14.12.14

Klub Latających Podróżników - Cienie i wielkie jaszczurki

Baśnie na warsztacie, dzieci i podróże, Klub latających podróżników, Mateusz Świstak, MEK, Indonezja, Komodo, Dziennik Kapitana Hermana,

Na warsztacie: Klub Podróżników, Muzeum Etnograficzne, zajęcia dla dzieci, Kapitan Herman, Indonezja 

Odlatujemy we wtorek, 16 grudnia, o godzinie 17.00 

Tym razem wyspy Indonezji i Filipin. To tam spotkać można plemiona, których członkowie całe swoje życia spędzają na łodziach. To tam zobaczyć można niezwykły teatr cieni oraz spotkać największe jaszczurki świata. To także miejsce, w którym pewnego dnia, pewien wulkan zrobił nie lada bum. A bum to było takie, że przez rok, temperatura na całym świecie obniżyła się o kilka stopni.

Co będziemy robić? 
Też bum, ale takie mniejsze. No i do tego dowiemy się, jak powstaje charakterystyczna dla Indonezji tkanina wykonana techniką batiku.


ZAPISY TUTAJ

Z dziennika kapitana, (kiedy już przejechali dżungle, kiedy już kapitan Hamilton zanudził ich na śmierć historiami o tym, jak fajne są słonie, kiedy już kapitan Herman spojrzał tygrysowi prosto w oczy, no i kiedy statek, którym płynęli dotarł wreszcie na Sri Lankę... która wtedy nie nazywała się jeszcze Sri Lanką, tylko Cejlonem... choć mieszkańcy i tak nazywali wyspę Sri Lanką). 



1913 rok, 22 lipca, Cejlon (albo Sri Lanka), Kolombo

Dotarliśmy na wyspę, która uznawana jest za prawdziwy raj. Słynęła z plantacji herbaty, którą moi rodacy zaczęli tutaj uprawiać zaraz po tym, jak planowana hodowla kawy całkiem popleśniała. Herbata, będzie więc czymś, co zdecydowanie przyjdzie mi tutaj zakupić. Poza tym, Cejlon, albo jak wolą nazywać wyspę mieszkańcy - Sri Lanka - słynie także z tego, że podobno na wyspie gdzieś znajduje się świątynia, w której trzymany jest ząb Buddy. No i dżungle są piękne. Jest też miejsce, w którym ciągle stoi najstarszy, zasadzony ludzką ręką figowiec. No i gdzieś w dżungli... jest też skarb Alfreda. 

"Tam gdzie dwie kamienne palmy", tam mówiła mapa... chyba. 
Kiedy przypłynęliśmy do portu moją uwagę przykuła latarnia morska, która wyglądała jak palmowy pień...
- Kapitanie - przerwał moje rozmyślania Pimple - spójrz, tam. 

W porcie stał nie kto inny jak radża Khan. Mówił coś do podejrzanie wyglądającego mężczyzny. W ręku zaś trzymał wymięty kawałek papieru, który tak dobrze znałem. Moją mapę. 
Podszedłem do niego tak, żeby nie zauważył mnie do ostatniego momentu, a kiedy stałem na wyciągnięcie dłoni, krzyknąłem: 
- Radżo! Dziękuję. 

Po czym wyrwałem mu mapę z ręki. 
- Czy wiesz, że wicekról wyznaczył nagrodę dla tego, kto odnajdzie moją mapę - skłamałem - i oczywiście rozkazał, że jeśli uda się złapać złodzieja, ten zostanie wtrącony na rok do dołu pełnego szczurów i karaluchów. 
Radża patrzył na mnie z wściekłością w oczach, a ja ciągnąłem dalej: 
- Cieszę się niezmiernie, że to panu udało się otrzymać nagrodę. Może opowie pan, jak odzyskał pan od tych zbirów, coś tak dla mnie cennego. 

Radża nagle uśmiechnął się wymuszonym uśmiechem:
- Nie ma o czym mówić kapitanie. Ktoś taki jak ja, czasem po prostu jest w dobrym miejscu, w dobrym czasie. Albo ma w tym miejscu i czasie odpowiednie znajomości. A czy pan Kapitanie nie powinien pozostać w Waranasi. Albo pojechać do Kalkuty, albo Bombaju? 
- Nie. Wciąż cieszę się urlopem. A podobno ta wyspa to istny raj na ziemi. 

Radża chciał już kończyć spotkanie. 
- Świetny wybór. Niestety nie będę mógł poświęcić panom więcej czasu, gdyż wzywają mnie interesy... powiedzmy. 

Ukłoniłem się więc grzecznie i uchyliłem kapelusza. 
- Nie przeszkadzam zatem. Może potem uda nam się wypić herbatę - zaproponowałem. 
- Wątpię - odpowiedział radża sucho. Po czym odszedł. 

Pimple zapytał:
- Co teraz?
- Idziemy na herbatę - odpowiedziałem - niebezpiecznie jest działać, kiedy radża jest w pobliżu. Poza tym, ktoś pewnie będzie nas mieć na oku. 
- A mapa? A skarb?
- Nie sądzisz, że radża nie ma kopii? 
- no... kapitan nie miał. 

Musiałem mu przyznać rację. Sam zapomniałem jej skopiować. Miałem jednak szczerą nadzieję, że radża nie popełnił mojego błędu. 

- Chodźmy sierżancie - powiedziałem wreszcie - żeby znaleźć skarb, trzeba najpierw wiedzieć, jak szukać. Miejmy nadzieję, że radża nie ma bladego o tym pojęcia. A ja mam pewną myśl. Ale o tym opowiem ci przy herbacie. 

1913 rok, 23 Lipca, Cejlon, Kolombo

Wspięliśmy się dziś na latarnię morską. Widok na Kolombo nie był imponujący, za to patrząc wgłąb lądu, Pimple niemal piał z zachwytu. Falujący teren wydawał się po prostu ociekać zielonością. 



Kiedy zeszłego wieczoru dotarliśmy do pokoju, dokładnie obejrzałem mapę. Były dwie kamienne palmy, a na nich dwie małpy, które patrzą na siebie. Więc z jednej kamiennej palmy, musi być widać drugą. 


Na górze okazało się, że to wcale nie takie proste. było miasto, były wzgórza, albo może i góry, na oko jakieś sto kilometrów od nas, była lekka mgiełka ograniczająca widoczność. Ale nie było drugiej kamiennej palmy, ani niczego, co mogłoby ją udawać. 

- To na nic. - powiedziałem - chodźmy stąd. 

Pimple pokazał mi jeszcze jeden szczegół. Na dole, na niewielkiej ławeczce siedział mężczyzna w turbanie. 

- Chodzi za nami od rana. Myśli pan kapitanie, że trzeba się go pozbyć. 
- Myślę, że nie. Nie ma sensu. Radża ruszył już pewnie do dżungli. A my jesteśmy tu przecież na wakacjach. Poza tym... ciągle nie wiemy czego szukać. 

Trochę zrezygnowany zszedłem z latarni. 
- Kapitanie - zagadnął nagle Pimple.
- Tak?
- Teraz małpa nie patrzy. 
- Nie rozumiem. 
- Jeśli ta latarnia to nasza kamienna palma, to przecież w dzień latarnie śpią. 
- A więc ma zamknięte oko. jeśli dobrze cię rozumiem sierżancie. 
- Dobrze. a więc... 
- A więc musimy tu wrócić jeszcze raz.

W nocy

Za dość sporą sumkę udało nam się przekonać latarnika, żeby jeszcze raz pozwolił nam wejść na górę. Słońce zaszło ponad godzinę temu. Pod nami rozciągało się roześmiane światłami Kolombo, a poza nim... czerń. Czerń morza, czerń nieba i czerń gór. I w tej czerni...

- Sierżancie, czy widzisz to co ja?- zapytałem. I muszę przyznać, że byłem podekscytowany jak małe dziecko. 

- Widzę. I też mnie to cieszy. 


Pośród ciemności, błyszczał jeden maleńki jasny punkcik... tylko jeden. Nasza druga palma. Być może. 



Zbiegliśmy z latarni jak wariaci, żeby odnaleźć latarnika. 



- Co to za punkt? - zapytał Pimple. 

- Tam? to szczyt Adama. Na górze jest klasztor, w którym trzymają odcisk wielkiej stopy. Jedni mówią, że odcisk zrobił pierwszy człowiek - Adam, bo tutaj podobno był raj. Inni mówią, że to stopa buddy, a jeszcze inni że Śiwa. Więc dla tego odcisku, stoi tam klasztor, no i to on tak świeci... 

Czyżbyśmy mieli jakiś trop. Zapewne tak. I zapewne byliśmy o krok przed radżą w poszukiwaniu skarbu pradziada Alfreda. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz