21.8.16

Z codziennika opowieści VI



Część pierwszą znajdziecie TUTAJ
Część drugą TUTAJ
Część trzecia TUTAJ
Część czwartą TUTAJ
Część piątą TUTAJ


BIBER!


Pierwsza z dzisiejszych historyjek jest dość smutna. Opowiedziała mi ją Edytka Poskrobko z Galeonów Baśni, kiedy przechadzaliśmy się po zapuszczonych, ale pięknych uliczkach Będzina. 

Edyta opowiadała o przedwojennej grze, o nazwie Biber. Żeby w nią zagrać, gracz potrzebował:

- Worka cukierków, 
- kompana z workiem cukierków, 
- miasta,
- Żydów. 

Zasady były bardzo proste: Idziemy sobie miastem i kiedy dostrzeżemy brodatego Żyda, krzyczymy "BIBER!". Jeśli udało nam się krzyknąć to słowo jako pierwszym - wygraliśmy. Jeśli nie - musieliśmy oddać przeciwnikowi określoną ilość cukierków. 

Punktacja była następująca: za Żyda ciemnowłosego płaciło się jednego cukierka, za rudego - dwa, za siwego - trzy. Ale przeciwnik mógł się wykupić, wystarczyło że podszedł do takiego zaklepanego, czy też zabibrowanego Żyda… i pociągnął go za brodę. Wtedy, nie dość, że nie musiał płacić, to jeszcze dostawał od nas ekwiwalent za dany model Żyda… 

Proste? proste! można wiec ruszać na miasto i grać… 

Nie obejdzie się oczywiście bez komentarza.

Zawsze uważałem, że holokaust był tak samo tragiczny w skutkach dla Żydów, co dla Polaków i że Polacy-Polacy nie zdają sobie nawet sprawy z tego, jak wielkim spustoszeniem utrata Polaków-Żydów, że wyrwy, jaką w tożsamości polskiej uczyniło zniknięcie tej części naszego narodu nie da się niczym zapełnić. Bez swoich Żydów Polska stała się… gorsza. 

A tutaj ta zabawa. I spacer po "pożydowskim" (nomen omen) Będzinie i myśli, że skoro w dwudziestoleciu  dzieciaki bawiły się tak, a nie inaczej, że skoro w Jedwabnem sąsiad zamknął sąsiada w stodole, że skoro Kielce, skoro "złote żniwa", a "Syjoniści na Syjam", to wcale mnie nie dziwi, że smród antysemityzmu ciągnie się za nami w tak dotkliwy i kretyński sposób, aż do dziś. I głupie mózgi karmią się głupimi frazesami, choć idę o zakład, że większość ludzi, którzy wygadują te wszystkie antysemickie brednie, na oczy nie widziała prawdziwego Żyda. 


Głosy w Katmandu


Przy okazji przygotowań się do pewnego zlecenia natknąłem się na książkę Aleksandra Nawareckiego pod tytułem Lajerman. W jednym z rozdziałów autor przytacza historyjkę, która mnie osobiście wyjątkowo urzekła. 

Rzecz działa się W stolicy Nepalu. Jeden z najsłynniejszych polskich himalaistów, czyli Jerzy Kukuczka, wraz ze swoimi kompanami z gliwickiego Klubu Wysokogórskiego przybył niedawno w Himalaje i przechodził proces aklimatyzacji. 

I bynajmniej nie chodziło tylko o zmienne warunki klimatyczne i zmiany związane z wysokością, chodziło o biegające po ulicach jaki, o stupy, z których powiewały modlitewne chorągiewki, o buddyjskich mnichów, o zwykłych Nepalczyków i wszystko. Bo wszystko było inne. Takim światem można się zachłysnąć (wierzcie mi, byłem kiedyś w Sosnowcu), szczególnie kiedy przypadkiem będzie się świadkiem wieczornego misterium, przepełnionego światłem świec, alikwotowym śpiewem i zapachem kadzideł. 

Naszemu górołazowi zdarzyło się właśnie znaleźć w takim miejscu - półmrok przepełniony tajemnicą. Czy to Kukuczka, czy to jeden z jego towarzyszy oszołomiony tą niezwykłą atmosferą, zakrzyknął z głębi swojej śląskiej duszy: "Kaj my to są?" (śl. "Olaboga, jak tu jest niesamowicie, gdzie my się w ogóle znaleźliśmy?").

I nikt się nie spodziewał, że ktoś odpowie, tymczasem po drugiej stronie ciemności, gdzieś zza dymów kadzideł, do uszu naszych bohaterów dotarła odpowiedź na ich wołanie. I była to odpowiedź poprawna. Kobiecy głos wołający: "My som tukej!" (śl. "Jesteśmy, gdzie jesteśmy"). 


To oczywiście historia o wspaniałym zbiegu okoliczności, wybrzmiewający śląską gwarą. Historia spotkania, gdzieś na Dachu Świata. Bo tak się akurat złożyło, że w tym samym czasie, trzy panie z Chorzowa postanowiły spełnić swoje wielkie marzenie ucieczce od szarości Polski Ludowej. Marzenie o wolności. A Himalaje są przecież jednym z synonimów słowa "wolność".

Kalina


Ostatnią historię wspominkową z nutą etnobotaniczną zawdzięczam po raz drugi już uprzejmości Łukasza Bernadego, który podesłał mi do niej link. Po raz drugi pozwolę sobie na przekierowanie bezpośrednio na stronę. Czyli KLIK.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz