28.7.16

KLUB LATAJĄCYCH PODRÓŻNIKÓW Z NOMINACJĄ


A nawet dwiema nominacjami! I to w jak fajnym konkursie!

Niniejszym z dumą pragnę donieść, że zajęcia, które tworzę i prowadzę dla Muzeum Etnograficznego w Krakowie, czyli Klub Latających Podróżników, otrzymały nominację do Słoneczników, czyli nagrody przyznawanej przez portal CzasDzieci.pl. Nagroda ta przyznawana jest najciekawszym inicjatywom dla dzieciaków organizowaną przez wszelakie instytucje. 

Klub Latających Podróżników to spotkania poświęcone Światu - jak on długi i szeroki. Jego osobliwościom, kulturom i problemom. Moi dzielni podróżnicy poznają tam świat od strony bardzo nieturystycznej. Z opowieściami etnicznymi, z ciekawostkami geograficznymi, geologicznymi, zoologicznymi i botanicznymi… temu, czym jest Klub, chciałbym poświęcić osobny wpis (zwłaszcza, że w nadchodzącej, trzeciej już edycji szykują się zmiany) a teraz prośba do Was: 

ZAGŁOSUJCIE NA KLUB!!!!!!

I pamiętajcie - Klub Latających Podróżników otrzymał dwie nominacje:
w kategorii JĘZYK (więc Klik)
w kategorii PRZYRODA (więc DRUGI klik)

A głosować możecie TUTAJ


Wszystkie głosy mile widziane :) 

Dzięki za nominację i dzięki, że przez ten cały czas ze mną jesteście :) 


Mateusz

23.7.16

Z codziennika opowieści II



Kolejna porcja opowieści zasłyszanych lub napotkanych podczas mijającego tygodnia. 


Herbata


To wydarzyło się w mojej ulubionej kebabowni. Moja ulubiona kebabownia znajduje się na jednej z głównych ulic miasta o wdzięcznej nazwie Gliwice. To był poniedziałek, spokojny, mżący poniedziałek. W lokalu było prawie pusto. Jakaś gruba pani kończyła porcję swojego donerowego mięsa, jakiś pan wskoczył na chwilę po jedzenie na wynos. Za kasą nowa pracownica uczyła się tajników tego, co pod jakim numerem figuruje. Zamówiłem swoje jedzenie i usiadłem w kąciku przy stole okrytym tackami reklamującymi niezbyt apetycznie wyglądające mrożonki. Przybył mój posiłek.

Mniej więcej w tym samym momencie do lokalu weszła kobieta. Ni ładna, ni brzydka. Za to ruda i niewysoka.

- Poproszę herbatę - mówi do nowej pracownicy.
Ta pyta:
- Dużą, czy małą?

Kobieta patrzy na nią z lekkim niedowierzaniem.
- Tę waszą - odpowiada.

Stojący opodal kucharz, uśmiecha się.
- Wpisz połowę zwykłej - tłumaczy pracownicy.

Kobieta siada nieopodal. Ja jem, ona czeka na herbatę. Herbata dociera błyskawicznie. Podawana w tych małych, bombiastych szklaneczkach, które tak doskonale leżą w dłoni. Kobieta bierze szklankę w palce i zaczyna się nią bawić. Uśmiecha się. Podnosi do ust. Nie pije. Wącha jedynie. Uśmiecha się po raz kolejny. Odstawia. Dosypuje, solidną, bliskowschodnią porcję cukru. A potem łyk. Przymyka oczy. Jeszcze jeden łyk. Błogi uśmiech. 



Nagle słyszę rozmowę za ladą. Kucharz zwraca się do pracownicy:
- Zapytaj tej pani, czy nie chce jeszcze herbaty. 

Pracownica pyta, kobieta chce. Pracownica zwraca się więc do kucharza. 
- I mam to nabić na kasę tak jak poprzednią?
- Nie, to jest prezent - odpowiada kucharz. 
W oczach pracownicy widać  wielkie "dlaczego?". Na to kucharz odpowiada:
- A widzisz, w jaki sposób ta pani pije naszą herbatę. 

Opowieści


Amadou miał słabszy dzień. Kiedy grał, był trochę nieobecny. Nie wiedział jak się odnaleźć pomiędzy mną a Michałem. I choć grał pięknie, widać było, że coś go gryzie. Noc opowieści była długa, ale skończyła się, jak kończy się wszystko. Zebraliśmy się z tężni i pojechali do Muzeum Bajek Baśni i Opowieści. Tam Amadou znalazł balafon i kiedy my z Michałem rozmawialiśmy o czymś w kuchni on zaczął grać. 
I nie było to to samo granie, które słyszeliśmy jeszcze kilka godzin temu. Melodia wypełniała całe pomieszczenie nie tylko dźwiękiem. Tam właśnie był cały Amadou. I choć nie rozumiałem dźwięków, dobrze wiedziałem, o czym mówi. 
A potem wracałem do Katowic, z tomem baśni afrykańskich na kolanach i znalazłem tam takie zdanie, które kowal wypowiada na temat lutni do bohatera Gassire: 

To tylko kawałek drewna. Nie może śpiewać, jeśli nie ma serca. Musisz znaleźć jej serce. Noś ten kawałek drewna na plecach, gdy ruszysz do bitwy. Drewno musi zadzwonić od uderzeń twego miecza. Drewno musi wchłonąć kapiącą krew, krew twojej krwi. Twój ból musi być jego bólem, twoja sława - jego sławą. Drewno nie może być już dłużej ciałem drzewa, ale musi stać się ciałem twego ludu.*

Nie wiem, jakie bitwy toczył Amadou, ale wiem na pewno, że tamtego wieczoru odnalazł on serce swojego instrumentu, a drewno balafonu nie było już tylko drewnem, a bólem, ciałem, krwią… 

A gdyby ktoś nie wiedział, jak brzmi balafon: 





Baśń Lutnia Gassire, pochodzi ze zbioru Baśnie Afrykańskie, Rogera D. Abrahamsa, wydanego w serii Baśnie etniczne 18+, przez National Geographic. 




15.7.16

Z codziennika opowieści




Czy zastanawialiście się kiedyś, ile opowieści dociera do Was każdego dnia? A jeszcze bardziej - co jest opowieścią? Wreszcie - co jest dobrą opowieścią?

Mnie te pytania nurtują od dłuższego czasu. Zaczęło się od tego, jak kiedyś, jadąc z Krakowa do Katowic moje ucho nieopatrzenie zatrzymało się na słowach spikera niecnej stacji Eremefem zwanej. Historie, które serwował były żenujące i dość bełkotliwe, ale złożyły się na pytanie: Czy każdego dnia zdarza mi się usłyszeć chociaż jedną dobrą historię? Od soboty, do soboty zbierałem więc historie, próbując wysupłać te co ciekawsze. potem odsiałem te, które były atrakcyjne jedynie podczas opowiadania (na przykład o trupie na Brzozowej, albo zdradach sprzed lat). W tym tygodniu zebrały się cztery. Pomijam oczywiście występy i slotowe baśnie, bo nie mieszajmy pracy z pasją ;)

Historie podaję w kolejności przypadkowej: 


"Nie dostaniesz chomika"


Historię opowiadał mi mój dwunastoletni kuzyn. Który bardzo chciał mieć chomika.

Generalnie chodziło o jakiekolwiek zwierzątko, ale w trakcie negocjacji odpadły psy i koty, i zasadniczo wszystko. W przypływie desperacji mój kuzyn uchwycił się myśli o chomiku. Bo przecież chomik to takie coś, co nie wiadomo, czy w ogóle jeszcze można zaliczyć do zwierząt.* Oczywiście ojciec kuzyna wciąż uznawał, że to jednak zwierzątko i że nie ma mowy. A kuzyn, że chomik, a jego ojciec, że nie. A on, że chomik, a ojciec, że nie i tak w kółko, niemal zahaczając o rękoczyn lub jakieś ciężkie stadium nerwicy. Wreszcie stanęło na tym, że jednak nici, a nie zwierzątko. Rozmowa ta toczyła się podczas jazdy samochodem i kiedy parkowali pod domem, kuzyn był już całkowicie zrezygnowany. Jego dwunastoletni mózg przegrał wymianę argumnetów, choć gimnastykował się jak rzadko. Gra była skończona. 

Kiedy podeszli do furtki, zobaczyli zawieszony na niej worek. W środku był chomik.

Skąd się tam wziął? Podobno sąsiad wygrał go w konkursie w galerii handlowej i nie chciało mu się nim zajmować. Podrzucił go więc pod najbliższą furtkę - tę ,przy której mój zrezygnowany kuzyn, przegrał właśnie batalię o swoje zwierzątko… 

Chomik został z nim. Jest trochę głupi i wszystkich gryzie. Ale jest.


Zupa


Panią Marię spotkałem podczas Festiwalu Uzdrowienia. Kiedyś za młodzieńczych czasów, była jedną z drobnych handlarek, które wędrowały między państwami Grupy Wyszehradzkiej  w wielkich torbach przewożąc to, czego u nas było pod dostatkiem, a tam gdzie jechała akurat brakowało. Zazwyczaj chodziło o jakieś ciuchy, ale jako dobra handlara zawsze starała się wypytać powracających o najlepszy na zbyt towar. I pani Maria byłaby całkiem dobrą handlarą, gdyby nie pewien przykry epizod, który się jej przydarzył. Podczas jednej z takich wypraw, cyganka ukradła jej paszport. "Bo cyganki handlowały paszportami." Dlaczego i czy naprawdę tak było - nie umiała powiedzieć, ale cyganka to zawsze dobry materiał na złodziejkę. 

Żeby dostać się do Polski, powoli wyprzedawała swój kramik. A tu komuś musiała zapłacić za nocleg, a to wymieniała swoje rzeczy na jedzenie, a tu trzeba było rączkę posmarować, żeby przedostać się dalej. Do kraju wróciła bez grosza przy duszy. I taką panią Marię przyjęli sąsiedzi. Karmili ją zupą, bo nic innego nie mieli, ale to było i tak więcej niż miała ona. Przez kilka tygodni dostawała od nich zupę. 

Potem pani Maria trochę się odrobiła, przygotowała do kolejnej wyprawy (bo Matki Courage zawsze pozostają Matkami Courage) i ruszyła w świat. A dokładniej na Węgry. Tam znów "jakaś cyganka ukradła jej paszport". I znów droga przez mękę, granica po granicy, zagroda po zagrodzie, człowiek po człowieku. Kramik stopniał, jak za pierwszym razem. I kiedy przybyła do domu. Tam czekała na nią u sąsiadów zupa.

Podobnie jak za trzecim razem. Kiedy Pani Maria opowiadała swoją historię, pomyślałem, że nawet zupa potrafi być pięknym refrenem. 

Bałagan


Historyjka powstała przy okazji warsztatów z rewelacyjną Marzenną Wiśniewską na Slocie. 

Wiecie jakie jest najlepsze miejsce pracy dla pedanta? Kostnica. Taki pedant ma tam pełną kontrolę nad swoimi gośćmi. A ci są bardzo spokojni. Nie wylewają herbaty, nie kruszą, nie kasłają swoim wilgotnym i ciężkim od bakterii kaszlem, a do tego rzadko który wnosi brud na butach. Nie trzeba po nich sprzątać, a i we wszelkie ich aktywności  (do których zalicza się zresztą tylko leżenie i nieżycie), można swobodnie ingerować. 



Jerzy był pedantem. Pedantem Kostnicznym. Jego kostnica zawsze błyszczała jak świeżo wylakierowane wieko od trumny. Każdy jego podopieczny leżał w swojej przegródce w sposób perfekcyjny. Każda część garderoby na każdym z podopiecznych leżała perfekcyjnie. Każdy włos był rozczesany idealnie, niemalże od linijki. Bo Jerzy był mistrzem w tym, co robił. Poza tym nie zniósłby jakiegokolwiek odchylenia od upatrzonej wcześniej harmonii. 

Pewnego dnia do kostnicy Jerzego przywieziono nowego denata. Nazywał się Edward Bałagan. Jerzy zaczął standardowe przy nim zabiegi. Odmierzył odległość ramion od obu krawędzi stołu. odchylił stopy tak, żeby opadały na bok pod bardzo eleganckim kątem. Przetarł buty, żeby dyskretnie dodawały nieboszczykowi powagi, wygładził nogawki. Choć robił to, co zwykle, miał poczucie, że coś w tym wszystkim nie grało. Jakby w orkiestrze ktoś podawał fałszującą nutę… i bardzo dobrze się ukrywał. Jerzy zaczął więc poprawiać ramiona, stopy, jeszcze raz przetarł buty, wyprostował nogawki, ale ciągle coś nie pasowało. Zaczął po raz trzeci, od stóp do głów układając wszystko z pieczołowitością o jaką sam siebie nie podejrzewał. Sprawiedliwie przyznać trzeba, że ten nieboszczyk, to było dzieło życia Jerzego. Kiedy skończył, spojrzał na rezultat  i pokręcił nosem. Bo wszystko zrobił przecież jak należy, a nawet lepiej, a Bałagan, jak był, tak był. 

Ludzie na polu namiotowym


To jest taka historyjka, która może wydarzyć się na każdym polu namiotowym. Szczególnie podczas wielkiego festiwalu, gdzie obok przestrzeni ze sceną przeważnie na kawałku jakiegoś pola rozbijają się setki, jeśli nie tysiące przyjezdnych. Zapada wieczór. Co jakiś czas ktoś nieprzyjemnie ładuje nam po oczach światłem latarki. My akurat mamy potrzebę udać się do wygódki, albo umyć zęby przy wspólnych zlewach. Przez wytyczone między namiotami ścieżki przemykają podobne nam figury. Zazwyczaj są to postacie, których płeć można rozpoznać jedynie po konturze. Jeśli szczęście dopisze, ktoś z daleka rzuci na mijającą nas postać zapodziany snop światła z latarki, ułatwiając identyfikację. 

Te czarne sylwetki budzą niewielkie zainteresowanie. Ani nie ma do nich jak zagadać, ani zaczepić. Nie wiadomo, czy dziewczyna, która przechodzi jest ładna, czy chłopiec w naszym typie. Poza tym trzeba uważnie stawiać kroki, żeby przypadkiem nie wpaść w pułapkę nierównego gruntu albo czyhającej w milczeniu linki namiotowej. 

Nie wiem jak wy, ale ja nie patrzę z wielkim zainteresowaniem na te postacie. Ostatnio zastanowiło mnie,  czy mijające mnie osoby, mają tak samo. A może przyglądają mi się z tej ciemności? Niektóre może tak. inne być może, ale jest taka grupa, która na pewno nigdy nie będzie na mnie patrzeć. Ani na mnie, ani na was. Nigdy! A wiecie dlaczego? 

BO NIE MAJĄ TWARZY!



*idąc tym tropem, powinno stanąć na rybkach. Przecież wegetarianie jedzą ryby, a nie jedzą zwierząt. Ergo ryba to nie zwierzę ;) Z drugiej strony, jak tu rybę wytarmosić za uszy, albo pogłaskać pod włos… tudzież łuskę?

A jakie historie godne opowiedzenia docierają do Was? Zachęcam do dzielenia się :) 





4.7.16

Sprzedawanie snów



Na warsztacie: Marzenia, baśnie chińskie, O zaczarowanej igle

Opowieść pochodzi albo z Chin, albo z Japonii, w zależności od tego z jakich Internetów się korzysta. Pozwólcie zatem, że zanim zostawię Was z kilkoma słowami od siebie, opowiem Wam historię:

Wiecie, że snami można handlować? Można je kupować, można sprzedawać, no a te, które nam nie pasują, można komuś podrzucać. Zapytacie pewnie: "po co?". Otóż musicie wiedzieć, że sny, które przyśnią się nam w pewne, ściśle określone noce, mają charakter wieszczy - co się przyśni, to się stanie. Jeśli więc w taką szczególną noc przyśni nam się koszmar, rozsądnie będzie podrzucić go komuś innemu, bo jak mawia ludowa mądrość: lepiej, żeby szlag trafił jego niż mnie… czy jakoś tak. Z kolei, kiedy komuś przyśni się naprawdę dobry sen, to może lepiej, żeby całe jego dobrodziejstwo przypadło nam w udziale, a nie komuś innemu.

Tak też myślał pewien bogaty pan. Kiedy nadchodziła najważniejsza dla snów noc, noc Nowego Roku, pan zbierał przy ognisku swoje sługi i skupował od nich dobre sny. A płacił za nie naprawdę suto, bo należał do tych, którzy cenili sobie wszelkie objawy przychylności nadprzyrodzonej.

Zdarzyło się raz, że podczas takiej sesji skupowania snów, jeden z młodszych sług zaparł się, że nie sprzeda swojego snu, choćby i potrójnie mu zapłacono. Pan się oczywiście targował, ale sługa mówił "NIE" niezależnie od ceny. W końcu pan tak się na sługę zdenerwował, że zagroził mu:

- Jeśli nie sprzedasz mi swojego snu, każę cię zamknąć w beczce i wrzucić do rzeki.

A sługa dalej w zaparte. Zbyt piękny to był sen, żeby oddawać go byle komu, a nawet komukolwiek. Pan kazał więc sługę zamknąć w beczce i wrzucić do rzeki. I zamknięto sługę. I do rzeki. I sługa płynął wpierw rzeką, a potem morzem. I płynął, aż dotarł do niebezpiecznego lądu zamieszkałego przez olbrzymy-ludożerców. Olbrzymy niezwykle ucieszyły się, że jakiś posiłek nieroztropnie przybył do brzegów ich wyspy. Z drugiej strony dziwiły się, że ktoś,kogoś zamknął w beczce.

Zaprowadziły więc sługę do swojego wodza i wódz zaczął wypytywać go, dlaczego znalazł się w beczce. Młodzieniec pokrótce wyjaśnił, że powodem tego jest sen, którego nie chciał sprzedać. I choć olbrzymy miały ochotę na świeże mięsko, sprawa snu wydała im się na tyle interesująca, że same zaczęły namawiać sługę, by wyjawił im jego treść. I znów stało się to samo.

- NIE! - powiedział młodzieniec - mój sen jest najmojszy i nie wyjawię go za żadne skarby.

Olbrzymy poczęły się więc zastanawiać, czy może mają coś, co jednak da się przehandlować. W saoim skarbcu znalazły igłę, której ukłucie miało moc leczenia wszystkich chorób, ze śmiercią włącznie. Ale i to wydało się młodzieńcowi nie dość interesujące. Ludożercy do igły postanowili dorzucić jeszcze taki wóz, co nie dość, że bez koni jeździł, to w dodatku latał. Młodzieniec wsiadł więc na wóz… i odleciał, pozostawiając wyspę wraz ze zbaraniałymi olbrzymami gdzieś daleko w dole.

Dotarł do gospody nad rzeką. A w gospodzie lament i płacz. Bo oto zmarła piękna córka gospodarzy. Młodzieńcowi żal się zrobiło dziewczyny, więc swoją magiczną igłą przywrócił ją do życia. Jej ojciec tak się ucieszył, że zapytał młodzieńca, czy ten nie chciałby zostać jego zięciem. A że młodzi przypadli sobie od razu do gustu, raz dwa urządzono wesele.

Jakiś czas później w gospodzie po przeciwnej stronie rzeki wydarzyła się podobna tragedia. Córka gospodarzy zaniemogła i już niewiele brakowało, by ostatni dech oddała. Jako, że sława młodzieńca daleko docierać nie musiała, szybko posłali po niego, by ratował dziewczynę. Młodzieniec przeprawił się przez rzekę i swoją magiczną igłą uratował i tamtą dziewczynę. Także ona została jego żoną. Potem młodzieniec wybudował most łączący obie gospody. Został sławnym lekarzem i żył długie lata u boku swoich kobiet.

Pewnego dnia przechodził właśnie przez most od drugiej żony do tej pierwszej i coś go zatrzymało. Oparł się o barierkę i spojrzał na rzeką. W pluskającym nurcie odbijały się chmury. Spojrzał na nie, a one były takie jasne i czyste. Podobnie jak niebo. Wtedy spojrzał w prawo, a tam stała jego gospoda. Czysta, jasna i zadbana. Przed gospodą stała żona, która machała do niego. Odmachnął. Potem spojrzał w lewo i zobaczył, że tam również jest jasna i zadbana gospoda, a przed nią piękna kobieta, która do niego macha. A potem spojrzał na most, który łączył te dwa miejsca, spojrzał na to wszystko co go otaczało i było takie piękne i zrozumiał, że już gdzieś to widział. Dawno, dawno temu, w tamtym śnie, którego postanowił nie sprzedawać.


Skup snów



Wiecie, że świat będzie chciał Wam wydrzeć wasze sny i marzenia? Bo każdy z nas ma coś, czego świat bardzo potrzebuje. Nie tyle sny, ale OSOBISTE SNY. Nie takie, które można znaleźć w telewizji, czy na portalach plotkarskich, ale takie, które budzą kontrowersję i niezrozumienie. Sny, odrzucane, przeklinane, ale ostatecznie - sny, które mają moc zmieniania rzeczywistości. Dla świata są one niewygodne, jednocześnie świat bez nich (świat ludzi) byłby jałowym pustkowiem, pozbawionym energii do rozwoju. Potrzebuje ich więc. Nie może jednak zostawić ich w głowach właścicieli, bo jeśli tak się stanie, właściciele przy odrobinie szczęścia zrealizują je, wyznaczając nowy standard i nowe wymagania względem świata. 

Prewencyjnie można więc zacząć skupować sny. Kumulować je w rękach tych, którzy nie będą nastawieni na wielkie zmiany. Bogacz z naszej opowieści jest tego idealnym przykładem. Posiada wielki majątek, ma pod sobą wielu ludzi, a mimo to skupuje sny - na wszelki wypadek. W tych okolicznościach nie ma większego ze snu pożytku, a już na pewno taki sen ze skupu nie zrealizuje się w pełni swojego potencjału. Bogacz, raczej skryje go do szafki i zacznie realizować swoje własne plany, spełniać swoje osobiste sny, traktując to, co kupił jako dobry znak, bardziej niż sprawę życia i śmierci. 



Interesujące jest to, co dzieje się z nami po tym, jak sprzedamy sen. W pierwszej sytuacji, tej przy ognisku, nie zmieni się w naszym życiu zupełnie nic. Sługa, który oddał swojemu panu sen, pozostaje sługą. Może mu się polepszyć o tyle ,o ile polepszy się jego panu, ale prawdopodobnie wszystko będzie po staremu. Osobisty sen nie zrealizuje się tak jak powinien. 

Bo widzicie - z tymi snami nie chodzi o to, żeby przejść od punktu A do punktu B. Nie chodzi tylko o zrealizowanie pewnej idei kryjącej się za danym snem. O wiele ważniejsze jest to, by podczas tego przechodzenia stać się lepszym człowiekiem. Nawet nie zrealizować swój pełny potencjał (bo co to jest "pełny potencjał"?), ale po prostu uszlachetnić to kim się jest. W przypadku, kiedy sprzedamy sen, to nie będzie możliwe. Odpowiedzialność za zmianę zostanie przekazana w cudze ręce, a my nie będziemy mieli do powiedzenia praktycznie nic… może poza narzekaniem*. Sługa pozostanie sługą. 

Podążyć za snem


Kiedy jednak zdecydujemy się postawić na swoje sny, świat będzie chciał nas przekonać, że to nie jest najlepszy pomysł. Będzie próbował nas przekupić i będzie próbował nas zastraszyć. Czasem może przy tym zginiemy, a czasem może coś z tego wyjdzie. Jednak wartość podążania za snem nie zawsze ma wymierny charakter. Przypominają mi się Izraelici, którzy wyszli z Egiptu. Mieli marzenie o wolności i na to marznie postawili wszystko. Kiedy wyszli, zaczęły dziać się niezwykłości. Mieli chwilę zwątpienia względem Boga i Mojżesza, mieli chęć powrotu pod Egipskie jarzmo, ale ostatecznie pozostali na swojej drodze ku marzeniu. Do ziemi obiecanej z pierwotnego składu weszły tylko dwie osoby (Jozue i Kaleb), reszta pomarła na pustyni. Oczywiście, gdyby zostali, może byłoby im trochę wygodniej, ale przecież nie mieliby jednego - wolności. Umieraliby jako niewolnicy. Dopiero dążenie do pewnego marzenia zdjęło z nich kajdany. Niezależnie od tego, czy osiągnęli to, do czego dążyli - byli wolni. 

To jeden z częstych błędów. Wiara, że jak się coś zacznie, że jak się jednak postawi na jakieś marzenie, to to już wystarczy. Nic z tego! Kiedy nawet uda się wyjść z opałów za pierwszym razem, chwilę później znów trafisz na kogoś, kto będzie chciał wydrzeć Twoje sny. Tym razem jednak konsekwencją sprzedania marzenia, nie będzie pozostanie sługą, a śmierć. Bo czy olbrzymy, po tym, jak bohater opowiedziałby sen, pozwoliłyby mu odejść. Osobiście wątpię. Zamiast tego miałyby i sen, i przekąskę. 



Przekładając to na trochę mniej symboliczny język, myślę, że kiedy zdecydujemy się ruszyć w pogoń za naszymi snami, a potem je zaprzedamy, zostajemy z niczym w sposób najbardziej dotkliwy. Nie ma starego, nie ma nowego, a my, zawieszeni w pustce, mamy puste ręce, pustą głowę, puste serce. A to już prawie śmierć. 

Na szczęście bohater tej baśni dobrze zrozumiał swoją pierwszą lekcję. Dobrze wiedział, że świat, po pierwsze chce jego snu, a po drugie, że świat, nim postanowi go zabić, najpierw spróbuje przekupić. Sługa przyjmuje więc magiczne przedmioty, a potem znika, nie czekając aż komuś przyjdzie do głowy obedrzeć go ze skóry. Warto zwrócić uwagę jeszcze na to, że właśnie w tym miejscu zaczyna się w opowieści magia. 

Przemiana


Pozostaje jednak coś jeszcze. Na wyspie olbrzymów bohater ciągle jest tylko sługą, który został wrzucony do beczki przez swojego pana. Dopiero moment konfrontacji z naprawdę ciężkimi sprawami, takimi jak śmierć i choroba, staje się dla niego miejscem prawdziwej przemiany. Kiedy leczy córkę pierwszego gospodarza, ze sługi przemienia się w lekarza. Dopiero działanie, i to działanie w trudnej materii codziennych spraw zaczyna sprawiać, że sen przemienia się w rzeczywistość. 

Choć swoje marzenia trzeba nosić głęboko pod podszewką, noszenie to będzie całkowicie pozbawione sensu, jeśli kropla za kroplą nie będziemy przelewali ich w naszą rzeczywistość. Nikt nie musi znać dokładnej treści takiego marzenia, ale jego skutki będą widoczne dookoła nas. Nasz bohater, już lekarz a nie sługa, na początku nie miał nic, potem pojawił się jeden dom, potem drugi, a na końcu te dwa domy zostały połączone mostem. Wszystko działo się powoli, krok po kroku. Bo na marzenia trzeba mieć czas… 

I mógłbym na tym skończyć, ale chciałbym jeszcze o coś zapytać:

Jakie jest twoje osobiste marzenie? Za jaki sen dałbyś/dałabyś się zamknąć w beczce? Co nosisz pod podszewką? Wiesz? 

***

Dzisiejsze ilustracje sponsoruje: George Hood oraz Internet


*Być może to jest właśnie jedna z definicji słowa "sługa" - ktoś kto podąża i narzeka.