27.4.19

Maślana Dziewczyna


Na warsztacie: baśnie afroamerykańskie, masło, dorastanie, kobiecość. 

Podczas przeglądania zbioru baśni afroamerykańskich wpadła mi w głowę taka oto historia:

Pewna kobieta miała córkę, a córka ta była zrobiona z masła. Matka więc chroniła córkę jak tylko mogła i nie pozwalała się do niej nikomu zbliżać. Jednak maślana dziewczyna była wyjątkowo piękna, więc kiedy dwaj przyjaciele zobaczyli ją przez okno, nie mogli się powstrzymać.
Wskoczyli do jej chaty i zaczęli się zalecać. Matka akurat była w kuchni, więc nie widziała tego, że jej córka nie jest sama. Wiadomo jak to się skończyło. Przez ciepło jakie płynęło z mężczyzn, dziewczyna roztopiła się... i nie było happy endu w tej opowieści.

Dziewczyna znajduje się pod opieką matki. Pod całkowitą opieką matki. Zna tylko to, co jest do niej przez matkę dopuszczone. A matka nie dopuszcza do niej zbyt wiele. Przede wszystkim nie dopuszcza do niej mężczyzn. Oczywiście matka zdaje sobie sprawę, z czego zrobiona jest jej córka, więc kroki które podejmuje, by chronić dziewczynę wydają się uzasadnione... 

Cóż nie do końca. Bo matka popełnia jeden wychowawczy błąd - zamiast przygotowywać dziewczynę do sytuacji, jakie będą na nią czekać w świecie, izoluje ją od nich całkowicie. Nie mam wątpliwości, że matka próbuje działać dla dobra swojej córki - jako jedyna przecież dokładnie zna naturę substancji, z której zrobiona jest dziewczyna. I myślę, że ta świadomość jest kluczem do zrozumienia tej opowieści. 

Kobieta rozumie kobietę, bo jest ulepiona z tej samej gliny (z tego samego masła). Nie ma sensu nawet sobie wmawiać, że jakikolwiek facet jest w stanie w pełni pojąć jakie są kobiety. Tak do samego rdzenia. Nie! Można się dogadywać, mieć podobne zdania i opinie, podobne gusta, ale jeśli chodzi o całkowite zrozumienie... lepiej sobie darować. Faceci to faceci, kobiety to kobiety. Możemy tylko próbować uczyć się ze sobą żyć. Nie jesteśmy tacy sami - jesteśmy komplementarni. Potrzebujemy siebie nawzajem jak powietrza, ale tak jak z powietrzem, nie trzeba go rozumieć, żeby nim oddychać. Mężczyźni nie potrzebują rozumieć kobiet, żeby ich pożądać, nie potrzebują ich rozumieć, żeby je kochać i oddawać nie za nie życie, nie potrzebują ich rozumieć, żeby być przy nich szczęśliwymi i vice versa. I bardzo dobrze. Jeśli istnieje coś takiego jak połączenie dusz - to nie na zrozumieniu ono polega. 



Problem pojawia się, kiedy jeden z tych dwóch aspektów zostanie wyrugowany. Pomimo całej tej inności i niemożności zrozumienia, kobiety bez mężczyzn nigdy nie będą pełne. Tak samo mężczyźni - bez tej drugiej cząstki, zawsze czegoś będzie nam brakowało. Chociażby z zrozumieniu samych siebie. Bycie mężczyzną w świecie bez kobiet, to pójście na łatwiznę. I bycie kobietą w świecie bez mężczyzn - tak samo. 

Matka maślanej dziewczyny o tym zapomniała. Postanowiła wychować swoją córkę tylko w oparciu o to, że rozumie ją dogłębnie. Do samego rdzenia. Stworzyła jej dom, gdzie mężczyzna był źle widziany. Dom kobiet. I w tym domu dziewczyna funkcjonowałaby sprawnie. Jest tylko jeden problem. Poza domem jest też świat. I to świat tak oczywisty i bezdyskusyjny, że jakakolwiek teoria,  na podstawie której wychowujemy dziecko, to zawsze będzie za mało. I co ciekawe - nawet jeśli dziecko nie będzie chciało wyjść do świata, świat prędzej czy później przyjdzie do dziecka. 
A kiedy świat już zakołacze do drzwi (albo jak w tym przypadku, wejdzie przez okno), to nie teoria ucierpi, ale dziecko. 

To właśnie dzieje się z maślaną dziewczyną. Kiedy chłopcy odwiedzają ją, nie jest na to absolutnie przygotowana. Rozumie swoją maślaność, na tyle na ile masło można tłumaczyć masłem. Kiedy jednak pojawiają się dodatkowe czynniki sama maślaność już nie wystarczy. W tej baśni czynnik można określić jako męskie ciepło. Nie ma tu brutalności, jest ciepło i to wynikające z dość naturalnej dla relacji damsko-męskiej kolei rzeczy. I to wystarczy, żeby dziewczyna nie wytrzymała. 

Być może ta baśń tak mocno ze mną została, dlatego, że teraz kobiety idą "po swoje". Doskonale to rozumiem, świat za długo był tylko męski i brakowało tego komplementarnego aspektu jaki wnoszą w niego kobiety. Niestety hasła, które pojawiają się podczas tego chodzenia po swoje manifestują chęć stworzenia świata tylko kobiecego. A to wychylenie wahadła w drugą stronę. Na peryferiach tego wahadła zawsze jest tylko masło. Kobieca Moc, bez Męskiej Mocy, jest tak samo patologiczna jak Męska Moc bez Kobiecej. 

Oczywiście można tę interpretację rozwijać i brnąć w subtelności, bo tworzenie maślanych dzieci jest czymś nagminnym, nie tylko w związku z ich kobiecością/męskością. Dzieci, które rozpadają się po przegranej, dzieci które topnieją przy obcych, rozpływają się kiedy postawione zostaje przed nimi wyzwanie... to wszystko wynika z chęci rodziców, by dać swoim dzieciom to, co najlepsze. Ale pamiętajcie, że czasem obdarte od upadku kolana są lepsze, niż nieprzygotowana do upadku, ale idealna skóra. 

I na tym chciałbym zakończyć. Jeszcze wrócę do baśni o maślanej dziewczynie, bo w głowie kołacze mi druga, przeciwstawna interpretacja, która domaga się tekstu. A na koniec maślany Wolverine:




Tekst o dziewczynie wychowanej w beczce znajdziecie TUTAJ.
Tekst o strategiach rodzicielskich znajdziecie TUTAJ.

















2.4.19

Palenie powoduje... 



Na warsztacie: Palenie książek w Gdańsku... 

Dzisiejszy wpis wiąże się z haniebnym występkiem, jaki miał miejsce w ubiegłą sobotę w Gdańsku. Chodzi o palenie książek przez kilku nad wyraz nieroztropnych PR-owo gości w sutannach. Wieść o tym, że Potter i parę innych książek dla dzieci skończyła na stosie rozeszła się szerokim echem po Internetach i przyznam, że jak mało co podniosła mi ciśnienie. Chciałbym więc w dwóch słowach skreślić swoją opinię... trochę jako chrześcijanin, trochę jako ktoś, kto zajmuje się baśniami. Do rzeczy zatem. 

Po pierwsze i chyba najistotniejsze - panowie w sutannach zabrali się za cały proces oczyszczania dusz młodzieży od d.... strony. Jasne, że manifestowanie swojego stanowiska musi być radykalne, bo radykalne lepiej widać. Problem w tym, że przykład jaki dali, interpretacyjnie wypada mniej więcej tak - można palić książki! Koniec. Nie "złe książki", ale po prostu książki. Zauważcie - nie ma tu ani słowa o czystym duchu. Raz ktoś wrzuci Pottera, innym razem Opowieści Chasydów (bo Żydy), a jeszcze innym Torę (bo też Żydy)... i wszystko cokolwiek wpadnie komu do głowy.

Pomijam nawet fakt przyzwalania na tak radykalną, pełną przemocy i historycznie napiętnowaną formę cenzury. Bardziej martwi mnie to, że takie akcje są dla dzieciaków po prostu atrakcyjne. Bo przecież ogniska są fajne. Destrukcja jest fajna. Spektakularna. Przyznam, zdarzyło mi się podpalić parę rzeczy i nigdy nie myślałem o treściach tego, co płonęło. Widziałem jedynie igranie języków ognia nad czerniejącym papierem. Bez jakiejkolwiek refleksji. Myślę, że dzieciaki, które brały udział w ognisku, podchodziły do niego podobnie. Po prostu ognisko, a że paliwem do niego była literatura młodzieżowa i parasolki. Co z tego? 

Inna sprawa, że demoniczne wpływy to dość skomplikowana kwestia. Zabawa w opowiadanie o niej dzieciom jest tak samo bezsensowna, jak tłumaczenie fizyki kwantowej komuś, kto ledwie nauczył się dodawać. W myśleniu chrześcijańskim istnieje coś takiego jak demony, jak personalne zło i przyznam, że nie mam większych trudności z zaakceptowaniem tego faktu. Ale nie mam tych trudności dlatego, że już trochę się nażyłem jako chrześcijanin. Że zacząłem od nie czyń drugiemu, co tobie nie miłe, dziesięciu przykazań i kilku słów, które powiedział niejaki Jezus. Ten ostatni zresztą miał dużo w zwyczaju mówić o tym, żeby nasza przemiana zaczynała się od środka, bez faryzejskich gestów. I raczej budowana była na pozytywnych przykładach. Coś o miłości bliźniego, coś o wybaczaniu. Coś o nie gorszeniu swoich dzieci (...a przepraszam, to już Paweł). To co wydarzyło się w sobotę nie spełniało żadnego z powyższych kryteriów. A nawet jeśli zamknęło drogę Belzebuba do serc uczestniczących w paleniu książek dzieciaków, to otworzyło drogę do serc milionów zbulwersowanych tym faktem ludzi. W ostatecznym rozrachunku akcja była więc katastrofalnym fiaskiem. A mogli po prostu poczytać Ewangelie. 

Nie było w tym geście nic rozwojowego. Naród wybrany miał tak radykalne podejście do swojej wiary, bo był mniejszością, w świecie opanowanym przez obce bóstwa. Mieczem wrzynał się w tkankę Kanaanu a ogniem wypalał cudzą wiarę. Pragnę jednak przypomnieć dwa fakty (niech będzie, że też wyssane z Biblii): Pierwszy z Ksiąg Królewskich. Kiedy Izraelici mieli problem z refluksem obcych bóstw i ich ołtarze znów zaczęły pojawiać się na okolicznych wzgórzach, zazwyczaj wyrzynano w pień kapłanów a ich kości palono na tychże ołtarzach. To się dopiero nazywa radykalne podejście do sprawy. Drugi fakt pochodzi z Księgi Wyjścia. Kiedy Mojżesz siedział na Synaju i rozmawiał z Bogiem jego własny naród odlał sobie cielca. Robak toczył go od środka. Ale to też mówiło o potrzebach tego narodu. Przede wszystkim o potrzebach gestów, które prowadziły go do zatracenia. I kiedy myślę o tym bezsensownym ognisku, widzę w tym więcej upadku niż wzbijania się na duchowe wyżyny. Ktoś kiedyś powiedział mi piękne zdanie na temat bastionów własnej wiary, które pozwolę sobie tutaj przytoczyć: wiara to nie jest coś, za co się zabija, tylko coś za co się umiera. Polecam tamtym panom. 

Inne pytanie, które można sobie zadawać jest następujące: dlaczego rodzice zgodzili się na coś takiego. Podejrzewam, że to oni kupili swoim dzieciakom książki, które tamtego dnia spłonęły. W takiej sytuacji, rola księdza polega nie na podważaniu decyzji rodziców, ale na wytłumaczeniu tymże rodzicom, jak wiele duchowego zła wiąże się z taką a nie inną literaturą. Rodzicom i dzieciom. Przy okazji jednak ktoś musiałby wyjaśnić księżom, co to jest fikcja literacka i to, że nie każda książka jest tak prawdziwa jak Biblia. 

I na koniec pewna refleksja baśniowa. Kiedy czytałem o tym bezsensownym wydarzeniu, a potem idącą za nim falę krytyki, ciągle nie mogłem przestać myśleć o dzieciakach ze zdjęć. I o pewnej drodze, którą każde z nich musi przejść. O tym, że bohater baśniowy nie tworzy opresywnych sytuacji, ale raczej stara się znaleźć z nich wyjście - iść im wbrew. O tym, że to czarny charakter w baśniach wymyśla sytuacje podobne do tego ogniska. Zawsze w imię jakichś zasad. Dobra królestwa, ratowania majątku, obdarowania króla synem itd., ale choć słowa są wielkie, to czyny pokraczne. I czasem wyegają się z tego potwory. Dopiero przekroczenie mankamentów systemu prowadzi bohatera baśniowego do dojrzałości. Tamte dzieciaki nic nie przekraczały. Zostawały obite sytuacją zastaną. I trochę szkoda. Trochę bardzo. Zresztą wracając do Starego Testamentu - to również jest opowieść symboliczna i wszelkie gesty mają przede wszystkim znaczenie na płaszczyźnie duchowej. Izrael też jest baśniowym bohaterem, który dążył do swojej dojrzałości i częstokroć w swojej drodze upada. Właśnie przez takie gesty. 

Niestety księża podpalacze zrobili coś, co nie mieści się w duchowych kategoriach. Nauka jaką wynieśli z Biblii jest chyba tylko taka, że nie do końca przeczytali swoją podstawową lekturę. Z egzorcystycznego punktu widzenia narobili straszliwego chlewu, z którego pewnie diabły się cieszą, a co najgorsze ustanowili kolejny precedens, na który w przyszłości powołać się będą mogli jacyś radykalni idioci. O wizerunkowej wtopie nie wspominając. Kościół Katolicki i tak nie ma najlepszego PR-u. Szkoda, że znów dostanie się tym wszystkim dobrym i konkretnym księżom, że dostanie się tym wszystkim, dla których wiara ma znaczenie, czy to katolikom, czy chrześcijan niezależnie od denominacji.

***

Podlinkowuję także inne artykuły o demonach: 

O trzech świnkach i świecie duchowym przeczytacie TUTAJ
O Czerwonym Kapturku i wilkołakach TUTAJ