21.11.14

Klub Latających Podróżników - Najwyżej, jak się da!


Baśnie na warsztacie, chiny dla dzieci, dzieci i podróże, kung fu cha, ceremonia parzenia herbaty, Klub latających podróżników, Mateusz Świstak, MEK, zakazane miasto, himalaje

Na warsztacie: Klub Podróżników, Muzeum Etnograficzne, zajęcia dla dzieci, Kapitan Herman, Himalaje, Tybet, Nepal

Odlatujemy we wtorek, 25 listopada, o godzinie 17.00 

Tym razem Pimple troszkę przesadził. Wyznaczając trasę z Chin do Indii, wybrał tę najkrótszą. Przynajmniej na mapie. Kiedy jednak przychodzi porównać mapę z rzeczywistością, okazuje się, że najkrótsza droga wiedzie przez najwyższe góry świata – Himalaje. Przez ich niebezpieczne przełęcze, przez miejsca, gdzie drogi zawsze pokryte są śniegiem, przez miejsca, gdzie wciąż jeszcze nie ma dróg. Przez miejsca gdzie spotkać można futrzaste jaki i rozebranych joginów.


Kapitan wraz ze swoim wiernym towarzyszem sierżantem Pimplem, trafi do świątyń, w których mieszkają lamowie, a także trafi na trop mitycznego stworzenia, o którym mówi się yeti.

A Latający Podróżnicy będą mieli sposobność przygotować sobie yeti swojego własnego pomysłu. 


ZAPISY TUTAJ

Z dziennika kapitana (jeszcze kilka notatek z zakazanego miasta, czyli o herbacie):

1913 rok, 19 kwietnia, Pekin, Zakazane Miasto, późno wieczorem

Rano Przybiegł do mnie pan Lo z informacją, że zostałem zaproszony przez cesarza na herbatę. Był pewny, że cesarz musiał mnie polubić.

Pomyślałem, że to bardzo miłe ze strony cesarza.
- To miłe… - powiedziąłem z uśmiechem.
- Miłe!? – w głosie pana Lo dało się słyszeć oburzenie – To bardzo, bardzo duży zaszczyt.
- Tak tak – zgodziłem się, nie chcąc go bardziej złościć, choć zupełnie nie wiedziałem, o co mu chodzi. – Raz zostałem zaproszony na herbatkę do króla Jerzego…
- HERBATKĘ! Powiedział pan „HERBATKĘ”. Na szczęście słyszę to tylko, ja. Mówiąc tak obraża pan Chiny!

A potem wyjaśnił mi jak ważna jest w Chinach herbata. Że przykłada się do niej wielką wagę i że czasem jest ona warta tyle, co złoto albo jedwab. Powiedział też, że ceremonia parzenia i picia kawy to najprawdziwsze kung fu (a dokładniej kung fu cha). Trochę się tym zdziwiłem, bo kung fu to przecież mężczyźni machający wysoko nogami i śmigający z mieczami jak jakieś diabły. Pan Lo wytłumaczył mi jednak mój błąd:

- Kung fu, to znaczy robić coś przez bardzo długo, po to, żeby osiągnąć w tym mistrzostwo. Kung fu może więc być wszystko: kaligrafia, układanie wierszy, taniech, wushu (jak w Chinach nazywa się mężczyzn machających wysoko nogami i śmigających z mieczami jak jakieś diabły) no i oczywiście parzenie i picie herbaty. Wszystko można traktować jako sztukę i tylko wtedy, kiedy traktuje się to jak sztukę, ta rzecz staje się naprawdę cenna.

Po czym pan Lo zaczął mi wyjaśniać, na co muszę uważać podczas picia herbaty. Okazało się to dziecinnie proste, wystarczyło że:

- nie będę pił pierwszy;
- czekał;
- trzymał czarkę w dwóch dłoniach;
- nie gadał podczas picia;
- wszystko wypijał na raz;
- chwalił kolor herbaty;
- chwalił zapach herbaty;
- chwalił smak herbaty;
- chwalił prowadzącego ceremonię;
- chwalił czarki, w których dostanę herbatę;
- nie żartował;
- nie wiercił się;
- nie prosił o dolewkę;
- za wszystko dziękował (uderzając trzema palcami w stół);
- i tak dalej, i tak dalej.
Przez cały poranek uczyłem się, jak powinno się pić herbatę… i to bez mleka.

A potem przyszedł czas na wizytę u cesarza. Choć pan Lo ostrzegał, że ceremonia może trwać dobrych kilka godzin okazało się, że cesarzowi dość się śpieszy. Najwyraźniej skończył szybciej po to, by jeszcze chwilę móc pobawić się ze mną elektryczną kolejką.

Kiedy zabawa dobiegła końca udaliśmy się do sąsiedniego pawilonu, w którym prawie przez dwie godziny karmiliśmy pawie. W pewnym momencie, cesarz powiedział panu Lo, żeby podniósł jedno z pawich piór i wręczył je mnie. Pan Lo zrobił wielkie oczy, potem zaś złożył wielki ukłon w stronę cesarza… a potem w moją stronę i dwiema rękami podał mi pawie pióro. I zrobił to tak, jak wręcza sięnajbardziej drogocenne prezenty.

- Panie Herman – powiedział – cesarz obdarzył pana swoją przychylnością, czego symbolem jest pawie pióro. Teraz może się pan uważać za przyjaciela cesarza.

Choć to bardzo niebezpieczne być przyjacielem cesarza, ukłoniłem się w podzięce najpierw jemu, a potem panu Lo. Potem chcąc szybko zmienić temat zapytałem o to, jak mają przebiegać prace nad koleją.

- Jutro przyjedzie po pana Wong Fei Hung, który będzie panu towarzyszyć do miejsca rozpoczęcia prac. Wong Fei Hung, to znakomity lekarz i ochroniarz, więc przy nim włos z głowy nie spadnie ani panu, ani mnie.

- Ani panu?
- Tak. - przytaknął pan Lo – Ktoś musi przecież być pańskim tłumaczem podczas podróży. Poza tym Wong Fei Hung to prawdziwy mistrz.

Choć pan Lo dużo krzyczał przyznam, że ucieszyłem się na to, że będziemy mogli wspólnie podróżować. Do tego sposób, w jaki mówił o naszym nowym przewodniku sprawiał, że już miałem ochotę go poznać.

Tuż przed zachodem słońca, do zakazanego miasta przyszedł mężczyzna. Nie był zbyt wysoki (zresztą większość chińczyków nie jest wysoka), nosił biały dość długi strój, a z tyłu głowy długi po łopatki warkocz. Z przodu prawie do połowy miął wygoloną głowę. Szedł wyprostowany, lekko i z wielką gracją. To był on. (…)

***

A na koniec pozwolę sobie podziękować Latającym Podróżnikom za ostatnie zajęcia. To była naprawdę wspaniała podróż. Przez bambusowe gąszcze, przez wushu i tai chi, przez yin i yang i ceremoniał parzenia herbaty. Dzięki wielkie Milence i Milence, dzięki Sonii, dzięki Marysi, Dzięki Oldze i dzięki Jackowi!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz