co na to obruszać. Trzeba raczej przygotować do tego nasze dzieci. 


Zauważcie zresztą, że zarówno oryginalna baśń (a przynajmniej ta Grimmowska), jak i nasza, cyfrowa jej adaptacja, opierają się na braku doświadczenia głównej bohaterki. Gdyby Kapturek był choć odrobinę obyty, czy to z lasem, czy z siecią, wilk nie miałby szans wpłynąć na niego w stopniu, w jakim to zrobił. 


Mieszkańcy Lasu

Gdy wilk umieszcza komentarz, wszyscy inni mieszkańcy lasu idą ślepo za jego przykładem i sami zaczynają hejtować Kapturka. Niestety - czasem tak dzieje się także w rzeczywistości - negatywny komentarz może dać innym przyzwolenie do rozlania własnej żółci. Ostrzał negatywnymi treściami zaczyna się potęgować. Wilk rośnie w siłę, a las, w jakim znalazł się Kapturek, nie jest już przyjemny. Osacza dziewczynę, stając się coraz ciemniejszy i ciemniejszy. 

Na szczęście rzeczywistość nie zawsze maluje się w aż tak ciemnych barwach. Czasami wystarczy jeden głos sprzeciwu wobec hejtera, aby powstrzymać innych przed dodawaniem swoich uszczypliwości. To duża nauka dla nas. Zanim wyklikamy jakiś złośliwy komentarz, zastanówmy się dwa, a nawet trzy razy. Bo każdy nasz komentarz ma znaczenie. A pamiętajcie - to my jesteśmy mieszkańcami lasu, jakim jest internet. 


Babcia

Czasem potrzebna jest radykalna decyzja osoby dorosłej, żeby odciąć dziecko od negatywnego wpływu hejtu. Tak właśnie postępuje babcia w naszej baśni. Oczywiście to nie wystarczy. Przede wszystkim musimy być dla naszych dzieci wsparciem! Być dla nich wsparciem i dawać im poczucie, że czyjś hejterski komentarz, nie ma żadnego wpływu na faktyczną ich wartość. Jeśli uda nam się zbudować odporność w naszych dzieciach, wilkowi będzie o wiele trudniej ją podkopać. Dobrze też, jeśli wykształcimy w naszych dzieciach pewne odruchy obronne. Jeśli ktoś cię hejtuje – nie wchodź w dyskusję – blokuj. Jeśli hejt zawiera groźby – zgłaszaj takiego użytkownika... i blokuj. Można to nazwać podstawami internetowej samoobrony. 

Zwracajmy uwagę, na zachowanie naszych dzieci i rozmawiajmy z nimi o tym, co dzieje się w ich życiu, zarówno w tym realnym, jak i w sieci. Bądźmy dla nich i uczmy je, jak radzić sobie z przeciwnościami. Także tymi sieciowymi. Być może dobrym początkiem takiej nauki będzie pokazanie im naszej wersji baśni o Czerwonym Kapturku. 

Tych, którzy chcą dowiedzieć się więcej na temat tego, jak hejt może wpływać na nasze dzieci, zapraszam do wysłuchania mojej rozmowy z panią Anną Borkowską, psycholog i ekspertką w Dziale Edukacji Cyfrowej NASK i autorką poradnika dla rodziców "Cyberprzemoc - włącz blokadę na nękanie". 

Podcast znajdziecie również klikając TUTAJ


Wszelkie dodatkowe materiały poświęcone zagadnieniu hejtu w sieci dostępne są na stronie 

www.gov.pl/badz-z-innej.bajki, do której odwiedzania serdecznie zapraszam. 





Informacja dot. współfinansowania

Kampanię zrealizowano na bazie pomysłu autorstwa Stowarzyszenia Góry Kultury - laureata w konkursie „(Nie)Bezpieczni w sieci – konkurs dla NGO na najlepszą kampanię edukacyjną”, którego organizatorem było Ministerstwo Cyfryzacji oraz Państwowy Instytut Badawczy NASK. Kampania jest współfinansowana ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa.


PS Na koniec ciekawostka - wilcza jagoda to po łacinie Atropa belladonna. Pierwszy człon tej nazwy pochodzi od imienia jednaj z Mojr - greckich bogiń przeznaczenia. A dokładnie tej ostatniej Atropos, która przecinała nić życia. Belladonna z kolei pochodzi od rzymskiego przekonania, że sok z wilczych jagód dodaje kobiecemu spojrzeniu uroku. Rzymianki kropiły sobie więc nim oczy, przez co powiększały im się źrenice i ponoć miały bardziej błyszczące spojrzenie... 


15.10.20

 Królowa Śniegu 
#Patostreamy



Na warsztacie: Królowa Śniegu, szkodliwe treści w sieci, kampania "Bądź z innej bajki"

Link do rozmowy na temat Patostreamów znajdziecie TUTAJ

Z baśnią o Królowej Śniegu jest trochę jak z Piotrusiem Panem, czy Alicją w Krainie Czarów. Niby wszyscy wiedzą, o czym jest ta opowieść, ale jeśli trochę podpytać, może się okazać, że nasza wiedza na jej temat ogranicza się do kilku emblematycznych obrazków - stłuczonego lustra, którego odłamek wpadł do oko Kaja i samej postaci Królowej. Natomiast zapytani o to, kim jest królowa, skąd się wzięła, albo co w ogóle w bajce robiła, będziemy musieli rozłożyć bezradnie ręce. Jest też oczywiście bohaterska Gerda, ale jej droga rozmywa się w naszej pamięci, choć prawdę powiedziawszy - to właśnie ona jest główną bohaterką tej opowieści. 

Wydaje mi się jednak, że nie ma znaczenia, czy pamiętamy historię Gerdy, czy nie. O wiele ważniejsze są symbole, z jakimi zostawił nas Andersen. Czy to okruch w oku, czy Królowa są na tyle mocne, żeby poruszać pokolenia i krzyczą o ciągłe interpretacje i reinterpretacje. A dla nas stały się inspiracją do przepisania tej baśni na nowo, w bardziej cyfrowym kontekście. 

Dziś chciałbym napisać trochę o tym, jak my zinterpretowaliśmy tę opowieść w ramach kampanii "Bądź z innej bajki" - kampanii poświęconej bezpieczeństwu dzieci w sieci. Kampanii wymyślonej przez Stowarzyszenie Góry Kultury, a realizowanej przez Państwowy Instytut Badawczy NASK oraz Ministerstwo Cyfryzacji. Królowa Śniegu posłużyła nam do opowiedzenia o szkodliwych treściach w sieci i zjawisku jakim jest patostreaming. Zanim przejdziemy do omawiania baśni, zapraszam do obejrzenia animacji (jeśli czytacie ten artykuł na komórkach kliknijcie TUTAJ):



W naszym przypadku Królowa to niezbyt sympatyczna patostreamerka, która swoimi niewybrednymi "prankami" (czyli żartami, od angielskiego prank czyli psikus) zdecydowanie przekracza przyjęte normy. Na tym zresztą polega patostreaming – stawianiu na świeczniku treści, które w kanonie zachowań społecznie akceptowalnych raczej się nie mieszczą: przemocy fizycznej, słownej, seksualnej wulgaryzmów, libacji alkoholowych bójek czy poniżania innych osób. Patostreaming, jak sama nazwa wskazuje to transmitowanie na żywo relacji z wydarzeń dość ciężkiego kalibru i budowanie na nich swojej popularności. Nas nie interesują jednak autorzy patotreści. Skupmy się raczej na tym, co może się stać z młodocianym ich odbiorcą. Te obrazy mogą "wbić się" w oko, mózg i serce oglądających. Dokładnie tak, jak odłamki lustra "wbiły się" w oko baśniowego Kaja. 

Odłamki lustra 

Zauważcie, że w baśni Andersena, tytułowa Królowa Śniegu pojawia się dość późno. Baśń zaczyna się od czarodzieja, który stworzył zwierciadło pokazujące świat jako naprawdę niefajne miejsce. Niestety, gdy jego uczniowie chcieli, by sam Bóg się w nim przejrzał, lustro wyślizgnęło im się z rąk, roztrzaskało na miliony kawałków i w ten sposób wpadło do oka Kaja. 

Zatrzymajmy się na chwilę przy właściwościach samego lustra i jego działaniu. Przekładając je na współczesny język, można by powiedzieć, że główną mocą lustra jest manipulowanie percepcją przeglądającej się w nim osoby. Być może działa ono jak serwis informacyjny, który pokazuje, jak zły jest świat, albo jak internetowe filmiki pełne drogowych wypadków, albo na przykład strona pełna rasistowskich dowcipów. Niedoświadczony odbiorca niekoniecznie musi wiedzieć, że z daną stroną jest coś nie tak i może brnąć w dane treści, zafascynowany, być może tym ich aspektem, który zachęca na przykład do  eksperymentowania i niebezpiecznego przekraczania granic. W każdym z tych przypadków skutek jest jeden - wrażliwość odbiorcy może ulec przytępieniu a granice tego, co dopuszcza do siebie, zostają przesunięte. Najpierw odrobinę, potem jeszcze odrobinę, a potem do tego stopnia, że wreszcie na scenę wejść może Królowa Śniegu - cała na biało. 


Królowa

U Andersena, Kaj jest postacią, która osiąga stan ekstremalnego wyzucia z emocji. Potrafi dostrzec piękno jedynie w kryształach lodu, które, co prawda są piękne, ale w odczytaniu symbolicznym bliżej im raczej do ostatniego kręgu dantejskiego piekła niż zadziwiającej symetrii fraktali. Kaj jest postacią, która dawno już przekroczyła pewną granicę wrażliwości i co ciekawe, dopiero kiedy to się stało, w opowieści pojawiła się Królowa Śniegu. Była zwieńczeniem upadku chłopca. 

Warto zauważyć, że Kaj w całym procesie pozostawał dość bierny. Jego powolna degradacja moralna, w dużej mierze nie zależała od jego woli. "Coś" wpadło mu do oka i stopniowo zaczęło go zmieniać. Czy było to "coś" co zobaczył na ulicy, czy może mimochodem dostrzegł to "coś" na ekranie telewizora, gdy przechodził przez mieszkanie, a może pokazał mu to "coś" kolega w klasie na swoim smartfonie. To nie ma aż takiego znaczenia. Znaczenie ma fakt, że zaczyna kształtować zachowania chłopca. Zmienia jego postępowanie. 




Być może w tym właśnie tkwi moc Królowej. Zarówno u Andersena, jak i u nas staje się ona trochę figurą matki, która prowadzi Kaja w stronę patologicznych zachowań - nieważne, czy chodzi o zabawy bryłkami śniegu, czy też rzucanie w Gerdę papierowymi kulkami. Królowa stała się dla Kaja pierwszym wyznacznikiem norm. A to jest bardzo niebezpieczne. Na szczęście do akcji zawsze wkroczyć może Gerda. 

Gerda i nie tylko

Przez swój sposób postrzegania świata Kaj Andersena tak bardzo odsunął się od swoich bliskich, że w baśniowym języku po prostu pojechał w dal z Królową Śniegu. W świecie realnym ten proces również się odbywa, jednak o wiele trudniej go zauważyć. Jak jednak rozpoznać to, że ktoś jest pod wpływem np. patostreamów? Najlepiej zwrócić uwagę na zachowania danego dziecka. Jeśli zmienia się słownictwo, którym posługuje się dziecko (np. pojawiają się w nim wulgaryzmy nieadekwatne do wieku), jeśli w zachowaniu dostrzegamy więcej agresji, albo zachowań, które wzbudzają nasze podejrzenia, może nadszedł czas byśmy interweniowali. 

Oczywiście nie musi to wcale oznaczać, że nasze dziecko ma problemy, które powstały w wyniku kontkatu z patostreamingiem, albo innymi szkodliwymi treściami w sieci. Oznacza to natomiast, że my, jako dorośli powinniśmy zadbać o poczucie bezpieczeństwa dziecka i dać mu potrzebne wsparcie: porozmawiać z nim, ustalić źródło jego problemów, a także, jeśli leży to w naszej mocy - pomóc dziecku te problemy rozwiązać. Jeśli nie leży to w naszej mocy, cóż - musimy zrobić wszystko, żeby leżało. 

Możemy na przykład poszukać pomocy u specjalistów. Jeśli nie wiemy, jak zacząć rozmowę z dzieckiem, możemy skorzystać z baśniowego języka - spróbujmy pokazać dziecku na przykład "Królową śniegu". Dzięki temu powstanie też bezpieczna przestrzeń do rozpoczęcia rozmowy, bez konieczności bezpośredniego adresowania problemu. Warto również, żebyśmy dokładniej przygotowali się do takiej rozmowy. Na stronie projektu BĄDŹ Z INNEJ BAJKI będziecie mogli znaleźć też materiały przygotowane przez ekspertki z NASK, które szerzej omówią całe zjawisko. 

Przede wszystkim jednak nie zostawiajmy dziecka samego z problemem. Niezależnie czy chodzi o świat online czy offline, bądźmy zawsze dla niego. Królowa Śniegu to baśń o kimś, kto trochę nie z własnej winy zaczął dystansować się od świata i popadać w społeczną apatię, ale jeszcze bardziej to baśń o kimś, kto wyszedł na przeciw problemom swojego przyjaciela. O kimś kto pełnym ciepła sercem powiedział: "nieważne co się z tobą dzieje - nie opuszczę cię". Tak Gerda zachowała się w stosunku do Kaja i mam nadzieję, że i nam wystarczy serca, byśmy w ten sam sposób odpowiadali na problemy naszych dzieci. 

Obserwujmy, wspierajmy, reagujmy, bądźmy przy naszych dzieciach z otwartymi sercami. 




I tutaj zakończę. Nie znaczy to oczywiście, że temat został wyczerpany, wprost przeciwnie, to tylko niewielki ułamek tego, co w temacie patostreamingu i innych szkodliwych treści można powiedzieć. Jeśli chcecie posłuchać na ten temat więcej - zapraszam do wysłuchania mojej rozmowy z Panią Julią Piechną, ekspertką NASK, autorką poradnika dla rodziców "Szkodliwe treści w internecie. Nie akceptuję, reaguję". 

Podcast znajdziecie TUTAJ

Na koniec jeszcze raz przypominam, że artykuł powstał w ramach kampanii Bądź z innej bajki





Informacja dot. współfinansowania

Kampanię zrealizowano na bazie pomysłu autorstwa Stowarzyszenia Góry Kultury - laureata w konkursie „(Nie)Bezpieczni w sieci – konkurs dla NGO na najlepszą kampanię edukacyjną”, którego organizatorem było Ministerstwo Cyfryzacji oraz Państwowy Instytut Badawczy NASK. Kampania jest współfinansowana ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa.






7.10.20

 Ogrody Miasta Ogrodów




Na warsztacie: ogrody Katowic, Rok Ingardena, filozofowanie.


Tak jak obiecałem na fb. troszkę dłuższy wpis, na temat projektu "Ingarden/W Ogrodzie", który popełniliśmy wraz z Lufcikiem na Korbkę dla Stowarzyszenia Pełna Kultura w ramach grantu Lokata w Kulturę otrzymanego od Katowice Miasto Ogrodów. 

2020 został ogłoszony rokiem Romana Ingardena, polskiego filozofa, fenomenologa ale też wpływowego teoretyka literatury, działającego od dwudziestolecia aż do lat siedemdziesiątych. Nie sposób też pominąć faktu, że jego nazwisko tłumaczone bezpośrednio z angielskiego znaczy „w ogrodzie”. Słaba to szarada, ale jeśli mieszka się w Katowicach - Mieście Ogrodów - nie sposób powstrzymać się od połączenia tych dwóch faktów. Z takiego połączenia powstał niniejszy projekt. Będzie tu przestrzeń, a co za tym idzie ruch, będzie filozofia i będą Katowice. Postawiliśmy sobie za cel wyruszyć na filozoficzne wycieczki do kilku katowickich ogrodów. W części z nich powstały materiały filmowe, oparte na inspirowanych danym miejscem rozważaniach. 


Zawinęliśmy do sześciu miejsc: Ogrodu MDK "Bogucice-Zawodzie", MDK "Szopienice-Giszowiec", Ogrodu Niewiniątek - instalacji artystycznej na Szopienicach, Ogrodu Sensoryczno-Botanicznego w katowickich Murckach, Ogrodów Kurii oraz ROD im. T. Kościuszki. 


W niektórych powstał materiał filmowy (i to jaki!!!), inne były tylko miejscem naszych przechadzek. Zapraszam do wspólnej podróży po poszczególnych ogrodach. Zacznijmy od Zawodzia:


Na Dzikim Zawodziu (bulwary Rawy, ogród MDK Zawodzie, ul. Marcinkowskiego 13) 


Co prawda chodziłem tu do liceum i niektóre miejsca noszą w sobie potężny ładunek wspomnień, co prawda nadal jest tu piekarnia Europejska, gdzie niezmiennie można dostać najlepsze na świecie ciastka półfrancuskie z malinami, ale od kiedy opuściłem mury Paderewy (X LO)  zdążyło się tu pozmieniać prawie wszystko. Choć inaczej: ja zdążyłem się pozmieniać, a wraz ze mną - wszystko. 

Niemniej - jeśli mogę pozwolić sobie na odrobinę prywaty - Zawodzie stoi w mojej głowie u zarania procesu tworzenia Miasta wyobraźni. Jego ulice, ich klimat, trochę piękna i trochę beznadziei stały się zaczątkiem pewnego procesu mitologizującego przestrzeń w mojej głowie. Do niej zaczęły się doklejać inne miejsca, inne ulice i krajobrazy, zaczęła rozrastać się w labirynt i zaludniać najrozmaitszymi mieszkańcami. A sam tytuł "na dzikim zawodziu" wziął się z pewnego opowiadanka kryminalnego, które napisałem dla mojej znajomej, jako pracę zaliczeniową na studia i które było pierwszą próbą uchwycenia tej nowej, imaginacyjnej przestrzeni. 

Choć ciągle w jakiś sposób wracam do tej dzielnicy, nie sposób mi się z nią zaprzyjaźnić. No dobra - to zmieniło się trochę podczas naszego ostatniego spaceru, gdy z Lufcikami ogarnialiśmy projekt. Stare śmieci napełniły się w trakcie spaceru nowymi twarzami i nowymi treściami. 

Poniżej filmik, jaki powstał podczas tego spaceru. Rozważania na temat czasu autorstwa Magdy, czytane przez Agę, wytańczone przez Magdę. Zobaczcie sami: 



A dla tych, którym nie poszedł film - link TUTAJ

Przy okazji każdych rozważań powstał też krótki suplement dotyczący danej dzielnicy. Skrótowo, ale na temat. Warto obejrzeć przede wszystkim dla napisów końcowych. Smacznego!



 

Ogród niewiniątek (ul Ks. Biskupa Herberta Bednorza 2A) 


O wiele bardziej "dziką" dzielnicą od Zawodzia są oczywiście Szopki. Kto jest z Katowic, ten wie, że to na pewno nie utopia. My jednak postanowiliśmy postawić na rozważania o utopiach. Przy okazji wędrowaliśmy trochę szlakiem Katowickich murali, które również udało się uwiecznić na naszych filmikach. Trafiliśmy też do Ogrodu Niewiniątek - instalacji artystycznej ulokowanej przy Browarze Factory - miejscu, które stać się może wizytówką Szopienic (my trzymamy za to kciuki). Rozstawione w ogrodzie dzieciaki (?) jednych przerażają, innych bawią, a dla mnie są hipnotyzujące. Ciekawe, co Wy o nich pomyślicie - napiszcie w komentarzach): 


Link awaryjny: TUTAJ 

I jeszcze suplemencik:





Wieża, o której wspomniałem w trakcie tego filmiku to jeden z moich ulubionych obiektów architektury przemysłowej Katowic. Gdybym mógł, najchętniej bym w niej zamieszkał, zapuścił długą brodę i zaczął całe dnie chodzić w białej koszuli nocnej. A wygląda ona tak: 


Autorem zdjęcia jest Andrzej Stempa, a autorami projektu wieży są bracie Zillmanowie. 

Miasto Ogród (Pod Lipami) 


Zillmanom też zawdzięczamy, kolejny punkt na naszej trasie. Punkt, któremu o wiele bliżej do utopii, czyli osiedle Giszowiec. To próba przeniesienia do rzeczywistości koncepcji filozoficznej Ebenzera Howarda, zmierzająca do stworzenia optymalnych warunków dla mieszkańców. Niska zabudowa, dużo terenów zielonych i łatwy dostęp do usług. To wszystko miał zapewniać Giszowiec. Czy zapewniał - to już inne historie. My wybraliśmy się do usytuowanego centralnie placu Pod Lipami, gdzie dziś znajduje się Miejski Dom Kultury "Szopienice-Giszowiec". Co z tego wynikło? Zobaczcie - wyszło takie trochę nigdzie, trochę... tu: 



Link do filmu: TUTAJ 

I oczywiście suplemencik: 


I link: TUTAJ


Ogródki Działkowe im. Tadeusza Kościuszki (ul. Barbary) 


Na teren Ogródków Działkowych im. Tadeusza Kościuszki prowadzi niewielka bramka niewidoczna od ulicy Zajączka. Można ją także przeoczyć, gdy patrzy się wprost na nią. Czasem jest uchylona, zwykle bywa zamknięta. Po drugiej stronie znajduje się mała enklawa spokoju. Choć tuż obok szumią setki aut pędzących w stronę Krakowa albo Wrocławia, w tym miejscu miejski zgiełk ulega zawieszeniu. Stanowi liche tło, które ledwie przebija się przez świergot ukrytych w żywopłotach wróbli. Gdy zagłębimy się w ścieżynki między ogródkami, możemy na chwilę zapomnieć, że wciąż znajdujemy się niemal w centrum Katowic, ale kiedy podniesiemy wzrok, miasto przypomni nam o sobie potężną bryłą budynku Wydziału Komunikacji, albo wzbijającym się ponad korony drzew żurawiem Spadochronowej Wieży. 





Nie podnośmy więc wzroku. Zapomnijmy na chwilę o mieście. Po prostu idźmy przed siebie, wybierając kolejną ścieżkę na chybił trafił. Szybko zorientujemy się, że nie mamy dostępu do wszystkich miejsc na terenie ogródków - niewielkie furtki uniemożliwiają zagłębianie się w wąskie przesmyki pomiędzy ścianami żywotników, w których stulił się przyjemny cień. Nie - to miejsce, do którego dostęp mają tylko gospodarze tego miejsca. 


Ci wiedzą, że tutejsze ogródki stanowią gratkę dla fanów dawnych Katowic, z pobłażaniem patrzą więc na przechodniów. Nie mają nic przeciwko, ale też wiedzą, że przechodzień to tylko przechodzień. Był i zaraz go nie będzie. Oni zostaną - pieląc grządki, przycinając bukszpany do kuli, czy po prostu wylegując się na wypłowiałym leżaku. Panowie okolicy, jej demiurgowie, jej driady i fauny, jej gospodarze. W sercu każdego z nich jest miłość do ziemi, sztuka ogrodu, którą próbują przekładać na pracę rąk. Skutek jest różny. Francuski ład, równo przyciętych żywopłotów koegzystuje tu z kompozycjami rodem z soplicowskiego obejścia i skalniakami na których spotykają się pampasowe trawy, niewielkie jarzęby i tandetne ogrodowe zwergi. Kontrolowana dzikość angielskiego projektu ogrodu przeradza się w niekontrolowany chaos puszczonych w samopas trawników, zdziczałych irg czy żywotników. 



Dozwolone jest wszystko, czego tylko zapragną właściciele i co tylko będą w stanie zrealizować. Dowodem ich sprawczości zawsze będzie altana. Czasem stawiana z tego, co było pod ręką - materiałów pochodzących z innych budów, albo takich kupionych w sklepie budowlanym na promocji. Czasem stawianych według planu, a czasem tylko według planu zaczętych. A potem - niech się dzieje wola nieba. 




Im bardziej jednak przecinamy teren Ogródków na zachód (to jest w stronę ulicy Mikołowskiej), tym przestrzeń zdaje się bardziej porządkować. Drewniane altany nabierają bardziej regularnych i przemyślanych form, przypominając alpejskie chaty, w wersjach dla lalek. To najstarsza część ogrodów, pochodząca jeszcze z początków XX wieku. Swoje powstanie ogrody zawdzięczają pomysłom Daniela Moritza Schebera (dyrektora sanatorium w Lipsku), który uważał, że kontakt młodzieży z terenami zielonymi ma na nie zbawienny wpływ - jego myślenie zakorzenione było oczywiście w galopującej w drugiej połowie XIX wieku urbanizacji. Teren, o którym mowa nazywany był zresztą ogródkami Schreberowskie. Były zorganizowane w taki sposób, by każdy mógł znaleźć tutaj coś dla siebie - znajdowała się tutaj biblioteka, a także ogródek z napojami orzeźwiającymi (mleko i piwo). A wszystko to, aby ciężko pracujący mieszkańcy miasta znaleźli odnaleźli otuchę wśród zieleń. 

 

Kiedyś teren Ogródków Działkowych sięgał aż do Parku Kościuszki. Niestety jego spora część została wchłonięta pod budowę A czwórki, która szumi, jak odległy ocean - cicho, ale nieustanie, nie dając o sobie zapomnieć. Jeśli szczęście nam dopisze, furtka od strony ulicy Barbary będzie otwarta. Wyjdziemy wprost na Miejskie Przedszkole nr 3. prezentujące inny sposób myślenia o ogrodach. Zarówno budynek jak i ogród (którego twórcą był Kazimierz Wędrowski) miały organicznie łączyć się ze sobą - na przykład dzięki wielkim przeszkleniom. Okna zaprojektowane były w taki sposób, żeby możliwie dużą ich część można było otworzyć, a wtedy ogród i wnętrze budynku stawały się jednym. Ten ogród jest przykładem ogródka jordanowskiego. To także odpowiedź na życie w przemysłowym mieście. Kontakt z zieloną przestrzenią, która choć mała, znajdowała się tuż za oknem. Ot - na wyciągnięcie ręki. 



Ogrody Kurii (ul. Wita Stwosza)




Jeśli przypomnimy sobie, ile emocji wzbudzał konkurs na budowę katowickiej Katedry Chrystusa Króla, nie powinien zdziwić nas fakt, że budynek ten wraz z budynkiem kurii i przylegającymi do nich ogrodami znalazł się na liście Pomników Historii (na tej liście znajdują się jeszcze tylko dwa inne obiekty Katowic: gmach Sejmu Śląskiego i osiedle Nikiszowiec). Choć ostatecznie katedra nie osiągnęła planowanych rozmiarów (władze komunistyczne obniżyły budynek o 30 metrów) nadal pozostaje on monumentalnym osiągnięciem modernistycznej i wyjątkowo polskiej architektury. 


My jednak mieliśmy mówić o ogrodach. Te opierają się o neobarokowy budynek kurii i delikatnie wspinają po niewielkim stoku pagórka, na którym zostały założone. Na środku znajduje się niewielka sadzawka, przy niej - ławeczka. Dalej widok zasłonięty jest przez gęsto rosnące wzdłuż ogrodzenia drzewa. Spacerujący po ścieżkach ogrodu księża, mogą liczyć na spokój i pomimo zgiełku miasta - kontemplacyjną atmosferę. Niestety nie będziemy mogli usiąść przy sadzawce, gdyż ogród kurii nie jest udostępnione do zwiedzania (nie licząc specjalnych wydarzeń). Być może to właśnie sprawia, że przechodząc obok, aż chce się zajrzeć do środka. Pytanie tylko - czy gdybyśmy mogli przejść się po tym terenie, nie straciłby on całej swojej magii i tajemniczości?



OGRÓD SENSORYCZNO-BOTANICZNY (ZS 2, ul. Goetla 2)



Doczekaliśmy czasów, gdy obcowania z przyrodą po prostu trzeba się uczyć. Szczególnie w mieście. Sposobnością do tego może być ogród sensoryczno-botaniczny powstały z inicjatywy Centrum Edukacji Ekologicznej w Katowickich Murckach. Ogród zorganizowany jest w taki sposób, żeby maksymalnie pobudzać zmysły odwiedzających go osób: czy to poprzez odpowiednie nasadzenia roślin, czy przez sztuczny strumyczek, czy wreszcie przez strefę z urządzeniami do eksperymentów sensorycznych. Gongi, kule, kręcące się tarcze wywołujące złudzenia optyczne, czy urządzenia do obserwowania zjawisk pogodowych. 





Przede wszystkim to jednak ogród - miejsce, o które trzeba dbać. A ci, którzy o niego dbają, przez tę troskę uczą się o przyrodzie, uczą się o nią troszczyć i, kto wie, być może po prostu ją kochać. 


Ogród najlepiej odwiedzić w czasie warsztatów czy zajęć organizowanych przez CEE. (www.zs2.katowice.pl), na szczęście pozostaje on ogólnodostępny dla tych chcieliby na chwilę uciec od zgiełku miasta.




Całość projektu znajdziecie na stronie: www.pelnakultura.org.pl. 

A na koniec My, czyli ci, którzy stoimy za niniejszym projektem. Agnieszka Batóg, Magda Futrzyk, Krzysztof Bętkowski, Jacek Batóg i oczywiście ja, wasz Świstak: 




1.10.20

KONCERTOWA EKOLOGIA 


Na warsztacie: Życie kulturalne Katowic, Koncertowa Ekologia, Baśnie Zebrane

Tak - zdaję sobie sprawę z tego, że niniejszy post jest mniej baśniowy niż można się spodziewać po moim  blogu. Już jednak nie raz wspominałem, że Baśnie na warsztacie to bardziej roślina niż projekt architektoniczny i czasem rozrasta się w niespodziewanych kierunkach. 

Dlatego dziś będzie trochę o akcji, którą organizują moi przyjaciele z Lufcika na Korbkę i w której biorą udział moi przyjaciele z Baśni Zebranych i O Teatru. Akcja ta nosi nazwę Koncertowa Ekologia i w największym skrócie jest serią jednodniowych spotkań, które poprzez zabawę, warsztaty, prelekcje i koncerty promować ma proekologiczne postawy. Za organizację całości odpowiedzialna jest Fundacja W To Mi Graj, również zaprzyjaźniona. Same koncerty odbywają się naprzemiennie w Mysłowicach i Katowicach. A w wydarzeniu brali udział m.in.: Ania Broda wraz z rodziną, Fifidroki, Baśnie Zebrane, Zawartko/Piasecki oraz Lufcik na Korbkę, Kuczeryki, Wędrowny Teatr Lalek Małe Mi, Hapijama Fun Art, O!Teatr, Bubaski Gugaski, Pracownia ACM.

Kuczeryki, foto: Konstancja Lasota

Ostatnie spotkanie z cyklu odbędzie się w najbliższą sobotę, czyli 3.10, ale o tym napiszę Wam za chwilę. Bo myśl, wokół której stworzony został cykl Koncertowej Ekologii, wraca do mnie od kiedy zacząłem biegać po Katowickich ogrodach (o tym szerzej napiszę Wam w przyszłym tygodniu). Myśl, że jak się jest mieszczuchem w mieście mieszkającym, to przyrody i kontaktu z nią najzwyczajniej w świecie trzeba się uczyć. Przyroda nie jest naturalnym miejskim środowiskiem i rozumienie jej, obcowanie z nią i w ostatecznym rozrachunku - dbanie o nią, jest jak nauka języka, albo prowadzenia samochodu. I tak jak z obcym językiem i prawem jazdy - bez niej człowiek XXI wieku, jest trochę upośledzony (czyt. bardzo). Takie wydarzenia, jak to, o którym piszę, to bezbolesny sposób, na łatwe przyswajanie ekologicznych kompetencji. Zwłaszcza, kiedy przekaz dopasowany jest do widza. Dla najstarszych przewidziane są wykłady Stowarzyszenia Wolnej Herbaty, dla najmłodszych przedstawienia spektakle Lufcika i O Teatru, w czasie których to, co najważniejsze zostanie przekazane z humorem i językiem, który każde dziecko zrozumie. 

O Teatr w Mysłowicach foto: Konstancja Lasota

Przed nami ostatnie spotkanie. Jak wszystkie poprzednie, zapowiada się rewelacyjnie, a może nawet jeszcze lepiej, bo grają Baśnie Zebrane (nie żeby inne zespoły nie wypadły świetnie - FIFIDROKI RULEZ - po prostu piszę Baśniom teksty, więc to kwestia autoreklamy). Baśnie Zebrane celują w muzykę, która rozkołysze wyobraźnię, czasem wprowadzi w błogi stan, czasem pchnie we frenetyczy galop przez uroczyska. Jest tu etno, jest folk, jest jazz... no i są moje (w większości) teksty ;).  Inspirowana ludowymi baśniami, tradycyjną muzyką sefardyjską czy nutami bałkańskimi, stanowi autorską mieszankę, która na długo zostaje w pamięci (a może pod skórą). 

Baśnie Zebrane, foto: archiwum zespołu

I jeszcze jedna myśl, a propos tego, o czym Czesław Niemen mówił, że dziwny jest ten świat. Synergia ostatniego koncertu jest absolutnie zadziwiająca. Nie dość, że Baśnie zebrane, nie dość, że Lufcik, to jeszcze całość odbędzie się w ogrodzie Domu Kultury Bogucice Zawodzie. To pierwszy z ogrodów, który wzięliśmy na warsztat w naszym projekcie Ingarden/W Ogrodzie. Czego efekty możecie zobaczyć TUTAJ. Zastanawiam się, czy takie połączenia są kwestią przypadków, na które po prostu zwraca się większą uwagę z powodu ich współwystępowania, pewnego rachunku prawdopodobieństwa, związanego z tym, że im więcej się jest między ludźmi, tym więcej połączeń się wytwarza, czy może to kwestia przeznaczenia. W sumie wszystko jedno, bo ostatecznie, chodzi o to miłe uczucie w dołku, które przychodzi, gdy dostrzega się całą tę synergię. Koniec dygresji, wracamy do Koncertowej Ekologii.

Baśnie Zebrane są dopiero zamknięciem całego dnia atrakcji czyli o 18.00

O 14.00 Wszystko zacznie się rozmową ze Stowarzyszeniem Wolnej Herbaty. Odwiedzający będą też mieli szansę na wzięcie udziału w warsztatach śpiewu białego - te odbędą się w dwóch turach, zaczynających się o 15.00 i 17.00. Warsztaty poprowadzą Kuczeryki - grupa osób rozmiłowanych w słowiańskim wielogłosie. Miałem wielką przyjemność opowiadać kiedyś na przemian z nimi i mogę zapewnić, że to ludzie z sercem do tradycyjnej muzyki i gardłami, że ho ho. Na warsztaty obowiązują zapisy: kuczeryki@gmail.com. 

A dla najmłodszych o 16.00 O Teatr przedstawi opowieść o Gajowym Chrobotku. Świetnie zorganizowane scenograficznie, jeszcze lepiej zagrane. Nie wahajcie się zabrać dzieciaków. 

Mózg i serce całej operacji, czyli Agnieszka Batóg. Foto: Konstancja Lasota.
Nie napisałem jeszcze ile kosztuje udział w Koncertowej Ekologii. Otóż udział w Koncertowej Ekologii kosztuje NIC. Jedynym ograniczeniem, jest ilość miejsc, bo wiadomo - mamy sytuację jaką mamy i jednak trzeba trzymać się norm sanitarnych. 

I nie napisałem jeszcze, gdzie dokładnie odbywa się ostatni dzień spotkań Koncertowej Ekologii. Otóż odbywa się ono w Domu Kultury Bogucice-Zawodzie (który jest współorganizatorem tej imprezy), przy ulicy Marcinkowskiego 13a. 

I jeszcze nie napisałem, że BARDZO SERDECZNIE POLECAM!!!



Realizatorem cyklu spotkań pt. „Koncertowa ekologia” jest Fundacja W To Mi Graj w ramach I edycji Marszałkowskiego Budżetu Obywatelskiego. Wszystkie wydarzenia realizowane są zgodnie z obowiązującym reżimem sanitarnym. Liczba miejsc ograniczona.














22.8.20

O słabości Czerwonego Kapturka




Na warsztacie: Czerwony Kapturek


Nie da się ukryć, że Czerwony Kapturek, to jedna z najsławniejszych, jeśli nie najsławniejsza baśń świata. Zapytajcie kogokolwiek o pierwszą z brzegu baśń, gwarantuję, że poda Czerwonego Kapturka. Baśń ta, szczególnie w wariancie Grimmowskim jest tak popularna i tak do znudzenia przeżuwana przez swoje kolejne klony, że prawie całkowicie straciła swoją pierwotną moc. 

Dziś chciałbym się przyjrzeć właśnie temu, co z baśni o Czerwonym Kapturku wyparowało. Nie będzie to więc o słabościach samej głównej bohaterki (o tym pisałem już TUTAJ) ale o słabości samej opowieści.

Zanim zacznę dwie sprawy. Pierwsza jest taka, że niniejszy tekst napisano w ramach programu stypendialnego Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego - „Kultura w sieci”. Druga taka, że pomimo wszelkich „ale” jakie mam do tej baśni, pamiętam, że to nadal jedna z najpopularniejszych baśni na świecie - a to znaczy, że ma ona w sobie coś, co nie pozwala jej odejść w zapomnienie… o tym jednak nie tym razem. 

Życie w dziecięcym pokoju


Kapturek miał to nieszczęście, że wpadł do dziecięcego pokoju z całym swoim inwentarzem. Wszystkie wątki i dwuznaczności z czasem znalazły dla siebie bardziej ugładzone zamienniki (wilk przestał być uwodzicielem, a stał się po prostu złym zwierzakiem), albo po prostu zostały dyskretnie przemilczane. Wszystko po to, żeby bajkę tę można było opowiadać za każdym razem dzieciom w każdym wieku, żeby książeczki z tandetnymi ilustracjami można było wstawić na każdą pocztę i do każdego supermarketu. Czerwony Kapturek stał się dzięki temu bezpiecznym produktem, po który łatwo sięgnąć, ale przez to wpadł w dziedziny łatwo rozpoznawalnej nudy. 

To trochę smutne, bo baśń o dziewczynce w czerwonej pelerynce zasługuje zarówno na atencję ze strony opowiadających, jak i słuchających. Żeby jednak móc do niej wrócić z pełnym namaszczeniem, musimy znaleźć w niej jakieś punkty ciężkości. Oczywiście zaglądając do Bettelheima znajdziemy opowieść o rodzącej się kobiecości, znajdziemy kilkanaście innych analiz dotyczących relacji damsko-męskich w tej opowieści albo opowieść o świecie mężczyzn pozbawionym (jak pisałem o tym TUTAJ), ale nie to nas dzisiaj interesuje. My wybierzemy się do Indii. 

Kapturek i Tygrysy

W Bengalu funkcjonują instytucje zwane wioskami tygrysich wdów. Zamieszkują je kobiety (matki, siostry, żony, córki), które pozostały same na świecie, bo opiekujący się nimi mężczyźni, podczas podróży przez dżunglę padli ofiarą tygrysów. W związku z panującymi w Indiach obyczajami, kobiety pozbawione męskiej opieki wypadały ze społecznego obiegu - groziło im wykluczenie a co za tym idzie nędza. Ktoś wpadł wpadła na pomysł, żeby zorganizować takie kobiety w wioskę, możliwie samowystarczalną, która nie tylko będzie mogła zapewnić swoim mieszkankom niezbędne od życia środki, ale też wytwarzać produkty na eksport, żeby podnieść ich stopę bytu, dać szansę, a czasem cel w życiu. 
Ale ale…  My przecież mieliśmy mówić o Czerwonym Kapturku. Połączmy zatem oba obrazy - dziewczynkę z opowieści i wioskę tygrysich wdów. Wyobraźcie sobie proszę dwie taki wioski. W jednej mieszka Kapturek z mamą, a w drugiej babcia. Pewnego dnia mama mówi do Kapturka: 

- Rani (bo rzecz dzieje się przecież w Indiach), zrobiłam pyszny daal. Zanieś go proszę babci. 


Kapturek, jako posłuszna córka idzie, ale musimy pamiętać, co zabiera ze sobą w tę wędrówkę. Nie tylko koszyczek z daalem, kilka chlebków naan i swoje czerwone sari, ale przede wszystkim świadomość, że pomiędzy domkiem babci i nią rozciąga się dżungla, a w niej żyją tygrysy. A tygrysy to nie byle kotki. Kapturek pamięta, co zrobił tygrys z jej ojcem. Dobrze wie, że do tej pory odnaleziono po nim ledwie kciuk, pamięta krzyk, który rozległ się w gęstwinie i doskonale zdaje sobie sprawę, że to właśnie tygrys sprawił, że jej sytuacja jest tak beznadziejna jak jest. Kapturek dobrze zna opowieści o tygrysach, jakie snują kobiety w jej wiosce. A każda z tych opowieści jest przede wszystkim mieszaniną horroru i tragedii. Z tą właśnie wiedzą Kapturek wędruje przez las.

Baśnie, Czerwony Kapturek, analiza baśni, Baśnie na warsztacie, Kultura w sieci, Baśnie braci grimm, storytelling, Mateusz Świstak,


Pamiętajmy, że ten las przez który wędrowała bohaterka grimmowskiej opowieści był inny niż ten, który znamy my. Przypominał raczej dżunglę, w której żyją tygrysy niż spacerowy teren powstały z tyczkowin sztucznie nasadzonych drzew. Bardziej dziki matecznik, pełen (PEŁEN) zwierząt, które często w bardzo bezpośredni sposób zasłużyły sobie na złe imię (nie wierzycie - w sieci jest kilka zdjęć wilków zagryzających wiejskie psy i masa masa fotografii ich działalności w stadach owiec, a dla tych o mocnych nerwach - fotki turystów którzy spotkali w na swojej drodze niedźwiedzia). Innymi słowy - zagrożenie jakim był dla Kapturka wilk, nie było nigdy tylko baśniowe. Z tyłu głowy dawny słuchacz tej opowieści czuł, że Kapturek nie idzie na sielankowy spacer, ale na ekstremalną wyprawę, której sukces stoi pod znakiem zapytania już od przekroczenia progu. 

Nieczęsto opowiadam tę baśń. W moim repertuarze funkcjonuje ona raczej jako przykład - głównie tego, w jaki sposób słowo żywe może dać wyświechtanej opowieści drugie życie. Kiedy jednak zdarza mi się już opowiadać ją od A do Z, staram się iść właśnie w tę stronę. W stronę ekstremalnej przygody, w której nic nie jest pewne już od samego początku. Skoro już jednak o wykorzystaniu tej opowieści jako przykładu mowa, musimy zajrzeć na chwilę do domku babci. 

Babcia i Wilk


Podczas jednej z wizyt w supermarkecie natrafiłem na wyłożone książeczki dla dzieci. Najwspanialsze, ze wspaniałych Baśnie… czy jakoś tak. Były dość brzydkie, więc nie do końca rozumiem, dlaczego chwyciłem akurat za jedną z nich - Czerwonego Kapturka właśnie. I przeglądając ją raz za razem miałem wrażenie, że ktoś wyrwał strony z najbardziej smakowitymi kąskami. Wilk stoi przed domkiem babci, na następnej stronie wilk przebrany za babcię czeka na Kapturka. Potem scena z pytaniami o wielkie uszy i oczy, itd. A na następnej stronie wilk z trochę większym brzuchem i pałętająca się gdzieś w kadrze osierocona pelerynka. Dalej to samo z myśliwym - myśliwy dostrzega wilka… i przeskok: myśliwy i Kapturek tańczą wesoło trzymając się za ręce. W każdym z tych trzech przypadków brakuje jednego - akcji. Nie da się zbudować samego tylko suspensu. A to właśnie robią owe opowiastki. Wycinają treść „nieodpowiednią” i wpuszczają czytelników od razy w pokłosie akcji. jednocześnie kastrując atrakcyjność tego tekstu. Problem - ten fabularny - nie otrzymuje rozwiązania. 

O ile ciekawsze byłoby opowiedzenie o tym, jak wilk spotyka babcię. Ileż można na tym zbudować napięcia, jakimi emocjami naładować krótką drogę pomiędzy fotelem, a drzwiami. A potem - skonfrontować obie postacie. Narracyjne luki są być może kalectwem omawianej baśni, jej słabościami. Jednak z perspektywy opowiadania, te luki stanowią właśnie o potencjalnej świeżości Czerwonego Kapturka… a także każdej baśni. 

Kiedy podczas lektury wydaje nam się, że gdzieś w opowieści dokonany został skrót, czy to cenzorski, czy po prostu jakiś segment baśni się zatarł - wspaniale. Właśnie znaleźliśmy miejsce, w którym możemy napełnić opowieść świeżą porcją emocji. Możemy pokazać jej pomijane wcześniej aspekty, sprawić, by to, co przed chwilą nie miało smaku, stało się wykwintnym daniem. Wystarczy, że napomkniemy o rzeczach, które dzieją się na tych wyrwanych stronach. O babci, która spotkała przecież wilka.
Podsumujmy, już nie tylko w kontekście Czerwonego Kapturka. Każda opowieść, nawet ta najbardziej wyświechtana, nabierze mocy, jeśli opowiadany w niej świat, będzie światem, w którym gra toczy się o wysoką stawkę. Wilk będzie groźny jak wilk, a człowiek (szczególnie mała dziewczynka idąca sama przez las) będzie bezbronny jak człowiek wobec spotkanego w leśnych ostępach drapieżnika. Kiedy w bajce pojawia się smok, niech będzie smokiem (przypominam: „I am fire, i am DEATH!”). Choć baśnie należą do sfery wyjątkowo ludycznej, traktowanie ich bohaterów trochę bardziej na poważnie daje im ogromną siłę (i bohaterom, i opowieściom). I to właśnie tę siłę powinien dostrzec opowiadacz i z nią przekazać opowieść dalej. 

Druga sprawa: szukajmy tego, co pominięte i dajmy to jako wartość. To po pierwsze zaskoczy słuchacza i sprawi, że bardziej będzie chciał nas słuchać. Po drugie zaś nam da większą swobodę kreacyjną i co najważniejsze - dużo więcej frajdy z opowieści. 

Czytajcie uważnie nawet te teksty, które znane są Wam do znudzenia (tu na pierwszym miejscu jest chyba Biblia, którą wszyscy „znają” aż za bardzo, żeby odkrywać, jak genialnym tekstem jest). Czytajcie je i szukajcie tych miejsc, które będziecie mogli napełnić sobą. Szukajcie też takiego kontekstu, w którym baśń nie zwiędnie, za to będzie mogła rozkwitnąć. A my razem z nią. 

***

Zrealizowano w ramach programu stypendialnego Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego - "Kultura w sieci".