9.12.14



Klub Latających Podróżników - przyprawy, tygrysy i ząb Buddy

Baśnie na warsztacie, plantacje herbaty, dzieci i podróże, Ganges, sri lanka, Klub latających podróżników, Mateusz Świstak, MEK, tygrysy


Na warsztacie: Klub Podróżników, Muzeum Etnograficzne, zajęcia dla dzieci, Kapitan Herman, Indie, Sri Lanka

Odlatujemy we wtorek, 10 grudnia, o godzinie 17.00 

W pogoni za złodziejami mapy Alfreda Krwawej Piąchy, kapitam Herman będzie musiał przedzierać się przez indyjskie dżungle. Trafi tam na niebezpieczne tygrysy, tresowane słonie, a także wspaniałe świątynie z niekoniecznie wspaniałymi mieszkańcami. Przypomni sobie także, jak przetrwać w gąszczu.

Latający Podróżnicy poznają indyjskie przyprawy, dowiedzą się, jak podróżować na słoniu i kto jeździł na szczurze. Na koniec udamy się na Sri Lankę, gdzie być może uda nam się odnaleźć jakieś wskazówki dotyczące skarbu pra pra pra dziada kapitana. 



ZAPISY TUTAJ

Z dziennika kapitana, czyli jak kapitan stracił mapę... 



1913 rok, 12 lipca, Waranasi

Tak się złożyło, że wicekról Indii George Curzon, przejeżdżał akurat przez Waranasi. Kiedy dowiedział się, że my także tutaj jesteśmy, wysłał do nas zaproszenie na podwieczorek.
Posłaniec, którego po nas przysłano sprawił nam miły prezent. 
- Czy tutaj znajdę wielkich podróżników kapitana Filipa Archibalda Hermana i sierżanta Josepha Pimple'a? 
- Kapitanie - powiedział zdumiony Pimple - to my jesteśmy wielkimi podróżnikami? 

Byliśmy? Tego nie wiem. wiem natomiast, że taki tytuł sprawił nam obu wiele przyjemności. 

Przy okazji, co sprawia, że zostaje się wielkim podróżnikiem?

1913 rok, 13 lipca, Waranasi

(tutaj podróż rykszą przez miasto, w stylu nad wyraz hinduskim, dużo klaksonów i serca, stającego pasażerom w gardle ze strachu, choć nasi bohaterowie przeżyli, zdecydowanie postarzeli się o kilka dobrych lat. Być może podczas tej właśnie przejażdżki Pimple osiwiał... niestety czy to prawda - dziennik milczy). 

Zostaliśmy przyjęci z wielkimi honorami. Pan Curzon podjął nas jak prawdziwy król. Podczas podwieczorku przedstawił nam też pana Amitaba Khan, który był radżą. Radża znaczy książę. 

- Kapitanie - powiedział przymilnie, ale wcale mi się to nie spodobało - słyszałem o pańskiej misji w Chinach i o tym, że nasz cesarz (bo tak zwracali się tutaj do mojego króla Jerzego V) dostał list z pochwałami na pana temat, od samego cesarza Chin. 
(...)

- spełniałem tylko swoje obowiązki - powiedziałem nieśmiało. 

Radża klepnął mnie po ramieniu. I ten gest też nie był przyjemny. 
- Proszę nie być taki skromny, ma pan wielki talent. 

Po czym zaczął mi się przyglądać. Dość długo. 
- Jeśli mogę zapytać. Czy pan jest z tych Hermanów?

Zupełnie nie zrozumiałem pytania. 

- Nie rozumiem - powiedziałem. 
- Czy pana pra pra pra dziad nie nazywał się czasem Alfred? Alfred Herman?

Poczułem zimny dreszcz przechodzący po plecach. I poczułem, że lepiej mieć się na baczności. a prawdę o Alfredzie zachowam dla siebie. Gdy wtem... 

- Alfred Krwawa Piącha... - wypalił Pimple. 

A ja pożałowałem, że jednak nie zamordowałem go, kiedy byliśmy w Himalajach. Na migi próbowałem dać mu znać, żeby już nic nie mówił, ale on rozpaplał się na dobre. 
- Tak tak, na Madagaskarze... Prawda kapitanie? i w tej tawernie, ten dziwny mężczyzna, ten, co dał panu mapę. A potem... 

- PIMPLE!!! ekh ekh. Pozwól proszę na słówko. 

Odciągnąłem go na bok po czym delikatnie zasugerowałem: 
- Milcz wreszcie! Ten cały radża bardzo mi się nie podoba. jest jakiś podejrzany i wolałbym, żeby nie wiedział za wiele o tym, dlaczego jesteśmy w Indiach i czego tu szukamy. Problem w tym, że już wszystko wypaplałeś... 

Pimple spuścił wzrok. 

W tej samech chwili nie wiadomo skąd obok nas stanął radża. Niby przez przypadek przechodząc. 
spojrzał na stojące w niewielkiej doniczce drzeko figowe i powiedział. 

- To jest figowiec bothi. Podobno pod takim samym Budda doznał oświecenia. Panowie pierwszy raz w Waranasi? 

Przytaknęliśmy. 

- Doskonale, zatem proponuję wam swoje usługi jako przewodnik.

Nie mieliśmy na to żadnej ochoty, ale nie wiedzieliśmy też jak odmówić.


 1913 rok, 14 lipca, Waranasi

Mieliśmy się spotkać, na tak zwanych ghatach - schodach prowadzących do Gangesu, czyli świętej dla hindusów rzeki. Do tego mieliśmy tam przybyć przed wschodem słońca, żeby zobaczyć pudżę, czyli ceremonię składania rzece darów. Na łódkach zrobionych z kokosowych łupin ludzie puszczali na wodzie zapalone ogniki, co przyznam, było bardzo ładne. A potem przyszły praczki i w dość brudnej wodzie zaczęły prać swoje materiały. Gdzieś w oddali odbywał się pogrzeb, na wielkim stosie płonął jakiś stary Hindus, który już pożegnał się z życiem. Potem jego popioły wrzucano do rzeki... w której kąpała się już masa ludzi. Zastanawiało mnie, co jeszcze ciekawego ludzie wrzucają tutaj do wody... 

Baśnie na warsztacie, plantacje herbaty, dzieci i podróże, Ganges, sri lanka, Klub latających podróżników, Mateusz Świstak, MEK, tygrysy


Radża spóźniał się.

- Herman... - usłyszałem nagle gruby głos za plecami. 

Odwróciłem się, żeby zobaczyć kto mnie woła. Przede mną stał groźnie wyglądający typ w turbanie z szablą w ręce. Za nim dwóch podobnych, choć z twarzy głupszych. 

- To ja. - odpowiedziałem, przy okazji rozglądając się za drogą ucieczki. 

- Przyszedłem po twoją mapę. 

- Nie bardzo rozumiem, o czym pan mówi. 

- Kapitanie - odezwał się Pimple - jemu chodzi chyba o... 

- Dokładnie o to mi chodzi Herman! - powiedział mężczyzna. 

- Jest pan coraz bardziej nieuprzejmy. 

- Zaraz zobaczysz co znaczy być nieuprzejmym. 

I już miał zamachnąć się szablą. Gdy nagle między nas wszedł brudny prawie nagi mężczyzna. Takich nazywają tu Sadhu i są uznawani za świętych. Więc nie wolno przy nich robić nikomu krzywdy. Przeszedł między nami z garnuszkiem prosząc o kilka monet. 

Zbir, opuścił szablę i kiedy sięgnął do kieszeni po jałmużnę, my z Pimple'm daliśmy drapaka. 

Uliczki, którymi uciekaliśmy były zatłoczone i wąskie, więc strasznie trudno było się przez nie przedzierać. Pogoń zaś tuż tuż. Dobiegliśmy do stoiska, gdzie mężczyzna sprzedawał bardzo ostre indyjskie przyprawy. 

- Poproszę pieprzu, albo czegoś jeszcze ostrzejszego! - krzyknąłem. 

Sprzedawca napakował mi worek chilli. Biegliśmy dalej. Aż znaleźliśmy się na niewielkim placu. gdzie kilka osób przyglądało się zaklinaczowi wężów, który swoją fujarką hipnotyzował kobry. niewielka uliczka, w którą chcieliśmy uciekać okazała się być zagrodzona przez jednego ze zbirów. Za plecami zaś mieliśmy resztę. 

- Nie uciekniesz Nadiemu, Hermanie - powiedział ich szef i znów błysnął przede mną stalą swojej szabli. 

- Teraz nie czas na uciekanie. a na walkę. - powiedziałem spokojnie. 

- Nie będzie walki. Oddasz mi mapę, a ja spokojnie cię.. ciach ciach ciach... 

Wtedy właśnie Pimple zrobił coś, czego nikt się nie spodziewał. Podbiegł do zaklinacza węży i jednym kopniakiem posłał koszyk z kobrą prosto w twarz zbira. Ten zaczął krzyczeć jak dziewczynka z przerażenia. Bo kobry to największe z jadowitych węży świata. Podobno jednym ukąszeniem potrafią zabić dorosłego słonia. Na szczęście węże używane przez zaklinaczy, pozbawione są jadu. Nadi krzyczał więc jak mała dziewczynka, a ja skrzystałem z zamieszania i rozrzuciłem w powietrzu chilli. Ci, którzy dostali nim w twarz, zaczęli się dławić i prychać, a z oczu popłynęły im łzy. 

Pimple po raz kolejny użył swojego kopniaka, ładując w piszczel stojącemu na naszej drodze kaszlącemu osiłkowi. Po czym, najszybciej jak się da dotarliśmy do naszego hotelu. 

Tam w recepcji czekała na nas kartka od radży, w której Khan przepraszał, że nie może przybyć, ale ważne sprawy zmusiły go do wyjazdu na południe Indii. Jako przeprosiny przysłał nam drogie szkatułki z drzewa sandałowego, które pięknie pachniały... 

Druga niespodzianka zastała nas w pokoju. Wszystkie nasze rzeczy powywalane były na podłogę. Ktoś czegoś szukał, a ja chyba już nawet wiedziałem czego... 

... mapa Krwawego Alfreda... zniknęła. 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz