15.8.20

Polowanie na muchy

muchy, analiza baśni, baśnie, błazen, baśnie węgierskie, rycerz i księżniczka, storytelling, Mateusz Świstak, baśnie na warsztacie, MKiDN,


Na warsztacie: baśnie węgierskie


Zupełnie przypadkiem po raz drugi w ostatnim czasie na łamy bloga wraca temat... much. Być może tylko przez zbieżność słów, dziś znów baśń, której początkiem jest pojawienie się tych jakże irytujących owadów. A dokładnie jednego, który wleciał do pokoju księżniczki.

Zanim opowiem Wam, jak to było, nadmienię tylko, że tekst został napisany w ramach programu stypedialnego Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego - "Kultura W sieci".

Opowieść o księżniczce i musze brzmi tak:

Była sobie księżniczka, do której komnaty wleciała mucha. Mucha, jak to mucha, bzyczała i doprowadzała dziewczynkę do szewskiej pasji.  
- Tato! - zakrzyknęła wreszcie dziewczynka - Tato mucha!
- Co mucha? - zapytał król 
- No lata i mnie wpienia - odparła dziewczyna. 
- Zróbcie coś z tym! - powiedział zmartwiony król do swoich ludzi.  
Na odsiecz księżniczce ruszył najdzielniejszy z dzielnych rycerzy. Zaczął wywijać swoim mieczem, próbując dosięgnąć zwinnego owada. I raz po raz zahaczał o coś klingą: a to o filary podtrzymujące baldachim nad łóżkiem księżniczki, a to o jej buduar, a to o pokojówkę. Zniszczeń przybywało, a mucha jak bzyczała, tak bzyczała. W końcu rycerz dał za wygraną i gdyby to była japońska baśń, pewnie wyszedłby teraz do ogrodu i popełnił seppuku. Ale, że nie japońska to opowieść, a węgierska, rycerz owy, opuścił królewski zamek usiadł w pobliskiej karczmie i zaczął zajadać bogracz, i popijać go tokajem.  
Do komnaty księżniczki wkroczył zaś najznamienitszy z królewskich łuczników, który postanowił popisać się swym strzeleckim kunsztem i wykończyć bzyczącą wciąż muchę. Zaczerpnął garść strzał ze swojego kołczana i zaczął jedna po drugiej wypuszczać je za muchą. A mucha śmiga to w jedną, to w drugą stronę unikając śmiercionośnych pocisków. Wkrótce pokój księżniczki wyglądał jak jeż, tylko wywinięty na lewą stronę... oglądany od środka. Wkrótce też, słysząc bzyczenie muchy, łucznik machnął tylko ręką i pomyślał, że lepiej zrobi jak pojedzie w obce kraje... może smoki ubijać. Smok duży - łatwiej trafić, wstydu nie będzie. I odjechał.  
Na koniec do komnaty księżniczki wszedł błazen. Posmarował kawałek deseczki miodem, a deseczkę położył na tym, co pozostało z buduaru księżniczki. Mucha, jak to mucha, szybko wpadła na trop miodkowej pułapki i szybko wpadła w pułapkę samą, przyklejając się do niej. Wtedy też błazen zrobił rulon z gazety i jednym machnięciem zakończył problem księżniczki... przy okazji rozbryzgując wszędzie kropelki miodku zmieszane z muszymi kończynami. 
Księżniczka bardzo się ucieszyła, ale potem zobaczyła, co zostało z jej komnaty i uroniła nad tym łzę. Poszła do kuchni i zagryzła swoje troski ostrą papryczką.... no dobra, tak nie było. Po śmierci muchy błazen został bohaterem, postawiono mu pomnik a ilość obserwujących go osób na Instagramie wzrosła o kilka rzędów wielkości.... no dobra tak też nie było. Na koniec tej baśni. Pokój księżniczki był zdemolowany, a mucha nie żyła. 


Bardzo lubię tę historię, głównie ze względu na jej opowiadalność. Prosta fabuła daje pretekst do puszczania wyobraźni w samopas, igrania ze skojarzeniami i tworzenia absurdalnych obrazów. Wydaje mi się, że takie podejście jest trochę wpisane w tekst. Kiedy po raz pierwszy natknąłem się na tę opowieść (a natknąłem się na nią w książeczce: Łowca Gwiazd, baśnie węgierskie), tekst ten objawił mi się mniej więcej w takich słowach: "Zobacz, jestem prostą historią. Nie ma we mnie wielu zwrotów akcji i ten, kto mnie stworzył, pewnie chciał, żeby była zabawna - zrób więc tak, żebym była zabawna. Daję Ci całą siebie i czekam...". Czasem tak mam z historiami. Taki jest dla mnie na przykład Chłopek-roztropek, albo opowieść o sprytnej lisicy. Taka jest też opowieść o polowaniu na muchę. 

Wiem, że wstęp to przydługawy i trochę obok tego, o czym chciałem pisać, ale czuję, że akurat przy tej baśni należało o tym wspomnieć. Podsumowując więc, czasem wybór opowieści do naszego repertuaru nie zależy od tego ile wartości one wnoszą, ale są jak drobna wariacja fortepianowa, która może pokazać wirtuozerię pianisty. 

Ale, ale nie pisałbym przecież o tej baśni, gdyby chodziło tylko o to, że fajnie się ją opowiada. Nie, nie, po trzykroć nie.


muchy, analiza baśni, baśnie, błazen, baśnie węgierskie, rycerz i księżniczka, storytelling, Mateusz Świstak, baśnie na warsztacie, MKiDN,


Krojenie chleba doktoratem


Myślę o niej jako o doskonałym przykładzie zdrowego rozsądku, który mierzy się z bardzo niezdrowym poczuciem własnej wartości. O co chodzi? Wyobraźcie sobie człowieka, który doszedł do czegoś w życiu: zrobił doktorat, albo założył dobrze prosperującą firmę wywożącą odpady. Zdecydowanie można powiedzieć, że coś w życiu osiągnął (nie sądzę na przykład bym był w stanie założyć dobrze prosperującą firmę w jakiejkolwiek branży). I nagle ten ktoś czuje, że dzięki swojemu osiągnięciu może zrobić wszystko. Co więcej, uważa że to osiągnięcie to jedyny sposób na robienie wszystkiego. I tak oto nasz bohater, próbuje kroić chleb doktoratem, albo doradzać w sprawach sercowych wykorzystując doświadczenie zdobyte przy wywożeniu odpadów. 

Może wyolbrzymiam i dramatyzuję, ale wizja machającego mieczem rycerza, latającego po pokoju księżniczki wraca do mnie za każdym razem, gdy otwieram jakiś serwis informacyjny. am wtedy wrażenie, że każdy nius jest pełen ludzi próbujących kroić chleb doktoratem. I o ile w baśni mnie to śmieszy, w doniesieniach prasowych jest to raczej irytujące, albo przerażające. Czasem, kiedy mój przyjaciel opowiada mi jak jest u niego w pracy, przed oczyma staje mi łucznik naparzający bezsensu w piękne draperie na ścianach. Bo słowem kluczowym jest tutaj właśnie sensowność.

Sensowność


Świetnie, że komuś coś się udało, jednak bezsensem będzie mierzyć tym cały świat. Świat to nie jeden szczyt, ale pasmo górskie, które przemierza się od szczytu do doliny i znów na szczyt. Jedyną postacią w naszej baśni, która znała tę miarę był błazen, ale... to w końcu błazen. On w w wymaganiach na swoje stanowisko miał przecież wpisany dystans. I doskonale pokazuje, że przede wszystkim ma dystans do samego siebie. Nie robi nic wielkiego, nie błaznuje, po prostu załatwia małą sprawę, dobierając do niej odpowiednie środki. I może to zrobić właśnie dlatego, że jako jedyny w tej postaci nie bierze świata (a przede wszystkim siebie) na poważnie. 

Błazen znał odpowiednią miarę i dzięki temu stał się bohaterem. Rycerz i łucznik tej miary nie znali i, choć to ich zwykle kojarzy się z bohaterstwem, w tej opowieści okazali się błaznami. 

Dystans i rozsądek -  to jakości, które wybawią nas od małych codziennych udręk. Gdy będziemy musieli poradzić sobie z muchą, pamiętajcie - to tylko mucha. Zostawmy nasze doktoraty w szufladach, miecze tam gdzie ich miejsce i rozprawmy się z muchą, tak jak muchy na to zasługują. Jeśli to zrozumiemy, tak jak błazen, być może zostaniemy bohaterami nawet na królewskich dworach, a w baśniowym świecie - ponad królewskim dworem nie ma nic lepszego.



poprzedni tekst o muchach znajdziecie TUTAJ
a jeśli chcecie przeczytać więcej o niełatwym życiu rycerza, zapraszam do artykułu poświęconego przegrywaniu ze smokiem - znajdziecie go TUTAJ


Zrealizowano w ramach programu stypendialego Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego - "Kultura w sieci". 


1 komentarz:

  1. Ach te muchi,
    Ach te muchi,
    Wykonują dziwne ruchi,
    Tańczą razem z nami,
    Tak jak pan i pani
    Na brzegu otchłani (Cz. Miłosz)
    PS. Jak zwykle przeczytałam Twój wpis z przyjemnością :)

    OdpowiedzUsuń