28.12.19

Starzy ludzie

baśnie, baśnie na warsztacie, motywy baśni, starzy ludzie, baśnie braci grimm, baśnie szwedzkie, Baśnie skandynawskie, baśniowe inspiracje, grimm, baśnienawarsztacie, Świstak, Mateusz Świstak
Foto: Adobe stock
Na warsztacie: starzy ludzie, Jack i łodyga fasoli, Król Lindor, Diabeł ze złotymi włosami, Żywa woda

Dziś zacznijmy tak: 

Bohater rzucony zostaje w jakąś koszmarną drakę, którą eufemizm każe nam zwać przygodą. Absolutnie nie wie, co ma robić, bo czy można upolować smoka, przebrać korzec piasku zmieszanego z makiem, czy też przyprowadzić smoka na postronku? Tak na chłopski rozum - nie! Jest to ponad ludzkie siły! Biedak idzie wtedy w jakieś odludne miejsce, żeby sobie trochę popłakać i poużalać się nad swoim losem, albo po prostu idzie drogą w stronę swojego zatracenia, gdy wtem z krzaków wyłania się struszek/staruszka i pyta:
- c'tam?
- eeee - odpowiada bohater - w biedzie jestem, ale co ja będę opowiadał, nie zrozumiesz.
Na to staruszek/staruszka odpowiada:
- spróbuj, może coś razem zaradzimy.
Bohater postanawia zwierzyć się ze swojego strapienia na co staruszek/staruszka mówią mniej więcej tak:
- Łeeee, a ja myślałem, że to coś poważnego. Wystarczy, że zrobisz tak i tak, a wszystko będzie dobrze.
Bohater w mniejszym lub większym stopniu idzie za otrzymaną radą i wszystko jest dobrze. Czasem co prawda interpretuje radę po swojemu, z czego jest więcej biedy niż pożytku, ale, koniec końców, wszystko zmierza do szczęśliwego zakończenia.

Taki motyw przewija się przez wiele podań, więc warto się nad nim na chwilkę pochylić. Kim jest baśniowy starzec i staruszka? Albo jeszcze lepiej - kim są starzy ludzie w baśniach? A szczególnie ten typ starych ludzi, który opisałem w powyższym modelowym streszczeniu. Zacznijmy od tego, że po pierwsze są to: 


POMOCNICY


Bohaterem baśni jest zazwyczaj ktoś młody, niedoświadczony, kto więcej ma przed niż za sobą. To w jego rękach jest działanie. To on może odczarować księcia, ocalić księżniczkę albo i całe królestwo. Problem w tym, że zabiera się za to jak pies za jeża. Zgrabności w jego ruchach tyle, co w spadającym po schodach fortepianie, pomyślunku zazwyczaj brak. Bo skąd miałby taki pomyślunek mieć - dopiero zaczyna... zazwyczaj z łatką "głuptasa". 

Gdyby wyruszył w swoją przygodę tylko z tym, co już wie, prawdopodobnie skończyłby marnie. Dobrym przykładem ludzi, którzy idą tylko za własnym doświadczeniam są starsi bracia takiego "głuptaska". To są ci, którzy przegrywają - czasem po prostu ginąc, a czasem wracając do swoich domów z gorszej jakości zdobyczami (mniej smacznym winem, tańszymi ubraniami, brzydszymi żonami etc). Trzeci brat, ten najgłupszy radzi sobie zdecydowanie najlepiej, dlatego, że na jego drodze staje staruszek/staruszka. I ten przypadkowy pomocnik dzieli się z naszym głuptasem wiedzą tak dziwaczną, że aż śmieszną.

Bo zauważcie, że rady, które daje taki pomocnik są zwykle bezsensowne - zamieszaj kijem w studni, albo ubierz na siebie siedem koszul, poproś żeby wstawili ci do sypialni siedem wanien pełnych proszku do prania, wypierz w nich swojego męża, a potem zlej go siedem razy rózgami (o co chodzi wyjaśniam w linku na końcu tekstu).  Ktoś o zdrowych zmysłach, albo przynajmniej elementarnej wiedzy o świecie pomyśli, że to raczej brednie. 

I z perspektywy elementarnej, czy dokładniej szczątkowej wiedzy o świecie to będą brednie. Ale, co bardzo ważne, wiedza, którą posiadają starzy ludzie nie jest szczątkowa. Oni mają o wiele większy depozyt informacji i doświadczeń, a dzięki temu mogą dawać takie właśnie rady. Rady, które dla młodych ludzi są magią, dla starych to po prostu wspomnienia minionych doświadczeń. Czasem ich własnych, a czasem pokoleń, które wędrowały przed nimi. Takich informacji nie można znaleźć nigdzie indziej, tylko w słowach starców.

DYGRESJA - SZCZĄTKOWA WIEDZA


Szczątkowa wiedza, to coś, co z jednej strony daje nam jakiś ogląd rzeczywistości, z drugiej nie pozwala nam zaakceptować szerszej perspektywy... bo przecież wiemy. Być może dlatego właśnie to najgłupszy brat, albo najmłodsza siostra są w stanie zaakceptować otrzymywane rady. Nie mają tej wiedzy, która sprawia, że już myślą, że znają śwait i która szufladkuje rozwiązania starszej osoby jako głupie albo niemożliwe. To właśnie odróżnia dzieci od nastolatków. Dziecko zrobi, nastolatek zaneguje. I to właśnie sprawia, że to "nastolatki" w baśniach giną, a "dzieci" zasiadają na królewskich tronach.

Zamykając dygresję, wróćmy do roli jaką starzy ludzie odgrywają w baśniach. A jest to: 


WERYFIKACJA


Młody człowiek nie otrzymuje pomocy za darmo. Starsza osoba musi w "głuptasie" dostrzec wartości moralne, które kwalifikują go do pomocy. Czasem po prostu jest to napisane wprost ("była to dobra dziewczyna"), czasem zaś bohater musi przejść test. Szukający przygód śmiałek musi pomóc starcowi/staruszce, albo rozwiązać otrzymaną zagadkę. Taką zagadkę otrzymuje na przykład Jack z baśni o łodydze fasoli. Starzec, zanim wręczy mu magiczne nasiona pyta: "ile to jest pięć fasolek?". Odpowiedź Jacka jest tyle zabawna, co genialna, dzięki czemu otrzymuje on przepustkę do dalszej części swojej przygody. W ogóle dostęp do przygody.

Starcy mają wiedzę, która pomaga nie tylko rozwiązać niemożliwe zadania i zagadki, mają też wiedzę, która pozwala wyselekcjonować odpowiedniego kandydata, który popchnie opowieść do przodu. A opowieść to przecież życie. Finał opowieści to zaś świat w najlepszej możliwej formie. Gdyby najstarszy, albo średni brat został na koniec królem, to świat może byłby szczęśliwy, ale jego ostateczna wersja byłaby wersją powstałą na ograniczonej wiedzy i ograniczonych doświadczeniach. Byłoby normalnie, ale bez magii... albo nie byłoby szczęśliwego rozwiązania w ogóle.

*muszę to zapisać - na mój balkon właśnie przyleciała sójka, skacze po szczebelkach dość nerwowo, sprawdzając, czy ją widzę. Powoli zbliża się do jednej z doniczek z cyprysami i zaczyna w nich grzebać. Jeszcze raz sprawdza, czy nikt nie patrzy, a potem czmycha. Idę na balkon, patrzę do doniczki, a tam koleżanka sójka pokitrała sobie jakieś przekąski na zimę... albo ktoś inny pokitrał, a ona tylko się częstuje. Nie wiem. w każdym razie chyba wiem, gdzie zostawię kilka orzechów na raz następny*

PODSUMOWANIE


Wracając do naszych braci. Ten najmłodszy jest najlepszym kandydatem na króla z tego powodu, że w jego osobie łączy się to co nowe, przede wszystkim inicjatywa i działanie z tym co stare - wiedzą i doświadczeniem. W tym wypadku jest to wiedza minionych pokoleń przekazywana mu przez napotkanych starych ludzi. Jeśli mówi się, że tylko głupiec uczy się na swoich błędach, to najmłodszy brat, jest najlepszym przeciwieństwem głupca. On bierze z przeszłości to, co najlepsze i przenosi to do przyszłości. Jest sumą pokoleń. Nie ma tu miejsca na rewolucję. To co było złe i nieudolne odpada, ale co ciekawe, nie wraz z poprzednim pokoleniem, ale wraz ze starszymi braćmi baśniowego bohatera. 

I w tym punkcie chciałbym zakończyć. 

Do rozważań o starych ludziach jeszcze wrócę, a gdybyście teraz chcieli poczytać coś więcej na tematy poruszone w powyższych akapitach polecam następujące teksty: 


(tutaj przy okazji kilka innych przemyśleń na tematy dookołabaśniowe)

11.10.19

Impresja Początku

foto. Kami

Na warsztacie: początki baśni

Wyruszyliśmy kilka godzin przed wschodem słońca. Ogólne zaspanie sprawiło, że co rusz musieliśmy się zatrzymywać, żeby sprawdzić, czy spakowaliśmy wszystko, albo wyciągnąć jakiś „bardzo ważny” dla dalszego przebiegu podróż drobiazg. 


Jeden z naszych pierwszych postojów wypadł przed bramą nieczynnego jeszcze sklepu ogrodniczego. My w pomarańczowej smudze światła wyznaczanej przez uliczne latarnie, w tle cienie drzew oliwnych, a dalej niewidoczny, ale bezsprzecznie obecny masyw górski. Ponad nami rozgwieżdżone dość rozrzutnie niebo. Kami szukała jednego z tych „bardzo ważnych drobiazgów” w podręcznej torbie, a jak walczyłem ze snem oparty o burtę samochodu. 



Przez ciemność przedzierało się pianie pierwszych kogutów, któremu wtórowało poszczekiwanie niewidocznym psów. Na to wszystko z kolei nałożył się jeszcze jeden głos. Być może puszczyki, być może inne sowopodobne ptaki (bardziej jak szczekanie szczeniaka, niż klasyczne „hu-hu”). Trzy dźwięki przelewały się przez siebie tak harmonijnie, jakby stanowiły część jednego utworu. Ta sama tonacja, ten sam rytm, tylko różne instrumenty. Czasem przebijał się jakiś solista, czasem wszystkie głosy dźwięczały unisono. 

„A gdyby tak - pomyślałem, słuchając dziejącej się w ciemności muzyki - gdyby tak codziennie słuchać podobnych dźwięków, gdyby tak budzić się z nimi, zaczynać dzień przy ich akompaniamencie? Przecież to nie mogło przejść bez odciśnięcia piętna na wyobraźni. Bo przecież pies, kogut i puszczyk potrafią się dogadać, żeby razem muzykować! To nie jest normalne. To musi rodzić pytania: Jak to możliwe? Czy to prawda? A jeśli tak: Gdzie się spotykają? Skąd znają swoje piosenki? A do tego - kto jeszcze z nimi muzykuje?”.

Stałem tak oparty o samochód, a ilość pytań w mojej głowie puchła, jak łydka po użądleniu szerszenia. Trochę żałując, że ta muzyka nie jest moją codziennością (zamiast tego: prysznic w łazience sąsiadów, buczenie lodówki, telewizor piętro niżej i koparka za oknem), a trochę hamując swoje podekscytowanie myślałem dalej:

„Przecież to musiało inspirować, do tworzenia historii, do ich opowiadania. Przecież ktoś musiał to zauważyć, ktoś spróbować odpowiedzieć na te najprostsze pytania. Wyjaśnić po swojemu ten fenomen zwierzęcej harmonii. Ktoś, mógł na przykład stwierdzić, że poza psem i kogutem, był jeszcze, powiedzmy osioł i powiedzmy kot. I te zwierzęta postanowiły, że założą zespół. I wyruszą muzykować w świat, albo chociaż do Bremy…”

Z tą myślą, wsiadłem z powrotem do samochodu. Choć sen wciąż nie dawał za wygraną, czułem, że teraz baśnie zaczęły czaić się w ciemnościach. I zawsze się tam czaiły. Początki tych małych-wielkich historii zawsze zahaczały o codzienność. Wystarczyło tylko wyciągnąć po nie rękę. I bynajmniej nie przez skrupulatne studiowanie, a raczej uchwycenie momentu olśnienia. 


10.8.19

Po co opowiadać baśnie?

Sztuka opowieści, storytelling, słowo żywe, praca opowiadacza, wyobraźnia, komunikacja, performace


Na warsztacie: Sztuka opowieści, storytelling, słowo żywe, praca opowiadacza

Podobno w internetach największe wzięcie mają listy, w stylu "sto sposobów na łupież", albo "10 niezawodnych metod, jak przy pomocy kalarepy rozkręcić swoją firmę". Do tej pory zdarzyło mi się zrobić taką listę raz i przyznam, że internety nie kłamią - wzięcie było naprawdę spore. Listę z najważniejszymi według mnie książkami o baśniach znajdziecie TUTAJ, a ja tymczasem chciałbym uraczyć Was kolejnym zestawieniem, czyli kilka powodów dla których warto opowiadać baśnie... i wszystkie inne historie.

Lista jest całkowicie subiektywna, wynikająca z praktyki i pewnie z etapu, na którym jako opowiadacz znajduję się w tej chwili, dlatego, gdybyście chcieli coś dodać, oczywiście nie krępujcie się nic a nic - sekcja komentarzy przywita Was z otwartymi ramionami. Zaczynamy: 

1. ZABAWA


Pierwsza i najbardziej podstawowa sprawa to rozrywka. Opowiadanie historii to pewna sytuacja społeczna, w której uczestniczy od kilku do kilkuset osób. Kiedy to nam przypada w udziale mówić do naszych słuchaczy, robimy to przede wszystkim po to, by ci spędzili miło czas. Wszystko inne, choć może ważniejsze, przychodzi w drugiej kolejności.

Żeby sprawić, by nasz słuchacz dobrze się bawił, musimy wykorzystać wszystkie możliwe chwyty - z tych dozwolonych rzecz jasna - które podniosą ogólny nastrój spotkania. Oczywiście rozrywkę można rozumieć w różny sposób. Może być śmieszna, przerażająca, wzruszająca itd. To, w którą stronę pójdziemy z nastrojem naszych opowieści zależy tak od nas, jak i chwili, ale opowiadacz to nie ksiądz (choć duchowo zadzaiałać może równie skutecznie) to nie przywódca wojskowy ani polityk, to showman i to z czym przede wszystkim przychodzi to sztuka - sztuka opowieści. I nie ważne czy mówimy do trzylatków, czy dorosłej publiczności, jeśli słuchacze nie poczują, że to, czego słuchają, jest po prostu fajne, nie kupią tego i podskórnie poczują, ze marnujemy ich czas. 

I choćby mówił o najpoważniejszych sprawach świata, przede wszystkim musi bawić, czasem jak w Chorym z urojenia Moliera, a czasem jak w Makbecie Szekspira. Rozrywka to przecież nie tylko bezrefleksyjny kabaret. 


2. WSPÓLNOTA


W tym punkcie sztuka opowieści jest prawie bezkonkurencyjna. Gdybym miał szukać formy, która spaja ludzi w podobny sposób, to chyba tylko wspólne muzykowanie i tańce. Dlaczego? Bo opowiadanie opiera się przede wszystkim na nawiązywaniu więzi pomiędzy opowiadaczem a publicznością, a dalej między wszystkimi osobami, które biorą udział w tym procesie. I to dość intymnej więzi. W końcu słuchacze dają nam, opowiadaczom swoją wyobraźnię pod opiekę, a to jest wielkie zaufanie i wielka odpowiedzialność dla opowiadacza. Dobrze opowiedziana historia powinna zawsze reagować na widownię, zmieniać się w zależności od jej nastroju, pory dnia i okoliczności, dostosowywać się zarówno do naczynia jakim jest cała grupa, jak i każda indywidualni osoba. 

Ta wrażliwość na odbiorcę sprawia, że wszystkie opowieści, które pojawią się podczas konkretnego spotkania, są jedyne i niepowtarzalne, są skarbem, który każdy zabiera do domu. Najważniejszy jest jednak ten proces powstawania danej historii. Ten moment, w którym opowiadacz zdradza sekret opowieści. Bo prawdę powiedziawszy, w całym procesie opowiadania jest coś z konspiracji, pewnej intymności, zdradzanej tajemnicy. 

3. NAUKA


Kolejna sprawa dotyczy tak samych opowieści, jak i kontekstów, w których dane historie powstały. Bo przy okazji powiedzmy opowieści aborygeńskich, można opowiedzieć o pieśniach stworzenia, malarswie kropkowym, czy roli zwierząt klanowych. Kiedy obdarzymy słuchacza takimi informacjami może się okazać, że jedna czy druga baśń otworzą przed nim drzwi, których nawet się nie spodziewał, a on wejdzie głębiej i głębiej w opowieść. To pierwsza warstwa nauki. Prosta lub złożona wiedza o otaczającym nas świecie, którą opowiadacz może przynieść wraz z baśniami. 

Sztuka opowieści, storytelling, słowo żywe, praca opowiadacza, wyobraźnia, komunikacja, performace

Inna sprawa to oczywiście cała nauka moralna zawarta w baśniach. Nie mówię o morałach, bo za tymi nie przepadam, ale o przekazywaniu w prosty sposób złożonych praw rządzących społeczeństwem i naturą. Na ten punkt trzeba być szczególnie uwrażliwionym, żeby nie zabić baśni własnymi poglądami, z drugiej strony, żeby nie zdemolować poczucia moralności słuchacza XXI wieku jakimiś archaicznymi praktykami, o których baśnie opowiadają. Myślę jednak, że jeśli podejdziemy do opowieści z odpowiednią dozą wrażliwości, stanie się ona mostem, który łączy dawną mądrość, z dzisiejszą wrażliwością. 

Kiedyś baśnie uczyły tych najprostszych rzeczy - kiedy siać, kiedy żąć, kiedy nie wychodzić na pole, albo do lasu. Ta wiedza miała swoje znaczenie praktyczne. Dziś nie jest ona nikomu potrzebna w tej formie, ale nadal tam jest. Więc jeśli ktoś by jej potrzebował, może się śmiało częstować. 

4. POZNANIE

Baśnie naszpikowane są archetypami jak współczesne mięso antybiotykami. Fatalnie się zrymowało, ale wiadomo o co chodzi. Z nami, ludźmi, jest taki problem, że my nie do końca ogarniamy siebie samych. Niezależnie czy mamy siedem, czy siedemdziesiąt lat, jesteśmy jedną wielką gmatwaniną pragnień, myśli, popędów i traum, po których bardzo ciężko nam nawigować. Baśnie i mity są znakami w tej gmatwaninie, punktami odniesienia, które w prosty sposób definiują bardzo złożone problemy. Nie wyjaśniają ich w stu procentach oczywiście, ale za to dają rozeznanie w początkowej sytuacji. Dlatego warto słuchać baśni i opowiadać je. By w złożoną mapę naszej podświadomości wbijać chorągiewki z jasnymi i prostymi nazwami: "O tu mam Edypa, a tu Babę Jagę, a tutaj, proszę proszę świnka... chyba ta z drewnianego domku". Mówię oczywiście cały czas o baśniowych symbolach, którymi możemy przeczytać samych siebie. Wystarczy zastanowić się jakie jest nasze miejsce w odniesieniu do takiego znacznika. To pomaga, jak głos Krzysia Hołowczyca podczas jazdy przez nieznane miast. 


5. KOMUNIKACJA


Baśnie obdarowują słuchaczy językiem w bardzo kompleksowy sposób:  nie tylko słownictwem, ale także przykładem na jego użycie, melodią głosu, tempem wypowiadania poszczególnych fraz, głośnością itd. Opowiadanie to pokaz tego, co może język i to pokaz dość niezwykły. Po pierwsze dlatego, że to pokaz na żywo. Słowo nie jest znikąd odtwarzane, opowiadacz może się pomylić, a i tak będzie nas uwodził słowami - bez cięć i poprawek na stole montażowym. To pokazuje, że można mówić pięknie, choć niekoniecznie bezbłędnie. Można mówić tak, żeby słowa ciągle miały więcej znaczenia niż tysiąc obrazów. Do tego potrzebna jest wspomniana wcześniej intymność, ale w dobrych warunkach nie jest o nią wcale tak trudno. Jeśli uda się opowiadaczowi nawiązać kontakt ze słuchaczem, jeśli uda się na chwilę zachęcić słuchacza do mówienia i jeśli słuchacz odnajdzie w tym przyjemność, istnieje duża szansa, że część tej sytuacji komunikacyjnej opuści spotkanie. Razem ze słuchaczami. 

Ta interakcja to wartość, którą trudno odnaleźć w filmie czy teatrze, tam aktor ma zupełnie inne przygotowanie. Z jednej strony jest to przygotowanie, które nie zakłada interakcji (dobra, czasem zakłada), z drugiej które buduje mur - "o to jest pan aktor, on umie". Opowiadacz nie musi "umieć", musi tylko mieć co opowiedzieć i chcieć to zrobić. 

Sztuka opowieści, storytelling, słowo żywe, praca opowiadacza, wyobraźnia, komunikacja, performace


Sztuka opowieści to pewna komunikacyjna jakość. Piękny język jest jej wielkim atutem, ale ważniejsza jest chęć nawiązania nici porozumienia między nami a słuchaczami. 


6. WYOBRAŹNIA


Tę kwestię zostawiłem sobie na koniec, choć tak naprawdę od niej powinienem zacząć. Opowiadanie historii rozwija wyobraźnię. Tak opowiadacza, jak i jego słuchaczy. I to wyobraźnię w najczystszej formie. Kiedy bowiem słuchamy opowieści, to trochę tak, jakbyśmy spuścili ją na popas gdzieś, gdzie trawa jest soczysta a i wybiegać się można. Opowieści odciążają nas z jakiegokolwiek "muszę" - jeśli tworzymy obraz, to robimy to tylko i wyłącznie dla własnej przyjemności. Bawimy się wyobraźnią, badamy jej potencjał, eksplorujemy ją. To przydaje się w innych sytuacjach, w pracy, w szkole, w rozmowach z bliskimi, albo gdy tworzymy. Jednak czasem potrzebujemy, by ktoś pokazał nam to, że nasza wyobraźnia ma się jeszcze całkiem nieźle. Potrzebujemy, żeby ktoś nas popchnął do przodu, powiedział naszej kreatywności "Tak" zanim my to powiemy. Opowieści to jednak z takich sposobności. 

Więcej o wyobraźni przeczytacie w artykule Kraina Absolutnie Wszystkiego

BONUS


Na koniec chciałbym dorzucić jeszcze taki mały bonusik od siebie. Bo każdy z nas ma w życiu górki i doliny, wzloty i upadki. I kiedy jest się w górze, nie ma nic co mogłoby nas powstrzymać - naparzamy ile się da z bananem na twarzy, nie poddając w wątpliwość ani tego, co robimy ani naszych motywacji dlaczego coś robimy. Kiedy jednak nagle droga zacznie opadać i znajdziemy się w ciemnym wąwozie zwątpienia, wtedy warto zadawać sobie takie właśnie pytanie: Po co opowiadam. Po co ja opowiadam. Ja - Świstak. 

I mam taką swoją formułkę, która pozwala mi robić dalej to, co robię, pomimo zmęczenia, pomimo zwątpienia, pomimo poczucia, że to wszystko jest bez sensu. A formułka ta brzmi - pieniądze... 

...No dobra, żartuję. Pieniądze, choć ważne nie mogą być motywacją do robienia tak delikatnych rzeczy, jak zabawa z cudzą wyobraźnią. Są ważne, ale o wiele ważniejsze jest dla mnie coś, co ja definiuję sobie jako karmienie. Karmię słuchaczy, czymś czego nie dostaną przez internet, czego nie zobaczą w telewizji. Kontaktem, entuzjazmem, karmię ich wyobraźnię, karmię ciekawość, czasem rozbawiam. zaspokajam ich potrzebę kontaktu i potrzebę najzwyklejszej radości. No i zasadzam ziarenka. Daję im pewną wiedzę, która być może wyrośnie. Czasem jest to wiedza o świecie, czasem o literaturze, a innym razem o sobie samym. Co słuchacze z tym zrobią, to już nie moja sprawa. Ja zostawiam ziarenka i karmię. I to pomaga, kiedy dookoła zrobi się strasznie ciemno, a sens opowiadania historii zniknie na chwilę za mgłą. 














20.7.19

Błędy Czerwonego Kapturka



Na warsztacie: Czerwony Kapturek, Znaczenie baśni, życiowe błędy


Szedł Czerwony Kapturek przez las. Nagle pojawił się wilk, sympatyczny bardzo, czarujący. Dziewczynka i zwierz gawędzili chwilkę, ona powiedziała mu gdzie idzie (BŁĄD!) on pokazał jej, że kwiatki ładne, ona zboczyła z drogi (BŁĄD). A potem nastąpił szereg makabrycznych wypadków, które całą rodzinę Czerwonego Kapturka kosztowały pewnie niejedną wizytę u psychoterapeuty. 

Ale, ale... przecież gdyby nie to, że dziewczynka tak łatwo dała się zmanipulować wilkowi, nie byłoby tej najsławniejszej baśni świata. Gdyby dziewczynka przeszła przez las, jak mamusia przykazała, nie byłoby miejsca na opowieść (bo to o błędach przecież najczęściej opowiadamy). I można tę myśl rozszerzyć: gdyby nie błędy, nie mielibyśmy niejednego wielkiego bohatera. Gdyby nie błędy, które popełniamy, nie byłoby wielkich mitów, nie byłoby religii, nie byłoby nas. I choć każdy ma potrzebę przeżycia swoich dni możliwie jak najlepiej, gdzieś w kodzie genetycznym (jako gatunek) mamy wpisane predyspozycje do chrzanienia wszystkiego, za co się weźmiemy. 

I dobrze... To znaczy nie do końca dobrze, bo jednak lepiej nie poddawać się entropii, która nieustannie buzuje pod skórą, ale też nie ma co się oszukiwać, że jej nie ma. 

Jestem bo błądzę


Czerwony Kapturek bez fatalnego (czyt. śmiertelnego) błędu, nie byłby nigdy sobą. I my też nie bylibyśmy sobą bez naszych mniejszych lub większych wtop. Największe zmiany zaczynają się od najtrudniejszych sytuacji. Od upadków przypadkowych, lub takich, które na horyzoncie majaczyły jak burzowe chmury, tylko my nie reagowaliśmy. Od zgubienia własnej ścieżki, od złamanego życia. To zawsze jest najważniejszy moment. Czasem się z niego podnosimy, a czasem nie. To już różnie bywa, ale bez niego, nasza droga przez las byłaby tylko zwykłym turystycznym spacerkiem. 

Kapturkowi dostało się tęgo po głowie. Ale przez to, że dostał po głowie raz, mógł potem poradzić sobie z kolejnym wilkiem (zapraszam do artykułu Drugi Wilk). I z nami chyba jest tak samo. Albo przynajmniej powinno tak być. Czasem zdarzy się nam wpakować w bezsensowną sytuację - głupi związek, głupią pracę, jeszcze głupszy kredyt - która będzie nas jedynie wyniszczać, która będzie najczarniejszym z możliwych scenariuszy, ale kiedy już z niej wyjdziemy, będziemy inni. Być może umorusani błotem, umazani krwią, poobijani (fizycznie i emocjonalnie), ale mimo wszystko mocniejsi... Przy odrobinie szczęścia to, co przeżyliśmy przez nasze błędy przemieni się w doświadczenie. A myślę sobie, że doświadczenie zostaje nie po to, żeby złe rzeczy w przyszłości nam się nie zdarzały, ale żebyśmy mniej się zużywali, kiedy już się zdarzą.  

Pigułka doświadczenia


Baśnie to opowieści o takich sytuacjach. O tym krytycznym, najgorszym z momentów, o domku czarownicy, spotkaniu ze smokiem, wilku, który sforsował drzwi, zejściu do piekieł. Nie opowiadają o bohaterach idealnych, opowiadają o bohaterach, u których właśnie wszystko się sknociło. Pokazują, że równie dobrze można przegrać, co wygrać (zapraszam do artykułu Kosteczki w celi) i pokazują jak wygrywać. Bohaterowie nigdy nie są święci, nigdy nie są najlepsi. Nie są, ale będą najlepsi, jak tylko wyjdą z opresji. Bohaterowi baśni pokazują w prosty sposób, jak przetrwać przy możliwie najmniejszych obrażeniach. 

il. Arthur Rackham

Tutaj taka mała dygresja - jeśli weźmiemy jako przykłada chociażby Czerwonego Kapturka, to jej "możliwie najmniejsze obrażenia", to otarcie się o śmierć. I warto o tym pamiętać - niektóre sytuacje będą do przejścia jedynie jeśli otrzemy się o śmierć. Niekoniecznie tę fizyczną, ale psychiczną, emocjonalną, społeczną. Czasami nasze życie musi się roztrzaskać na kawałki, żebyśmy mogli w ogóle żyć. 

Z perspektywy narracji, sama opowieść zawsze toczy się w najbardziej newralgicznym momencie - Kapturek nawalił, więc zaczną się dziać bardzo złe rzeczy. Dopiero perspektywa pozwala ocenić, że te rzeczy doprowadziły do czegoś dobrego. I dopiero perspektywa pozwalała opowiadać o tych rzeczach z nostalgią. W "Nieśmiertelności" Kundery, jest taki fragment, gdy jedna z bohaterek wspomina swoją pracę jako opiekunka osób starszych. Koszmar, ale jednocześnie najlepszy okres w jej życiu. Moment, w którym ona stała się tą kobietą, którą teraz jest i którą sama ceni. I choć pewnie ani nie chciałaby, ani nie potrafiłaby wrócić do tamtego czasu, to właśnie ten czas był najważniejszy. 


Deseczka ratunkowa


Czerwony Kapturek nie byłby sobą, gdyby nie wilk i tamta z wilkiem rozmowa. Ktoś rozleciał się na kawałki po rozstaniu i to był moment zmiany, ktoś inny stracił pracę, albo zawalił studia, jeszcze ktoś inny się rozpił, albo stracił mieszkanie. To trochę katastrofa, a trochę zagadka do rozwiązania. Sytuacja potencjalna, z której jest wiele wyjść. Można w niej na przykład zostać. Tak się zdarza. Ale można też iść dalej niezależnie od wszystkiego. Tylko trzeba wiedzieć, że można ruszyć z miejsca. 

I tutaj pojawiają się baśnie. Baśnie pokazują ten moment krytyczny. A potem kończą się słowami "i żyli długo i szczęśliwie". Baśniowa historia to przykład, który warto mieć z tyłu głowy. To przeciwwaga dla wszystkich złych wiadomości, którymi przepełnione są serwisy informacyjne i które mówią nam tylko o tym, jak się przegrywa. Baśnie to perspektywa kogoś, kto przegrywał, ale jednak wygrał. Niezależnie od tego, jak ciężkie były jego próby. 

Znacie eksperyment ze szczurem i deseczką? Kiedy szczur się topi, walczy o życie około dziesięciu minut. Potem traci nadzieję i idzie na dno. Kiedy jednak na chwilę podstawi się mu deseczkę, a potem ją zabierze, szczur potrafi pływać przez prawie piętnaście godzin. Wszystko jest kwestią nadziei. Baśnie są taką właśnie deseczką - ekstremalnie uproszczoną, wtłoczoną w ramy archetypu i wypraną z konkretu, po to, byśmy mogli jak najprościej ją uchwycić. Baśnie mają służyć jak najbardziej uniwersalnie. Więc, gdyby przypadkiem,  zdarzyło się Wam być w czarnym, najczarniejszym punkcie, na samym dnie, w długach i w rozpaczy, przypomnijcie sobie tych, którzy też tam byli... i którym się udało. Przypomnijcie sobie Czerwonego Kapturka, Kopciuszka, czy Jasia i Małgosię. I mówię to zupełnie na poważnie. 

Ale, ale... 


Dwa zastrzeżenia. Pierwsze jest takie: Baśnie to nie terapia. To tylko jedna z cegiełek, które mogą pomóc, materiał pomocniczy i tyle. Nie wyciągną z długów, nie posklejają złamanego serca, nie wyleczą z alkoholizmu itd. Jeśli jest źle całą pracę i tak będziecie musieli wykonać sami lub sami z pomocą lekarza, doradcy finansowego, prawnika, przyjaciela itd. Baśnie warto znać, żeby wiedzieć, że ktoś już miał gorzej i sobie poradził. Że jest pozytywne rozwiązanie. 

Czasem nasze życiowe poturbowanie jest do tego stopnia drastyczne, że długo i szczęśliwie oznacza przede wszystkim "przeżyć". I wiecie co? Z perspektywy czasu, doświadczeń własnych i obserwacji świata dookoła (tych wszystkich małych historii, które codziennie panoszą się w powietrzu), coraz częściej mam wrażenie, że to jest najważniejsze. Przeżyć! Bo skoro to się udało, to znaczy, że mamy szansę na ciąg dalszy, na kolejne próby i na swoje własne "żyli długo i szczęśliwie". 

Ale tutaj jest drugie zastrzeżenie. Pogubienie się nie jest czymś dobrym. Popełnianie błędów nie jest czymś dobrym i jeśli popełniasz ich zdecydowanie za dużo, to znaczy, że coś jest nie tak. Pakowanie się w beznadziejne sytuacje czasem nie wynika z naszej winy (w '83 roku mało kto zawinił temu, że na głowę zwalił mu się stan wojenny), ale jeśli wkładamy sporo wysiłku w to, żeby sobie nabruździć, to raczej może świadczyć o tym, że najzwyczajniej w świecie jesteśmy idiotami. Innymi słowy - jeśli już wdepniemy w kupę, to trzeba przyznać się przed sobą, że to kupa i że śmierdzi, a nie pierniczyć, że to szlachetne i w ogóle. Nie! Jeśli jest źle, to jest źle. Naszym podstawowym zadaniem jest przetrwać. Wychwalanie tego, że siedzimy w egzystencjalnym bagnie byłoby po pierwsze niesmaczne, a po drugie to byłoby zwykłe okłamywanie siebie. No i jeszcze jedna rzecz, jeśli jest źle, to musimy coś z tym robić. Kapturek być może nie jest tutaj najlepszym przykładem, ale weźmy Jasia i Małgosię. Gdyby nic nie zrobili, kiedy było źle, skończyliby jako przekąska Baby Jagi. 

To, że jest źle nie oznacza, że będzie dobrze. Oznacza tylko, że właśnie może dziać się najważniejszy moment w naszym życiu. Ten, który za chwile zdefiniuje kim jesteśmy. I baśnie mogą nam w tym towarzyszyć. Ale tylko towarzyszyć. 


Przeczytaj także: O motywie wilka, który zjada TUTAJ
I jeszcze raz o wilku, który dmucha, tym razem w trochę bardziej mrocznej odsłonie TUTAJ





4.7.19

AKCJA PISANIA BAJEK! 




Coraz częściej mam wrażenie, że Akcja Pisania Bajek, której blog patronuje odbywa się coraz częściej. Kolejny rok minął i po raz kolejny oddaję głos jej autorom:

Finał VIII edycji społeczno-artystycznego projektu „Akcji Pisania Bajek” zakończono uroczystym czytaniem oraz wręczeniem książeczek z bajkami dla dzieci z Miejskiej Świetlicy Środowiskowej w Będzinie. Powstało ponad dwadzieścia bajek napisanych przez przyszłych pracowników socjalnych, w których pojawiły się historie z ulubionymi postaciami z kreskówek, przyjaciele ważni dla dziecka, często również ci czworonożni. Pojawiały się także bajki o przyjaźni, podniebnych przygodach oraz dziecięcych marzeniach. Ilustracje do książki wykonali podopieczni Miejskiej Świetlicy Środowiskowej. Okładkę książki zaprojektowała artystka, ilustratorka Magda Nowacka - Kolano, wzbudzając zachwyt małych i nieco większych czytelników. Inicjatywa odbyła się pod honorowym patronatem Rzecznika Praw Dziecka, UNICEF Polska, Polskiego Komitetu Międzynarodowego Stowarzyszenia Wychowania przez Sztukę INSEA Polska, SENSARTE Centrum Arteterapii oraz Baśni na Warsztacie.
Projekt nie zostałby zrealizowany bez wsparcia; IT CARD Centrum Technologii Płatniczych S.A. Warszawa, SPAR Sosnowiec oraz Studio Tańca HAVANA.

A Poniżej kilka finałowych fotek:






27.4.19

Maślana Dziewczyna


Na warsztacie: baśnie afroamerykańskie, masło, dorastanie, kobiecość. 

Podczas przeglądania zbioru baśni afroamerykańskich wpadła mi w głowę taka oto historia:

Pewna kobieta miała córkę, a córka ta była zrobiona z masła. Matka więc chroniła córkę jak tylko mogła i nie pozwalała się do niej nikomu zbliżać. Jednak maślana dziewczyna była wyjątkowo piękna, więc kiedy dwaj przyjaciele zobaczyli ją przez okno, nie mogli się powstrzymać.
Wskoczyli do jej chaty i zaczęli się zalecać. Matka akurat była w kuchni, więc nie widziała tego, że jej córka nie jest sama. Wiadomo jak to się skończyło. Przez ciepło jakie płynęło z mężczyzn, dziewczyna roztopiła się... i nie było happy endu w tej opowieści.

Dziewczyna znajduje się pod opieką matki. Pod całkowitą opieką matki. Zna tylko to, co jest do niej przez matkę dopuszczone. A matka nie dopuszcza do niej zbyt wiele. Przede wszystkim nie dopuszcza do niej mężczyzn. Oczywiście matka zdaje sobie sprawę, z czego zrobiona jest jej córka, więc kroki które podejmuje, by chronić dziewczynę wydają się uzasadnione... 

Cóż nie do końca. Bo matka popełnia jeden wychowawczy błąd - zamiast przygotowywać dziewczynę do sytuacji, jakie będą na nią czekać w świecie, izoluje ją od nich całkowicie. Nie mam wątpliwości, że matka próbuje działać dla dobra swojej córki - jako jedyna przecież dokładnie zna naturę substancji, z której zrobiona jest dziewczyna. I myślę, że ta świadomość jest kluczem do zrozumienia tej opowieści. 

Kobieta rozumie kobietę, bo jest ulepiona z tej samej gliny (z tego samego masła). Nie ma sensu nawet sobie wmawiać, że jakikolwiek facet jest w stanie w pełni pojąć jakie są kobiety. Tak do samego rdzenia. Nie! Można się dogadywać, mieć podobne zdania i opinie, podobne gusta, ale jeśli chodzi o całkowite zrozumienie... lepiej sobie darować. Faceci to faceci, kobiety to kobiety. Możemy tylko próbować uczyć się ze sobą żyć. Nie jesteśmy tacy sami - jesteśmy komplementarni. Potrzebujemy siebie nawzajem jak powietrza, ale tak jak z powietrzem, nie trzeba go rozumieć, żeby nim oddychać. Mężczyźni nie potrzebują rozumieć kobiet, żeby ich pożądać, nie potrzebują ich rozumieć, żeby je kochać i oddawać nie za nie życie, nie potrzebują ich rozumieć, żeby być przy nich szczęśliwymi i vice versa. I bardzo dobrze. Jeśli istnieje coś takiego jak połączenie dusz - to nie na zrozumieniu ono polega. 



Problem pojawia się, kiedy jeden z tych dwóch aspektów zostanie wyrugowany. Pomimo całej tej inności i niemożności zrozumienia, kobiety bez mężczyzn nigdy nie będą pełne. Tak samo mężczyźni - bez tej drugiej cząstki, zawsze czegoś będzie nam brakowało. Chociażby z zrozumieniu samych siebie. Bycie mężczyzną w świecie bez kobiet, to pójście na łatwiznę. I bycie kobietą w świecie bez mężczyzn - tak samo. 

Matka maślanej dziewczyny o tym zapomniała. Postanowiła wychować swoją córkę tylko w oparciu o to, że rozumie ją dogłębnie. Do samego rdzenia. Stworzyła jej dom, gdzie mężczyzna był źle widziany. Dom kobiet. I w tym domu dziewczyna funkcjonowałaby sprawnie. Jest tylko jeden problem. Poza domem jest też świat. I to świat tak oczywisty i bezdyskusyjny, że jakakolwiek teoria,  na podstawie której wychowujemy dziecko, to zawsze będzie za mało. I co ciekawe - nawet jeśli dziecko nie będzie chciało wyjść do świata, świat prędzej czy później przyjdzie do dziecka. 
A kiedy świat już zakołacze do drzwi (albo jak w tym przypadku, wejdzie przez okno), to nie teoria ucierpi, ale dziecko. 

To właśnie dzieje się z maślaną dziewczyną. Kiedy chłopcy odwiedzają ją, nie jest na to absolutnie przygotowana. Rozumie swoją maślaność, na tyle na ile masło można tłumaczyć masłem. Kiedy jednak pojawiają się dodatkowe czynniki sama maślaność już nie wystarczy. W tej baśni czynnik można określić jako męskie ciepło. Nie ma tu brutalności, jest ciepło i to wynikające z dość naturalnej dla relacji damsko-męskiej kolei rzeczy. I to wystarczy, żeby dziewczyna nie wytrzymała. 

Być może ta baśń tak mocno ze mną została, dlatego, że teraz kobiety idą "po swoje". Doskonale to rozumiem, świat za długo był tylko męski i brakowało tego komplementarnego aspektu jaki wnoszą w niego kobiety. Niestety hasła, które pojawiają się podczas tego chodzenia po swoje manifestują chęć stworzenia świata tylko kobiecego. A to wychylenie wahadła w drugą stronę. Na peryferiach tego wahadła zawsze jest tylko masło. Kobieca Moc, bez Męskiej Mocy, jest tak samo patologiczna jak Męska Moc bez Kobiecej. 

Oczywiście można tę interpretację rozwijać i brnąć w subtelności, bo tworzenie maślanych dzieci jest czymś nagminnym, nie tylko w związku z ich kobiecością/męskością. Dzieci, które rozpadają się po przegranej, dzieci które topnieją przy obcych, rozpływają się kiedy postawione zostaje przed nimi wyzwanie... to wszystko wynika z chęci rodziców, by dać swoim dzieciom to, co najlepsze. Ale pamiętajcie, że czasem obdarte od upadku kolana są lepsze, niż nieprzygotowana do upadku, ale idealna skóra. 

I na tym chciałbym zakończyć. Jeszcze wrócę do baśni o maślanej dziewczynie, bo w głowie kołacze mi druga, przeciwstawna interpretacja, która domaga się tekstu. A na koniec maślany Wolverine:




Tekst o dziewczynie wychowanej w beczce znajdziecie TUTAJ.
Tekst o strategiach rodzicielskich znajdziecie TUTAJ.

















2.4.19

Palenie powoduje... 



Na warsztacie: Palenie książek w Gdańsku... 

Dzisiejszy wpis wiąże się z haniebnym występkiem, jaki miał miejsce w ubiegłą sobotę w Gdańsku. Chodzi o palenie książek przez kilku nad wyraz nieroztropnych PR-owo gości w sutannach. Wieść o tym, że Potter i parę innych książek dla dzieci skończyła na stosie rozeszła się szerokim echem po Internetach i przyznam, że jak mało co podniosła mi ciśnienie. Chciałbym więc w dwóch słowach skreślić swoją opinię... trochę jako chrześcijanin, trochę jako ktoś, kto zajmuje się baśniami. Do rzeczy zatem. 

Po pierwsze i chyba najistotniejsze - panowie w sutannach zabrali się za cały proces oczyszczania dusz młodzieży od d.... strony. Jasne, że manifestowanie swojego stanowiska musi być radykalne, bo radykalne lepiej widać. Problem w tym, że przykład jaki dali, interpretacyjnie wypada mniej więcej tak - można palić książki! Koniec. Nie "złe książki", ale po prostu książki. Zauważcie - nie ma tu ani słowa o czystym duchu. Raz ktoś wrzuci Pottera, innym razem Opowieści Chasydów (bo Żydy), a jeszcze innym Torę (bo też Żydy)... i wszystko cokolwiek wpadnie komu do głowy.

Pomijam nawet fakt przyzwalania na tak radykalną, pełną przemocy i historycznie napiętnowaną formę cenzury. Bardziej martwi mnie to, że takie akcje są dla dzieciaków po prostu atrakcyjne. Bo przecież ogniska są fajne. Destrukcja jest fajna. Spektakularna. Przyznam, zdarzyło mi się podpalić parę rzeczy i nigdy nie myślałem o treściach tego, co płonęło. Widziałem jedynie igranie języków ognia nad czerniejącym papierem. Bez jakiejkolwiek refleksji. Myślę, że dzieciaki, które brały udział w ognisku, podchodziły do niego podobnie. Po prostu ognisko, a że paliwem do niego była literatura młodzieżowa i parasolki. Co z tego? 

Inna sprawa, że demoniczne wpływy to dość skomplikowana kwestia. Zabawa w opowiadanie o niej dzieciom jest tak samo bezsensowna, jak tłumaczenie fizyki kwantowej komuś, kto ledwie nauczył się dodawać. W myśleniu chrześcijańskim istnieje coś takiego jak demony, jak personalne zło i przyznam, że nie mam większych trudności z zaakceptowaniem tego faktu. Ale nie mam tych trudności dlatego, że już trochę się nażyłem jako chrześcijanin. Że zacząłem od nie czyń drugiemu, co tobie nie miłe, dziesięciu przykazań i kilku słów, które powiedział niejaki Jezus. Ten ostatni zresztą miał dużo w zwyczaju mówić o tym, żeby nasza przemiana zaczynała się od środka, bez faryzejskich gestów. I raczej budowana była na pozytywnych przykładach. Coś o miłości bliźniego, coś o wybaczaniu. Coś o nie gorszeniu swoich dzieci (...a przepraszam, to już Paweł). To co wydarzyło się w sobotę nie spełniało żadnego z powyższych kryteriów. A nawet jeśli zamknęło drogę Belzebuba do serc uczestniczących w paleniu książek dzieciaków, to otworzyło drogę do serc milionów zbulwersowanych tym faktem ludzi. W ostatecznym rozrachunku akcja była więc katastrofalnym fiaskiem. A mogli po prostu poczytać Ewangelie. 

Nie było w tym geście nic rozwojowego. Naród wybrany miał tak radykalne podejście do swojej wiary, bo był mniejszością, w świecie opanowanym przez obce bóstwa. Mieczem wrzynał się w tkankę Kanaanu a ogniem wypalał cudzą wiarę. Pragnę jednak przypomnieć dwa fakty (niech będzie, że też wyssane z Biblii): Pierwszy z Ksiąg Królewskich. Kiedy Izraelici mieli problem z refluksem obcych bóstw i ich ołtarze znów zaczęły pojawiać się na okolicznych wzgórzach, zazwyczaj wyrzynano w pień kapłanów a ich kości palono na tychże ołtarzach. To się dopiero nazywa radykalne podejście do sprawy. Drugi fakt pochodzi z Księgi Wyjścia. Kiedy Mojżesz siedział na Synaju i rozmawiał z Bogiem jego własny naród odlał sobie cielca. Robak toczył go od środka. Ale to też mówiło o potrzebach tego narodu. Przede wszystkim o potrzebach gestów, które prowadziły go do zatracenia. I kiedy myślę o tym bezsensownym ognisku, widzę w tym więcej upadku niż wzbijania się na duchowe wyżyny. Ktoś kiedyś powiedział mi piękne zdanie na temat bastionów własnej wiary, które pozwolę sobie tutaj przytoczyć: wiara to nie jest coś, za co się zabija, tylko coś za co się umiera. Polecam tamtym panom. 

Inne pytanie, które można sobie zadawać jest następujące: dlaczego rodzice zgodzili się na coś takiego. Podejrzewam, że to oni kupili swoim dzieciakom książki, które tamtego dnia spłonęły. W takiej sytuacji, rola księdza polega nie na podważaniu decyzji rodziców, ale na wytłumaczeniu tymże rodzicom, jak wiele duchowego zła wiąże się z taką a nie inną literaturą. Rodzicom i dzieciom. Przy okazji jednak ktoś musiałby wyjaśnić księżom, co to jest fikcja literacka i to, że nie każda książka jest tak prawdziwa jak Biblia. 

I na koniec pewna refleksja baśniowa. Kiedy czytałem o tym bezsensownym wydarzeniu, a potem idącą za nim falę krytyki, ciągle nie mogłem przestać myśleć o dzieciakach ze zdjęć. I o pewnej drodze, którą każde z nich musi przejść. O tym, że bohater baśniowy nie tworzy opresywnych sytuacji, ale raczej stara się znaleźć z nich wyjście - iść im wbrew. O tym, że to czarny charakter w baśniach wymyśla sytuacje podobne do tego ogniska. Zawsze w imię jakichś zasad. Dobra królestwa, ratowania majątku, obdarowania króla synem itd., ale choć słowa są wielkie, to czyny pokraczne. I czasem wyegają się z tego potwory. Dopiero przekroczenie mankamentów systemu prowadzi bohatera baśniowego do dojrzałości. Tamte dzieciaki nic nie przekraczały. Zostawały obite sytuacją zastaną. I trochę szkoda. Trochę bardzo. Zresztą wracając do Starego Testamentu - to również jest opowieść symboliczna i wszelkie gesty mają przede wszystkim znaczenie na płaszczyźnie duchowej. Izrael też jest baśniowym bohaterem, który dążył do swojej dojrzałości i częstokroć w swojej drodze upada. Właśnie przez takie gesty. 

Niestety księża podpalacze zrobili coś, co nie mieści się w duchowych kategoriach. Nauka jaką wynieśli z Biblii jest chyba tylko taka, że nie do końca przeczytali swoją podstawową lekturę. Z egzorcystycznego punktu widzenia narobili straszliwego chlewu, z którego pewnie diabły się cieszą, a co najgorsze ustanowili kolejny precedens, na który w przyszłości powołać się będą mogli jacyś radykalni idioci. O wizerunkowej wtopie nie wspominając. Kościół Katolicki i tak nie ma najlepszego PR-u. Szkoda, że znów dostanie się tym wszystkim dobrym i konkretnym księżom, że dostanie się tym wszystkim, dla których wiara ma znaczenie, czy to katolikom, czy chrześcijan niezależnie od denominacji.

***

Podlinkowuję także inne artykuły o demonach: 

O trzech świnkach i świecie duchowym przeczytacie TUTAJ
O Czerwonym Kapturku i wilkołakach TUTAJ

14.3.19

Dlaczego wilk dmucha?


Baśnie na warsztacie, trzy świnki, zły wilk, demony, mateusz Świstak, kuszenie
il. Tegan Clancy



Na warsztacie: Trzy małe Świnki

Z góry przyznaję, że dzisiejszy tekst będzie zbiorem dość luźnych notatek, które od dawna czekają na swoją kolej, by znaleźć dla siebie miejsce w postaci artykułu. Tak się dziwnie złożyło, że ostatnio pewna osoba napisała do mnie w związku z Trzema świnkami i wywiązała się z tego bardzo inspirująca rozmowa. Dzięki niej zresztą dogrzebałem się do owych notatek i doszedłem do wniosku, że chcę się nimi z Wami podzielić, niezależnie od tego, jak bardzo spójne one pozostaną. Mam nadzieję, że będzie to raczej coś, co zmąci Wasze myśli, choć odrobinę. Temat przewodni dzisiejszego wpisu mógłbym określić następująco. Wilk jest demonem, a jego postać reprezentuje złe siły. Ta myśl przyszła do mnie już jakiś czas temu i nawet w jednej z krótkich notatek o tym wspominałem (TUTAJ).

Komin


Pomysł na taką interpretację baśni zaczął się od następującej myśli: dawniej w myśleniu ludzi przestrzeń dzieliła się na uświęconą i nieuświęconą (Sacrum i profanum). Ta pierwsza była duchowo bezpieczna, ta druga wprost przeciwnie. Ludzie robili więc wszystko, by przestrzeń ich domów była tą uświęconą. Obwieszali wnętrza domów świętymi obrazami, stawiali krzyżyki, zatykali tu i ówdzie palmę wielkanocną, wypisywali święte formuły itd. Systemów zabezpieczeń było wiele i długo, by o nich pisać. Problem stanowiła przestrzeń progowa, czyli takie miejsca jak wejścia do domostw - okna, drzwi i kominy. Aby duchy nie dostały się przez komin należało utrzymać ogień na palenisku. W razie gdyby jeden diabeł z drugim próbował wślizgnąć się tamtędy do środka, poparzyłby sobie ogon.

I tak jest z wilkiem. Najpierw próbuje sforsować drzwi, a potem, kiedy to się nie udaje, rusza w stronę komina, na szczęście trzecia świnka szczelnie się zabezpieczyła i plan wilka spalił na panewce.

Ciągnąc tę myśl dalej -  jeśli wilk jest nie tylko głodnym i kosmatym zwierzakiem, ale alegorią sił nieczystych (to zresztą bardzo średniowieczne podejście do wilka), to czy są jakieś inne ślady, które mogą na to wskazywać? Wydaje mi się, że tak.

Domki


Wilk pojawia się, kiedy każda ze świnek ma już gotowy dom, nowiutki i czyściutki. Jest taki ustęp z Ewangelii Mateusza (Mt. 12-43), w którym Jezus mówi o przegnanym demonie. Używa tam właśnie metafory domu. Najpierw demon szwęda się po miejscach "bezwodnych (cokolwiek to oznacza), a kiedy tam nie zaznaje odpoczynku, szuka domu tego, u kogo wcześniej mieszkał. W naszej baśni wilk zachowuje się dokładnie w ten sposób. Nie wiadomo skąd przychodzi, wyłania się z głębi lasu tajemniczy i głodny. Szuka swojego miejsca w domkach świnek. Wymiecionych i czystych domkach, które tylko czekają na nowego szkodnika, albo demona. 

Jeśli wilk przyjmuje taką rolę, to co mówi nam to o świnkach? Tylko tyle, że obraz domku jest też obrazem formacji duchowej każdej z nich. Duchowość jednej jest nad wyraz słomiana, u drugiej lepiej, ale jej poglądy na to i owo, trzecia ma zaś jest solidnie ugruntowana, czy to duchowo, czy moralnie. W takiej sytuacji opowieść o trzech świnkach będzie przede wszystkim opowieścią  o kuszeniu.

Baśnie na warsztacie, trzy świnki, zły wilk, demony, mateusz Świstak, kuszenie
il. Nationpoo


Jest zresztą taki fragment, w którym wilk próbuje dosłownie skusić trzecią świnkę - proponuje jej wyprawę na targowisko, wyprawę po jabłka i po marchewki. Kłamie, żeby wywabić bohaterkę z bezpiecznej przestrzeni domu. I robi to trzy razy (analizowałem ten fragment w innym ujęciu TUTAJ). Jeśli chcemy porównać to do kuszenia Jezusa, proszę bardzo - trzy kuszenia, trzy zwycięstwa nad Złym. Żeby wilk zwyciężył świnka musi opuścić swoją świętą przestrzeń. Bardzo wyraźnie pokazane jest to w filmie Scorsese Ostatnie kuszenie Chrystusa, kiedy Jezus przed swoimi próbami siada rysuje na ziemi okrąg w środku którego siada i czeka na Złego.

Metaforyka ciała jako domu przewija się zresztą przez cały biblijny tekst i w dość ciekawy sposób pokazuje relację człowieka, jego przestrzeni duchowej, psychicznej i emocjonalnej ze światem nadprzyrodzonym. Z tym spersonifikowanym złem, które pojawia się przy domkach świnek w postaci wilka. Wilk może wygrać na dwa sposoby - wejść do środka, albo sprawić, że świnka wyjdzie do niego. W takiej sytuacji śmiertelna gra, w jaką wplątuje świnki wilk jest prosta - najpierw zdobywam twoją przestrzeń, a potem ty tracisz życie.

Pamiętacie Hioba, albo Fausta? Diabeł nie mógł wpływać bezpośrednio na nich. Mógł manipulować ich otoczeniem i w ten sposób próbować złamać ich ducha. To samo dzieje się z wilkiem w bajce. On nie dotyka żadnej ze świnek, aż do momentu, kiedy ich świat nie leży w ruinie. Jedyne, co robi wilk to wpływanie na ich przestrzeń. I to bardzo subtelnie.

Podszepty złego


Zauważcie, wilk nie działa brutalnie. Nie próbuje sforsować siłą drzwi, nie próbuje rozbić okna. On tylko dmucha. Używa oddechu. Na rysunku czy w animacji można to ładnie pokazać, wilk nabiera pełne piersi powietrza a potem jak nie dmuchnie, jak nie chuchnie... z pyska wylatuje mu prawdziwe tornado, które zrywa słomiane dachy i zmiata drewniane ściany z powierzchni ziemi. Przyznam szczerze, że nie lubię tego obrazu. O bardziej wymowne jest delikatne dmuchanie do uszka. Raz z do jednego, raz do drugiego. Bardzo subtelne. Zmuszające świnkę, do podrapania się to tu, to tam. Zmuszające ją do przekręcenia głowy i przy tym wszystkim napełniając złymi emocjami. Żeby upaść nie jest potrzebna wielka wichura, ale niewielki wietrzyk ze strony, której się nie spodziewamy.

Wilk nie potrzebuje czynić wielkich rzeczy, żeby odebrać śwince jej przestrzeń. Małymi irytującymi dmuchnięciami odbiera świnkom to, co z takim trudem budowały. To może być domek, to mogą być przekonania, to może być wszystko to, co sprawia, że świnki czują się bezpieczne. A kiedy wreszcie domek upada... nic już nie chroni biednego zwierzaka.

Myślę zresztą, że zło jest o wiele skuteczniejsze, kiedy nie dzieje się spektakularnie. Jest w nas coś, co każe nam się buntować przeciwko wielkiemu złu, stawiać mu czynny opór. Jednak kiedy nawet nie jesteśmy w stanie zauważyć, że to zło się dzieje, wtedy możemy upaść zanim zorientujemy się, że coś jest nie tak. Zło odbiera przestrzeń, chce doprowadzić od takiej sytuacji, w której będziemy mieć związane ręce. Co ciekawe, strategia ta działa nie tylko na najsłabsze, słomiane domy (może też słomiane zapały i słomiane poglądy. Działa też na struktury o wiele bardziej solidne - wszak domek z drewna poległ w tej samej bitwie ze złym.

Cegła


Zły z nami nie walczy. Zły bawi się okolicznościami wokół nas. Żeby mógł nas dopaść, to my musimy się na to zgodzić. Upadek pierwszych dwóch domków może być w symboliczny sposób odczytany jako kapitulacja. Świnki zrzekają się swojego bezpieczeństwa. Przestają wierzyć w to, co zrobiły, a zaczynają wierzyć w słowa wilka. To jest strategia która doskonale działa na większość ludzi (w przypadku tej baśni to 66%). Dopiero kiedy wilk staje przed domkiem z cegły, zaczynają się dla niego schody.

Baśnie na warsztacie, trzy świnki, zły wilk, demony, mateusz Świstak, kuszenie
il. Yoona

Ostatnia Świnka miała trochę więcej czasu, żeby przemyśleć sobie konstrukcję swojego domku. Nie wierzy też w słowa wilka. Ani w te, że zdmuchnie, ani w następne - te o marchewkach, jabłkach i jarmarkach. I to również jest lekcja dla nas - nawet jeśli Zły nie sforsuje murów naszego domu, nie przestanie nas kusić. Będzie próbował raz, drugi, trzeci, a jeśli nie uda mu się nas wykurzyć z domu, będzie próbował wejść przez komin.

Mam jeszcze jedną myśl, na temat trzech kuszeń trzeciej świnki. Świnka musiała opuszczać dom. A co za tym idzie, nawet jeśli dopadają nas przeciwności losu, nie możemy żyć w oblężeniu Złego. Wilk jest groźny, ale my czasem musimy wyjść w świat. Nie zostawać tam, ale nie siedzieć w jednym miejscu. To byłoby równie zgubne, co pozwolić wilkowi wejść do środka. Wilk i tak nie da za wygraną, ale im dłużej będziemy pewni naszych poglądów, tego, co myślimy i tego w co wierzymy, tym trudniej będzie Złemu położyć na nas swoje łapska. Nasze otoczenie stanie się jak cegła, która nie runie od byle dmuchnięcia, w której twardość my sami nie zwątpimy. I pewnie niejeden Wilk będzie próbować, raz za razem i pewnie w gorszych chwilach uda mu się nas złamać, ale to właśnie mocne poczucie swojego miejsca będzie ogniem w palenisku, na którym wilk popali sobie ogon.

***

Zapraszam także do innych artykułów na temat trzech świnek.
Wspomnianego już wyżej tekstu TRZECIA ŚWINKA
I jeszcze jedno biblijne spostrzeżenie czyli TRZY ŚWINKI DO KORYNTIAN


22.2.19

MITOLOGIA ŚLĄSKA (w pigułce) 



Na warsztacie: Mitologia śląska, recenzja książki


W moje świstacze łapki wpadła ostatnio książka, o którem nie sposób Was nie poinformować. Nazywa się ona Mitologia Śląska, przywiarki ślónskie, czyli Leksykon i Antologia Śląskiej Demonologii Ludowej, autorstwa Barbary i Adama Podgórskich. Dla osób zajmujących się pracą z baśniami i legendami pozycja nie do przemilczenia. 

Leksykon to ponad 500 stron haseł związanych ze wszelkiej maści straszkami zamieszkującymi wyobraźnię ludu Śląskiego. Baza jest potężna i, jak to leksykon, bardzo dobrze zorganizowana. Można przeskakiwać między odnośnikami przez długie godziny poznając coraz to nowe oblicza skarbnika, utopca czy innej heksy. 

Czasem odnośniki odsyłają pomiędzy ludowymi nazwami stworków używanymi w poszczególnych regionach Śląska (co przyznam, że bywa dość żmudne). Innym razem mamy krótką definicję, czym jest dana istota i jakie są jej kompetencje, gdzieniegdzie pojawiają się także podania, czasem lakoniczne, czasem bardzo rozbudowane, ale zawsze wzbogacające przekaz danego hasła. Jeśli ktoś pogrzebie, może tu znaleźć materiał na kilka niezłych wieczorków z opowieściami, albo pomysł na książkę. 

Książka to leksykon, więc dla wszystkich, którzy przyzwyczaili się do standardów wyznaczonych przez Legendarz, będzie ona dość niestrawna, ale zdecydowanie jest to materiał godny polecenia. Niestety minęły już czasy, kiedy długie godziny wertowało się słownik Kopalińskiego i trochę człowiek wychodzi z wprawy... i przyzwyczajeń... 

Brnąc jednak przez kolejne odnośniki czytelnik może spostrzec pewną fantastyczną mozaikę - ciekawe jest to, jak hasła ujawniają różnorodność wierzeń Ślązaków. Jaką mieszanką różnych wpływów jest Śląska dusza. To miejsce, w którym coś do powiedzenia mają wierzenia polskie, rosyjskie i przede wszystkim niemieckie. Z tego wszystkiego tworzy się nowa (jeśli można tak nazwać coś zakorzenionego w myśleniu archetypicznym) jakość, którą można nazwać Mitologią Śląską. 

Tak jak pisałem, jeśli zajmujecie się baśniami, albo kulturą Śląska, albo myśleniem symbolicznym, to Mitologia Śląska jest pozycją, na której warto położyć ręce. 

Zajrzyjcie do księgarni: TUTAJ

18.2.19

Wtorkowa Porcja Wieprzowiny - zestaw trzeci, powiększony


Szanowni!

Po raz kolejny zestawiam komiksy, które na fejsie publikowane są w każdy wtorek. dla przypomnienia, odświeżenia, zebrania w jednym miejscu. Jak zawsze zestawy blogowe są zestawami dla żarłoków, powiększone o dwa dodatkowe paski i a do tego jeszcze pasek podwójny.

Jeśli chcecie przejrzeć Świnkowe Przygody od samego początku, zapraszam do kolejnych wpisów.
Pierwszą część znajdziecie TUTAJ
Drugą TUTAJ
I oczywiście pamiętajcie o instagramie Świnka w Podróży, gdzie ze świnką jeździmy po świecie.

1. KRASNOLUDKI




2. ZŁY WILK



3. KSIĘŻNICZKA NA ZIARNKU GROCHU



4. SZCZUROŁAP



5. SZCZUROŁAP (2)




5. DZIEWCZYNKA Z ZAPAŁKAMI



7. RUMPELSZTYK




8. ŻABI KSIĄŻĘ


 I wersja alternatywna:

9. DZIKIE ŁABĘDZIE



10. TRZY ŚWINKI



11. PANI ZIMA



12. KRÓLOWA ŚNIEGU



13. UTOPIEC



14. MIECZ W KAMIENIU



15. KRYSZTAŁOWA KULA



16. GWIAZDAKA



16. SKARBNIK



4. BRZYDKIE KACZĄTKO



Z tym paskiem wiąże się pewna historia. W komentarzach pojawiło się przede wszystkim komentarze o tym, że nie wolno karmić ptaszków chlebkiem. I ani słowa o heroinie... aż się prosiło o rozwinięcie tematu. 

Bonusik:


I NA KONIEC OCZYWIŚCIE PODWÓJNY KOMIKS





14.2.19

Trzy miseczki

Il. Gretchen Ellen Powers

Na warsztacie: Złotowłosa i trzy niedźwiadki


Sytuacja zarejestrowana przez kamery monitoringu wyglądała następująco:

Do domku niedźwiadków pod nieobecność gospodarzy wchodzi dziewczyna, o której wiadomo, że ma złote włosy i nic więcej. Jest też pewnie głodna, bo swoje pierwsze kroki kieruje prosto do stołu, na którym ustawione są trzy miski z owsianką. Próbuje z jednej i okazuje się, że owsianka jest za gorąca, próbuje z drugiej i niestety owsianka okazuje się za zimna. Dopiero stan trzeciej owsianki ją zadowala, więc dziewczyna zjada całą zawartość miski i idzie demolować krzesła i łóżka gospodarzy.

My jednak zostaniemy w kuchni, żeby zbadać, co się tam tak naprawdę wydarzyło. Po pierwsze więc przyjrzyjmy się miseczkom - największa należała do taty misia, to oczywiste, ale na tym oczywistość się kończy. Nagrania monitoringu wyraźnie zarejestrowały przecież dziewczynkę, która mówi, że owsianka w pierwszej misce jest za gorąca, zaś w drugiej, należącej do mamy "za zimna". Zgodnie z wszelkimi prawidłami fizyki, utrata ciepła jest mniejsza im większa jest masa danego ciała. Wnioskować stąd można, że mama misia miała jakieś problemy żołądkowe, była na diecie, pościła lub podjadała przy gotowaniu.

Kolejny wniosek, już bardziej na poważnie obala hipotezę, że dziewczynką kierował głód. Nie zatrzymała się przy pierwszej misce, która najlepiej była w stanie zaspokoić jej potrzebę, tylko wybierała to, co po prostu odpowiadało jej gustom. Kierowała nią więc nie konieczność, ale raczej zachcianka. Psycholog śledczy zauważa, że dziewczynka w pierwszym odruchu idzie do największej miseczki, ale po zaledwie paru łyżkach rezygnuje z jedzenia na rzecz czegoś bardziej odpowiadającego. Czy myli ona więc głód z czymś innym? Być może.

il. Nancy Vo

Zachowanie Złotowłosej może być dla nas ciekawym studium tego, w jaki sposób pragniemy i w jaki sposób realizujemy swoje pragnienia. Pierwszy punkt, o którym wspomniałem już wyżej jest następujący: potrzeba i zachcianka w naszej głowie leżą bardzo blisko siebie i bardzo łatwo pomylić je na pierwszy rzut oka. Na drugi rzut zawsze górę bierze zachcianka, ale my często wciąż nazywamy ją potrzebą. I próbujemy zaspokoić tak, jakby "mieć na coś smaka" i "umierać z głodu" znaczyło dokładnie to samo.

Druga sprawa: zaspokajanie potrzeby ma znaczenie priorytetowe - szukamy najkrótszej drogi do zrealizowania tego celu. Idziemy do Żabki i kupujemy obleśną bułkę sprzed trzech dni i zjadamy ją bez entuzjazmu, żeby zaspokoić głód. Albo pakujemy się w związek, który nie ma prawa się udać tylko dlatego, że potrzebujemy wreszcie być kochani. W tym drugim przypadku może nawet nie być miłości, ale potrzebujemy jej tak bardzo, że sami jesteśmy ją sobie w stanie wymyślić. To jest potrzeba.

Kiedy jesteśmy głodni z zachcianki, przez półtorej godziny potrafimy marudzić nad tym co zamówić, a potem następne półtorej czekać aż dostawca przebije się przez korki. Zamiast dojadać resztki z lodówki, zamawiamy sushi deklarując przy tym, że umieramy z głodu. Nie szukamy miłości desperacko, nie budujemy relacji, a chodzimy na przypadkowe randki z Tindera, udając przed sobą, że szukamy tej właściwej, a często posuwając się nawet do użycia słowa "miłość". Nie mówię, że w ten sposób jej nie znajdziemy. Mówię raczej, że mechanizm, którym operujemy wynika z zupełnie innych pobudek niż potrzeba.

Złotowłosa kiedy trafia na swoją odpowiednią miseczkę nie jest już zupełnie głodna. Przecież przed chwilą, zjadła trochę z miski taty, trochę z miski mamy, a dopiero potem znalazła tę właściwą. Żeby zrealizować swoją zachciankę (albo może potrzebę wynikającą z zachcianki), konieczne jest próbowanie, konieczny jest pewien stopień nasycenia, który jednocześnie wiąże się z tym, że musimy kosztować to, czego niekoniecznie chcielibyśmy kosztować. I z jednej strony to proste jak piramida Maslowa (najpierw przeżyć, potem się rozwijać), z drugiej wiąże się z pewnym przesunięciem akcentów - dość destrukcyjnym zresztą. Niby czegoś potrzebujemy, ale jednocześnie naszym pierwszym odruchem jest niesmak. Podchodzimy do życia, jak do bufetu szwedzkiego w hotelu o niezbyt wysokim standardzie. Potrzebujemy więcej pieniędzy, więc idziemy do pracy, która nas brzydzi, gardząc swoimi kolegami i jeżdżąc po szefostwie. Chcemy się dobrze bawić, więc chodzimy na imprezy, na których jest tak bezsensownie, że kac jest lepszym rozwiązaniem. Zaliczamy pięć milionów wpadek związkowych, zanim uda nam się choć na chwilę zaspokoić swoje pragnienia dobrej relacji.

il. Mark Bird

Niestety, kiedy rzucimy się w wir wybierania tego, co najbardziej nam odpowiada, kiedy szukanie najlepszej opcji pochłonie nas bardziej niż życie samo, może się okazać, że narobiliśmy tyle głupot, że nie potrafimy już normalnie funkcjonować. Za nami zostaje spustoszenie - dwie niedojedzone miski owsianki, połamane krzesła, wymięta pościel, kilka zgorzkniałych osób ze złamanymi sercami. Ba - nawet to, co zaspokoiło naszą potrzebę, może okazać się katastrofą. Nie dla nas, dla tych, którym to się należało. Znów chyba najlepszym tego przykładem będą związki... i zdrady w tych związkach. Widzimy coś, co być może będzie nam odpowiadać, kosztujemy to i rozwalamy czyjeś życie. Jesteśmy zaspokojeni, ale co z tego - koszty są bardzo wysokie.

Złotowłosa wędruje od jednego pragnienia do drugiego, nie zważając na konsekwencje. Kiedy słucham swoich znajomych, a często kiedy patrzę na samego siebie (bo nieraz narobiłem w życiu syfu) czuję, że w każdym z nas siedzi taki ktoś ze złocistym kołtunem, kto gubi się w swoich zachciankach, zamiast zaspokajać potrzeby. Złotowłosa i trzy niedźwiadki to chyba najbardziej pesymistyczna baśń jaką znam, nie ma w niej wygranych, dobro dostaje popsute meble, zapaskudzone jedzenia, a niezaspokojona dziewczyna idzie przed siebie nie patrząc na konsekwencje i chyba bez szans na ich zaspokojenie.

Może niestety być też tak, że złotowłosa to część naszej natury. Wyjątkowo bezsensowna, ale też wyjątkowo ludzka... na pewno uwielbiana przez speców od reklamy. Może łatwiej nam psuć i usprawiedliwiać to swoimi potrzebami (patrz: wojny albo zdrady), może łatwiej nam korzystać z cudzego życia (patrz: brukowce i fejs), może nasze potrzeby są tak oczywiste i w ostatecznym rozrachunku tak proste do zaspokojenia, że całkowicie o nich zapominamy i żeby czuć sens, gonimy za zachciankami. A może jest tak jak mówił William Blake, że nie dowiemy się ile to jest wystarczająco, zanim nie poznamy tego ile to jest za dużo? Może...

Niezależnie od odpowiedzi, uważajcie na Złotowłosą. Ona ciagle gdzieś tam szaleje, podrzucając nam różne pomysły na to, czego nam potrzeba... a co jest całkowicie zbędne.

Więcej ilustracji do Złotowłosej... znajdziecie TUTAJ