25.7.14

Śródziemie 

J.R.R. Tolkien, baśnie i Tolkien, hobbit i baśnie, Fantazja, fantazjowanie, Baśnie na warsztacie,


Na warsztacie: J.R.R. Tolkien, "Drzewo i liść"


Jak powinna rozpocząć się dzisiejsza historia?

Może tak: Pani Jadwiga Wais wspomniała mi o pewnej książeczce. Niedużej, ale ponoć bardzo wartościowej. Tytuł jej brzmiał dość poetycko, bo Drzewo i liść, a autorem miał być nie kto inny, jak J.R.R. Tolkien (dla osób, które spotykają się z nazwiskiem po raz pierwszy - to gość, który napisał scenariusz do Hobbita). Ładnie podziękowałem i wrzuciłem tytuł na listę książek "do przeczytania". Dzień, może dwa później poszedłem do swojej ulubionej kawiarni (Nie lubię Poniedziałków), gdzie przy barze spotkałem Majkę.

- Mam coś, co może cię zainteresować - zaczęła tajemniczo.

Po czym wyszło, że w tej tajemniczości skrywa się rzeczona pozycja. Wydana nakładem Zysku i S-ki w roku 2000 niewielkich rozmiarów książeczka, pochodziła jeszcze z czasów, kiedy nie bardzo znano dobrodziejstwa papieru objętościowego. Wyglądała więc mizernie, ale to nie miało większego znaczenia. Nie wiem, czy i wy tak macie, że niektóre rzeczy po prostu do was wołają. Zrób to! Jedź tam! Przeczytaj mnie! Drzewo i liść wyraźnie mnie wzywało.

A może początek powinien wyglądać tak: Była to końcówka lat 30. XX wieku. J.R.R. Tolkien wraz ze swoimi akademickimi kolegami już od dobrych kilku lat spotykał się w klubie Kolbitar (co po islandzku znaczyło "Gryzący Węgiel"), gdzie zebrani czytywali stare islandzkie sagi w oryginalnych językach (głównie w staronordyckim). Tam też niejaki C.S. Lewis (dla osób, które spotykają się z nazwiskiem po raz pierwszy - to gość, który napisał scenariusz do Opowieści z Narnii) namawia Tolkiena, by wygłosił prelekcje na temat baśni. Kiedy studenci gorączkują się podczas egzaminów ze staroangielskiego, Tolkien kreśli kolejne passusy swojego eseju. Wygłasza je w okolicy roku 1938. Prelekcja trafia do druku pod tytułem On Fairy Tales (czyli "O baśniach") dopiero w roku 1947. Potem syn Tolkiena, Christopher przygotowując rozprawę do kolejnego wydania, dodaje do niej jeszcze opowiadanie z 1945 roku Liść, dzieło Niggela i wierszowany traktacik Mythopoeia.

Tyle tytułem wstępu. A teraz do rzeczy:

Słowa


Najkrótszą odpowiedzią na pytanie, o czym jest Drzewo i liść, byłoby chyba stwierdzenie, że to obrona baśni i baśniowego sposobu myślenia. Tolkien jako znawca i co ważniejsze, jako praktyk i opowiadacz (tj. pisarz), ma solidnie przemyślaną i konkretną perspektywę, z jakiej patrzy na stare opowieści (i na opowieści w ogóle). 

Dla autora Władcy Pierścieni baśń to przede wszystkim narracja. Trudne do opanowania narzędzie tworzenia wszechświatów z materii, jakim jest słowo. Trudne przede wszystkim ze względu na całkowitą dowolność tworzenia. Słowa nie są dosłowne - jedno ma wiele znaczeń może prowadzić w wielu kierunkach. Teatr czy film, operują dosłownością, która w przypadku tkanki baśniowej jest po prostu niewystarczająca. Oczywistość buduje dystans (krytyczny nie przestrzenny). Zawiesza w wiarę w snutą historię. Tolkien wyrasta na dość zasadniczego przeciwnika teatru, jako czegoś zbyt ubogiego, by ukazać baśń (czy też baśniowość) w pełnej krasie. Teatr według niego skupia się na osobach, narracja zaś na rzeczach. A potem podaje przykład, który mnie osobiście przekonuje, jak żaden inny w całej książce. Dla osób patrzących na drzewo w teatrze, pozostaje ono tylko drzewem. W opowieści zaczyna ono żyć nie tylko w przestrzeni, ale i w czasie, nabiera nie tylko faktury czy koloru, ale przede wszystkim charakteru i kto wie - może nawet duszy (przed oczami od razu staje cały las wędrujących Entów). Słowo, w przeciwieństwie do obrazu jest wielowymiarowe. Dzięki temu, co w pierwszej chwili może wydawać się przewrotne, bliższe życiu i konkretom. 

Przedstawienie wizualne, choćby najbardziej sugestywne to zawsze za mało. Dosłowność ma zaś ten mankament, że odbiorca mógłby po prostu fizycznie nie wytrzymać - obraz przekroczyłby strefę komfortu widza. Słowa zbliżają więc, ale pozostawiają zdrowy dla słuchacza dystans (przestrzenny, nie krytyczny). Pod samą skórą, a jednocześnie dawno dawno temu, w zupełnie innym świecie. 


J.R.R. Tolkien, baśnie i Tolkien, hobbit i baśnie, Fantazja, fantazjowanie, Baśnie na warsztacie, mimesis


Słowa są jak powietrze, może ich nie widać, ale bez nich nie da się oddychać baśnią. To one tworzą fantastyczny nastrój opowieści, one są magią (wystarczy powiedzieć "zielone słońce", a słońce będzie zielone). Ramą baśni są cuda, a te "nie tolerują żadnych ram ani technicznych zabiegów sugerujących, że cała historia, w której cuda te się pojawiają jest wymysłem lub złudzeniem".

Odsyłam też do innego tekstu z bloga: Kraina absolutnie wszystkiego


Prawda


Prawda, to takie kreowanie rzeczywistości, w których słowa i ich treść pozostają "prawdziwe" w ramach opowiadanego świata. Tak więc "wierzysz dopóki pozostajesz <<wewnątrz>> opowieści". Dla Tolkiena opowieść magiczna może podważać absolutnie wszystko... prócz samej magii (którą utożsamia z mocą słowa, czy szerzej ze sztuką). Kreacja jest jedyną rzeczą śmiertelnie poważną. Jest też jedyną rzeczą, która przykuwa odbiorce do nieistniejącego świata. Kiedy pojawia się niewiara, magia (albo sztuka) zawodzą. Opowieść staje się karykaturą. Jeśli ten czar pryśnie, a słuchacz zostanie wybity z rytmu opowieści może jedynie zawiesić swoją niewiarę, lecz wtedy... cóż - to co jest baśnią, pierzcha i już nie wraca. Polegliśmy jako opowiadacze. 

To prowadzi do ważnej dla Tolkiena konstatacji - baśnie są na serio. Mogą być zabawne, ale pozostają na serio. Mogą nawet być satyrą, ale do tego są śmiertelnie poważne. Jakiekolwiek próby zasygnalizowania, że nie są, na przykład włożenie opowieści w ramę snu (jak na przykład Alicja w Krainie Czarów), albo puszczenie oka, do widza, że to nieprawda, zabija baśń. Sprawia, że niesione przez nią wartości stają się bez sensu. Tymczasem sen kończy się tam, gdzie my przestajemy śnić. Kraina baśni jest natomiast niezależna od naszego śnienia, czy nieśnienia. 

Królestwo Czarów


Tolkien nie zbiera baśni, ale czyta je, a potem jako filolog stara się odkryć, jak one działają. Już na początku stara się dojść do tego, czym są baśnie. Fairy tales, bo od tego wychodzi, czyli opowieści o elfach i wróżkach to dla niego pojęcie umniejszające baśń. Wykorzystując swoją filologiczną wiedzę dociera do słowa faerie - magiczna kraina, które staje się dla niego podstawą do snucia koncepcji baśniowości. Otóż baśń to właśnie faerie, nie historia o elfach, ale o krainie, w której elfy mogą żyć. To Śródziemie, to Midgard i Asgard, to Narnia, to Nibylandia. To kraina bardzo dwuznaczna. Nie można go opisać, można go jedynie doświadczyć. Jest prawdzie, ale pomiędzy naszym światem a nim leży ocean, którego jako śmiertelnicy nigdy nie przebędziemy. Kraina Czarów to miejsce współistnienia tego, co konkretne z tym, co fantastyczne. Dobra baśń to taka, w której to, co ludzkie miesza się z tym, co fantastyczne. W przeciwnym razie "elfom nic do nas, ani nam do elfów". To współistnienie pozwala właśnie na wiarę, a logiczne myślenie otwiera na magię (bo pozwala rozróżnić jedno od drugiego i... pomaga zacząć wierzyć). 

J.R.R. Tolkien, baśnie i Tolkien, hobbit i baśnie, Fantazja, fantazjowanie, Baśnie na warsztacie,


To rozerwanie światów pomaga baśniom pełnić niezwykle istotną rolę egzystencjalną. Fantazja daje możliwość stworzenia czegoś niedoścignionego. Co z jednej strony nigdy nie zostanie osiągnięte, a więc zawsze pozostanie czyste, z drugiej zaś pozwoli zaspokoić, czy też uspokoić pragnienia, które w normalnym świecie pozostają nienasycone (na przykład pragnienie latania, czy przezwyciężania śmieci). 

Fantazja Krainy Czarów ma nad umysłami władzę, ale raczej jak Mick Jagger niż jak Adolf Hitler. Wizyty w tej Krainie są jak mycie wewnętrznych okien z zacieków trywialności. Pomaga odświeżyć nasze spojrzenie. Najpierw patrzeć na smoka, a potem spojrzeć na owcę tak, jak patrzy się na smoka, a przez to przywrócić światu należną mu niezwykłość. 

Zupa Opowieści


Jak można dostać się do tej Magicznej Krainy? Tutaj znów Tolkien wykazuje się fantastyczną intuicją i to bynajmniej nie antropologa. nie interesują go która opowieść bierze się skąd, albo ile wariantów ma Czerwony Kapturek, czy Królewna Śnieżka. Dla niego o wiele ważniejsza jest wartość motywów, z jakich składa się opowieść. To że coś jest w stanie przetrwać tysiące lat ma tylko jedno uzasadnienie. Jeśli przetrwało, znaczy że (uwaga uwaga) jest dobre narracyjnie! Nie mają znaczenia pierwotne znaczenia opowieści, ich historyczne podłoże czy jakiekolwiek inne konteksty. Czas, przestrzeń oraz prawa autorskie nie grają w tym procesie żadnej roli. Wiliam Szekspir, Jo Nesbo, czy wiejski opowiadacz z mongolskiego stepu, mają takie samo prawo czerpać z wielkiego, gotującego się kotła opowieści, jak i dorzucać do niego swoje składniki. niech wrzucają co chcą, przetrwa tylko to, co jest wartościowe... literacko wartościowe. 

Dzieci


Bo dla Tolkiena, baśń to przede wszystkim literatura i to poważna. Niestety z racji tego, co się z ba śniami wyprawia, zazwyczaj jest to zła literatura. Największa tragedia, jaka mogła przydarzyć się baśniom to zaklasyfikowanie jej do gałęzi literatury dziecięcej. Opowieści karleją przycinane do potrzeb z a k ł a d a n e g o przez dorosłych poziomy dziecięcego umysłu. Duża część Drzewa i liścia zajmuje się właśnie tym zagadnieniem. Baśnie są terytorium, po którym hasają ostateczności, odwieczne prawa sprowadzone do kilku prostych zdań. I forma ta nie jest przeznaczona przede wszystkim dla dzieci. Jest to forma, która odpowiada tym, którzy potrafią zrozumieć odwieczne prawa sprowadzone do kilku prostych zdań. Będzie to tylko część dzieci, będzie to tylko część dorosłych, ale nie mniej ani nie więcej. 


J.R.R. Tolkien, baśnie i Tolkien, hobbit i baśnie, Fantazja, fantazjowanie, Baśnie na warsztacie, rola baśni w życiu dziecka


Tolkien sam przyznaje, że jego zainteresowanie baśniami można datować na początek jego studiów (przy okazji, doskonale pamiętam wieczory na pierwszym roku polonistyki, kiedy po raz pierwszy dostałem w swoje ręce Opowieści z Narnii, miałem wtedy 19 lat i absolutnie żadnej ochoty, żeby zajmować się baśniami). Lubienie baśni wynika z predyspozycji umysłowych, czy też duchowych i nie można ich przypisywać pewnym klasom ludzi (jak na przykład dzieci, czy schizofrenicy). 


Jak to już wcześniej w tygodniu cytowałem: "Baśnie oferują fantazję, uzdrowienie, ucieczkę i pociechę, a więc wszystko to, co bardziej potrzebne jest dorosłym niż dzieciom".

Ucieczka


Najdotkliwszym zarzutem, z jakim spotykał się Tolkien wobec baśni było to, że są one pretekstem do uciekania. Na ten zarzut jednak opowiadał bardzo prosto - a czym innym jest cała literatura? Jednak ucieczki do zaczarowanej krainy mają trochę inny wymiar. Odświeżają, dają nadzieję (bo kończą się dobrze), pozwalają też spojrzeć na codzienność z tej odległej, odległej perspektywy (najpierw na smoka, potem na owcę), żeby zobaczyć jak daleko leżymy od ideału. Pozwalają też na odnowę w jeszcze jednym ważnym zakresie. Powrócić upadłemu człowiekowi do głęboko zakorzenionej w nim potrzeby tworzenia. Sztuka jest bawieniem się w małego boga. Odpowiada na głęboko zakorzenioną w nas potrzebę nazywania rzeczy, nadawania im sensu i wywlekania ich ex nihilo. Bo zostaliśmy stworzeni na obraz i podobieństwo...

Epilog


Wywód Tolkiena jest o wiele bardzie skomplikowany i gęsty niż moje streszczenie. Trzyma się jednak logiki z żelazną konsekwencją. I nagle w Epilogu przesadza stworzone między światem a baśniami morze, by wskazać, że jest pewna baśń, która działa się i nadal dzieje po naszej stronie oceanu. Mówi o Ewangeliach. O tym, jak dzieje Jezusa można czytać przez pryzmat baśni. Tolkien był bardzo świadomym chrześcijaninem i nie bał się o tym mówić. Do tego potrafił robić to tak, że ktoś kto dociera do Epilogu, jeśli słuchał uważnie przez cały wywód (czyli jakieś 75 stron), może jedynie przytaknąć. Jak czytać Biblię przy użyciu tych samych narzędzi co baśń i baśnie przy użyciu tych samych narzędzi co Biblię. To jest pytanie bardzo mi bliskie, na które sam staram się wciąż odpowiadać. Odpowiedź Tolkiena jest bardzo przekonująca i przyznam, że w kontekście całości dość niespodziewana. Tę niespodzianeczkę, trzeba tylko umieć przyjąć z otwartą głową.*


Noty


Tolkien ma wiele do powiedzenia. Tak wiele, że część z dość nonszalancko rzucanych hipotez nie zmieściła się bezpośrednio w tekście. Kiedy zamyka główny wywód, zaczyna się więc szereg not zbierających dodatkowe materiały. To krótkie pomysły dotyczące na przykład ilustracji i fotografii w baśniach (baśń jako wycinek opowieści, musi mieć ilustracje w obramowaniach. Fotografia i wychodzenie zdjęć na spady sprawiły, że ilustracja zaczęła rozlewać się poza ramy "dawno dawno temu" a "żyli długi i szczęśliwie"). Albo o tym, jak przez teorie naukowe zatraciliśmy umiejętność rozsądzania pomiędzy tym, co prawdziwe a fantazją. Albo na przykład o tym, jak mocno w dzieciach tkwi rozróżnienie pomiędzy tym, co fantastyczne a rzeczywistym (dinozaury to nie smoki, niezależnie od tego, co mówiliby głupkowaci dorośli - dziecko to czuje). Albo i co chyba jest najmocniejsze - mocne rozróżnienie pomiędzy człowiekiem a zwierzęciem. Według Tolkiena (bardzo to teraz uproszczę) to zaklasyfikowanie człowieka w świat "tylko" zwierząt przyczyniło się do chaosu emocjonalnego. Kiedyś różnica ta była wyraźniejsza, więc pragnienia bycia zwierzęciem mogły się realizować w Krainie Fantazji (swoją drogą - autor Hobbita chyba nie lubi antropologów i etnologów). "Mamy więc dziś ludzi, którzy kochają zwierzęta bardziej niż innych ludzi, którym żal owiec do tego stopnia, że przeklinają owczarza niczym wilka, którzy opłakują zabitego konia, a oczerniają martwego żołnierza. To dziś, a nie w czasach, gdy rodziły się baśni, zabrakło "poczucia rozdziału".

Tolkien ma ogromną wiedzę i świetne intuicje. Jest wyjątkowo logiczny i przede wszystkim rozsądny. Jest godny polecenia. 

***

J.R.R. Tolkien
Drzewo i Baśń oraz Mythopoeia
Przekład: Joanna Kokot, Jakub Z. Lichański, Krzysztof Sokołowski
Zysk i S-ka, Poznań 2000 rok. 


* A propos otwartej głowy... przypomina mi się pewna historia, którą w tym miejscu muszę przytoczyć. Pewnego razu siedzieliśmy ze znajomymi na obiedzie. Rozmowa potoczyła się w stronę chrześcijaństwa, ale nie była jakaś bardzo zabobonna (raczej nikt przy stole nie należał do kategorii "beton"). Kiedy jednak po raz pierwszy padły słowa Jezus, Ewangelia i Kościół, jedna z siedzących przy stole kobiet, zatkała uszy i zaczęła robić z wystawionym językiem "bleblebleblebleble".
Myślę, że to jedna z bolączek rozmów o chrześcijaństwie w naszym kraju (wybaczcie proszę to uogólnienie) - włączające się z automatu skojarzenia - nudne msze, moherowe berety, kuriozalne akcje z krzyżem pod pałacem prezydenckim, imperium księdza Rydzyka i idiotyczne wypowiedzi medialne o limitowanych standardach umysłowych, przepych Lichenia, czy sześć milionów na Świątynię Opatrzności Bożej w Krakowie, to rzeczy, które przede wszystkim wychodzą na złe samej Biblii. I choć nie ma co się dziwić we wrogość względem tej dość polskiej maniery, musimy pamiętać, że tak jest u nas, a Tolkien był Anglikiem, poza tym, pisał o Biblii a nie o moherach, Rydzyku, Licheniu i tych sześciu bańkach. Pisał o największej, najmisterniejszej i najprawdziwszej baśni świata. 

14.7.14

Czuj Czuj i bajki romskie


Czujczuj, baśnie cygańskie, mniejszości narodowe, edukacja mniejszości, Baśnie na Warsztacie, Mateusz Świstak

Na warsztacie: czujczuj
Dziś wpis gościnny. Ale zanim, pozwolę sobie na kilka słów wstępu. Jeśli śledzicie uważnie fanpejdż Baśni na warsztacie, mogła Wam kiedyś wpaść w oko informacja o tym, że organizowana jest wyprawa do Mołdawii, podczas której kilku wolontariuszy zamierza robić warsztaty dla romskich dzieciaków, zbierać i tworzyć baśnie.
 Po wejściu na stronkę okazało się, że to nie jedyny projekt tego typu, że Czujczuj działa tak nie po raz pierwszy. Głównym zainteresowaniem projektu są mniejszości etniczne. Po pierwsze obdarzone własną kulturą, po drugie trochę rugowane ze świadomości społecznej. Kurdowie, Tatarzy, Czeczeni, Kistowie, Bojkowe, Ałtajczycy, Czeczeni, Nieńcy, a przede wszystkim Romowie. 


To dla nich i z nimi pracują Czujczujowi wolontariusze. Do dziecięcych emocji próbują dogrzebać się tak jak ja - poprzez baśnie, ale też warsztaty fotograficzne, czy na przykład warsztaty plastyczne w konwencji Zrób zabawkę z tego co masz pod ręką. 


Czujczuj, baśnie cygańskie, mniejszości narodowe, edukacja mniejszości, Baśnie na Warsztacie, Mateusz Świstak, Syreny Małgorzata mirga-tas, romski pstryk

Podczas mojej ostatniej wizyty w stolicy miałem przyjemność spotkać Olgę Ślepowrońską jedną z czujczujowych dobrych dusz. Opowiadała mi o tym, jak wyglądał wyjazd do Mołdawii, jak powstawały tamtejsze opowieści o zaangażowaniu dzieciaków i o tym jak ważne jest dla nich to, że ktoś się zainteresuje. Kiedy słuchałem Olgi, zdałem sobie sprawę z rzeczy być może banalnej i oczywistej, że za tym czy projekt jest dobry czy nie, nie decyduje jego merytoryka. O wiele ważniejsze jest zaangażowanie i entuzjazm ludzi, którzy go tworzą. Na szczęście banał i oczywistość wykładają się na praktyce. 
 Jak już powiedziałem, dziś wpis gościnny, więc po prostu odeślę Was do samego Czujczuja i kilku refleksji Olgi z tego wyjazdu.

CZUJCZUJ TUTAJ

A tutaj przywieziona z czujczujowej wyprawy baśń:

 Był sobie biedny Cygan który miał dużo małych dzieci. Pewnego dnia jego żona poszła do miasta kupić kilka ziemniaków i trochę mąki. Aby przygotować obiad brakowało jej tylko odrobiny tłuszczu. Nie przejęła się tym jednak, tylko pomyślała; 

"Poczekam. Ksiądz zabił świnię, pójdę do niego i poproszę o odrobinę tłuszczu". Kiedy ksiądz usłyszał o prośbie ubogiej Cyganki nie okazał jednak litości tylko wziął bicz i pobił ją. Biedaczka  powróciła do domu i opowiedziała mężowi co się stało.


Rozsierdziło to mężczyznę i zabrał się do swojej pracy bardzo zdenerwowany  Młotek wypadł mu z ręki i mocno uderzył się w palec.  „Nie mogę tego tak zostawić. Muszę dać  księdzu nauczkę” – pomyślał.


Parę dni później poszedł do Kościoła, stanął przed drzwiami, i zastanawiał się jak zrobić klucz do kościelnej wieży. Gdy wrócił do domu, usiadł na kowadle, i zaczął robić klucz. Kiedy skończył wrócił do Kościoła aby spróbować otworzyć drzwi a klucz idealnie pasował i drzwi otworzyły się z łatwością. Zadowolony ze swojej roboty poszedł do sklepu, kupił delikatny materiał, taki jaki księża noszą w czasie ważnych mszy. Następnie udał się do krawca, i kazał mu zrobić biały strój dla siebie. Wyglądał w nim niczym anioł.


Nadeszła północ. Cygan przyszedł do świątyni i zapalił wszystkie światła. Zauważyła to gosposia i postanowiła zobaczyć co się dzieje. Szybko pobiegła obudzić gospodarza: ”Niech ksiądz wstanie! Cały Kościół jaśnieje wewnątrz.” Duchowny był przerażony. Narzucił szybko szaty i pobiegł czym prędzej w kościelne progi. Cygan zaczął przemawiać: “Boże, ten kto jest grzeszny, do niego przyszedłem, temu kto bierze dużo pieniędzy sprowadź na niego raj, pokaż mu dobrą drogę”. Kiedy ksiądz to usłyszał, wrócił do domu i wziął ze sobą wszystkie pieniądze, które miał. Wrócił do Kościoła gdzie Cygan w dzikim szale śpiewał kościelne pieśni aby ksiądz czuł że koniec wszystkiego nadchodzi. Gdy biedak był już na granicy szaleństwa, Rom złapał stary  worek, i wsadził do niego swoją ofiarę: „Teraz jesteś mój!”. Kiedy zamknął worek ksiądz zaczął szlochać żałośnie:  "Mój Boże! co się ze mną stanie? Nie wiem, kim jesteś, czy samym Bogiem czy  diabłem?" Cygan ciągnął księdza po schodach na dół. Ksiądz płakał, że go to boli, że powinien obchodzić się  z nim delikatniej,  i że następne pół godziny go zabije, bo jego kości są już połamane.


Cygan nie zważał na to. Wyciągnął nieszczęśnika wzdłuż ławy Kościoła, rzucił nim o ziemię przed drzwiami, gdzie wyłożył dużo cierni tak aby ciało kapłana wpadło na nie. Przeciągnął go przez kolce tam i z powrotem, dopóki w nim nie utkwiły. Kiedy zobaczył że ksiądz był bardziej martwy niż żywy, otworzył worek i zostawił go tam gdzie leżał.


Sam wrócił do domu, ściągnął ubranie i spalił je aby nikt nie mógł się dowiedzieć co zrobił. Cygan zdobył w ten sposób ponad osiemset srebrników. On, jego żona oraz ich dzieci byli zadowoleni, że mają tak dużo pieniędzy.  Jeśli nie umarli to może nadal żyją w dostatku.

 Rano, kiedy kościelny przyszedł by zadzwonić dzwonem zobaczył worek naprzeciw Kościoła. To co w nim zobaczył przeraziło go, więc zaczął krzyczeć: ”Co na ziemi zabrało naszego księdza!”. Biedni ludzie i szlachta przyszli  aby zobaczyć, co się stało: wszystkie świece w kościele się paliły.Pochowano proboszcza przyzwoicie. Jeżeli nie zgnił jest cały. Może diabły go wciąż jedzą? Byłem tam i słyszałem co się stało…
 


Obraz Syreny, który dziś wrzucam pochodzi spod pędzla Małgorzaty Mirgi-Tas, malarki i rzeźbiarki Romskiego pochodzenia, Prowadzi projekt Romski Pstryk

6.7.14

Przysmaki Pana Nielsena

Kay Nielsen, Baśnie norweskie, Baśnie Andersena, Charles Perrlaut, ilustracje do baśni, Piękne ilustracje, Mateusz Świstak, Baśnie na Warsztacie

Na warsztacie: Kay Nielsen
Kay Nielsen był częstym gościem na moim blogu. 

Zachwycała mnie każda jego ilustracja. Od niego zawsze zaczynałem, gdy czegoś szukałem i na nim kończyłem, gdy brakowało mi klimatycznych obrazków. Nie poświęciłem mu jeszcze wpisu, bo czułem, że jak się ujawnię, to potem nie będę mógł używać jego ilustracji, ale co mi tam. Pan Nielsen jest wart wszelkich wpisów, wszelkich "ochów" i "achów".

Urodził się w Kopenhadze w 1886 roku. Zmarł w 1957 roku w Los Angeles. Czerpał wiele z takich ilustratorów jak Arthur Rackman i Edmund Dulac. Tworzył ilustracje do magazynów, książek, opracowywał scenografię do Duńskiego Teatru Królewskiego w Kopenhadze. Jego najsławniejszym dzieckiem są ilustracje do zbioru baśni norewskich "East of The Sun, West of the moon".

Albo nie - jego najsławniejszym dzieckiem jest lwia część koncepcji artystycznej Małej Syrenki. Pracę nad nią trwały na przełomie roku 1939 i 1940, niestety projekt został wstrzymany i wrócono do niego dopiero po śmierci Nielsena. Jego pomysły zostały zrealizowane dopiero w 1989 roku. Przy okazji - prace Nielsena można zobaczyć w jeszcze jednym z Disneyowskich filmów - Fantazji z 1940 roku.

Dość już gadania - uczta czeka. 



Smacznego!

Kay Nielsen, Baśnie norweskie, Baśnie Andersena, Charles Perrlaut, ilustracje do baśni, Piękne ilustracje, Mateusz Świstak, Baśnie na Warsztacie

Kay Nielsen, Baśnie norweskie, Baśnie Andersena, Charles Perrlaut, ilustracje do baśni, Piękne ilustracje, Mateusz Świstak, Baśnie na Warsztacie

Kay Nielsen, Baśnie norweskie, Baśnie Andersena, Charles Perrlaut, ilustracje do baśni, Piękne ilustracje, Mateusz Świstak, Baśnie na Warsztacie

Kay Nielsen, Baśnie norweskie, Baśnie Andersena, Charles Perrlaut, ilustracje do baśni, Piękne ilustracje, Mateusz Świstak, Baśnie na Warsztacie

Kay Nielsen, Baśnie norweskie, Baśnie Andersena, Charles Perrlaut, ilustracje do baśni, Piękne ilustracje, Mateusz Świstak, Baśnie na Warsztacie

Kay Nielsen, Baśnie norweskie, Baśnie Andersena, Charles Perrlaut, ilustracje do baśni, Piękne ilustracje, Mateusz Świstak, Baśnie na Warsztacie

Kay Nielsen, Baśnie norweskie, Baśnie Andersena, Charles Perrlaut, ilustracje do baśni, Piękne ilustracje, Mateusz Świstak, Baśnie na Warsztacie

Kay Nielsen, Baśnie norweskie, Baśnie Andersena, Charles Perrlaut, ilustracje do baśni, Piękne ilustracje, Mateusz Świstak, Baśnie na Warsztacie

Kay Nielsen, Baśnie norweskie, Baśnie Andersena, Charles Perrlaut, ilustracje do baśni, Piękne ilustracje, Mateusz Świstak, Baśnie na Warsztacie

Kay Nielsen, Baśnie norweskie, Baśnie Andersena, Charles Perrlaut, ilustracje do baśni, Piękne ilustracje, Mateusz Świstak, Baśnie na Warsztacie

Kay Nielsen, Baśnie norweskie, Baśnie Andersena, Charles Perrlaut, ilustracje do baśni, Piękne ilustracje, Mateusz Świstak, Baśnie na Warsztacie

Kay Nielsen, Baśnie norweskie, Baśnie Andersena, Charles Perrlaut, ilustracje do baśni, Piękne ilustracje, Mateusz Świstak, Baśnie na Warsztacie

Kay Nielsen, Baśnie norweskie, Baśnie Andersena, Charles Perrlaut, ilustracje do baśni, Piękne ilustracje, Mateusz Świstak, Baśnie na Warsztacie

Kay Nielsen, Baśnie norweskie, Baśnie Andersena, Charles Perrlaut, ilustracje do baśni, Piękne ilustracje, Mateusz Świstak, Baśnie na Warsztacie

Kay Nielsen, Baśnie norweskie, Baśnie Andersena, Charles Perrlaut, ilustracje do baśni, Piękne ilustracje, Mateusz Świstak, Baśnie na Warsztacie

Kay Nielsen, Baśnie norweskie, Baśnie Andersena, Charles Perrlaut, ilustracje do baśni, Piękne ilustracje, Mateusz Świstak, Baśnie na Warsztacie

Kay Nielsen, Baśnie norweskie, Baśnie Andersena, Charles Perrlaut, ilustracje do baśni, Piękne ilustracje, Mateusz Świstak, Baśnie na Warsztacie

Kay Nielsen, Baśnie norweskie, Baśnie Andersena, Charles Perrlaut, ilustracje do baśni, Piękne ilustracje, Mateusz Świstak, Baśnie na Warsztacie

Kay Nielsen, Baśnie norweskie, Baśnie Andersena, Charles Perrlaut, ilustracje do baśni, Piękne ilustracje, Mateusz Świstak, Baśnie na Warsztacie

Kay Nielsen, Baśnie norweskie, Baśnie Andersena, Charles Perrlaut, ilustracje do baśni, Piękne ilustracje, Mateusz Świstak, Baśnie na Warsztacie

Kay Nielsen, Baśnie norweskie, Baśnie Andersena, Charles Perrlaut, ilustracje do baśni, Piękne ilustracje, Mateusz Świstak, Baśnie na Warsztacie

Kay Nielsen, Baśnie norweskie, Baśnie Andersena, Charles Perrlaut, ilustracje do baśni, Piękne ilustracje, Mateusz Świstak, Baśnie na Warsztacie

Kay Nielsen, Baśnie norweskie, Baśnie Andersena, Charles Perrlaut, ilustracje do baśni, Piękne ilustracje, Mateusz Świstak, Baśnie na Warsztacie

Kay Nielsen, Baśnie norweskie, Baśnie Andersena, Charles Perrlaut, ilustracje do baśni, Piękne ilustracje, Mateusz Świstak, Baśnie na Warsztacie

Kay Nielsen, Baśnie norweskie, Baśnie Andersena, Charles Perrlaut, ilustracje do baśni, Piękne ilustracje, Mateusz Świstak, Baśnie na Warsztacie

Kay Nielsen, Baśnie norweskie, Baśnie Andersena, Charles Perrlaut, ilustracje do baśni, Piękne ilustracje, Mateusz Świstak, Baśnie na Warsztacie

Kay Nielsen, Baśnie norweskie, Baśnie Andersena, Charles Perrlaut, ilustracje do baśni, Piękne ilustracje, Mateusz Świstak, Baśnie na Warsztacie

Kay Nielsen, Baśnie norweskie, Baśnie Andersena, Charles Perrlaut, ilustracje do baśni, Piękne ilustracje, Mateusz Świstak, Baśnie na Warsztacie

Kay Nielsen, Baśnie norweskie, Baśnie Andersena, Charles Perrlaut, ilustracje do baśni, Piękne ilustracje, Mateusz Świstak, Baśnie na Warsztacie

3.7.14

Na marginesach zajęć

Praca z dziećmi, Scenariusze zajęć, zachowania dzieci, procesy grupowe, wpływ baśni, baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak

Na warsztacie: Praca z dziećmi, Scenariusze zajęć, zachowania dzieci, procesy grupowe


Dzieciaki 


Kiedy myślę o ludziach, z którymi pracuję i kiedy ci ludzie mają mniej niż 12 lat, myślę o nich jako o "dzieciakach". To nie są "dzieci" - nie lubię tego słowa. Jest takie bezwładne, jest czymś, co deprecjonuje potencjał człowieka, z którym prowadzę zajęcia. W słowie "dzieci" czuć o wiele bardziej rodziców niż same dzieci. "Dzieci" to coś, czym trzeba się opiekować i czemu trzeba dać wychowanie (karmić, kupować ciuchy, szukać przedszkola, zajęć dodatkowych, prowadzić do lekarza, zmieniać pieluchy). "Dzieciaki" zaś to osobowość. To te dzieci, tylko że z naddatkiem szaleństwa. W tym słowie mieści się cała podwórkowa kreatywność, cała inicjatywa do robienia nieszablonowych rzeczy, niekoniecznie mądrych, ale zawsze szczerych, cała ta buzująca radość, która może się wykluć, gdy się jej na to pozwoli. 

Praca z dziećmi, Scenariusze zajęć, zachowania dzieci, procesy grupowe, wpływ baśni, baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak

To jest trochę tak, że "dzieci" trzeba uczyć, od "dzieciaków" zaś można się uczyć (co nie wyklucza też uczenia ich). Dla "dzieciaków" mogę być partnerem zabawy, a nie tylko facetem od opowiadania nudnych baśni. Gdybym miał pracować z "dziećmi" pewnie bym umarł. Oczywiście ważne jest, by dbać o "dzieci".

Na szczęście - to nie moja rola. 

Rozszczepianie atomu


Jednym z najcenniejszych elementów mojej pracy jest obserwowanie tego, co dzieje się z dzieciakami. Mają w sobie ten typ żywiołowości, który może występować jedynie przy rozszczepianiu cząsteczek bardzo niestabilnych pierwiastką. Coś z nich promieniuje i coś z nich się ulatnia. Do tego świecą.

Moje opowieści są jak wytwarzanie warunków laboratoryjnych, w które wpuszczana jest kształtująca się psychika, świeże emocje, radości, a także zaczątki charakterów. To świetne miejsce, żeby obserwować też procesy grupowe jakie zachodzą pomiędzy dziećmi.


Zjadanie Jaśka


Zaczyna się to zwykle tak: Ja zawiązuję rozmowę. Pozwalam dzieciom trochę pomówić, potem się przedstawiamy, uczę ich triku na uciszenie. Potem ruszamy z eksperymentem. Baśń toczy się w swoim własnym rytmie. Przechodzimy pomiędzy kolejnymi szczeblami opowieści mniej więcej zawsze tak samo.
Uczestnicy zajęć zazwyczaj znają rozwiązanie historii, gdy tylko powiem im, jaki tytuł ma baśń. Przychodzi jednak taki moment, za każdym razem inny, gdy zaczyna dziać się magia. Być może, właśnie to coś, co dzieje się w dzieciach, to prawdziwa magia opowieści.

Praca z dziećmi, Scenariusze zajęć, zachowania dzieci, procesy grupowe, wpływ baśni, baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak


Czasem zdarza się tak, że wydarzenia przybierają dziwaczny obrót. Na przykład raz, podczas opowiadania Jasia i Małgosi, kiedy dobrnęliśmy do sceny, w której Jaś jest uwięziony w małej komórce, dzieciaki nagle rzuciły się na Jasia (narysowanego). Od rysunku celi chłopca rozchodziły się promieniście dziecięce nogi a ze środka słychać było tylko "Amć, Amć, Amć". Moja rola ograniczyła się pierwotnie do obserwacji. Po kilku minutach, kiedy cała grupa wciąż "amciała", zapytałem tylko, "co robicie?"
- jak to co? - podniósł się jeden chłopiec - zjadamy Jasia.

Trwało to na tyle długo, że nauczycielka zainterweniowała. W takich chwilach zawsze zastanawia mnie, gdzie potoczyłaby się opowieść, gdyby to trwało... i czy w ogóle by się potoczyła. Kolejne pytanie, na które nie sposób z perspektywy czasu odpowiedzieć jest następujące - czy czasem nie jest tak, że to ja sprowokowałem to dziwaczne zachowanie dzieci? A jeśli ja - w jaki sposób to zrobiłem?

Nigdy się już zapewne nie dowiem, ale po cichu przyznam, że od tamtego czasu parokrotnie próbowałem "wytworzyć" podobne sprzężenie. Bez powodzenia.

Rytmy

Tempo opowieści to rzecz całkowicie wybierana przez dzieci. Mogę mieć co prawda zaplanowane, że dziś będę opowiadać dynamicznie, a jutro spróbuję to samo zrobić w nastroju melancholijnej grozy albo z humorem. Z początkowych założeń zostaje zazwyczaj tyle, ile odbije się w twarzach słuchaczy, gdy powiem :"Dawno dawno temu". Twarze są zwierciadłem tempa. 

Praca z dziećmi, Scenariusze zajęć, zachowania dzieci, procesy grupowe, wpływ baśni, baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak


Dzieciaki trzeba traktować jak rój pszczół. I nie ma w tym bynajmniej nic obraźliwego. Nie można ich rozzłościć, bo wtedy w uszach zostanie tylko przeogromne brzęczenie. I co jakiś czas żądło wbijane w skórę. Wszystko tonie w chaosie, ale chaos ten nie dotyczy pszczół. One doskonale się w nim orientują. Dla nich to, co dla mnie jest niezrozumiałe, jest oczywistością. Jeśli już zdarzy mi się rozwścieczyć rój, jest chyba tylko jeden sposób ratunku - stać się pszczołą.
Tylko wtedy można odnaleźć rytm, w którym brzęczy grupa. A kiedy się go pochwyci, wmanewrować go na stare tory. 

Emocje i charaktery

Prowadziłem kiedyś zajęcia w czasie przedszkolnej zielonej nocy. Inna to sytuacja aniżeli zajęcia w zwykłych godzinach a do tego sytuację tę kończyła przedszkolna dyskoteka. Przygotowana przeze mnie przygoda dotyczyła uprowadzenia Plastusia i dzieci w zespołowej grze miały go odratować. Podczas tego procesu bardzo szybko uderzyło mnie coś, co od tamtego czasu śledzę uważnie w twarzach moich słuchaczy. Te dzieci miały miniaturowe charaktery osób dorosłych. Wszystko w nich było mini i wymagało jeszcze doszlifowania, ale wydawało mi się, że w tych gdyby ich powiększyć, byliby już gotowi. 

Praca z dziećmi, Scenariusze zajęć, zachowania dzieci, procesy grupowe, wpływ baśni, baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak


Ten będzie dyskotekowym głupkiem, biegającym za dziewczynami i traktującym to jako cel swojego życia, a ta tutaj z kolei ma w sobie dużo gracji, będzie piękną kobietą, albo chociaż atrakcyjną, ale łatwowierną (faceci pewnie będą na niej żerować), albo ten gość, woli rozmawiać z laską i w ten sposób ukrywać swoje zażenowanie hmmm... to prawie jak ja kiedyś. Wszystko jest już zaszczepione. Jedni będą sosnami inni klonami a jeszcze inni płaczącymi wierzbami. Nawet jeśli wiatr powygina ich pnie i konary, gatunek drzewa się nie zmienia.

Druga obserwacja dotyczy oszukiwania. Fabuły, którymi się posługuję nie są zbyt skomplikowane. Bardziej film akcji niż intryga kryminalna. Ich głównym zadaniem jest wciągnąć dzieciaki w inną rzeczywistość. Przeskoczyć w stan gry, w który będą mogły uwierzyć. Zazwyczaj to się udaje, i wtedy na twarze dzieciaków zaczynają wychodzić takie rzeczy, których nie można się było wcześniej spodziewać. One stają się kimś innym. A może właśnie wymyślone historie są miejscem, w którym dzieciaki stają się tym, kim są naprawdę. Może to, że jest miejsce, gdzie mieszkają "dzieciaki", a nie dzieci i stamtąd wystrzelić mogą w świat jako prawdziwi bohaterowie. 

Martwią mnie tylko niektóre twarze, w których to, co ujawnia się podczas zabaw, jest groźne... i to w ten naprawdę przerażający sposób. 

 Kreowanie - normowanie

Pozwoliłem im wymyślić wszystko od początku. Zaczęło się od Jacka. Ja rysowałem, oni mówili, jak mam narysować. i zaczęło się niewinnie. Trochę zabawa z kształtem, trochę z wielkimi zębami. Im bardziej się jednak rozpędzaliśmy, tym większą nonszalancją popisywała się dziecięca fantazja. Opowieść o łodydze fasoli, błyskawicznie zaczęła potwornieć. Dzieciaki od tworzenia postaci, przeszły do zmiany jej losu, a potem w ogóle zmiany postaci, przez wkładanie do opowieści nowych postaci, (na przykład kota w butach, którego zresztą w procesie kreacji zmasakrowali jak początkujący chirurg plastyczny), a kończąc na prawidłach, jakimi rządził się świat. Pozwoliłem im na wszystko, chciałem zobaczyć do jakiego momentu się posuną - nie było granicy. W ich oczach widziałem demiurgiczną pasję tworzenia, która nie wiedziała co znaczy stop. Mogły wszystko, więc robiły wszystko. I im bardziej mogły wszystko, tym bardziej ich wszechświat się rozpadał.

Praca z dziećmi, Scenariusze zajęć, zachowania dzieci, procesy grupowe, wpływ baśni, baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak

Młodzi bogowie potrzebują starych bogów po to, żeby tworzony przez nich świat nie rozszedł się w szwach już na samym początku.