25.1.15

Klub Latających Podróżników - Wielkie stopy Buddy

Baśnie na warsztacie, dzieci i podróże, Klub latających podróżników, Mateusz Świstak, MEK, Muzeum Etnograficzne, Tajlandia, Bangkok, w japońskiej herbaciarni, spotkanie z gejszą Warsztaty dla dzieci,

Na warsztacie: Klub Podróżników, Muzeum Etnograficzne, zajęcia dla dzieci, Kapitan Herman, Tajlandia

Odlatujemy we wtorek, 27 stycznia, o godzinie 17.00 

Dlaczego Tajlandia nazywana jest krainą uśmiechu? Co ciekawego można zjeść na targowisku w Bangkoku? Kto jest najważniejszą postacią w Tajlandii i dlaczego nie wolno dotykać cudzej głowy?
Tego wszystkiego dowiedzą się Latający podróżnicy podczas następnego spotkania.

Odwiedzimy także miejsca, do których droga zwykle zalana jest wodą, oraz świątynię, w której leniuchuje Budda.

Powróci również wątek pirackich skarbów.

I będzie szansa, by porozmawiać o czymś niezwykle ważnym w podróżach. O ich planowaniu.



ZAPISY TUTAJ

Z dziennika kapitana - japońskie smutki i tęsknoty.
(O spotkaniu z gejszą w jednej z japońskich herbaciarni)


1913 rok, 1 października, herbaciarnia "Podwójna Tęcza", obrzeża Tokio. 

Herbata w Japonii jest wyjątkowo smaczna i niemal tak samo ważna, jak w Chinach czy w domu. Problem z Japończykami jest taki, że kiedy coś jest ważne, przygotowują to strasznie długo. Wszystko tutaj uznawane jest za sztukę. Od układania kwiatów, przez dobre maniery, przycinanie drzewek, składanie serwetek, robienie ogródków, a nawet rąbanie drewna. Żeby napić się herbaty, uciekam więc na obrzeża miasta, gdzie czas płynie trochę inaczej i spokojnie można poczekać. Czekam i uzupełniam notatki w dzienniku.

W małych herbaciarniach, takie jak ta, ściany wykładane są papierem. To podobno dlatego, że gdyby domy były z cegły, mogłyby nie wytrzymać trzęsień ziemi, które zdarzają się tutaj średnio trzy razy na dzień. Ziemia dygocze czasem mocno, że odruchowo ludzie siadają na ziemi, czasem wstrząsy widać jedynie w filiżankach herbaty. Dzisiaj wstrząsy przyszły podczas mojej porannej toalety. Na szczęście zdążyłem się już ogolić. 
Ogród przed herbacairnią jest nieduży, za to piękny. Dookoła oczka wodnego siedzą kaczki, w środku pływają kolorowe karpie. Stoliki są niskie i nie ma tutaj krzeseł. Siedzę więc na ziemi. 

Wczoraj dostałem list od Pimple'a. Pisze, że nasze sprawy ułożyły się jak należy i skarb jedzie już do Anglii, gdzie odebrać go ma Pani Margaret. Sam Pimple uczy się zaś rzucać czymś, co nazywa "bumerang" cokolwiek to jest. Wygląda więc na to, że bawi się dobrze. 

A ja przyznać muszę, że wolałbym mieć go jednak przy sobie. Bo tutaj jest dość... nudno. Owszem, można patrzeć na doskonałość krajobrazu i architektury, można podziwiać perfekcyjne kaligrafie, albo teatr, ale... cóż - Japończycy nie są zbyt rozmowni. Nie podają ręki na powitanie, nie wiadomo czy się cieszą podczas rozmowy, czy zupełnie ich ona nie obchodzi. Kiedy jest się obcym, trudno porozmawiać z nimi tak po prostu. Zresztą, wydaje mi się (choć mogę się mylić), że oni sami też mają z tym problem. 

Weźmy na przykład tę herbaciarnię. Jest tutaj osiem stolików. Wszystkie zajęte. Czasem ktoś zerka w moją stronę, bo biali rzadko tu trafiają. Poza tym nic. Wszyscy popijają herbatę i nie odzywają się do siebie. Może poza dwójką mężczyzn, którzy rozmawiają, chyba o interesach. Słychać bulgot czajniczka z wodą. 

Nagle drzwi odsuwają się i do pomieszczenia wchodzą pięknie uczesane i umalowane kobiety. Siadają skromnie przy drzwiach. I czekają. Jeden z mężczyzn macha do nich ręką. Dziewczyna w seledynowym kimonie przysiada się do niego. Jest piękna i widać, że ma wspaniałe maniery. Teraz to ona zajmuje się herbatą. Nalewa czarkę zielonego naparu, po czym zaczyna rozmawiać z mężczyzną. A on co? On jej za to płaci. Płaci! Pieniądze za rozmowę! Potem dziewczyna kłania się nisko i wraca do swoich koleżanek. Kiedy patrzę na nie, wszystkie wydają mi się wyjątkowo piękne. Jak porcelanowe laleczki na dziecięcej półce. 


Baśnie na warsztacie, dzieci i podróże, Klub latających podróżników, Mateusz Świstak, MEK, Muzeum Etnograficzne, Tajlandia, Bangkok, w japońskiej herbaciarni, spotkanie z gejszą Warsztaty dla dzieci,

Przy innym stoliku ktoś przywołuje jedną z dziewczyn. Ta przysiada się do mężczyzny z instrumentem, który wyglądem przypomina gitarę i trochę brzmi jak gitara (shamisen). Dziewczyna w struny uderza wachlarzykiem, przez co instrument brzmi też trochę jak bębenek. A kiedy dziewczyna gra, jest jeszcze piękniejsza. Chciałbym, żeby dla mnie też zagrała, ale nie przywołam jej przecież. Bo choćby najpiękniej śpiewała, choćby najpiękniej mówiła i tak bym nie zrozumiał. 

Dziewczyna skończyła grać, mężczyzna zapłacił jej za piosenkę i ta wróciła do swoich koleżanek. Znów nikt się nie odzywał i tylko dwóch mężczyzn zajadle się targowało i tylko gdzieś w oddali bulgotała woda w czajniku. 











23.1.15

Krowa

baśnie o mężu i żonie, baśnie o miłości, chłopek roztropek, Baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak

Na warsztacie: baśnie o mężu i żonie, baśnie o miłości, krowa

Jutro ślub znajomego. Stoję więc i prasuję koszulę, a w głowie ciągle i ciągle jedna opowieść. Opowieść pochodzi z Nowego Meksyku i traktuje o małżeńskiej miłości i zaufaniu w najgorszych nawet chwilach. Nie wiem, czy to miałyby być życzenia, ale wiem, że to na pewno świetna opowieść, zatem, dziś bez komentarzy:

Krowa

Było małżeństwo. Czyli mąż i żona. I małżeństwo to, choć bardzo się kochało, klepało straszną biedę. A może właśnie odwrotnie – choć klepało straszną biedę, bardzo się kochało. Przyszedł jednak taki czas, że miłość ich zaowocowała i niebawem na świat przyjść miało pierwsze ich dziecko.

Cud narodzin cudem narodzin, ale trzecią gębę wyżywić trzeba. Tak się złożyło, że mieli jedną krowę, więc postanowili ją sprzedać. Mąż chwycił ją na postrąk i gdy tylko niebo poróżowiało ruszył z nią na targ. 

Gdzieś w połowie drogi spotkał mężczyznę, prowadzącego owcę.


- Gdzie idziesz przyjacielu? – zapytał ten z owcą.
- Na targ, krowę sprzedać.
- To może byś się ze mną zamienił? Ja dam ci owcę, a ty mnie krowę.
- W porządku przyjacielu – powiedział mąż i się zamienili… i każdy ruszył w swoją stronę.

Mąż nie przeszedł jeszcze połowy drogi, gdy wtem spotkał mężczyznę niosącego koguta.
- Gdzie idziesz? – zapytał ten od koguta.
- Idę na targ. Sprzedać owcę.
- Słuchaj, przyjacielu, może zatem chcesz się zamienić. Mój kogut, za twoją owcę, co ty na to?
- Zgoda przyjacielu – powiedział mąż i się zamienili… i każdy ryszuł w swoją stronę.      

Mąż nie przeszedł jeszcze połowy drogi, gdy spotkał mężczyznę niosącego gęś. 
- Widzę, że masz koguta. Może chciałbyś się zamienić?

- Zgoda przyjacielu – odpowiedział mąż.
Więc się zamienili. I każdy poszedł tam, gdzie miał.

Maż nie uszedł jednak daleko, gdy na jego drodze stanął mężczyzna niosący worek gnoju.
- Słuchaj – zagadał ten od gnoju – ty masz gęś, ja mam gnój. Zamieńmy się.
- Dobrze. – odpowiedział mąż. I ruszył w swoją stronę. A tamten z gęsią w swoją. 

Mąż nie uszedł jednak pół drogi, gdy spotkał kuma. Kum, kiedy dowiedział się o tym, jak lukratywnych transakcji dokonał tego przedpołudnia mąż, powiedział tylko:

- Jesteś wariat i powinni ci łeb obciąć. Twoja żona będzie wściekła.
- Nie będzie – odparł spokojnie maż.
- Po tym co dziś zrobiłeś! Będzie.
- Nie będzie. 
- Będzie. 
- Nie będzie.
(i tak przez następne cztery strony).


Wreszcie mąż powiedział:
- Założymy się?
- O co? – zapytał kum, choć sam był już na tyle wściekły, że choćby o worek z gnojem, ale chciał zobaczyć jak żona wrzeszczy po mężu. – przecież nawet nie masz złamanego centa.
- Centa nie mam, ale za to mam jeszcze życie. Załóżmy się więc o nie. Ja stawiam swoje życie.
- W takim układzie ja stawiam…
- Ty stawiasz swój majątek. – zaproponował mąż.
- Niech będzie! – zgodził się kum, bo zgodziłby się już na wszystko.

Wtedy do rozmowy włączyła się żona kuma, o której wcześniej ta historia nie wspominała, a która cały czas stała obok i przysłuchiwała się rozmowie mężczyzn:
- Nie rób tego, mężu! Przegrasz, a wtedy wszystko będzie należało do niego. I twój, dom i twoje dzieci, i ty, i ja!
Ale ślina została już napluta na dłonie i zakład został zawarty.

Kum wraz ze świadkami ukryli się pod oknem, żeby nasłuchiwać rozmowę męża z żoną. A rozmowa ta przebiegała tak:
- Wróciłem kochanie! – krzyknął już od progu.
- I jak poszło? – zapytała żona.
- Nieźle. Sprzedałem krowę za owcę.
- Faktycznie nieźle – ucieszyła się żona – będzie z niej wełna i będzie mleko na sery.
- Też tak pomyślałem, ale potem zamieniłem tę owcę na koguta.
- To bardzo dobrze zamieniłeś. Lubię wcześnie wstawać.
- Ale, właśnie miałem ci powiedzieć, że zamieniłem tego koguta na gęś.
- I dobrze! Nie każdy ma gęś – odpowiedziała żona.
- W końcu… w końcu udało mi się zamienić gęś na ten ładny worek gnoju.
- To wspaniale! Kiedy następnym razem, ta wstrętna sąsiadka przyjdzie i zacznie mnie wyzywać, złapię ją i każę jeść z tego worka!

I to była ostatnia wymiana, jakiej dokonał tego dnia mąż.
- Gdzie idziesz? - zapytał go pewien mężczyzna, kiedy wychodził z domu, niosąc na plecach worek gnoju. 
- Idę zamienić się z kumem, za ten worek gnoju – odpowiedział mąż.

- A co dostaniesz w zamian?
- Dom, pole, kilkanaście krów, tyleż owiec, kury, gęsi, i mały warsztacik kaletniczy.
- To się nazywa szczęście. – powiedział mężczyzna.
- Nie, przyjacielu – odpowiedział mąż – szczęście jest tam.


I wskazał na swój mały domek, gdzie w progu stała jego żona. 

Koniec


Ewelinie i Markowi. 

18.1.15

50 ways to leave your lover

baśnie na warsztacie, storytelling, improwizacja w storytellingu, ćwiczenia dla opowiadaczy, jak improwiziwać, Mateusz Świstak

Na warsztacie: Ćwiczenie na improwizację. 

Dziś chciałbym zaproponować Wam wykonanie pewnego ćwiczenia, które pomaga czuć się swobodnie, kiedy przychodzi do improwizowania, nieszablonowego myślenia, szukania własnego tempa, smaku, sposobu żartowania itd.

Ostatnio zdarzyło mi się je wykonywać w następujących okolicznościach:

W poniedziałek, piątego stycznia umówiłem się ze swoją grupą, że zajęcia z tai chi się odbywają, niezależnie od tego, czy dnia następnego jest Trzech Króli, czy też nie (a było). Siedziałem sobie w pustej sali i czekałem aż ktoś się zjawi. Słuchałem muzyki. Akurat zdarzyło się tak, że na tablicy po zajęciach został znany wszystkim ze szkoły napis "Lesson/Topic:" i nic więcej. Kawałek, który leciał nosił tytuł: "50 ways to leave your lover" (50 sposobów na rozstanie). Wpisałem to jako temat, spojrzałem na zegarek. Do zajęć brakowało jeszcze siedmiu minut. Niech będzie. 7 minut, 50 sposobów...

Ostatecznie całe ćwiczenie zajęło około 15 minut. Na zajęcia nikt nie przyszedł. 

 Ćwiczenie i kilka pomocniczych pytań: 

  1. Włącz stoper.
  2. wypisz 50 sposobów na rzucenie swojego ukochanego/ukochanej. Lub, jeśli wolisz - write 50 ways to leave your lover. 
  3. Wyłącz stoper i zmierz swój czas. 
  4. Zaznacz najlepsze według Ciebie odpowiedzi. 
  5. Zastanów się, dlaczego to właśnie na te odpowiedzi padł wybór, Co sprawia, że są lepsze od innych? 
  6. Po której odpowiedzi miałeś/aś ochotę się poddać? (czy spojrzałeś/aś wtedy na zegarek? ile czasu minęło?)
  7. Kiedy przychodziły Ci najlepsze pomysły? Bliżej końca, czy początku ćwiczenia? Przed kryzysem, czy po nim?
  8. Jak czułeś/aś się kiedy wymyślałeś/aś te twoim zdaniem najlepsze odpowiedzi (spróbuj przypomnieć sobie to uczucie). 




Poniżej moje odpowiedzi:

  1. Pod prysznicem;
  2. w trakcie śniadania;
  3. w autobusie;
  4. podczas egzotycznej wycieczki;
  5. wysiadając z taksówki;
  6. w trakcie uprawiania seksu;
  7. na pogrzebie jego/jej matki;
  8. po pierwszym dziecku;
  9. całując jego/jej policzek;
  10. przez telefon;
  11. z zimną krwią;
  12. delikatnie;
  13. ze śmiechem;
  14. bez słowa;
  15. smsem;
  16. podczas kłótni;
  17. używając przysłowia;
  18. wybuchając łzami;
  19. żując źdźbło;
  20. w skrzyni pełnej grzechotników;
  21. gwiżdżąc melodię;
  22. w chwili oświadczyn;
  23. w deszczowy dzień;
  24. zabierając kota;
  25. zabijając kota;
  26. sprowadzając do domu kota;
  27. ustami przyjaciela;
  28. podmieniając jego/ją kimś innym;
  29. jak starsza pani z astmą;
  30. powłócząc nóżką;
  31. w upokarzający sposób;
  32. jak bezrobotny kominiarz;
  33. albo szewc;
  34. z ciężkim sercem;
  35. nawet o tym nie wiedząc;
  36. z kredytem;
  37. w styczniową, zimną noc;
  38. w najweselszy dzień roku;
  39. gdy jego/jej walizki stoją już spakowane, ale do innej podróży;
  40. gdy wrócił/wróciła z delegacji;
  41. jak świerszcz w kominie;
  42. jak kawałek zapoconej szynki;
  43. w delikatnym pocałunku...lub nożem;
  44. pięścią... lub nożem;
  45. przy pomocy układu choreograficznego;
  46. na torach;
  47. w ciągłym poprawianiu;
  48. jedząc pasztet;
  49. grając na bandżo;
  50. udając potrąconego psa. 
Jak możecie zauważyć, część tej listy jest nic nie warta. Podczas opowiadania może przydać się o tyle, że nie zamilkniemy, choć nie zawsze uda się z tego wyciągnąć więcej niż tylko brak ciszy. Niemniej - cztery piąte, nadają się raczej do kosza niż, do wykorzystania. 


Ich wartość tkwi przede wszystkim w tym, że możemy łatwiej zdać sobie sprawę w jakich kategoriach porusza się nasza wyobraźnia 

Moja - buduje akcje (wysiadając z taksówki), porównania (jak starsza pani z astmą), sytuacje dookoła (w styczniowy, zimny dzień), lub szuka sposobu (smsem, grając na bandżo)... przede wszystkim. 

Pogrubiłem te, które przypadły mi do gustu, z różnych powodów: 

numer 7 - za całkowity brak taktu takiej zagrywki, co może mieć a) komiczny wydźwięk spod znaku czarnego nad wyraz humoru b) zrobić z bohatera całkowitą gnidę c) lub głupka. poza tym to jest krótkie, buduje sytuację i daje dużo możliwości pociągnięcia takiego wątku. 

numer 17 - to najbardziej bezduszna rzecz, jaką wymyśliłem, nawet bardziej niż rzucenie kogoś podczas uprawiania seksu.

numer 19 - bo ma to w sobie coś z "Rolnik rzuca żonę", a trochę z letniego lenistwa, w którym rzeczy nie dzieją się zupełnie na poważnie. Poza tym, ktoś, kto żuje źdźbło jest zwolniony z obowiązku patrzenia drugiej osobie w oczy. Jego wzrok muska podłoże i ciężkie od ziarna sierpniowe kłosy, a czasem przesuwając się po rzucanej osobie, czasem po własnych stopach... i to jest w porządku. 

numer 20 - to pierwszy z absurdalnych pomysłów na liście. Podoba mi się to, że węże są precyzyjnie nazwane, to dodaje obrazowi wiarygodności. Poza tym ta scenka jest na wskroś piracka. Arrr!

numery 24-26 lubię ciągi myślowe, które z jednej koncepcji (w tym przypadku kota) potrafią wycisnąć mnogość rozwiązań niewielkim kosztem. Inny przykład (trzy wariacje na ten sam temat):

baśnie na warsztacie, storytelling, improwizacja w storytellingu, ćwiczenia dla opowiadaczy, jak improwiziwać, Mateusz Świstak

numer 30 -  bo jest słodkie. Trochę niezdarne, trochę pokraczne, ale do licha, to wciąż rozstanie. Nóżka robi swoje. 

numer 36 - to z kolei jest krótkie i konkretne. W opowieści wyszłoby to jako miejsce, w którym trzeba zrobić pauzę. Jednak, żeby to zabrzmiało jak należy, potrzebny byłby kontekst. Coś bardzo emocjonalnego, trochę rozmytego, trochę mdławego, dla czego kredyt byłby mocnym kontrapunktem. 

numer 38 - choć to dość banalne i ograne, podoba mi się, bo najweselszy dzień w roku pozostawia słuchaczowi pole do własnego uzupełnienia. Podobnie jak pies, dla mnie zawsze będzie przede wszystkim moim nieżyjącym już sznaucerem, a Najpiękniejsza Kobieta Na Świecie - TĄ Najpiękniejszą Kobietą Na Świecie. A dla Was to będzie zupełnie kto inny. A najweselszy dzień w roku? dla mnie zawsze będzie brzęczeć nowoorleańskim jazzem. 

numer 39 - kiedyś miałem taką aspirację, żeby napisać zbiorek opowiadań, składających się z jednego zdania (pomysł idiotyczny, ale jak się nie ma jeszcze żadnego pisarskiego doświadczenia, to się miewa takie pomysły), założenie zdań miało być jedno - możliwie pojemne i wieloznaczne. Czasem trafia się na takie. kilka słów a wyobraźnia ma pożywkę na pół dnia. Myślę, że tego typu konstrukcje wymuszają przede wszystkim pytania. A te pozwalają nam dopowiedzieć historie, która zaczyna żyć w naszych głowach. 

numer 49 - podobnie jak skrzynia pełna grzechotników, ta odpowiedź ma w sobie coś z "Arrr!"... no dobra, może nie ma, za to jest bardzo malownicza, ładnie się komponuje w wyobraźni i jest całkiem od czapy. 

Co do kryzysu i najlepszych odpowiedzi: w tym przypadku pół na pół, zazwyczaj większość lepszych przychodzi w pierwszym rzucie, ale te najlepsze należą do końca stawki). 

Co czuję przy najlepszych - moja wyobraźnia zaczyna pędzić. Kiedy trafiają mi się takie perełki w czasie opowieści, wiem, że świat, który opowiadam właśnie otrzymuje cały nowy segment. 

Tak, mniej więcej wyglądało to w tym przypadku. 

A jak będzie u Was?

Oczywiście to tylko przykładowy temat. Flagowy temat tego typu zabawy to - wypisz, ile znajdziesz zastosowań dla zapałki/spinacza. Wiem, że Wy to wiecie, ale na wszelki wypadek wolę to napisać - gdyby ktoś poza Wami to czytał. 

Powodzenia.

PS. (do Najpiękniejszej Kobiety Świata) - Nie przejmuj się tematem ćwiczenia, wiesz, że jestem fanem Paula, ale Twoim fanem jestem jeszcze bardziej! (see how they shine, like silver on a water). 

Klub Latających Podróżników - Kraina Samurajów

podróż do japonii, Baśnie na warsztacie, dzieci i podróże, Klub latających podróżników, Mateusz Świstak, MEK, Muzeum Etnograficzne, Warsztaty dla dzieci, fudżi, koala

Na warsztacie: Klub Podróżników, Muzeum Etnograficzne, zajęcia dla dzieci, Kapitan Herman, Japonia

Odlatujemy we wtorek, 20 stycznia, o godzinie 17.00 

Tym razem Latający Podróżnicy udadzą się z kapitanem Hermanem do kraju kwitnącej wiśni. Kraju pięknych gejsz i honorowych samurajów. Kraju tradycji i technologii, składania papieru i układania bukietów, kraju pięknych kaligrafii i pokemonów. Kraju niezwykłych baśni i legend. Kraju, gdzie najważniejsza jest perfekcja i piękno. 

Wspólnie zajrzymy do hagakure, przypomnimy sobie co nieco o kaligrafii, a na koniec spróbujemy wykonać kilka figurek z origami. 



A na ostatnich zajęciach.

List Pimple'a do Kapitana Hermana wysłany z Sydney, 1913 rok, 20 września:

Szanowny Kapitanie Filipie!

Zgodnie z Pańskimi instrukcjami, skontaktowałem się z dyrektorem tutejszego szpitala, Samuelem Lightfootem, któremu przekazałem część złota Krwawego Alfreda. Pan Lightfoot powiedział, że to największy dar jaki otrzymał szpital, od kiedy Kapitan Cook odkrył Australię, ba! Od kiedy w Australii odkryto złoto! Jest szczęśliwy i mówi, ze te pieniądze przydadzą się na pracę, żeby znaleźć lepsze surowice na ukąszenia węży i pająków, których tutaj jest bardzo wiele. I wszystkie są bardzo niebezpieczne. 

Drugą część skarbu przekazałem pod opiekę synowi Pani Margaret, który kilka dni temu wyruszył statkiem w drogę powrotną do Londynu. Przy dobrych wiatrach dotrze do naszej słodkiej starej Anglii za cztery miesiące. 

Kapitanie! Szkoda, że nie ma Pana tutaj. Ten kontynent jest naprawdę, ale to naprawdę dziwaczny. Mam nadzieję, że w Japonii jest o wiele spokojniej, niż podczas podróży z poszukiwaczami złota i potomkami więźniów. Ale po kolei. 

Tutaj wszystko jest dziwaczne! Kapitanie - tutaj żyją na przykład bobry z kaczymi dziobami, które do tego wszystkiego są jadowite. I trzeba uważać! Są ptaki, które mogą jednym kopnięciem mogą pogruchotać kości dorosłemu człowiekowi. I trzeba na nie uważać! Są rude psy, które wyglądają jak  wilki, które widzieliśmy w Indiach. I trzeba na nie uważać! Są krokodyle większe niż gdziekolwiek indziej. I trzeba na nie uważać! Są pająki i węże! I trzeba na nie uważać! W morzu pływają wielkie rekiny! Na które trzeba uważać! I jadowite meduzy... na które też trzeba uważać! Są takie dziwne zające, które potrafią osiągnąć rozmiary dorosłego człowieka, i skakać daleko, że szkoda gadać. I na nie nie trzeba uważać. no chyba, że jedzie się samochodem. Wtedy... Trzeba na nie uważać! Bo lubią wskakiwać pod koła. No i nazywają je kangurami. 

Są też dziwne misie, żyjące na drzewach i jedzące liście, do tego z takimi dziwnymi nosami. i są takie małe, śmieszne jeże z ryjkami jak trąba słoniątka. 

miś koala, podróż do japonii, Baśnie na warsztacie, dzieci i podróże, Klub latających podróżników, Mateusz Świstak, MEK, Muzeum Etnograficzne, Warsztaty dla dzieci,


Do tego, trzeba Panu pamiętać, Australię zamieszkują potomkowie więźniów, którzy trafili tutaj z Anglii za karę. Na tych też trzeba uważać. Są co prawda tacy jak Lightfoot, którego pradziad też był więźniem i też zakładał szpitale, ale są tacy jak Higgins, z którym podróżowaliśmy przez Australię, żeby obgadać interesy związane z kopalnią złota. Higgins to zbir, który chciał mnie palnąć w głowę, zabrać mi resztę złota i zostawić w buszu. Na szczęście zjawił się jakiś człowiek. Który rzucił w Higginsa kawałkiem patyka, zanim ten zdążył mnie palnąć. Wydawało mi się, że nie trafił i patyk poleciał dalej, ale jak się okazało patyk wrócił i palnął Higginsa w czoło. I tak oto Higgins zamiast palnąć, został palnięty, a ja uratowałem skórę.

Mężczyzna, który mnie uratował nazywał się Tupai i był Aborygenem. Aborygen, to znaczy ktoś, kto był w Australii od początku, czyli jeszcze zanim przybył tu kapitan Cook. Tupai zabrał mnie do ogniska i wiele opowiadał. I przyznam Panu, kapitanie, może i te wielkie zające, albo śmieszne misie są dziwaczne, ale Aborygeni są naprawdę najbardziej niezwykli ze wszystkich rzeczy, które mnie spotkały. Wie pan, że oni, żeby znaleźć kierunek, układają piosenki? I te piosenki są dla nich jak mapy albo jak kompas. 

I wierzą na przykład, że kiedyś, wszyscy spali. A potem zaczęli się budzić i z tego budzenia się powstał świat. A potem, żeby się nie zgubić, na środku Australii postawili kamień, który nazwali Urulu, czyli miejsce spotkań. Kamyczek, to wielki płaskowyż w czerwonym kolorze. Na którym podobno przodkowie namalowali swoje odkrycia. Widziałem go z daleka, ale i tak robił na mnie wielkie wrażenie. 

Używają też tych dziwnych patyków, które nazywają bumerangami (co znaczy po prostu patyk, który wraca, albo latający patyk) i o których skuteczności mogłem się już przekonać. Pomyślałem sobie nawet, że skoro tutaj jest tyle niebezpiecznych rzeczy, dobrze byłoby nauczyć się nim rzucać. Jutro mam swoją pierwszą lekcję. Dziś zrobiło się już późno, więc żegnam kapitanie.

Mam nadzieję, że uda nam się spotkać już w Tajlandii. Gdyby to okazało się niemożliwe, będę czekał na Pana w Pekinie.

Życzę spokojnego pobytu w Tokio.
Pański przyjaciel
Sierżant Joseph Pimple


13.1.15

Kapturek, perfumy, chrupki i inne


Na warsztacie: Czerwony Kapturek, baśnie w reklamie


Zastanawialiście się kiedyś, co może zareklamować mała dziewczynka w czerwonej pelerynce? Może zareklamować na przykład perfumy... ale to dopiero początek.

Zaczynamy od Chanel numer 5:


I Cheerios:


A teraz coś przepysznego od Coca Cola:


I coś z naszego poletka. Śpiewa Zbigniew Wodecki: 


Wodoodporne podłogi z ociupinką golizny:


Volvo:

Tę reklamę wrzucam do kategorii "japoński odpał" i nie obchodzi mnie co ona reklamuje:


Była Cola, to teraz Pepsi (na szczęście bez kalorii):


Serwis informacyjny:
Adidasy (mocna):


i na koniec... moja ulubiona reklama czerwonokapturkowa. 
Kliknijcie proszę TUTAJ


11.1.15

Klub Latających Podróżników - Więźniowie i Aborygeni

Baśnie na warsztacie, dzieci i podróże, Klub latających podróżników, Mateusz Świstak, MEK, Muzeum Etnograficzne, Warsztaty dla dzieci, Australia

Na warsztacie: Klub Podróżników, Muzeum Etnograficzne, zajęcia dla dzieci, Kapitan Herman, Australia

Odlatujemy we wtorek, 13 stycznia, o godzinie 17.00 

Australia to ląd, którego nie sposób ogarnąć ani wzrokiem, ani wyobraźnią. Choć to najmniejszy kontynent, pełen jest niezwykłych mieszkańców. Poza kangurami, kolczatkami, dziobakami i największą ilością jadowitych węży i pająków, żyją tam również Aborygeni oraz potomkowie zsyłanych w to miejsce więźniów (bo przecież Australia miała być wielką kolonią karną).

Przewodnikiem po tym miejscu będzie wierny towarzysz kapitana Hermana, sierżant Pimple, który uda się tam w samotną wyprawę, by poznać pewnego poszukiwacza złota.


4.1.15

Drugi Wilk
z cyklu "morały" baśni

Czerwony Kapturek, Morał baśni czerwony kapturek, Baśnie na warsztacie, Streszczenie baśni czerwony kapturek, Baśnie braci grimm, Mateusz Świstak, Baśnie o wilkach,


Na warsztacie: Czerwony Kapturek

Wszyscy troje ucieszyli się bardzo. Myśliwy ściągnął z wilka skórę i poszedł z nią do domu, a Czerwony Kapturek pomyślał: "Odtąd nigdy nie będę biegała po lesie, gdy mi mamusia zabroni!"
(Baśnie Braci Grimm, Tom 1, str. 145, tłum. M. Tarnowski) 
Tak kończy się ta znana wszystkim bajka. Wilk nie żyje, czego nie można powiedzieć o Czerwonym Kapturku. Ten ma się świetnie. I babcia ma się świetnie, I myśliwy też ma się świetnie. I bajka również. Morał jest ładny, dydaktyczny, taki lekkostrawny. Ale... nie tam baśń się kończy. 

Kiedy otworzycie któreś z pełnych wydań baśni Grimmów (albo to z 2010, albo to z 1989) zobaczycie, że po tym zgrabnym morale historia się nie kończy. Ciąg dalszy brzmi mniej więcej tak (moja parafraza): 

Niektórzy opowiadają, że jakiś czas później, Kapturek znów wędrował do domu swojej babci. Droga była ta sama, pogoda podobna, a do tego pojawił się i wilk. Tym razem jednak nasza mała dziewczynka w czerwonej pelerynce nie dała się zwieść na manowca. Środkiem drogi, nie zważając na zagabywania kudłatego kusiciela, dotarła do domu babci, gdzie opowiedziała staruszce o spotkaniu. 

Babcia postanowiła, że trzeba zamknąć drzwi. I mieć się na baczności. Wilk próbował je oszukać, udając Czerwonego Kapturka, a kiedy to się nie udało, wskoczył na dach, gdzie czekał, aż Kapturek będzie wracał do domu. Żeby złapać go w odpowiedniej chwili i na ząb wziąć. 
Przed domem stało kamienne koryto. Babcia kazała dziewczynce wlać do niego wody w której gotowała kiełbasę. Lać tyle wody aż koryto będzie pełne. Co też Kapturek uczynił. Wilk oczywiście poczuł zapach kiełbasy i tak wyciągał szyjkę, że równowagę stracił, i tak wyciągał szyjkę, że z dachu zleciał i tak ją wyciągał, że kark złamał (opcjonalnie wpadł do koryta i utonął). Kapturek zaś, zadowolony z siebie wrócił do domu i nikt nie uczynił mu po drodze żadnej krzywdy. 

I tutaj baśń się kończy, a my zaczynamy: 

Powtórzenie z korektą


Druga część tej baśni jest pomijana prawdopodobnie dlatego, że rozpoczyna się od słów "Niektórzy opowiadają..." - jest więc traktowana jako wariant. Nic dziwnego, zważywszy, że w swoim fabularnym wymiarze, widać, że jest dość kulawa (wilk na dachu czatuje na Kapturka, a ten po podwórzu biega) i stosunkowo zbędna. Poza tym to, co się w drugiej części wydarza, jest właściwie powtórzeniem tego, co wydarzyło się w części pierwszej.

Czerwony Kapturek, Morał baśni czerwony kapturek, Baśnie na warsztacie, Streszczenie baśni czerwony kapturek, Baśnie braci grimm, Mateusz Świstak, Baśnie o wilkach,

Różnica polega na tym, że Kapturek nie zbacza z drogi. Dzięki temu, babcia nie daje się oszukać, a potem sama oszukuje wilka. Tak powinna wyglądać ta historia już za pierwszym razem. I teraz, kiedy cały dramatyzm spotkania z wilkiem już minął, można pozwolić sobie na rozwleczone zakończenie, w którym wszystko przebiega idealnie - dobro zwycięża nawet nie burząc sobie grzywki. Czy można więc rozpatrywać ją po prostu jako potwierdzenie morału? "Nie będę biegała po lesie, gdy mi mamusia zabroni"? Pewnie tak, ale żeby mogło do powtórzenia dojść, wpierw Kapturek musiał nauczyć się, jak grać, żeby nie tracić życia. Kapturek i babcia. Innymi słowy - konieczne było spotkanie z pierwszym wilkiem.

W chacie babci

Wyobraźcie sobie sytuację, która wydarzyła się w pierwszej części. Ale nie jako bajeczkę, którą znacie z dziecięcych książeczek. Wyobraźcie sobie dziewczynkę. A nawet dalej, stańcie się nią. Stańcie na drodze, pośród drzew - drodze niby znanej, lecz przemierzanej samotnie po raz pierwszy. Spójrzcie na tego dziwnego stwora, który nagle pojawia się przed Wami. Chce od Was czegoś. Niby miły, ale wasze zmysły krzyczą "uciekaj!". Zobaczcie jego oczy. Zobaczcie, jak on na Was spogląda. Co w nich jest? Czego on chce? Poczujcie jak wilk pachnie. Poczujcie to, co wilk chce wam zrobić. Bądźcie samotnym Kapturkiem...

Dobra. Zostawmy to! Przejdźmy dalej - do domu babci. Gdzie wszystko jest inaczej. Gdzie drzwi są niedomknięte, gdzie w powietrzu unosi się zapach starczego potu, który w ostatnich wysiłkach, próbował obronić się przed napastnikiem. Poczujcie zapach wilka. Być może nic nie jest wyraźne do tego stopnia, byście potrafili to nazwać, ale ciało wie swoje. Znów gdzieś w żołądku wywracają się wasze wnętrzności i każda komórka ciała krzyczy "Uciekaj!"... Nie uciekacie. Zamiast tego zbliżacie się do łóżka babci, która choć zawsze tak miła, teraz po prostu sprawia, że chce wam się wymiotować ze strachu. Potrzebujecie jakiejkolwiek ostoi, jakiegokolwiek miejsca bezpiecznego. Pewności, że wszystko się ułoży. Pytacie więc o te uszy, o te oczy (skąd znacie te oczy?), czujecie, że w powietrzy gęstnieje ten przerażający zapach, którego nazwę macie na końcu języka (choć nie potraficie sobie przypomnieć, bo mózg zajmuje się obsługą waszego strachu). Że w powietrzu gęstnieje wasze własne przerażenie. Że, jest lepkie i zimne jak pot na waszych łopatkach. Że nogi już was nigdzie nie uniosą. "Uciekaj!"  coś jeszcze w Was krzyczy, ale Wy już wiecie, że nie ma czegoś takiego jak ucieczka. Że jest już tylko śmierć. Już zaraz, za chwilę. I ten moment, kiedy to wszystko się staje.

Tyle popełnionych po drodze błędów. Każdy krok okazywał się być niewłaściwy. Każdy krok, to krok bliżej w stronę sideł, jakie zastawił na Was Zły wilk. Szliście. Teraz wiecie, że nie ma ucieczki. Że jest śmierć*. I śmierć faktycznie przychodzi. Tam, w babcinej chacie. Koniec.

To, co zdarzyło się w pierwszej części opowieści, to nie była błahostka. Jeśli spojrzymy na nie, jak na pewną faktyczną historię (w jej wydarzaniu się), to ma ona ze sobą taki ładunek traumy, jak gwałt, czy inny postawienie przed plutonem egzekucyjnym. Tylko cud sprawił, że udało się dziewczynie nie umrzeć do końca, lub (być może) narodzić na nowo. Kiedy myślę, o morale tej bajki, nie widzę go w słowach Kapturka, że trzeba słuchać mamy. Przyznam, że w ogóle go nie widzę (o czym już pisałem TUTAJ). Słowa mamy nie bardzo by się sprawdziły przy pierwszej części. Zresztą - w ogóle się nie sprawdziły.

Dlaczego? Bo i Kapturek, i babcia nie były dość zaradne. Ta sama babcia, która wymyśliła sposób, w jaki można pozbyć się wilka, na początku dała się przecież oszukać. To nie jest baśń o głupiej dziewczynce. To baśń o głupiej dziewczynce i jej równie głupiej babci. Nieprzypadkowo obie trafiają do wilczego brzucha. Zakończenie w postaci myśliwego, który zjawia się nie wiadomo skąd (no tak, baśń mówi, że już długo na wilka polował), jest dość naciągane, bo przecież baśń potrzebuje happy endu**.


Wilk i Myśliwy


Chciałbym, żebyśmy potraktowali myśliwca jako rzecz najmniej oczywistą. Nikt, absolutnie nikt, nie mógł się go spodziewać. A jednak on się zjawił. I uratował kobiety. Wbrew rachunkowi prawdopodobieństwa. Innymi słowy, to był cud. Jak niezasłużona druga szansa, dzięki której historia dziewczynki o imieniu Czerwony Kapturek, dopiero się zaczęła.

Czerwony Kapturek, Morał baśni czerwony kapturek, Baśnie na warsztacie, Streszczenie baśni czerwony kapturek, Baśnie braci grimm, Mateusz Świstak, Baśnie o wilkach,

Pojawienie się myśliwca, to jednak nie jest początek. To jeden z dwóch etapów początku. Pierwszym jest oczywiście wilk. Jest śmierć, albo chociaż to przeżycie, które doprowadza do śmierci. Bez tego - cóż dałoby pojawienie się myśliwca? Te naprawdę złe rzeczy, które się przytrafiają. Te choroby, załamania, straty osób nam bliskich, wielkie rodzinne kłótnie. Wszystkie te miejsca, w których jakaś część w nas umiera (a przynajmniej trafia do wilczego brzucha), są pierwszym warunkiem do zmian. Bez śmierci nie ma ocalenia. Co do cudu... cóż zdaje się, że myśliwy szuka wilka. Więc zawsze jest gdzieś w tym samym lesie. I szuka tej naszej śmierci. I najczęściej znajduje.

Ciągi dalsze i głupie zakończenia


Kapturek i babcia są najlepszym przykładem, co zrobić po ocaleniu. Otóż, kiedy już zostaniemy pożarci i kiedy już myśliwiec wyciągnie nas w wilczego brzucha, należy zrobić wszystko inaczej niż dotychczas. Kapturek idzie za radami mamy, ale to znaczy, że robi rzeczy w inny sposób niż ten, który jemu był właściwy przed pożarciem. Podobnie babcia - od razu reaguje na słowa wnuczki. Zamykają się i obmyślają, jak pozbyć się wilka. To jest nowe... i skuteczne. To wydarza się po raz pierwszy. To może wydarzyć dlatego, że za pierwszym razem doprowadziły się same do tak sromotnej porażki.

Część druga, ta pomijana, nie jest tylko skorygowanym powtórzeniem części pierwszej. Jest dowodem zmiany. Dowodem, że obie kobiety doznały przemiany. Przez ten końcowy (i nienajlepszy fabularnie fragment) możemy dopiero zobaczyć, że się udało. I co należy zrobić, kiedy już się uda.

Śmierć w brzuchu złego wilka, to być może najważniejszy punkt opowieści, ale nie jej koniec. Niestety - zazwyczaj w tym momencie lecą napisy końcowe. Jak w chwili, kiedy bohater ratuje swoją wybrankę, albo dobra armia pokonuje złą armię. Na tle zachodzącego słońca pojawia się pięknie wysmarowane "The end". Do tego jesteśmy przyzwyczajeni. To jest fabularnie poprawne... tylko, że nieprawdziwe. To przyzwyczaja odbiorcę historii do traktowania zmian, jak heroicznych zrywów. Jednorazowych, a potem można wracać do dłubania w nosie i przepoconego podkoszulka. Problem w tym, że życie bardziej niż z happy endów składa się z ciągów dalszych.

Czerwony Kapturek, Morał baśni czerwony kapturek, Baśnie na warsztacie, Streszczenie baśni czerwony kapturek, Baśnie braci grimm, Mateusz Świstak, Baśnie o wilkach,

Takie zakończenia są zupełnie nieprawdziwe. Mają swoją rację bytu, kiedy walczymy i kiedy umieramy. To nasza trauma, do której mamy pełne prawo. Jeden moment w nieskończonym szeregu dni. Kiedy już uda nam się narodzić ponownie... co wtedy? Czy damy radę zrobić tak, jak zrobiły kobiety? Czy mamy na tyle odwagi, sił, roztropności, żeby zrobić inaczej niż za pierwszym razem?

Obyśmy mieli, bo droga do domu babci wciąż wiedzie przez las. A ten las i całe nasze życie jest tak skonstruowane, że zawsze będzie jakiś wilk. Bardzo Zły wilk, który może zrobić nam to, co ten pierwszy. I nie wiadomo, czy za drugim razem zjawi się myśliwy.

Pozostałe artykuły cyklu:

1. Trzecia Świnka - o pomijanym fragmencie Trzech Małych Świnek
2. Po drugiej stronie pieca - o pomijanym fragmencie Jasia i Małgosi




***

Przypisy i inne myśli mimochodem:

*Jeśli to Was nie przekonuje spróbujcie sami. Tylko zacznijcie trochę inaczej. Wracasz do domu, twój mąż/żona/ojciec/matka, mieli wyjechać i wiesz, że absolutnie nikogo nie ma w domu. Chociaż, to twój dom, nie lubisz tego, bo masz ciągle wrażenie, że coś dudni, buczy, że słyszysz kroku na korytarzu, kiedy siedzisz przed komputerem i czytasz wpis o czerwonym kapturku. Kiedy wchodzisz do mieszkania, zauważasz, że jeden z zamków jest otwarty. Ten na który zawsze zamykasz drzwi. Czyżbyś zapomniał(a) tym razem? To dziwne, ale przecież, po prostu może tym razem zrobiłaś/eś inaczej. Wchodzisz, i słyszysz jak gotuje się woda. A przecież...

- Kochanie? - pytasz, myśląc, że twoja żona lub mąż, lub chociaż matka odpowiedzą. że jadnak wrócili.
Rozglądasz się za butami, żeby sprawdzić, czyją stopę rozpoznasz. Ale nie rozpoznajesz. Nie ma butów, tylko na kafelkach zabłocone ślady prowadzące do kuchni.
- Witaj skarbie - słyszysz z kuchni głos, który mógłby należeć do twojego męża, albo do twojej żony. Albo... itd.
Brzmi bardziej przekonująco?

** Co zresztą też jest dość naciągane. Baśń Baba Jaga, jest opowieścią właśnie o takiej wędrówce do chatki, która kończy się dla dziewczynki śmiercią. Dziewczynka zachowuje się podobnie jak Kapturek, krok za krokiem nie słuchając przestróg. Różnica polega tylko na tym, że Kapturka do babci wysyła mama. Więcej w temacie do poczytania TUTAJ.

Ilustracje do dzisiejszego wpisu sponsorują: Francois (digart). Lisbeth Zwerger, Joy Ang,