29.11.14

Najpierw przyszły szczury (suplement)

Szczurołap, Szczurołap z hameln, Baśnie braci grimm, Ewangelia Jana, Interpretacja baśni, Mateusz Świstak, Baśnie na warsztacie,


Na warsztacie: Szczurołap z Hameln, grzech, Ewangelia Jana

Tekst o Szczurołapie wrzucałem w Święto Niepodległości. Następnego dnia usiadłem przy stole w kuchni rodziców, na którym leżała czytana przez mamę książka. Otworzyłem ją do śniadania. Tam historia uzdrowienia chorego przy sadzawce Bedzeda. która kończy się następującymi słowami Jezusa:

Oto wyzdrowiałeś. Nie grzesz więcej, aby ci się coś gorszego nie przytrafiło. (J 5,14)

Zanotowałem ten cytat z myślą - przecież to jest właśnie historia z Hameln. Zapisane, zapomniane. A wczoraj robiłem porządki w papierach i natrafiłem na kartkę z notatkami do tego zagadnienia. Od czego zatem zacząć? Zacznijmy od grzechu.

Grzech


Kiedy myślę o grzechach pierwsza rzecz, która przychodzi mi do głowy, to lista banałów, których najzwyczajniej w świecie nie wolno robić. Nie to, nie tamto, nie zabijaj, nie kradnij, nie obrażaj staruszków, nie wkładaj bielizny na odwrót, bla, bla, bla. Przed punktem piątym zasypiam. Nie chce mi się. Nudziarstwo.

Z grzechami jest jak z przepisami drogowymi. Co z tego, że na drodze jest ograniczenie do 70 kilometrów na godzinę, skoro asfalt równy, a jedyny radar dopiero za pięćdziesiąt kilometrów. Drogówka zazwyczaj nie stoi, więc gaz do dechy. I pędzimy, aż do radaru. Potem zwalniamy, mijamy go i znów stopa jakby cięższa. Dlaczego tak, bo wiemy, że nie spotka nas nic złego, a przepisy po prostu się nie sprawdzają. Czy jednak na pewno o to chodzi w słowach Jezusa, gdy mówi uzdrowionemu, by ten nie grzeszył?

W swoją stronę


Jezus mówi, "nie grzesz więcej". Znaczy to mniej więcej tyle, co dawanie recepty. Znaczy też, że główną przyczyną stany mężczyzny były grzechy. On nie był chory w zwykłym znaczeniu tego słowa. Stan jego ciała, wynikał ze stanu jego duszy. Grzechy były dla niego tym, co działo się z mieszkańcami Hameln przed plagą. Stan jego ciała zaś tym, co szczury. To ważne rozróżnienie, warte podkreślenia więc jeszcze raz: szczury nie równają się grzechy. Grzechy są przed szczurami. Szczury to tylko skutek.

Szczurołap, Szczurołap z hameln, Baśnie braci grimm, Ewangelia Jana, Interpretacja baśni, Mateusz Świstak, Baśnie na warsztacie,

Jezus mówi do uzdrowionego, "idź i nie grzesz więcej". Potem każdy z mężczyzn idzie w swoją stronę. Jezus na Krzyż, mężczyzna - nie wiadomo gdzie. Zapewne nigdy więcej się już nie spotkają. Mężczyzna nie będzie się więc musiał obawiać, że przyjdzie do niego jakiś pan z drogówki, kiedy ten zacznie grzeszyć, i wysmaruje mu mandat za kilkaset złotych i kilkanaście punktów karnych. Ostrzeżenie Jezusa brzmi groźnie, lecz groźbą nie jest. Mówi raczej tak: Jeśli będziesz grzeszyć więcej (dalej), to spotka cię coś gorszego. Cześć!
No i poszedł.

 Z perspektywy czasu, kiedy mój tyłek zebrał już tyle razów, że potrafię trochę rozróżnić, która noga go kopie (i jak będzie boleć... i co zrobić, żeby szybciej przestało), wydaje mi się, że Jezus miał na myśli po prostu pewien ciąg przyczynowo skutkowy. To, co zdążyłem już sprawdzić na sobie to pewien schemat. Który ze mnie, potrafię przełożyć na to, co widzę. 

Jeśli ktoś, dajmy na to, złamał ci serce i tym samym wyrzucił do kosza kilka, względnie kilkanaście lat twojego życia, i jeśli będziesz mieć na tyle sił, żeby spojrzeć temu w twarz choć raz, może zobaczysz jak to działa. I kiedy zobaczysz, będziesz to widzieć - już zawsze będziesz wiedzieć. Tak w swoim, jak i w cudzym życiu (oczywiście łatwiej w cudzym). I jeśli przeszedłeś lub przeszłaś całą tę drogę sama, zobaczysz, w jakiej fazie znajdują się ci, na których patrzysz. I będziesz wiedzieć, co jak boli i które decyzje są dobre, a które złe. I będziesz mógł/mogła powiedzieć: "stój, jeśli to zrobisz, stanie się to i to: poczujesz się jak śmieć, jeszcze bardziej zbutujesz tę drugą osobę, cokolwiek". Oczywiście nie dodasz "wiem, bo sam/sama się na tym przejechałem/przejechałam", ale nie zmieni to nic w tym, że zapewne masz rację. Masz szerszą perspektywę. Widzisz, że kolejny krok, to "coś gorszego", co może się przydarzyć tym, na których patrzysz. I jedyne, co możesz zrobić, to ostrzec. Jak Jezus, który miał najszerszą perspektywę. 

Kiedyś czytałem, że słowo "grzech" z hebrajskiego można tłumaczyć też jako "potknięcie". Można też go tłumaczyć jako "czyn wraz z jego konsekwencjami"*. Przyczyna wraz ze skutkiem... 


Fujarka Szczurołapa


Tym różni się opowieść biblijna od naszej szczurzej baśni. Szczurołap też miał szerszą perspektywę. I wiedział, że kiedy pozostajemy w swoich potknięciach**, przydarza się nam coś gorszego. Jednak to coś gorszego, podobnie jak wybawienie przychodzi od niego. To szczurołap jest wszystkim. Jest wybawicielem, sprawcą cudu, sędzią i wykonawcą kary. 

Z psychologicznego punkt widzenia, można to oczywiście bardzo zgrabnie zinterpretować jako figuratywne przedstawienie wszechwładzy podświadomości. To w niej mieszkają nasze pierwotne brudy, nasze wyrzuty sumienia, a także nasza samowiedza, nasze silne, prawdziwe ja, które wie, co trzeba zrobić, żeby nas naprostować. I to prawdziwe ja nie zawaha się posunąć do najbardziej drastycznych kroków, żebyśmy wrócili na właściwą ścieżkę. Do tej interpretacji pasują też stroje, w jakie odziany jest szczurołap. Raz kolorowa szata karnawałowa innym zaś razem strój myśliwski. Jedna postać, wiele obliczy. Radość i respekt. Nasz wewnętrzny wybawiciel, niosący nadzieję, nasz wewnętrzny łowca, niosący opamiętanie. Jedynie fujarka przypomina nam o tym, że to wciąż ta sama osoba. 

Szczurołap, Szczurołap z hameln, Baśnie braci grimm, Ewangelia Jana, Interpretacja baśni, Mateusz Świstak, Baśnie na warsztacie,

A może to własnie tak ludzie wyobrażali sobie Jezusa czy szerzej Boga. W końcu ta baśń nie pochodzi z naszych czasów, w których postacie boskie mają więcej z Lebowskiego niż z tego, który przychodzi w Apokalipsie, by wreszcie zrobić porządek. Ludzie, którzy ją sobie opowiadali, widzieli w tej postaci nie tyle skończone Dobro ile skończoną Sprawiedliwość. To ten typ bóstwa, który ma prawo zrobić z nami cokolwiek, jeśli tylko mu podpadniemy i co najlepsze - skoro podpadliśmy, słusznie, że dostaniemy za to w skórę. Nasze przewinienia i potknięcia nie będą nam wybaczone. Zasłużymy na każdą, najgorszą nawet karę, a żelazny pręt, który ją wymierzy, będzie leżeć w ręce naszego bóstwa. Piekło czaiło się przecież tuż za rogiem, więc lepszy był bóg karzący, niż diabeł. Tylko, że to nie był przyjemny bóg. To było bóstwo, od którego czasem trzeba było sobie zrobić przerwę. Czasem potrzebny był karnawał, w którym to nawet bóg mógł ukazać się pod postacią błazna. W kolorowych gałgankach, z fujarką w ręce. Taki bóg może nawet wyświadczyć mieszkańcom małego miasteczka nie lada przysługę... Jednak nie mogą zapomnieć o tym, że to wciąż bóg***, w którego szafie są także inne, mniej odświętne kostiumy, a fujarka, którą dzierży w ręce zna także melodie, które lepiej, by nigdy się nie rozległy... 

No cóż - w baśni się rozległy. I w życiu też się rozlegają. Bo chyba wszyscy jesteśmy w jakimś stopniu z Hameln - małego miasteczka, w którym zadomowiły się szczury. Ja jestem. 



Co do mnie - cieszę się, że na swojej drodze spotkałem Jezusa, a nie Szczurołapa. 

***

Jeszcze jeden fragment, który ciągle do mnie wraca: Mateusz 12, 43-35


* przy okazji, w fonetycznym zapisie, to z hebrajskiego brzmiało chyba avon, ale nie dałbym sobie dziś ręki za to obciąć. 
**pozwólcie, że tego słowa będę używać, choć funkcyjnie oznacza dokładnie to samo, co grzech... o czym nie możemy zapominać. To nie eufemizm. 
** przyznam szczerze, wciąż nie wiem, czy pisać to słowo wielką czy małą literą w tym kontekście. 


Dzisiejsze ilustracje sponsorują: Dominika LipniewskaSpite84, Paolo Cochetto

27.11.14

Za ręką

Na warsztacie: Chiński opowiadacz, World Press Photo, Qi Xiaolong

Kilka lat temu na wystawie World Press Photo pojawiła się pewna fotografia. Na pierwszym planie, oparty o pulpit stał mężczyzna. Na nosie miał okulary, na grzbiecie marynarkę w kolorach burych. Wyciągał przed siebie rękę i ta ręka wbijała się w półmrok herbaciarni obklejonej czymś, co na pierwszy rzut oka przypominało regulaminy BHP. Gdzieś w tle rysowały się stoliki, przy których siedziały rozmyte postacie, nachylone nad termosami z herbatą. W centralnym punkcie fotografii, tuż ponad wyciągniętą ręką mężczyzny jaśniała niskowatowa żarówka, zdaje się bez osłonki. Podpis pod fotografią głosił: Opowiadacz w chińskiej herbaciarni. Krótka notka informowała, że fotografia przedstawia wędrownego opowiadacza, który obchodzi herbaciarnie i sprzedaje swoje opowieści, by zarobić kilka yuanów. Władze chińskie po rewolucji na długi czas zakazały takich praktyk, widząc w opowiadaczach potencjalne niebezpieczeństwo wichrzycielstwa. 

Zdjęcie to zdecydowanie wyróżniało się spomiędzy całej reszty zgromadzonych na wystawie fotografii swoją absolutną zwykłością. Żadnej przemocy. Nikt na nim nie umierał, nie cierpiał, nie rozkładał się, nie wykręcał twarzy w grymasie cierpienia. Żadnych Tsunami, żadnego brudu. Nawet kompozycyjnie można było zarzucić mu bardzo wiele.

Nie mogłem oderwać od niego wzroku. Gosia, z którą byłem na wystawie, biegała po galerii raz po raz wracając, żeby mnie zabrać, a ja nie mogłem odejść od tej herbaciarnianej scenki. Gest mężczyzny zabierał zdjęciu spokój. Nie miało w sobie nic z politycznego wiecu, miało w sobie stateczność i dziesięć razy więcej dynamiki niż zwykła wyciągnięta ręka. Potem Gosia się na mnie obraziła i wypominała mi kwadrans ("z zegarkiem w ręku") spędzony nad jakimś głupim gadaczem.

Więc wróciłem na wystawę sam i mogłem rozkoszować się do woli tym, czego nie sposób było zobaczyć. Gosia nie wiedziała, że ja nie patrzę na to zdjęcie, że ja w nim jestem. Za tą wyciągniętą ręką. To ona stanowiła granicę, pomiędzy fotografią a opowieścią. Tamtym miejscem. Kiedy patrzyłem na to zdjęcie, wiedziałem, że tak należy fotografować opowieści. Bo przecież bajarz nie ma znaczenia. Liczy się świat, który niosą jego usta, który skrywa jego wyobraźnia. Ta ręka rozsnuwała go pomiędzy ścianami herbaciarni. Patrząc na to zdjęcie, wiedziałem, że słucham przygód nieznanego mi bohatera, w nieznanym mi języku. Byłem jednym z tych nachylonych nad termosem mężczyzn. Ten jeden raz zdjęcie wydało mi się trójwymiarowe, pachnące lizolem, szumiące gotującą się na herbatę wodą i tajemnicą. 

Co jeszcze. To zatrzymanie. To co Bresson nazywał decydującym momentem. ktoś nachyla się nad kubkiem, ktoś ziewa, mężczyzna tuż przed pulpitem dopiero co ściągnął czapkę i jego włosy ciągle są w nieładzie (a może nosi je tak zawsze), mężczyzna za pulpitem wyciąga rękę, wprost w żarówkę, ale gdzieś dalej. Widzę tylko opowieść, której nie znam. 

Nie wiem, czy piszę to dlatego, że chcę przez to coś powiedzieć. Może po prostu jest to jedno z dobrych wspomnień. Chwila zrozumienia - czym jest fotografia, czym jest opowieść, czym jest zachwyt, być może. 

***

To kilka lat temu to był rok 2007, autorem zdjęcia był Qi Xiaolong. Opowiadacz na nim, tak naprawdę nie miał okularów, sam kadr był troszeczkę szerszy i o wiele mniej zadymiony niż zdjęcie, które wryło się w moją wyobraźnię. Wygląda tak: KLIKNIJ.

21.11.14

Klub Latających Podróżników - Najwyżej, jak się da!


Baśnie na warsztacie, chiny dla dzieci, dzieci i podróże, kung fu cha, ceremonia parzenia herbaty, Klub latających podróżników, Mateusz Świstak, MEK, zakazane miasto, himalaje

Na warsztacie: Klub Podróżników, Muzeum Etnograficzne, zajęcia dla dzieci, Kapitan Herman, Himalaje, Tybet, Nepal

Odlatujemy we wtorek, 25 listopada, o godzinie 17.00 

Tym razem Pimple troszkę przesadził. Wyznaczając trasę z Chin do Indii, wybrał tę najkrótszą. Przynajmniej na mapie. Kiedy jednak przychodzi porównać mapę z rzeczywistością, okazuje się, że najkrótsza droga wiedzie przez najwyższe góry świata – Himalaje. Przez ich niebezpieczne przełęcze, przez miejsca, gdzie drogi zawsze pokryte są śniegiem, przez miejsca, gdzie wciąż jeszcze nie ma dróg. Przez miejsca gdzie spotkać można futrzaste jaki i rozebranych joginów.


Kapitan wraz ze swoim wiernym towarzyszem sierżantem Pimplem, trafi do świątyń, w których mieszkają lamowie, a także trafi na trop mitycznego stworzenia, o którym mówi się yeti.

A Latający Podróżnicy będą mieli sposobność przygotować sobie yeti swojego własnego pomysłu. 


ZAPISY TUTAJ

Z dziennika kapitana (jeszcze kilka notatek z zakazanego miasta, czyli o herbacie):

1913 rok, 19 kwietnia, Pekin, Zakazane Miasto, późno wieczorem

Rano Przybiegł do mnie pan Lo z informacją, że zostałem zaproszony przez cesarza na herbatę. Był pewny, że cesarz musiał mnie polubić.

Pomyślałem, że to bardzo miłe ze strony cesarza.
- To miłe… - powiedziąłem z uśmiechem.
- Miłe!? – w głosie pana Lo dało się słyszeć oburzenie – To bardzo, bardzo duży zaszczyt.
- Tak tak – zgodziłem się, nie chcąc go bardziej złościć, choć zupełnie nie wiedziałem, o co mu chodzi. – Raz zostałem zaproszony na herbatkę do króla Jerzego…
- HERBATKĘ! Powiedział pan „HERBATKĘ”. Na szczęście słyszę to tylko, ja. Mówiąc tak obraża pan Chiny!

A potem wyjaśnił mi jak ważna jest w Chinach herbata. Że przykłada się do niej wielką wagę i że czasem jest ona warta tyle, co złoto albo jedwab. Powiedział też, że ceremonia parzenia i picia kawy to najprawdziwsze kung fu (a dokładniej kung fu cha). Trochę się tym zdziwiłem, bo kung fu to przecież mężczyźni machający wysoko nogami i śmigający z mieczami jak jakieś diabły. Pan Lo wytłumaczył mi jednak mój błąd:

- Kung fu, to znaczy robić coś przez bardzo długo, po to, żeby osiągnąć w tym mistrzostwo. Kung fu może więc być wszystko: kaligrafia, układanie wierszy, taniech, wushu (jak w Chinach nazywa się mężczyzn machających wysoko nogami i śmigających z mieczami jak jakieś diabły) no i oczywiście parzenie i picie herbaty. Wszystko można traktować jako sztukę i tylko wtedy, kiedy traktuje się to jak sztukę, ta rzecz staje się naprawdę cenna.

Po czym pan Lo zaczął mi wyjaśniać, na co muszę uważać podczas picia herbaty. Okazało się to dziecinnie proste, wystarczyło że:

- nie będę pił pierwszy;
- czekał;
- trzymał czarkę w dwóch dłoniach;
- nie gadał podczas picia;
- wszystko wypijał na raz;
- chwalił kolor herbaty;
- chwalił zapach herbaty;
- chwalił smak herbaty;
- chwalił prowadzącego ceremonię;
- chwalił czarki, w których dostanę herbatę;
- nie żartował;
- nie wiercił się;
- nie prosił o dolewkę;
- za wszystko dziękował (uderzając trzema palcami w stół);
- i tak dalej, i tak dalej.
Przez cały poranek uczyłem się, jak powinno się pić herbatę… i to bez mleka.

A potem przyszedł czas na wizytę u cesarza. Choć pan Lo ostrzegał, że ceremonia może trwać dobrych kilka godzin okazało się, że cesarzowi dość się śpieszy. Najwyraźniej skończył szybciej po to, by jeszcze chwilę móc pobawić się ze mną elektryczną kolejką.

Kiedy zabawa dobiegła końca udaliśmy się do sąsiedniego pawilonu, w którym prawie przez dwie godziny karmiliśmy pawie. W pewnym momencie, cesarz powiedział panu Lo, żeby podniósł jedno z pawich piór i wręczył je mnie. Pan Lo zrobił wielkie oczy, potem zaś złożył wielki ukłon w stronę cesarza… a potem w moją stronę i dwiema rękami podał mi pawie pióro. I zrobił to tak, jak wręcza sięnajbardziej drogocenne prezenty.

- Panie Herman – powiedział – cesarz obdarzył pana swoją przychylnością, czego symbolem jest pawie pióro. Teraz może się pan uważać za przyjaciela cesarza.

Choć to bardzo niebezpieczne być przyjacielem cesarza, ukłoniłem się w podzięce najpierw jemu, a potem panu Lo. Potem chcąc szybko zmienić temat zapytałem o to, jak mają przebiegać prace nad koleją.

- Jutro przyjedzie po pana Wong Fei Hung, który będzie panu towarzyszyć do miejsca rozpoczęcia prac. Wong Fei Hung, to znakomity lekarz i ochroniarz, więc przy nim włos z głowy nie spadnie ani panu, ani mnie.

- Ani panu?
- Tak. - przytaknął pan Lo – Ktoś musi przecież być pańskim tłumaczem podczas podróży. Poza tym Wong Fei Hung to prawdziwy mistrz.

Choć pan Lo dużo krzyczał przyznam, że ucieszyłem się na to, że będziemy mogli wspólnie podróżować. Do tego sposób, w jaki mówił o naszym nowym przewodniku sprawiał, że już miałem ochotę go poznać.

Tuż przed zachodem słońca, do zakazanego miasta przyszedł mężczyzna. Nie był zbyt wysoki (zresztą większość chińczyków nie jest wysoka), nosił biały dość długi strój, a z tyłu głowy długi po łopatki warkocz. Z przodu prawie do połowy miął wygoloną głowę. Szedł wyprostowany, lekko i z wielką gracją. To był on. (…)

***

A na koniec pozwolę sobie podziękować Latającym Podróżnikom za ostatnie zajęcia. To była naprawdę wspaniała podróż. Przez bambusowe gąszcze, przez wushu i tai chi, przez yin i yang i ceremoniał parzenia herbaty. Dzięki wielkie Milence i Milence, dzięki Sonii, dzięki Marysi, Dzięki Oldze i dzięki Jackowi!

16.11.14

Klub Latających Podróżników - W środku Państwa Środka (cz.2) Pandy, kung fu i herbata

Baśnie na warsztacie, Chiny dla dzieci, dzieci i podróże, kaligrafia, Klub latających podróżników, Mateusz Świstak, MEK, zakazane miasto


Na warsztacie: Klub Podróżników, Muzeum Etnograficzne, zajęcia dla dzieci, Kapitan Herman, Chiny

Odlatujemy we wtorek, 18 października, o godzinie 17.00 

Po wizycie w Zakazanym Mieście przyszedł czas na odwiedzenie chińskiej prowincji. Kiedy kapitan Herman kłaniał się cesarzowi Pu Yi, Pimple biegał tu i tam, by swoim nowym aparatem robić zdjęcia napotkanym ludziom. Podczas spotkania Klubu będziemy mieli sposobność na przejrzenie oryginalnych zdjęć z Chin z początku XX wieku. 

A potem wybierzemy się wzdłuż Chińskiego Muru w bambusowe lasy, gdzie można spotkać bambusożerne pandy i niezwykle wygimnastykowanych mnichów. 

Podróżnicy będą mieli okazję zapoznać się z prawdziwą chińską bronią, odbyć krótkie szkolenie na wojownika Shaolin, a na koniec wszyscy napiją się herbaty podawanej w iście chiński sposób. 



Z dziennika kapitana (O lekcji kaligrafii i ostatnim cesarzu Chin):

1913 rok, 16 kwietnia, Pekin

Wysłannik cesarza poprosił mojego Króla o pomoc w budowie linii kolejowej pomiędzy Pekinem, stolicą Chin, a Szanghajem. Jako podróżnik i jako mierniczy zostałem wysłany, aby sprawdzić warunki, z jakimi przyjdzie się borykać w przyszłości inżynierom. Przybyłem do Pekinu przede wszystkim po to, żeby w imieniu mojego Króla pokłonić się cesarzowi. A potem zabrać do pracy.

W drodze do Pekinu, co krok widziałem wymalowane lub rzeźbione smoki. Podobno są one tutaj symbolem mądrości i pomyślności. Często ustawia się je na szczytach domów, bo smoki są władcami... wody. Mają chronić przed błyskawicami i pożarami. Im bliżej cesarskiego pałacu się znajdowaliśmy, tym więcej smoków widziałem. I były coraz większe i coraz bardziej złote. 

Podobno cesarz ma boskie pochodzenie. Jest potężny i chroni swój lud, tak samo jak smoki chronią domy przed pożarem. 

Cesarz mieszka w tak zwanym Zakazanym Mieście. To nie było miasto, ale pałac, do którego wejść mogli tylko wybrani. Kto próbował tam wtargnąć musiał przypłacić to głową. 

Nasz przewodnik, pan Choy, powiedział, że do środka mogę wejść tylko ja. Pimplę i parę innych osób, które ze mną przyjechały niestety musiało zostać przed wielką fosą strzegącą Zakazanego Miasta. 


- To nic kapitanie - powiedział sierżant - dla mnie będzie to doskonała okazja, żeby sprawdzić jak działa mój nowy aparat. Powiedział z dumą i uderzył w wielkie pudło, które całą drogę taszczył ze sobą.  - Poza tym już tutaj jest pięknie. Te żółte dachówki i czerwone ściany, bardzo mi się podobają. Jak wrócimy do domu, to też sobie tak pomaluje dom. 

Wtedy odezwał się pan Choy:

- Dobrze, że w Anglii. Gdybyś tak pomalował dom w Chinach, musiałbyś zapłacić za to głową.
- Za pomalowanie domu? - zdziwiłem się. 
- Za kradzież cesarskich barw. Czerwony i złoty to kolory przeznaczone tylko dla cesarza. Zwykłym ludziom nie wolno ich używać. 

Pimple wzruszył tylko ramionami. 
- Na szczęście zdjęcia są biało-czarne. No nic. Powodzenia Kapitanie. 

Po czym odwrócił się na pięcie i zniknął w tłumie. A ja przeszedłem przez fosę i znalazłem się w Zakazanym Mieście. 

1913 rok, 17 kwietnia, Pekin, Zakazane Miasto 

Pierwszego dnia mojego pobytu w pałacu przygotowywałem się do oficjalne wizyty i spotkania z cesarzem. Moim opiekunem został pan Lo, mistrz pałacowych obyczajów i kaligrafii, czyli pisania pędzelkiem chińskich liter, których mają tutaj ponad pięćdziesiąt tysięcy (i chyba nikt nie zna ich wszystkich). 

Pokazał mi przede wszystkim, w jaki sposób mam pokłonić się przed cesarzem. Okazało się, że muszę uklęknąć trzy razy i za każdym z nich dotknąć głową ziemi. 

- Taki ukłon nazywa się Kow Tow i oznacza w Chinach wyraz największego szacunku. A cesarz zasługuje na najwyższy szacunek. 

Nie mogłem się nie zgodzić. Pieczołowicie więc klękałem i uderzałem głową w ziemię tak sumiennie, że prawie nabiłem sobie guza. 

Baśnie na warsztacie, Chiny dla dzieci, dzieci i podróże, kaligrafia, Klub latających podróżników, Mateusz Świstak, MEK, zakazane miasto


Kiedy pan Lo uznał, że wystarczy, zapytał, czy nie miałbym ochoty na naukę kaligrafii. 
Pomyślałem, że to dobry pomysł. 

Siedliśmy więc przed kawałkiem papieru (papier pochodzi właśnie z Chin!) z pędzelkiem w ręku i tuszem rozlanym na mały kamienny spodeczek. 

- Przed przystąpieniem do pisania należy być w dobrym nastroju i czuć się swobodnie i lekko. 
- Czyli dokładnie tak, jak ja czuję się teraz - powiedziałem.

Pan Lo uśmiechnął się, po czym chwycił za pędzel. Zamoczył końcówkę w tuszu i kilkoma gibkimi jak wąż śmignięciami nakreślił na papierze przepiękny znak. 

- Gdy się pisze, trzeba, by każdy znak miał swój odrębny wygląd. Musisz poznać jakie uczucie on zawiera. Na przykład kiedy piszesz Zhanggou (co znaczy Państwo Środka, czyli Chiny), musisz czuć dumę i musisz namalować tę dumę w znaku. 

Po czym znów chwycił za pędzel, znów zamoczył go w tuszu i śmignął nad papierem a tam stały dwa, bardzo ładne i bardzo dumne znaki. Po czym ciągnął dalej: 

- Czasem znak musi być, jak ptak, który odlatuje, czasem jak krzyżujące się miecze, a czasem jak strzała. Innnym razem jak płynące chmury, albo delikatnie migoczące gwiazdy. 

I kiedy mówił, jego dłoń raz po raz zostawiała na papierze czarne kreski, a ja mogłem w nich zobaczyć i odlatujące ptaki i krzyżujące się miecze, i strzały, i chmury, i migotanie gwiazd... (...)

(po czym nastąpił długi wykład o yin i yang, o tai chi i feng shui)

1913 rok, 18 kwietnia, Pekin, Zakazane Miasto, po spotkaniu z cesarzem

Cesarz Pu Yi, okazał się być... dzieckiem. Kiedy został cesarze, miał zaledwie trzy lata. Teraz był niewiele starszy i widać było, że jest trochę smutny. Wyobrażam sobie, że całe dnie musi siedzieć i robić bardzo nudne rzeczy. Przyjmować gości i robić poważne miny, a do tego wszystkiego udawać, że wie o czym mówią dorośli i to wie lepiej niż oni sami. Musiał udawać wielkiego smoka, kiedy tak naprawdę był tylko małym smoczątkiem. 

I wszystko, może prócz tańca lwów (które też są symbolem cesarza) bardzo, ale to bardzo go nudziło. 

Na szczęście prezent ofiarowany mu przez Króla Jerzego V był strzałem w dziesiątkę. W związku z tym, że mieliśmy pomóc przy budowie kolei, król ofiarował małemu Pu Yi złotą kolejkę elektryczną. Teraz, pod pretekstem zaprezentowania jej cesarzowi rozłożyłem tory na kamiennej posadzce i poprosiłem cesarza, by zechciał sprawdzić jak działa. Pod pretekstem uszanowania daru od mojego króla, cesarz bawił się kolejką przez całe popołudnie. Prezent chyba mu się spodobał. I chyba mnie polubił, choć - jak przystało na prawdziwego władcę - nie dał tego po sobie poznać. 





11.11.14

Najpierw przyszyły szczury

Baśnie braci Grimm, szczurołap, Szczurołap z hameln, Baśnie na warsztacie, mroczne baśnie, Mateusz Świstak, plaga szczurów, opis dżumy, czarna śmierć w baśniach

Na warsztacie: Dzieci z Hameln/ Szczurołap z Hameln

Dziś kilka słów o jednej z najposępniejszych baśni spisanych przez Grimmów. Rzecz dzieje się w Hameln, niewielkim miasteczku w dolnej Saksonii, które zostało opanowane przez plagę szczurów. 

Sprawa była tak poważna, że nie poradziły sobie z nią ani koty (które wyniosły się z miasta pewnej wiosennej nocy), ani trucizny, ani klasyczni szczurołapacze. Gryzonie stały się bezdyskusyjnymi władcami miasta. Mieszkańcy bali się jeść, bo bali się, że w talerzu znajdą szczura, bali się spać, bo bali się szczura znaleźć w poszewce swojej poduszki. Szczury marnotrawiły ich jedzenie i wygryzały dziury w ich ubraniach. 

Pewnego dnia do miasta zawitał dziwnie wyglądający gość - wysoki mężczyzna o jasnym spojrzeniu, ubrany w kolorową szatę. Obiecał, że rozprawi się z plagą, w zamian za co burmistrz zapłaci mu dość spore wynagrodzenie. Oczywiście burmistrz przystał na propozycję mężczyzny. Obiecał zapłacić, jak tylko z miasta znikną szczury. 

Mężczyzna chwycił za piszczałkę i zaczął grać na niej skoczną melodię, która przyciągała gryzonie. Kiedy już wszystkie myszy i szczury z całego Hameln zebrały się wokół grajka, ten ruszył przez miasto w stronę rzeki. wszedł do łódki i odepchnął się od brzegu, a zahipnotyzowane muzyką zwierzęta powpadały do wody i poginęły. 


Burmistrz postanowił wykręcić się sianem i zamiast zapłacić grajkowi, odprawił go z kwitkiem. Grajek wnerwił się więc nie na żarty i wyszedł. Wrócił jakiś czas później odziany w strój myśliwego i znów zaczął wygrywać na swojej fujarce skoczne melodyjki. Tym razem jednak poszły za nim dzieci z całego miasteczka. Sto trzydzieści głów opuściło Hameln, by już nigdy nie wrócić. Niektórzy mówią, że pozostał tylko kulawy chłopiec, który nie nadążył za resztą. Inne wersje opowiadają, że przeżyła dwójka dzieci - ślepe, które słyszało melodię, ale nie wiedziało którędy iść i głuche, które poszło za dziećmi, ale nie słyszało melodii, więc czar piszczałki na nie nie zadziałał. Co stało się z tymi, które odeszły, nie wiadomo... 


Prawda o Hameln


Baśń ta ma dość mocne zakorzenienie w faktach historycznych. Podobno w XIII wieku naprawdę doszło do zniknięcia z Hameln dzieci. Hipotezy na ten temat są różne. Najbardziej przekonująca jest taka, że Szczurołap opisuje w metaforyczny sposób epidemię dżumy, która przeszła przez tamte ziemie w okolicach tamtego czasu. Fakt pojawienia się szczurów i ich masowej śmierci zawsze poprzedza pojawienie się zarazy pośród ludzi (bo dżumę wywołują bakterie, żyjące na szczurzych pchłach - po śmierci szczurów, pchły wraz z chorobą przenoszą się na ludzi). Postać szczurołapa staje się więc alegorią śmierci, która zabiera dzieci z miasta, by w tanecznym korowodzie doprowadzić je do zbiorowej mogiły poza miejskimi murami. Piękny i dość klasyczny przykład danse macabre

Inna dość ciekawa koncepcja wydarzeń kryjących się za tą baśnią mówi, że wyjście dzieci mogło być echem krucjat dziecięcych, przez które przepadło wiele niewinnych istot. 

Baśnie braci Grimm, szczurołap, Szczurołap z hameln, Baśnie na warsztacie, mroczne baśnie, Mateusz Świstak, plaga szczurów, opis dżumy, czarna śmierć w baśniach

Dla osób, które chciałyby poczytać więcej na ten temat link do artykułu, gdzie i daty i przypisy TUTAJ. (jest też audycja w Polskim Radiu na ten temat, zachęcam do odgrzebania). 


Szczurołap został


Historia prawdy historycznej stojącej za baśnią jest bardzo wciągająca (choć przykra), niemniej - nie to jest istotne dla przetrwania tej baśni. Bo Szczurołap ma już prawie osiem wieków. Pomiędzy faktycznymi wydarzeniami a dzisiejszym dniem niepodległości, kiedy piszę ten tekst, wydarzyło się wiele innych potworności, które mogłyby zagnieździć się w opowieściach o wiele mocniej niż historia zniknięcia garstki dzieci. Tymczasem to właśnie zniknięcie garstki dzieci wciąż ma moc, gdy na przykład tragedia World Trade Center, choć bolesna, pozostaje już tylko bladym cieniem przeszłości, który tylko czasem przewija się jeszcze przez media w paru wytartych już obrazkach i nic poza tym*. Proponuję więc, żeby przyjrzeć się Szczurołapowi tylko i wyłącznie jako opowieści. Opowieści o mieście, albo o wnętrzu każdego z nas. 


Miasto szczurów


Szczury są dla miasteczka tym, co smok, z którego nie można się pozbyć, a który przejada nasze zasoby i sprawia, że każdy następny dzień jest mordęgą i ciągłą niepewnością. O ile jednak smok w swoich gabarytach jest problemem, który przygniata raz a porządnie, o tyle szczury pojawiają się w mieście stopniowo. Najpierw jest ich trochę, potem trochę więcej, a potem (być może wtedy gdy ich biomasa zrówna się z biomasą smoka) BACH! - siadają miastu na karku jako nieposkromiona plaga, by prędzej czy później złamać kark, na którym siedzą.

Pojawienie się w mieście plagi szczurów mówi nam przede wszystkim o fatalnym stanie sanitarnym, w jakim żyli jego mieszkańcy. Zanim przyszły szczury, musieli oni narobić naprawdę sporego bałaganu, żeby cała plaga gryzoni miała gdzie harcować. Musieli zgodzić się na taki stan. I nie chodzi o same szczury - bo każdy z nas ma takie brudy, którymi szczury mogą się żywić. Kiedy jednak zaczynają rozpleniać się do tego stopnia, że nie ma na nie rady, znaczy, że w higienie wewnętrznej mieszkańców Hamlen coś szwankowało. Mieszkańcy mieli czas, żeby walczyć ze szczurami. Nie zrobili tego w odpowiednim momencie. A kiedy ilość szczurów rozrosła się do rozmiarów plagi, wszystkie linie obrony, jakimi dysponowali na nic się zdały... 


Kopanie szczura


Pierwszą bronią, jaką dysponowali mieszkańcy była obrona aktywna - koty. Zadaniem kotów jest patrolować przestrzeń i dosłownie zabijać wszelkie gryzonie, które podjadają nasze zasoby lub zanieczyszczają je swoimi odchodami. To jak korzystanie z trenera osobistego na siłowni. On dokładnie mówi nam, co trzeba zrobić, żeby zrzucić tłuszcz i wzmocnić mięśnie. Jednak problem z trenerem personalnym jest taki, że nawet najlepszy trener na nic nam się zda, jeśli zaraz po treningu zaczniemy się zażerać czekoladkami. Albo kiedy nasz związek się posypie, aktywnie będziemy zastępować radzenie sobie z faktyczną przyczyną jego rozpadu, angażując się w nowe lekkie miłostki. W  środku problem pozostanie nierozwiązany i będzie nas podjadać małymi kęsami.

Nie wiem jak Wy, ale we mnie zakorzeniona jest mocno nawykowa wada, polegająca na tym, że bardzo łatwo potrafię uspokoić swoje sumienie małymi rzeczami, jednocześnie pozwalając by te najpoważniejsze problemy wierciły mi dziurę w brzuchu. Czasem sobie w nich pogrzebię i to nawet całkiem porządnie, ale ostatecznie jest to tylko kopanie szczura. Mam potem satysfakcję, że szczurowi się dostało. Cóż jednak z tego, skoro kopnięty szczur dalej żyje? Co więcej, jest wkurzony. 

Baśnie braci Grimm, szczurołap, Szczurołap z hameln, Baśnie na warsztacie, mroczne baśnie, Mateusz Świstak, plaga szczurów, opis dżumy, czarna śmierć w baśniach

Każdy z nas zaopatrzony jest w koty. Które poradzą sobie z gryzoniami, dopóki my będziemy podejmować aktywne decyzje, żeby z nimi walczyć. Jeśli jednak zamiast aktywnych i konkretnych działań, czyli zabijania szczurów, kiedy nie są one jeszcze plagą, będziemy je tylko kopać, nasza możliwość aktywnego działania zniknie. Koty pewnej nocy uciekną.

Kolejny etap obrony jest o wiele bardziej bierny. Trucizna. Ma ona trochę inny charakter niż koty. Sama w sobie jest substancją szkodliwą, tak dla szczurów jak i dla nas. Sami zaczynamy zatruwać swoje środowisko (to zewnętrzne, czy to wewnętrzne) w nadziei, że szczury będą na tyle głupie, żeby zjeść to, co je zabije. Z jednej strony można to porównać z próbą dotarcia do dna, żeby się od niego odbić. Z drugiej to jest już etap tabletek Prozacu, które mają wytruć nasz problem, ale tymi, kogo wytruwają najbardziej, jesteśmy my sami. Jeśli będziemy zwlekać z przyjęciem lekarstw okaże się, że szczury są już na tyle mądre, żeby pominąć wszystkie próby bombardowania ich czymkolwiek. Możemy mieć nadzieję, że to, co zadziałałoby na kilka szczurów, zadziała też na całą ich plagę, ale to jak branie tabletek na migrenę, kiedy oderwało nam nogę. Już nie ta skala problemu. 

Bo szczury są naprawdę mądre. One wiedzą czego chcą - potrzebują się żywić. A żywią się tym, co najbardziej wartościowe - żywią się nami. Kiedy więc my będziemy podtruwać jedzenie, żeby dać je szczurom, one będą zjadać to, co zostawiamy dla siebie. Będą tam, gdzie nasze pożywienie, będą tam, gdzie nasz sen i odpoczynek.

Trzecia linia obrony to korzystanie z usług konwencjonalnego szczurołapa. Może to być inna osoba, na przykład psycholog, a może po prostu nasza logika, nasze spekulacje i te wszystkie myśli, które mamy na temat szczurów siedzących w nas. Wejdźcie sobie w głowę i odnajdźcie tam taki problem, który najbardziej was podgryza. Doskonale go znacie i wiecie, jak będzie wyglądało wasze myślenie na jego temat. Przerabialiście to już nie raz (pisałem o tym trochę tutaj). Niech to będzie jedna myśl - złamane serce, stracona praca, zdrada ze strony przyjaciela, władcza matka itd. Każdy ma swoją własną historię, którą fabularyzuje. Każdy ma w głowie taki najgorszy problem**, który ma już wypracowanych w naszej głowie całą masę rozwiązań, na którego temat mamy tysiące koncepcji. Tysiące klasycznych pułapek na szczury. I jeśli wystarczająco długo nic z nim nie robiliśmy, to ten problem jest już plagą. Nie zadziałają na niego trucizny, ani nic, co mieszka w naszych głowach. 

Jak na ironię i koty, i trucizna, i konwencjonalne pułapki są skuteczne... ale tylko, jeśli odpowiednio wcześnie zostaną przez nas wdrożone. 

Baśnie braci Grimm, szczurołap, Szczurołap z hameln, Baśnie na warsztacie, mroczne baśnie, Mateusz Świstak, plaga szczurów, opis dżumy, czarna śmierć w baśniach

Mieszkańcy Hameln próbowali wszystkiego, ale dopiero, kiedy spadła na nich plaga, dopiero, kiedy było dla nich samych za późno. Szczury nie tylko były, szczyry rządziły. A mieszkańcy obnosili na sobie wielkie dziury w ubraniach. Każdy, kto na nich patrzył wiedział, że mają problem ze szczurzą plagą... na szczęście czasem nawet w najgorszym nieszczęściu zdarzają się cuda. 


Kolorowy grajek


Kim był Szczurołap? Nie wiadomo. Przybył znikąd, wrócił donikąd. Wiadomo na pewno, że nie był z miasta. I nawet, gdyby to nie zostało powiedziane na głos, moglibyśmy to wywnioskować, po kolorach, jakie na sobie nosił, po niewygryzionej przez szczury szacie i po jasnym spojrzeniu. Ocalenie przyszło do Hameln z zewnątrz. Ocalenie przyszło do Hameln w postaci nowej jakości. Nie jest jedną z naszych koncepcji (jak reszta miejskich szczurołapów). Jest czymś nowym. Jest czymś nowym. Jest czymś nowym.
Jest rozwiązaniem problemu. Całkowitym. Jednak umysł mieszkańca Hameln już nie wierzy w takie rzeczy, jak całkowite rozwiązanie problemu. Zgadza się na warunki przybysza, bo wie, że nie ma możliwości poradzenia sobie ze szczurami (trzyma się swoich koncepcji). A tutaj kolejne zaskoczenie - przybysz ma w zanadrzu coś, co można nazwać tylko i wyłącznie cudem. Rozprawia się ze szczurami w sposób błyskawiczny i wyjątkowo brawurowy. Mieszkańcy stają się wolni od plagi, jednak... 


Dygresja o cudownych uzdrowieniach


Kilkakrotnie byłem świadkiem cudownych uzdrowień. Wiecie - takich, co to przychodzi duchowny i zaczyna się modlić. I nagle ludzie, którzy kuleli całe życie, przestają kuleć, a palce, które od wypadku były zwinięte, nagle się prostują. Albo z karku ustępuje ból, który dręczył kogoś od miesięcy. I tak dalej i tak dalej. 

W każdym razie, mój bliski znajomy sam doświadczył takiego uzdrowienia. Miał problemy z biodrem, które doskwierało mu podczas ćwiczeń i strasznie go to irytowało. Poszedł więc na spotkanie z pewnym pastorem z Nigerii i ten pastor przemodlił mu biodro. Cały ból i wszelkie niedogodności zniknęły na pstryk. 

Znajomy więc z radością wrócił do trenowania. Bo to lubił. Problem w tym, że nic nie zmienił i to, co doprowadziło go za pierwszym razem do bólu biodra, doprowadziło go tam także za drugim razem. Cud się skończył. A wiecie dlaczego? Bo zła postawa pozostaje złą postawą. I jeśli raz doprowadziła do kontuzji, głupotą byłoby sądzić, że za drugim razem będzie inaczej. 

Baśnie braci Grimm, szczurołap, Szczurołap z hameln, Baśnie na warsztacie, mroczne baśnie, Mateusz Świstak, plaga szczurów, opis dżumy, czarna śmierć w baśniach

Oczywiście nie chodzi mi tutaj tylko o "przemodlone" cuda. Chodzi o udane operacje, nocne rozmowy, które wstrząsają nami do żywego, chodzi o nasze małe decyzje, żeby coś zmienić, chodzi o WSZYSTKO to co zmienia stan rzeczy na lepszy. WSZYSTKO, co wnosi w nasze życie nową jakość. Chodzi o każdego spotkanego szczurołapa, który przychodzi do nas z ofertą cudu. 

Niestety - cóż nam po wielkich postanowieniach, skoro w życiu wciąż mamy chlew, którym karmią się szczury. 

Burmistrz Hameln


To jest właśnie punkt, w którym znajdują się mieszkańcy Hameln. Właśnie wydarzył się cud. Właśnie przyszła pora na zmianę, właśnie są wolni. I trzeba zapłacić za to odpowiednią cenę. Ta cena zawsze jest duża, bo zmiana warta jest tylko dużych "pieniędzy". Ta cena, to odwrócenie się od starego, zostawienie świata szczurów za plecami. Kiedy jednak przychodzi im do płacenia - zaczynają się wymówki. Można wiele obiecać, kiedy szczury rozwalają całą naszą rzeczywistość. I tak wiadomo, że nie będzie trzeba się stosować. Wszelkie postanowienia mają moc zdania "od jutra nie palę". I przychodzi jutro, a my budzimy się ze świadomością, że szczury i tak mają we władaniu nasze miasto i z paczką fajek w dłoni. Będzie następne jutro. I następne, a my zawsze będziemy dzień przed tym jutrem, w krainie szczurów. 

Pewnego dnia jednak - niespodzianka. Budzimy się, a tutaj faktyczne jutro - to, w którym nie ma szczurów, a my obiecaliśmy, że przestaniemy palić. Budzimy się w świecie, który nie ma szczurów... no prawie ich nie ma. bo tak naprawdę jest jedno miejsce, w którym ciągle mieszkają. To my. Wciąż mamy umysły przyzwyczajone, do wymówek, do robienia syfu, wciąż mamy umysły, które doprowadziły nas do plagi. Dodatkowo umysły pozbawione kotów, trucizn i racjonalnych sposobów na rozwiązywanie problemów. Jesteśmy skażeni szczurem i bezbronni wobec swojej wolności. 

Baśnie braci Grimm, szczurołap, Szczurołap z hameln, Baśnie na warsztacie, mroczne baśnie, Mateusz Świstak, plaga szczurów, opis dżumy, czarna śmierć w baśniach

Burmistrz zaczął targować się ze szczurołapem. Szczurołap jednak wiedział, że są rzeczy, nie podlegające negocjacji - jak cud i jak zapłata za ten cud. Burmistrz, to zwieńczenie tego, czym jest skażony szczurem umysł. A może więcej - jest idealnym przykładem umysłowości, która zawładnęła mieszkańcami Hamlen przed plagą. Jest tym wszystkim, co doprowadziło do plagi. Problem w tym, że cud już się dokonał... i nie ma wymówek. Szczurołap mówi w pewnym momencie, że zna wiele melodii, których burmistrz nie chciałby usłyszeć.

W tym punkcie ujawnia się kolejna genialność tej baśni. Burmistrz, traktuje to jako groźbę. Staje znów na pozycji autorytetu, który całkowicie ignoruje cud, jaki się przed chwilą dokonał. Kiedy czuje się pewnie, staje się również ślepy na faktyczną potęgę, jaka dzieje się wokół niego. Szczury nie uciekły z miasta, szczury wciąż żyją w duszach jego mieszkańców. Bo zmiana, która następuje po cudzie, nie wynika z samego cudu, ale z faktu, że jesteśmy na tyle pokorni, by zaakceptować nową rzeczywistość w całości - ze wszystkimi jej konsekwencjami. Hamlen nie było gotowe na pokorę. Zjadła je pycha. 

Dzieci odchodzą


Kiedy szczurołap wraca do miasta, nie jest już kolorowy, nie jest już pełnym spektrum światła i możliwości. Jest myśliwym*** i tylko myśliwym, jest bezwzględnym drapieżnikiem, który przyszedł dokończyć to, co zaczął (zresztą co do tego, że zawsze nim był nie ma wątpliwości, różnica polega na tym, że wcześniej grał po stronie mieszkańców Hameln). Nie wyplenia jednak szczurzego nastawienia z dusz mieszkańców bezpośrednio. Nie zabija tych, którzy mu się narazili. Robi coś o wiele mocniejszego - zabiera im przyszłość. Strzępy przyszłości, które pozostają są chrome, ślepe albo głuche. Nie nadaje się do rozwoju. Być może to brzmi strasznie, ale to chyba najskuteczniejszy sposób na pokazanie mieszkańcom, że to jak żyją doprowadzi ich donikąd. Chcecie iść dalej - idźcie, ale nie tymi samymi drogami, którymi wędrowaliście - te drogi są już skończone. Szczurołap zabrał starą perspektywę i nie pozostawił przed mieszkańcami nic. Tylko bolesną pamiątkę. I pustkę, na której mogli zacząć budować jeszcze raz... już bez szczurów. 

Szczurołap wykonał swoje zadanie do końca.
Czy mieszkańcy zrozumieli...?


***


Ilustracje do dzisiejszego postu: Emma Chichester Clark, Michael Sopran, monIster, Errol Le Cain, Cotton-sheep

I garść przypisów: 


* Gryzę się w język, że po prostu żyjemy już w czasach, w których nie potrafimy opowiadać. Dlatego moc prawdy, drzemiącej w faktach nie ma innego wyboru, jak tylko zdechnąć. 

** A tak przy okazji - jeśli wchodząc w swoją głowę zobaczyliście jakiś problem, a potem, na wszelki wypadek, zastąpiliście ten obraz innym, łatwiejszym, gratuluję - właśnie mieliście przykład tego, jak z kilku szczurów można zrobić plagę. Wystarczy je pominąć. Zła wiadomość jest taka, że szczury zawsze sobie poradzą. 

*** w niektórych koncepcjach myśliwy utożsamiany jest z postacią reprezentującą podświadomość. Bo niby wychodzący z głębi lasu, który jest w nas tym wszystkim czego nie rozumiemy i 

2.11.14

Klub Latających Podróżników - W środku Państwa Środka (cz.1)

Baśnie na warsztacie, Bliski, dzieci i podróże, Klub latających podróżników, Islam, muezin, minaret, Mateusz Świstak, MEK, chiny dla dzieci,

Na warsztacie: Klub Podróżników, Muzeum Etnograficzne, zajęcia dla dzieci, Kapitan Herman, Chiny

Kapitan Herman i sierżant Pimple tym razem postawią swoją stopę w kraju tak pełnym cudowności, że nie sposób wyliczyć: stąd pochodzi herbata, sztuczne ognie i kung fu. Tu mieszkają pandy i cesarzowie. Tutaj powstała jedyna budowla widoczna gołym okiem z księżyca. 

W pierwszej części wędrówki,  Członkowie Klubu trafią to pałacu cesarza. Dowiedzą się jak wyglądało jego codzienne życie. Czym zajmowali się jego lekarze, jak budowało się domy, jak pisało i po co cesarzowi był chiński mur. 

No i najważniejsze - nie będziemy bawić się ryżem!

Na koniec - każde dziecko będzie mogło wykonać swoją własną kaligrafię.


ZAPISY TUTAJ


Z dziennika kapitana (Uwagi luźne na temat życia w Iranie):

Rok 1913, 15 lutego, 6.16 RANO!!!

Jesteśmy w Teheranie, stolicy Iranu. Każdego poranka tuż po świcie jakiś mężczyzna, którego wszyscy nazywają muezinem wychodzi na balkon wieży i zaczyna się drzeć wniebogłosy. 

Jestem wyraźnie zirytowany faktem, że nie mogę się przez niego wyspać i, co nie chwalebne, jestem przez to niemiły dla Pimple'a. Na szczęście sierżant jest wyrozumiały i jakoś puszcza mimo uszu moje uszczypliwości. Mówi, że ten cały muezin, nie wydziera się po to, żeby denerwować kogokolwiek. Jego zadaniem jest nawoływanie wiernych do modlitwy. 

- To jakiś ksiądz? - zapytałem zdziwiony. 
- Można by tak powiedzieć. 
- A czy widziałeś kiedyś księdza, który wychodzi przed kościół i zaczyna drzeć się, żeby ludzie przyszli?
- Nie kapitanie - przyznał mi rację Pimple - za to w kościołach są dzwonnice. I zamiast krzyczeć mogą dzwonić. 

Zresztą, to przecież nie były kościoły. Ten budynek, nazywał się meczetem i wierzyło się tam w innego boga niż wierzy się w kościołach. Ten bóg nazywał się Allach (co po arabsku znaczy... Bóg) A ta wieża do której ktoś zapomniał włożyć dzwon, to minaret. A ten facet, który się drze to muezin. 


Rok 1913, 15 lutego, 17.30

Doszło do tego, że nie mogę już patrzeć na herbatę. Przypadkowo spotkani ludzie, byli tak mili, że kilka razy zostałem dziś zaproszony do domu na herbatę właśnie. I każdy do tej herbaty dawał mi słodkie ciasteczka. 


Baśnie na warsztacie, Bliski, dzieci i podróże, Klub latających podróżników, Islam, muezin, minaret, Mateusz Świstak, MEK, chiny dla dzieci,


Sposób picia herbaty jest tutaj bardzo dziwny. Po pierwsze nie dodaje się do niej mleka. Po drugie zaś nie słodzi się jej normalnie. Herbata jest bardzo mocna i drapie po języku jak papier ścierny. Kto chce, żeby herbata była słodka, zagryza ją kostką cukru. Smak jest niezwykły i bardzo ciekawy, i przyznam, od czasu do czasu z przyjemnością napiję się herbaty w ten sposób, ale, Na Boga, nie siedmiu herbat przed podwieczorkiem!




Rok 1913, 15 lutego, 22.30

(...)
Dziś wydarzyła się jeszcze jedna rzecz, którą chciałbym zanotować. Na ulicy znalazłem piękną złotą bransoletę. Wyglądała na bardzo misterną robotę i musiała należeć do jakiejś zamożnej i pięknej kobiety. Do tego nie była w ogóle zakurzona, co znaczyło, że ktoś musiał ją zgubić przed momentem. Szybko podniosłem wzrok, żeby rozejrzeć się za właścicielką. I Dziwne okazało się to, że przede mną, po ulicy chodziło bardzo wiele kobiet... I wszystkie ubrane były w ciemne, długie stroje. Do tego zasłonięte miały włosy i ramiona. Niektóre nawet twarze. Miałem wrażenie, że wyglądają trochę jak zakonnice ninja. 

Nie było więc szans, żebym znalazł właścicielkę. Postanowiłem więc, że dołączę bransoletę do skarbów pradziada Alfreda. 

Przy okazji - odnalazłem wyspę o której mówiła zagadka z mapy pradziada. Poprosiłem przełożonych, by wysłali mnie, jak najszybciej z jakimś zadaniem na południe Indii. Powiedzieli, że to rozważą, potem przysłali mnie tutaj. Kiedy skończę pomiary dla szejka Alego (szejk to znaczy wódz). Mam się udać do Chin. Potem, jeśli wszystko się powiedzie - Indie, a potem łza z ich oka... i skarby pradziada.  

Tymczasem - muezin znów się drze. Robi to pięć razy w ciągu dnia... i nocy. Muszę zainwestować w zatyczki do uszu.