22.11.15

Jak białe na... 

Sigrid Rødli, Mateusz Świstak, Baśnie na Warsztacie, Bracia Grimm, Ilustracje Baśni

Na warsztacie: Sigrid Rødli

Na Sigrida trafiłem, jak na większość fantastycznych ilustratorów całkowicie przez przypadek. 
Google niewiele o nim mówi, poza tym, że jest Norwegiem, mieszkającym w Anglii. Niewiele więcej zresztą potrzeba, reszta to świetne, stylowe ilustracje, wyglądające jak wydrapywane. 

Zapraszam na stronę artysty: KLIK

A tutaj kilka jego ilustracji:

Sigrid Rødli, Mateusz Świstak, Baśnie na Warsztacie, Bracia Grimm, Ilustracje Baśni

Sigrid Rødli, Mateusz Świstak, Baśnie na Warsztacie, Bracia Grimm, Ilustracje Baśni

Sigrid Rødli, Mateusz Świstak, Baśnie na Warsztacie, Bracia Grimm, Ilustracje Baśni

Sigrid Rødli, Mateusz Świstak, Baśnie na Warsztacie, Bracia Grimm, Ilustracje Baśni

Sigrid Rødli, Mateusz Świstak, Baśnie na Warsztacie, Bracia Grimm, Ilustracje Baśni

Sigrid Rødli, Mateusz Świstak, Baśnie na Warsztacie, Bracia Grimm, Ilustracje Baśni

Sigrid Rødli, Mateusz Świstak, Baśnie na Warsztacie, Bracia Grimm, Ilustracje Baśni

13.11.15

O interpretowaniu baśni


Na warsztacie: jak interpretować baśnie?

Wiecie, że jesteśmy już ze sobą ponad dwa lata? Przez ten czas wiele się wydarzyło. W mojej podróży z baśniami przez Polskę, często pojawiał się wątek interpretowania baśni. Co z nich można wyczytać i czego wyczytywać nie wolno. Jak to robić i czy czasem za dużo nie wymyślam (to ostatnie pytanie szczególnie dotyczyło tekstów z bloga) Rozmowa ta powtarza się, w różnych wariantach nad wyraz regularnie, ale ostatnio z pewną osobą wyszła niemal modelowo. Pozwólcie zatem, że wypowiem się na ten temat, trochę w formie artykułu, trochę w formie listownej odpowiedzi mojemu Szanownemu Rozmówcy, którego nazwę B. 

Brak konsekwencji


B. zarzucił mi, że moje teksty nie trzymają się kupy. Raz piszę o baśni jedno innym razem coś zupełnie innego, czasem sam sobie zaprzeczając. W pierwszej kolejności pozwolę sobie podziękować Ci, Szanowny B. za to, że jesteś tak wnikliwym czytelnikiem mojego bloga. Być może Ty jedyny to zauważasz. Już mniej dziękuję Ci, za twoje dalsze słowa, "mrzonki, bujdy, dyrdymały i blaga". Podoba mi się twój bezpośredni sposób definiowania rzeczy. Lubię go, bo często sam wolę konkretną nazwę, nawet jeśli będę się z niej potem musiał wycofać. Rozumiem też, że dla twojego przygotowanego akademicko umysłu moje teksty mogą takie być, lecz pozwól, że sam zaproponuję Ci trochę inny termin, który lepiej odzwierciedli to, czym są moje analizy i, mam nadzieję, skłoni Cię do tego, żeby zrobić krok w tył i spojrzeć na to również z mojej perspektywy. 

Drogi B. ja się bawię. A zabawa to nie blaga. Zabawa jest czymś śmiertelnie poważnym. Być może nie wnosi ona do życia postępu, ale wnosi coś o wiele ważniejszego. Wnosi smak, pewną jakość, której nie sposób odnaleźć w parciu naprzód ze zmarszczonym czołem. Czasem to właśnie zabawa stawia nas w miejscu, do którego tak naprawdę jeszcze nie dorośliśmy. Spójrz na dzieci, które bawią się w dom, policjantów i złodziei a nawet niesławnego doktora. One robią to całkiem na poważnie, stają się kim jeszcze nie są, tworzą swoją wersję świata swoich rodziców*, a mimo to cały czas to tylko zabawa. Tak samo z moimi tekstami. 

Ktoś bardzo ważny dla mojego serca przeczytał mi kiedyś piękny ustęp, którego pochodzenia nie mogę sobie przypomnieć (pewnie jakieś hinduskie filozofie), w którym jak refren pojawiała się fraza:
Rób rzeczy z lekkością i zwiewnością, jakbyś igrał. **

Drogi B. to właśnie jest cały klucz do tego, czym są moje teksty. Igraszka myśli, delikatne muśnięcia, a wraz z nimi, być może, rozbłyski Prawdy. Nagłe jak miłość. Niemożliwe do przekazania inaczej, jak przez wiatr. Metaforyczne, najpełniejsze tylko w okruchach. Bo jak chcesz opowiedzieć o tym ogromie, który mieści się pod opuszkami palców, kiedy dotykasz ukochanej? Tam jest wszechświat, nieskończoność i ty o tym wiesz, lecz jeśli chcesz o niej mówić, do dyspozycji masz tylko kilka słów. Zawsze za mało i kiedy mówisz, mówisz tylko o jednej z możliwości. To zawsze jest hańba dla ukochanej. Zawsze pokazuje ją w ułomności. 

Tak samo z baśniami. Jest w nich więcej, niż mogę powiedzieć w jednym tekście. Jeśli coś dostrzegam, chcę o tym napisać. Tyle. Nie oszukuję i nie chcę oszukiwać, ani Ciebie, ani tym bardziej siebie. Moje teksty są niedoskonałe jak mówienie o miłości i jeśli w jednej opowieści widzisz coś innego niż ja - doskonale! Byleś patrzył na to przez pryzmat tej samej miłości, co ja. Albo innej - byle była w tym miłość. Pasja, która Cię pochłonęła.

Baw się! Inaczej dołączysz do grona smutnych akademików, którzy katują swoimi tekstami młodych studentów, wysysając z nich swoją okrutną rozwlekłością życie. Wiem, rozumiem, że mówię to, jako ktoś, dla kogo nie ma i raczej nie będzie miejsca pośród bardzo poważnych i cenionych umysłów tego kraju (choć obiecuję, kiedyś dołożę do swoich tekstów przypisy i bardzo poważną bibliografię***), jednak tam, jest tylko garstka takich, w których buzuje miłość i pasja. Proszę, bądź jednym z nich! Pisz, jakbyś igrał. Nie projektujesz przecież samochodów, tylko myśli, kształtujesz ducha, przede wszystkim swojego. Dlaczego więc, ma to być smutny duch? Karm go i to karm życiem!

Ja się bawię. Żuję baśń, znajduję coś pożywnego, piszę o tym. Jeśli przy drugim żuciu znajdę coś innego, też o tym napiszę. Nawet jeśli oba teksty będą sprzeczne. Która wersja będzie prawdziwa?
To złe pytanie. O wiele trafniej, będzie zapytać o coś innego. Która wersja jest Ci bliższa, Drogi B.?

Która Ciebie bardziej inspiruje? Która Tobie pomaga lepiej spojrzeć na rzeczywistość, odnaleźć swoje miejsce we wszechświecie, w rodzinie, przy boku kobiety twojego życia? Weź sobie tę właśnie wersję, ciesz się nią, jest za darmo. I totalnie nie obchodzi baśni, o której mowa. W innych rękach, dla innego serca, ta baśń będzie całkowicie czymś innym. 

Jak interpretować baśnie?



To szczególnie ważne, dla Ciebie, jako akademika. Tak myślę. Każdy ma swoją praktykę, jednak pozwól, że podzielę się z Tobą refleksją na temat pewnej choroby, na którą cierpią wszyscy ludzie naszego pokroju (humaniści na co dzień pracujący z literaturą). W pewnym momencie i wiem, Drogi B., że ty też tego doświadczasz, zanika przyjemność z czytania. Trzeba czytać, więc się czyta, więc się analizuje, więc... teksty przelatują przez mózg, zostawiając tam osad, z którym nie wiadomo co zrobić. Bardziej osad w studzience ściekowej, niż żyzny muł. Zostaje zmęczenie i niechęć. Ja wciąż to mam. Niech to będzie takie małe wyjście z szafy, ale jedyna książka, która niezmiennie sprawia mi przyjemność to Czarodziejska Góra. Leży więc przy łóżku i kiedy mam potrzebę pięknych zdań, czytam akapit, albo dwa. Z resztą jest ciężko. Dopiero fakt opowiadania baśni dał mi możliwość ponownego cieszenia się tekstem. 

Jak więc interpretować baśnie? W drugiej kolejności. Bo baśnie nie są po to, żeby były interpretowane. Są po to, by je opowiadać, smakować ich, bać się, radować, by je odczuwać. To piękna i prosta literatura piękna. Nie mają niczego uczyć, a jeśli uczą, to mimochodem. Są tyle samo terapeutyczne, co Szekspir albo Rilke. Czytasz, co wypadnie, to Twoje. Nie mniej nie więcej. 

Lecz czytaj uważnie i zawsze więcej, niż się początkowo może wydawać. Tego nie muszę Ci mówić. Wiem, że jesteś o wiele uważniejszym czytelnikiem ode mnie. Szukasz wspaniałych powiązań w tekście. Znajdujesz je tam, gdzie ja nawet nie spojrzałbym. I tworzysz ze swoich spostrzeżeń piękne konstrukcje. A potem całkowicie zapominasz, że to tylko igraszka. Wiara - rozumiem. Ta może być niezmienna. W zasadzie, to chyba jedyna rzecz, o której możemy powiedzieć, że jest stała (przynajmniej to, w co wierzysz - to jak... też jest ciągłą zmianą). Ale cała reszta - nasze uczucia i myśli są jak ocean. Niby wszystko takie samo, lecz nigdy nie stoi. Stary dobry Heraklit wiedział, co mówi. Po cóż więc mamy umierać się na jakąś wersję tekstu? Walczyć o nią? 

To chyba różnica między pisarzem, a krytykiem literatury. Ten pierwszy tworzy, potem drukuje swoje teksty i przypina je pinezkami do drzew. Kto chce, niech czyta. Niech bierze z tekstu, co mu się podoba. Z czasem zostają na drzewach tylko te zardzewiałe pinezki. Krytyk ma swoje stanowisko. Musi mieć i musi wiedzieć, jak go bronić. W przeciwnym wypadku, nie byłby poważany (bo skoro pisze i nie potrafi wybronić swojego stanowiska - po co w ogóle pisze). To jest zrozumiałe i być może przyczynia się do postępu nauk humanistycznych. Jednak dla higieny osobistej, Drogi B. proszę Cię, jak tylko mogę, bądź odrobinę bardziej pisarzem. Jeśli chcesz, kupię Ci paczkę pinezek. Igraj!

Powtarzacze


Od tego jest tylko jeden wyjątek. Nienawidzę, serdecznie nienawidzę powtarzaczy. Kiedy spotykam takiego kogoś na swojej drodze, staję się naprawdę agresywny i nieprzyjemny. I choćbym uznawał, że tekst wciąż jest z kategorii "być może", w konfrontacji z powtarzaczem staje się dla mnie prawdą absolutną, której będę bronić do ostatniej kropli krwi. Kim są powtarzacze? To osoby, które naczytały się Jungów, Freudów, Bettelheimów i inszych Feministków, które w baśniach nie widzą tego, co tam jest, a tylko to, co przeczytały u kogoś innego. Nienawidzę! Ty masz swój mózg, swoje spostrzeżenia i swobodnie cytujesz różne mądre głowy, więc piszę to raczej dla stworzenia pełnego obrazu.Są osoby, które tak mocno uczepiają się metodologii, cytatów, perspektyw, że ostatecznie nie da się z nimi rozmawiać. Na tyle, na ile mogę, staję więc w szranki z ich Freudami, Jungami, czy Bettelheimami i niszczę, póki mi intelekt na to pozwala. i wiesz co? To wszystko też jest igraszka. 


Znam i lubię Bettelheima (choć mam do niego wiele zastrzeżeń), lubię Junga, Campbella, Eliadego, a ostatnio pana Peju (e z kreseczką, ale nie potrafię wstawić), czytałem Biegnącą z Wilkami (której nie lubię) kilka innych feministyczno-baśniowych pozycji też (żadna mnie nie przekonała, choć niektóre są pożywne, jeśli idzie o tropy), Z osób analizujących basnie Pani Jadwiga Wais, ma dla mnie szczególne znaczenie. Odwracam się w lewo do swojej biblioteczki i widzę, że można by wymieniać nazwiska jeszcze przez dobrą chwilę i gdybym miał ochotę skorzystać z tego, o czym mówią, wziąłbym do ręki ich książkę. Ale w moich myślach te osoby mają być tylko pożywką. Mają mi pomóc lepiej spotykać się z baśniami. 


Gdyby ich nie było, czy to baśnie, czy też literatura piękna (co wychodzi na jedno), byłyby dokładnie tym, czym są. Powtarzacz pakuje im na plecy worek z kamieniami cudzych myśli. Wtedy nie chce mi się już ani baśni, ani interpretacji. I lepiej, żeby tak baśń, jak i powtarzacz, udali się tam, gdzie może zabrać ich worek z kamieniami. Na dno zapomnienia. Piszę jednak o tym, bo choć przy Tobie, nie muszę się o to martwić, to jednak powtarzacze są plagą, od której nie sposób się opędzić. Szanowny B. jesteś bystrzejszy ode mnie. Proszę Cię zatem - kiedy spotkasz powtarzacza, nie zostaw na nim suchej nitki. Dla dobra ludzkości. Ja sam sobie nie poradzę.


I choć zawsze jest coś więcej, na teraz to chyba wszystko. Jeszcze napiszę. Mam nadzieję, że niedługo znów siądziemy przy kawie i będziemy mogli wrócić do naszych rozważań. 

Igraj Szanowny B. 

I Wy igrajcie! 

*****

*Co ważne, to nie jest kopia, raczej alternatywna rzeczywistość, której niestety zbyt mało się przyglądamy. Gdybyśmy czasem zdecydowali się uważniej przyjrzeć relacjom, jakie modelują dzieci w swoich zabawach, moglibyśmy czerpać z nich całymi garściami metody na poprawienie naszych dorosłych, poważnych relacji. 

** czego dotyczył tekst w całości, nie pamiętam. I jeśli zdarzyłoby Ci się znać go w całości, proszę, podeślij mi. Jeśli jednak okazałoby się, że zdanie wyrwane z kontekstu znaczy coś innego, proszę nie przesyłaj. To zdanie jest dla mnie cenne, takie, jakie jest i chciałbym, żeby takim też pozostało. 

*** Nie, nie martwcie się - nie dołożę!

8.11.15

Co baśnie mówią o śmierci?

Streszczenie baśni, Bracia grimm, śmierć kurki, Baśnie na Warsztacie, mit orfeusza, Żałoba w baśniach, co baśnie mówią o śmierci, śmierć w baśniach, baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak,

Na warsztacie: Śmierć Kurki, Baśnie Braci Grimm, Żałoba w baśniach

Z góry przyznaję, że pierwotny tytuł miał brzmieć "Lament Kogucika", ale znajomy, spec od internetów, powiedział, że taki tytuł jest beznadziejny dla wyszukiwarki. W trosce o bloga tytuł jest więc prostacki, pozbawiony polotu i tylko odrobinę rozmijający się z prawdą. Bo będzie o śmierci, choć w baśniach śmierć występuje raczej w liczbie mnogiej. Jest ta śmierć, po której musi nastąpić zmartwychwstanie i taka, po której nie ma nic. Jest śmierć rodzica, która rozpoczyna wędrówkę dziecka i śmierć ukochanej, która pozostawia tego, kto nadal ogląda słoneczko, w żałobie. kogucik pozostał w żałobie... 

Śmierć Kurki (wersja bez pand)

Rzecz działa się na Orzeszkowym Wzgórzu. To tam Kogucik wraz ze swoją połowicą, Kurką, przybyli w poszukiwaniu orzeszków. Umówili się między sobą, że kto znajdzie orzeszka, dzieli się z drugim na pół. Kogucik się dzielił, a kurka nie. Z tej swojej pazerności raz się kurka zakrztusiła, raz orzeszek utkwił jej w kurzym gardziołku. No i biedaczka zaczęła umierać. Kogucik starał się jej pomóc, biegał za wodą od strumienia, do panny młodej, od panny młodej do brzózki, od brzózki znów do panny młodej i do strumienia... i na nic to się zdało - zanim wrócił z wodą, Kurka była martwa.

W jaką rozpacz popadł Kogucik! Jakże płakał i lamentował. Żal było na biedaka patrzeć. W tej jego rozpaczy znalazły go myszki, które zaproponowały, że wezmą kurkę na cmentarz. Wrzuciły ją na powóz i same zaprzęgły się do niego zamiast koni. Kogucik siadł obok ciała swojej kurki na wozie... i płakał. Po drodze żałobnik spotkał kilka innych zwierząt leśnych. Lisa, wilka, jelenia i króliczka. Niedźwiedzia, dzika, sarnę i łasicę... i jeszcze co tam w lesie było. Napotkane zwierzaki również postanowiły towarzyszyć kurce w ostatniej podróży. Wsiadały więc kolejno na wóz i pewnie niebawem wszyscy znaleźliby się na cmentarzu, gdyby nie to, że trzeba było przeprawić się przez rzekę. A nurt, co tu dużo mówić, napierdzielał.


Streszczenie baśni, Bracia grimm, śmierć kurki, Baśnie na Warsztacie, mit orfeusza, Żałoba w baśniach, co baśnie mówią o śmierci, śmierć w baśniach, baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak,

Już nadzieja opuszczała wszystkich, bo jak tu na drugi brzeg, gdy nieopodal odezwał się węgielek. "Ja przerzucę się przez wodę, jestem gorący, woda się mnie wystraszy o odpłynie, wtedy wóz przejedzie". Świetna myśl, zakrzyknęli wszyscy. Więc węgielek wskoczył. Csssst... i po węgielku. A wóz jak stał, tak stał. Chwilę potem słomka zaoferowała się, że między brzegami zrobi z siebie most, po którym będzie mógł wóz przejechać. Świetna myśl, zakrzyknęli wszyscy. Słomka przerzuciła się na drugi brzeg , myszki na nią wbiegły, wóz się wtoczył, słomka pękła. myszki się potopiły, co do jednej. Wóz jakoś się wylizał. Lecz rzeka nieprzebyta, naparza jak naparzała. 

Wreszcie zjawił się kamyczek. Ot taki, który z rzeką sobie już nie raz radził. "Ja w wodę wskoczę, a wy po mnie" - powiedział. 
Świetna myśl, zakrzyknęli wszyscy (prócz myszek). Kogucik wprzęgł się w wóz, kamyczek w wodę wskoczył. Kogucik ruszył. Szło mu ciężko, ale szło. I już na drugim brzegu nóżki stawił, gdy wóz na kamyczku się wywrócił. Lisek, wilk, jelonek, króliczek, dzik, niedźwiedź, sarna łasica i co tam jeszcze na wozie było - wszystko w rzece potonęło. Tylko martwa kurka ocalała... jeśli mogę tak powiedzieć. 

Kogucik zabrał ją więc na cmentarz. Usypał nad jej ciałem zgrabny kurhanik, a potem sam siadł na szczycie tego kurhaniku i płakał, płakał, płakał, aż umarł.

I wszyscy żyli długo i szczęśliwie... albo i nie. 

Na pierwszy rzut oka baśń o śmierci kurki jest przykładam opowieści humorystycznej, pełnej absurdalnych obrazów, których zadaniem jest jedynie rozśmieszać. Jednak im głębiej wgryzamy się w jej treść, tym poważniejsza staje się historia, którą ona opowiada, a postawa kogucika zakorzeniona jest głęboko w archetypach. 

Patologiczne małżeństwo


Analizę tej baśni musimy rozpocząć od stwierdzenia, że w związku kurki z kogucikiem nie działo się najlepiej. Cała tragedia rozpoczyna się od tego, jak kurka oszukuje męża przy podziale orzeszków, za co, zgodnie z ludowym poczuciem sprawiedliwości zostaje ukarana. Kogucik, zgodnie z tym samym poczuciem sprawiedliwości mógłby w zasadzie pozwolić kurce umrzeć, całą sprawę kwitując dodatkowym stwierdzeniem: "Dobrze ci tak, o zła babo!". 

Nie byłoby to dziwne, zwłaszcza, gdy weźmiemy pod uwagę, że baśnie są raczej stanowcze, jeśli chodzi o moralność i rozdanie kar i nagród raczej nie miesza się w obrębie jednej historii. Jednak kogucik postanawia zachować się zupełnie niezgodnie z tym prawidłem. Choć kwokę miał straszną, to jednak ją kochał, więc zamiast pozwolić, by sprawiedliwości za dość się stało, postanowił ją ocalić. 

Streszczenie baśni, Bracia grimm, śmierć kurki, Baśnie na Warsztacie, mit orfeusza, Żałoba w baśniach, co baśnie mówią o śmierci, śmierć w baśniach, baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak,

A przynajmniej taką miał chęć, bo zabrał się za to gorzej niż ja za naprawy w domu. Zamiast działać uwikłał się w dziwaczny ciąg przyczynowo skutkowy. Strumyk powiedział  mu, "dam ci, jeśli ty...", to samo panna młoda "dam ci to, czego potrzebujesz, jeśli ty dasz mi to, czego chcę...". I niby jest to zabawa z baśniowym schematem, ale nie możemy zapominać, że kurka właśnie walczy o życie, próbując rozpaczliwie łapać powietrze. Kogucik w swoich próbach ocalenia żony był jak ambulans, który dostał wezwanie do wypadku, ale zamiast włączyć sygnał i pruć ile fabryka dała, trzymał się wszystkich przepisów... w godzinach szczytu. Innymi słowy, kogucik zupełnie nie potrafił zareagować na okoliczności. Co w ostateczności doprowadziło do śmierci jego połowicy. 

Początek żałoby


Kogucik, nie potrafił poradzić sobie ze stratą. Nie tyle, że miał wrzuty sumienia, bo nie udało mu się kurki ocalić, nie tyle, że czuł się winny. To wszystko zeszło na dalszy plan. Jemu po prostu umarła żona i on za tą żoną tak płakał i rozpaczał, że słońce poczerniało, a anioły smutku rozpostarły nad nim swoje mokre od łez, popielate skrzydła. To był ten typ rozpaczy, w której nie da się odnaleźć. Ten typ rozpaczy, który każe nam trzymać dłoń zmarłej i to trzymać, dopóki się da. Z nadzieją, że póki jej ręka jest w naszych dłoniach, zmarła z nami zostanie, nawet jeśli jej ciało toczą już robaki. Ten typ rozpaczy, która obezwładnia.

W początkach swojej żałoby kogucik nie robi nic. Pochówkiem żony zajmują się dopiero myszy, które organizują wszystko, jak trzeba. W wielkim cierpieniu kogucika, to myszy są głosem rozsądku. Wsadzają truchło kurki na wóz i kogucika do kompletu. A potem same zaczynają tę rozpacz ciągnąć.

Ważne, bardzo ważne, żeby w chwili tragedii, jaką jest śmierć bliskiej osoby mieć kogoś, kto racjonalnie myśli. To ta osoba, będzie musiała pociągnąć na swoich plecach to wszystko, co nazwać można codziennością. Ktoś pogrążony w rozpaczy zapomina, o tym, że śmierć ma dwa wymiary. Jeden, który rozkłada duszę żyjącego i drugi, który rozkłada ciało zmarłego. Nie zająć się tym drugim, to grzech i katastrofa biologiczna. Kogucik nie potrafił. Potrzebował myszek. Myszki musiały zatem przejąć dowodzenie. Zająć się tak kurką jak i kogucikiem.

Drugi etap


Niestety żałoba kogucika była zaraźliwa. Kogucik postawił ją na pierwszym miejscu i wciągał w nią każdego, kogo spotkał na swojej drodze. Wkrótce wydarzenie, które było tragedią tylko w wymiarze osobistym zaraziło cały las, wchłaniając wszystkich jego mieszkańców. Na jednym wózku (dosłownie i w przenośni) znaleźli się naturalni wrogowie. Lis jechał ramię w ramię z kurą i zającem, zając z wilkiem, wilk z sarną, sarna z niedźwiedziem. Cały leśny ekosystem został zakłócony przez śmierć jednej kurki. Oczywiście, czas żałoby rządzi się swoimi prawami i jednym z nich, jest zawieszanie zasad jakie panują na co dzień (np. o zmarłym nie mówi się źle), ale nie do granic, które pochłaniają cały las. I nie dla jednej, zwykłej kurki*.

Streszczenie baśni, Bracia grimm, śmierć kurki, Baśnie na Warsztacie, mit orfeusza, Żałoba w baśniach, co baśnie mówią o śmierci, śmierć w baśniach, baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak,

Śmierć zawsze pozostaje smutna, szczególnie, jeśli umiera ktoś bliski, ale czy ktokolwiek z Was, drodzy czytelnicy, płakałby, gdybym napisał, że zmarli moi rodzice? Z pewnością nie. Przyjęlibyście to, jako smutny fakt, może trochę byście powspółczuli, ale ostatecznie - to nie wasza sprawa. Śmierć jest sprawą bardzo osobistą, szczególnie dla bliskich, którzy pozostają przy życiu. I taka powinna być. Kurka była tylko kurką i kiedy zmarła, to przede wszystkim dotyczyło kogucika. Jednak ten posiadał niezwykły dar wciągania w swoją rozpacz innych. Dar do tego stopnia skuteczny, że zanim wóz stanął przy rzece, wyglądał jak mini arka Noego. Cały leśny "ekosystem" znalazł się w zawieszeniu i rozpaczy nad ciałem biednej, wiarołomnej i niewiele znaczącej kurki.

Największą tragedią tego wydarzenia nie jest śmierć, ale to, że cały ten kramik musiały ciągnąć biedne myszki.

Rzeka


Przychodzi jednak taki moment, gdy żałoba osiąg punkt krytyczny. Nie tylko zawiesza panujące w "ekosystemie" relacje, ale zaczyna domagać się ofiar. Zaczyna niszczyć to, do czego obrony została stworzona - życie. Bo żałoba to okres przejściowy. Owszem, prawa dnia powszedniego są w niej zawieszone, ale tylko po to, żeby żałobnik miał szansę przejść jakoś przez swoją stratę. Żałoba jest buforem, stanem chwilowym, z wektorem skierowanym na "wszytko wróciło do normy". U kogucika tak nie jest. Jego rozpacz jest rwąca, nieprzebrana i w ostatecznym rozrachunku zabójcza.

Humorystyczna scenka z węgielkiem i słomką pokazuje, że w całej tej rozpaczy nawet myszy, które wykazywały się największym rozsądkiem, przestają trzeźwo rozsądzać rzeczywistość. Absurdalne pomysły zaczynają wieść prym i choć same w sobie są śmieszne ich skutkiem jest śmierć. Najprawdziwsza śmierć myszek i całej ferajny siedzącej na wozie. Tylko kogucikowi udaje się przeżyć.

Wnioski z tego dwa. Niepohamowana rozpacz jest całkowicie destrukcyjna. To po pierwsze. Po drugie zaś - jeśli jesteśmy w rozpaczy, możemy mieć przy sobie myszkę, albo dwie, ale ostatecznie, prze żałobę musimy przejść sami.

Baśniowa rzeka zawsze jest granicą. Z jednej strony to miejsce transformacji. Pojawia się jak tablica informacyjne, że po drugiej stronie znajduje się coś innego - państwo, w którym stare prawa przestają obowiązywać. Taką rzekę spotkali na swojej drodze Jaś i Małgosia. Na drugim brzegu rozpościerał się zupełnie inny świat - nowy, lepszy i bez Baby Jagi (o czym przeczytać możecie tutaj). Taką rzeką był Styks, który stanowił wyraźnie rozgraniczenie między tym, co powinno odejść, a tym, co wciąż jest żywe. Taką rzeką była też zapewne rzeka kogucika.

Streszczenie baśni, Bracia grimm, śmierć kurki, Baśnie na Warsztacie, mit orfeusza, Żałoba w baśniach, co baśnie mówią o śmierci, śmierć w baśniach, baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak,


Niestety kogucik zupełnie nie zważał na to. Szedł za swoją rozpaczą, a za nim szli inni. Jemu rozpacz pozwoliła przejść, bo to była jego rozpacz. Ci wszyscy, którzy byli z kogucikiem niejako dla towarzystwa nie mieli szans przekroczyć granicy...

Dygresja o rzeczach własnych 


W tym miejscu pozwolę sobie trochę zboczyć z tematu. Posiadać własną rozpacz, to pozwolić, by docierała ona do najgłębszych pokładów naszej osoby i tam działała. Transformowała, zmieniała nas od korzenia. Podobnie jest ze wszystkim. Z pasją, z miłością, z misją i relacją z Bogiem. Mieć coś własnego, to mieć coś u podstaw. I kiedy to coś (rozpacz, pasja, miłość etc.) spływa w dół, płynie korytarzami wyznaczanymi przez naszą osobowość. Zawsze indywidualnie. Zawsze w jedyny, właściwy dla nas sposób. Rzeźbi nas niczym woda kanion. Uniwersalne prawdy staną się prawdziwe tylko, jeśli staną się nasze.

Sam proces docierania do korzenia, jest pasjonujący i tak mocny, że widać to na twarzy. Coś się zmienia w postawie, w sposobie intonowania, kiedy mówimy o tych najważniejszych rzeczach. Oczy patrzą inaczej, są jaśniejsze, pełniejsze, po prostu prawdziwsze. To się roznosi jak woń. I ta woń przyciąga. Często całe leśne "ekosystemy". Co ważne, niekoniecznie musimy chcieć się tym dzielić. Intensywność i być może prawdziwość pasji/miłości/rozpaczy unosi się w powietrzu, rażąc postronnych. I oni też zapragną tej prawdziwości, nieważne czy dotyczy to rozpaczy, czy euforii.

I postronni podłączeni do tego czegoś prawdziwego, też to poczują. Choć sami w sobie tego nie mają, ogarnia ich ta sama pasja co "nosiciela". Pójdą za tym. I być może z zewnątrz wszystko wygląda podobnie, lecz kiedy przyjdzie czas próby - utoną. Zaczną szukać nowej podniety, zmienią trenowany sport, wyznawaną filozofię, religię czy żonę. Ostygną. To bolączka wielu szkoleń - wspaniała atmosfera w trakcie i zerowy zwrot po wyjściu ze szkoleniowej sali. Bolączka wielu małżeństw, bolączka nudnej pracy i smutnych kościołów**.

Streszczenie baśni, Bracia grimm, śmierć kurki, Baśnie na Warsztacie, mit orfeusza, Żałoba w baśniach, co baśnie mówią o śmierci, śmierć w baśniach, baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak,


Czujemy potrzebę "prawdziwego" - prawdziwych emocji, relacji, prawdziwej pasji, prawdziwych osób. Lgniemy do nich, jak ćmy do ognia. Żeby choć trochę się ogrzać. To nas może zabić, albo znudzić. Bo nie jest nasze. I kiedy giniemy - giniemy; i  kiedy się nudzimy - odchodzimy, prosto do swojej słodkiej drętwoty dni powszednich. Koniec dygresji.

Koniec opowieści


Żałoba izoluje. Kogucik w swoim cierpieniu był całkowicie osamotniony. Był oddzielony od całej reszty świata rwącym nurtem, który niesie przemianę... a przynajmniej powinien nieść przemianę. Niestety, kiedy kogucik przedostaje się na drugą stronę, nie ma tam nowej, uleczonej rzeczywistości. na drugim brzegu rzeki jest to samo, co na pierwszym: zwłoki kurki. Śmierć i rozpacz. Być może to właśnie przez ciało kurki inne zwierzęta się potopiły. Nie było tam na nie miejsca, bo kogucik wciąż stawiał to, co bliskie lecz nieżywe nad tym, co żywe. Skutkiem tego, wszystko, co w tej baśni żywe, ostatecznie umarło. Kogucik roztaczał wokół siebie woń żałoby, kurka odór śmierci. Obydwa zaraźliwe. Kogucik chyba uzależnił się od swojej rozpaczy. Został sam w psychicznej izolacji, w miejscu, które nie jest przeznaczone dla żywych***. Usiadł na grobie kurki, gdzie zapłakał się na śmierć.

Zaczęło się źle, skończyło się źle. I nad tym wszystkim ciążyła wielka miłość dwóch na wskroś niedoskonałych istot. Ta niedoskonałość sprawiła, że mechanizmy, które wypracował sobie człowiek, żeby świat się nie zawalił, nie zaskoczyły. Skutek - świat się zawalił.

I byłaby to banalna historyjka, gdyby nie to, że korzeń jej tkwi w jednym z najbardziej znanych mitów. Kogucik zachowywał się dokładnie tak, jak Orfeusz, kurka, trochę gorzej niż Eurydyka. Jednak sam mechanizm wygląda dokładnie tak samo. Orfeusz też nie poradził sobie ze swoją rozpaczą po stracie żony. Nie udało mu się wrócić do żywych, przyszło mu więc tracić za to głowę. A jego śmierć i śmierć kogucika stało się tym, co przywróciło porządek światu.

W temacie śmierci, polecam także książkę Bracia Grimm i Siostra Śmierć, o której więcej TUTAJ

***

Myśli luźno powiązane, czyli przypisy:

*I chyba powinno być tak, że im bardziej osoba oddziałuje na świat (im bardziej wpływowe miejsce zajmuje, jest większym moralnym autorytetem, filantropem, bardziej wpływowym władcą), tym większy jest stopień zawieszenia rzeczywistości, jaki niesie za sobą śmierć i żałoba po niej. Z drugiej strony, kiedy myślę o naszym rodzimym podwórku, wydaje mi się, że naszych naturalnych animozji nic nie jest w stanie zawiesić. Od razu przypomina się mecz braterstwa miedzy Cracovią a Wisłą, po śmierci papieża, po którym kibice tradycyjnie wdali się w bójki. Albo lawinę niezbyt wyrafinowanych komentarzy, po 10 kwietnia 2010 roku i przerzucanie się wrakiem samolotu jako argumentem w walce politycznej. Naturalne instynkty nie uległy zawieszeniu na dłużej niż "ojej!". Potem wszystko wróciło do normy.

** W temacie. Codziennie staram się czytać Biblię, żeby mieć osobisty kontakt z czymś, co uznaję za Prawdę. Lubię też słuchać mądrych ludzi, którzy Słowo znają lepiej ode mnie. Jest taki pan, który zwie się Szustakiem Adamem. Wypuszcza świetne audiobooki ze swoimi analizami poszczególnych ksiąg Biblii. Uwielbiam go nie tylko dlatego, że mówi fajne rzeczy, ale dlatego, że w kolejnych audiobookach czuć jego osobisty wzrost w Bogu. Czyta, smakuje Pismo, rozwija się w Bogu. Kiedyś, bliska mi osoba zapytała, czy sądzę, że osoby, które go słuchają rozwijają się tak samo mocno jak on sam. Może tak, może nie, nie wiem. Natomiast moja rozmówczyni stwierdziła coś, do tej pory siedzi mi w głowie: "Widzisz Mateusz - powiedziała ta osoba - Szustak się rozwija bo czyta. Ci, którzy go słuchają zwykle nie czytają, więc choć słyszą mądre słowa, słyszą je płytko... i na chwilę". Być może tak jest. Słuchać mądrzejszych od siebie to jedno, przeżywać do korzenia, to drugie. I tylko jeśli obie te rzeczy zaistnieją jest szansa na zmianę.

*** Łukasz 9, 60: Niech umarli grzebią swoich umarłych, leczy ty idź i głoś Królestwo Boże.




Ilustracje do dzisiejszego wpisu sponsorują: Ross Sulivan-Weily, Walter Crane, Rachel Kugelman