22.8.20


O słabości Czerwonego Kapturka





Na warsztacie: Czerwony Kapturek


Nie da się ukryć, że Czerwony Kapturek, to jedna z najsławniejszych, jeśli nie najsławniejsza baśń świata. Zapytajcie kogokolwiek o pierwszą z brzegu baśń, gwarantuję, że poda Czerwonego Kapturka. Baśń ta, szczególnie w wariancie Grimmowskim jest tak popularna i tak do znudzenia przeżuwana przez swoje kolejne klony, że prawie całkowicie straciła swoją pierwotną moc. 

Dziś chciałbym się przyjrzeć właśnie temu, co z baśni o Czerwonym Kapturku wyparowało. Nie będzie to więc o słabościach samej głównej bohaterki (o tym pisałem już TUTAJ) ale o słabości samej opowieści.

Zanim zacznę dwie sprawy. Pierwsza jest taka, że niniejszy tekst napisano w ramach programu stypendialnego Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego - „Kultura w sieci”. Druga taka, że pomimo wszelkich „ale” jakie mam do tej baśni, pamiętam, że to nadal jedna z najpopularniejszych baśni na świecie - a to znaczy, że ma ona w sobie coś, co nie pozwala jej odejść w zapomnienie… o tym jednak nie tym razem. 

Życie w dziecięcym pokoju


Kapturek miał to nieszczęście, że wpadł do dziecięcego pokoju z całym swoim inwentarzem. Wszystkie wątki i dwuznaczności z czasem znalazły dla siebie bardziej ugładzone zamienniki (wilk przestał być uwodzicielem, a stał się po prostu złym zwierzakiem), albo po prostu zostały dyskretnie przemilczane. Wszystko po to, żeby bajkę tę można było opowiadać za każdym razem dzieciom w każdym wieku, żeby książeczki z tandetnymi ilustracjami można było wstawić na każdą pocztę i do każdego supermarketu. Czerwony Kapturek stał się dzięki temu bezpiecznym produktem, po który łatwo sięgnąć, ale przez to wpadł w dziedziny łatwo rozpoznawalnej nudy. 

To trochę smutne, bo baśń o dziewczynce w czerwonej pelerynce zasługuje zarówno na atencję ze strony opowiadających, jak i słuchających. Żeby jednak móc do niej wrócić z pełnym namaszczeniem, musimy znaleźć w niej jakieś punkty ciężkości. Oczywiście zaglądając do Bettelheima znajdziemy opowieść o rodzącej się kobiecości, znajdziemy kilkanaście innych analiz dotyczących relacji damsko-męskich w tej opowieści albo opowieść o świecie mężczyzn pozbawionym (jak pisałem o tym TUTAJ), ale nie to nas dzisiaj interesuje. My wybierzemy się do Indii. 

Kapturek i Tygrysy

W Bengalu funkcjonują instytucje zwane wioskami tygrysich wdów. Zamieszkują je kobiety (matki, siostry, żony, córki), które pozostały same na świecie, bo opiekujący się nimi mężczyźni, podczas podróży przez dżunglę padli ofiarą tygrysów. W związku z panującymi w Indiach obyczajami, kobiety pozbawione męskiej opieki wypadały ze społecznego obiegu - groziło im wykluczenie a co za tym idzie nędza. Ktoś wpadł wpadła na pomysł, żeby zorganizować takie kobiety w wioskę, możliwie samowystarczalną, która nie tylko będzie mogła zapewnić swoim mieszkankom niezbędne od życia środki, ale też wytwarzać produkty na eksport, żeby podnieść ich stopę bytu, dać szansę, a czasem cel w życiu. 
Ale ale…  My przecież mieliśmy mówić o Czerwonym Kapturku. Połączmy zatem oba obrazy - dziewczynkę z opowieści i wioskę tygrysich wdów. Wyobraźcie sobie proszę dwie taki wioski. W jednej mieszka Kapturek z mamą, a w drugiej babcia. Pewnego dnia mama mówi do Kapturka: 

- Rani (bo rzecz dzieje się przecież w Indiach), zrobiłam pyszny daal. Zanieś go proszę babci. 


Kapturek, jako posłuszna córka idzie, ale musimy pamiętać, co zabiera ze sobą w tę wędrówkę. Nie tylko koszyczek z daalem, kilka chlebków naan i swoje czerwone sari, ale przede wszystkim świadomość, że pomiędzy domkiem babci i nią rozciąga się dżungla, a w niej żyją tygrysy. A tygrysy to nie byle kotki. Kapturek pamięta, co zrobił tygrys z jej ojcem. Dobrze wie, że do tej pory odnaleziono po nim ledwie kciuk, pamięta krzyk, który rozległ się w gęstwinie i doskonale zdaje sobie sprawę, że to właśnie tygrys sprawił, że jej sytuacja jest tak beznadziejna jak jest. Kapturek dobrze zna opowieści o tygrysach, jakie snują kobiety w jej wiosce. A każda z tych opowieści jest przede wszystkim mieszaniną horroru i tragedii. Z tą właśnie wiedzą Kapturek wędruje przez las.

Baśnie, Czerwony Kapturek, analiza baśni, Baśnie na warsztacie, Kultura w sieci, Baśnie braci grimm, storytelling, Mateusz Świstak,


Pamiętajmy, że ten las przez który wędrowała bohaterka grimmowskiej opowieści był inny niż ten, który znamy my. Przypominał raczej dżunglę, w której żyją tygrysy niż spacerowy teren powstały z tyczkowin sztucznie nasadzonych drzew. Bardziej dziki matecznik, pełen (PEŁEN) zwierząt, które często w bardzo bezpośredni sposób zasłużyły sobie na złe imię (nie wierzycie - w sieci jest kilka zdjęć wilków zagryzających wiejskie psy i masa masa fotografii ich działalności w stadach owiec, a dla tych o mocnych nerwach - fotki turystów którzy spotkali w na swojej drodze niedźwiedzia). Innymi słowy - zagrożenie jakim był dla Kapturka wilk, nie było nigdy tylko baśniowe. Z tyłu głowy dawny słuchacz tej opowieści czuł, że Kapturek nie idzie na sielankowy spacer, ale na ekstremalną wyprawę, której sukces stoi pod znakiem zapytania już od przekroczenia progu. 

Nieczęsto opowiadam tę baśń. W moim repertuarze funkcjonuje ona raczej jako przykład - głównie tego, w jaki sposób słowo żywe może dać wyświechtanej opowieści drugie życie. Kiedy jednak zdarza mi się już opowiadać ją od A do Z, staram się iść właśnie w tę stronę. W stronę ekstremalnej przygody, w której nic nie jest pewne już od samego początku. Skoro już jednak o wykorzystaniu tej opowieści jako przykładu mowa, musimy zajrzeć na chwilę do domku babci. 

Babcia i Wilk


Podczas jednej z wizyt w supermarkecie natrafiłem na wyłożone książeczki dla dzieci. Najwspanialsze, ze wspaniałych Baśnie… czy jakoś tak. Były dość brzydkie, więc nie do końca rozumiem, dlaczego chwyciłem akurat za jedną z nich - Czerwonego Kapturka właśnie. I przeglądając ją raz za razem miałem wrażenie, że ktoś wyrwał strony z najbardziej smakowitymi kąskami. Wilk stoi przed domkiem babci, na następnej stronie wilk przebrany za babcię czeka na Kapturka. Potem scena z pytaniami o wielkie uszy i oczy, itd. A na następnej stronie wilk z trochę większym brzuchem i pałętająca się gdzieś w kadrze osierocona pelerynka. Dalej to samo z myśliwym - myśliwy dostrzega wilka… i przeskok: myśliwy i Kapturek tańczą wesoło trzymając się za ręce. W każdym z tych trzech przypadków brakuje jednego - akcji. Nie da się zbudować samego tylko suspensu. A to właśnie robią owe opowiastki. Wycinają treść „nieodpowiednią” i wpuszczają czytelników od razy w pokłosie akcji. jednocześnie kastrując atrakcyjność tego tekstu. Problem - ten fabularny - nie otrzymuje rozwiązania. 

O ile ciekawsze byłoby opowiedzenie o tym, jak wilk spotyka babcię. Ileż można na tym zbudować napięcia, jakimi emocjami naładować krótką drogę pomiędzy fotelem, a drzwiami. A potem - skonfrontować obie postacie. Narracyjne luki są być może kalectwem omawianej baśni, jej słabościami. Jednak z perspektywy opowiadania, te luki stanowią właśnie o potencjalnej świeżości Czerwonego Kapturka… a także każdej baśni. 

Kiedy podczas lektury wydaje nam się, że gdzieś w opowieści dokonany został skrót, czy to cenzorski, czy po prostu jakiś segment baśni się zatarł - wspaniale. Właśnie znaleźliśmy miejsce, w którym możemy napełnić opowieść świeżą porcją emocji. Możemy pokazać jej pomijane wcześniej aspekty, sprawić, by to, co przed chwilą nie miało smaku, stało się wykwintnym daniem. Wystarczy, że napomkniemy o rzeczach, które dzieją się na tych wyrwanych stronach. O babci, która spotkała przecież wilka.
Podsumujmy, już nie tylko w kontekście Czerwonego Kapturka. Każda opowieść, nawet ta najbardziej wyświechtana, nabierze mocy, jeśli opowiadany w niej świat, będzie światem, w którym gra toczy się o wysoką stawkę. Wilk będzie groźny jak wilk, a człowiek (szczególnie mała dziewczynka idąca sama przez las) będzie bezbronny jak człowiek wobec spotkanego w leśnych ostępach drapieżnika. Kiedy w bajce pojawia się smok, niech będzie smokiem (przypominam: „I am fire, i am DEATH!”). Choć baśnie należą do sfery wyjątkowo ludycznej, traktowanie ich bohaterów trochę bardziej na poważnie daje im ogromną siłę (i bohaterom, i opowieściom). I to właśnie tę siłę powinien dostrzec opowiadacz i z nią przekazać opowieść dalej. 

Druga sprawa: szukajmy tego, co pominięte i dajmy to jako wartość. To po pierwsze zaskoczy słuchacza i sprawi, że bardziej będzie chciał nas słuchać. Po drugie zaś nam da większą swobodę kreacyjną i co najważniejsze - dużo więcej frajdy z opowieści. 

Czytajcie uważnie nawet te teksty, które znane są Wam do znudzenia (tu na pierwszym miejscu jest chyba Biblia, którą wszyscy „znają” aż za bardzo, żeby odkrywać, jak genialnym tekstem jest). Czytajcie je i szukajcie tych miejsc, które będziecie mogli napełnić sobą. Szukajcie też takiego kontekstu, w którym baśń nie zwiędnie, za to będzie mogła rozkwitnąć. A my razem z nią. 

***

Zrealizowano w ramach programu stypendialnego Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego - "Kultura w sieci". 

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza