Streszczenia baśni

Baśń o Złotym Ptaku

Król miał złotą jabłoń, z której ktoś kradł drogocenne owoce. Każdej nocy z gałęzi znikało jedno złote jabłko. Nie był król faktem tym pocieszony, więc kazał pilnować drzewa swoim synom. Najpierw najstarszemu, potem średniemu, lecz obaj posnęli podczas swoich czatów. Najmłodszemu królewiczowi, król pozwolił od niechcenia bardzo, bo przecież taki młodzian jabłek nie upilnuje. 

Upilnować nie upilnował, ale intruza wypatrzył. Był nim złoty ptak, którego królewicz pozbawił jednego pióra. Pióra tak drogocennego, jak całe królestwo. Ojciec królewicza zapragnął ptaka.


Wysłał więc synów w świat, by go odnaleźli. Najpierw najstarszego, potem średniego, ale ci, zamiast ptaka szukać, zakończyli swoją podróż w przydrożnej karczmie, racząc się jej urokami. Niepomni na ostrzeżenia napotkanego przy drodze lisa, by do karczmy nie wchodzić. 



Najmłodszy też chciał iść, ale wiadomo – cóż taki królewicz w wielkim świecie zrobić może – zgubić się jedynie. Ale cóż robić? Starsi synowie nie wracają, a pragnienie posiadania ptaka serce królewskie rozpala. Więc mówi król, od niechcenia bardzo - „a idź”. 

I najmłodszy poszedł.

Też spotkał lisa i oszczędził mu życie i rady lisiej posłuchał i do gospody radosnej nie wszedł. To wystarczyło lisowi, żeby chcieć królewiczowi pomóc. Na swoim ogonie powiózł go do zamku, w którym mieszkał złoty ptak. Kiedy już się tam znaleźli, mówi do chłopca tak:

- Spotkasz śpiących strażników. Nie bój się – spać będą. Idź prosto do komnaty, gdzie złoty ptak siedzi w drewnianej klatce. Obok stoi klatka ze złota, ale ty nie bierz tej klatki, bo zgotujesz sobie nieszczęście. Powodzenia.

Królewicz ruszył na zamek i było tak, jak powiedział lis. Byli śpiący strażnicy i krok bez trwogi, aż do komnaty, gdzie w drewnianej klatce siedział złoty ptak. Tylko że ta klatka, w oczach Królewicza, strasznie niewyjściowa była. Więc bach ptaka w złoto. I wtedy ptak drzeć się zaczyna. I straż się budzi, i chłopca chwyta. I na śmierć prowadzi. No chyba, że uda mu się na innym zamku złotego konia zdobyć. Takiego, co szybszy jest niż wiatr. Wtedy nie tylko ocali życie, ale i nagrodę otrzyma. A nagrodą miał być złoty ptak.

Wyruszył więc królewicz w drogę, by od razu lisa spotkać. I na lisim ogonie do zamku następnego dojechał. Tam, gdzie złoty koń. Kiedy już się tam znaleźli, lis mówi do chłopca tak:

- Spotkasz śpiących strażników. Nie bój się – spać będą. Idź prosto do stajni, gdzie złoty koń stoi w zwykłym, skórzanym wędzidle. Obok wisi piękne, całe złote wędzidło, ale ty je zostaw, bo zgotujesz sobie nieszczęście. Powodzenia.

Królewicz ruszył na zamek i było tak, jak powiedział lis. Byli śpiący strażnicy i krok bez trwogi, aż do stajni, gdzie ze zwykłym wędzidłem stał złoty koń. To wędzidło zwykłe, wydało się młodzieńcowi niewyjściowe bardzo. Taki koń, musiał mieć w pysku coś godnego. Bez zastanawiania się, zamienił więc królewicz wędzidła i wtedy koń parskać zaczął. I straż się budzi, i chłopca chwyta. I na śmierć prowadzi. No chyba, że uda mu się na innym zamku księżniczkę zdobyć. Jeśli się uda, to i życie miał ocalić i konia w nagrodę otrzymać.

Cóż miał królewicz zrobić? Wyruszył na zamek, a w drodze od razu lisa spotkał. Lis zły już na niego trochę był, ale przyjaciel to przyjaciel. Pomóc trzeba. Więc na ogon i na zamek, a kiedy przybyli, lis mówi do królewicza tak:

- Kiedy wszyscy spać pójdą, księżniczka uda się do kąpieli. Tam ją złapiesz i jak złapiesz, zaraz pocałujesz. I będzie twoja. Tylko nie pozwól jej pożegnać się z rodzicami, bo wtedy… sam wiesz. Powodzenia. 

Tam gdzie powiedział lis, królewicz spotkał księżniczkę. I to, co kazał mu lis zrobić, zrobił. Lecz piękno księżniczki większe było od woli młodzieńca, więc pozwolił jej pożegnać się z rodzicami. I obudził się zamek, i schwytano królewicza i na śmierć skazano. Umrzeć miał, chyba, że uda mu się górę przekopać, która królowi widok zasłaniała. Jeśli by mu się to udało, nie tylko życie oszczędzi, ale i królewna będzie jego.
Zabrał się więc młodzieniec do pracy, ale góra wielka, a sił mniej niż chęci. Lecz kopał wytrwale, bo przecież życie jedno. I kiedy tak kopał, pojawił się wierny towarzysz jego lis i po wręczeniu królewiczowi solidnej bury, powiedział że teraz on będzie kopać. Królewicz zaś miał pójść spać.

Nazajutrz po górze nie było ani śladu. Zabrał więc królewicz księżniczkę i jedzie za konia ją wymienić. 

Lis mówi mu jednak, by wciągnął księżniczkę na konia i umknął, przecież i tak ich nikt nie dogoni, a księżniczka do młodzieńca należy.

Królewicz tak też uczynił. A potem i ptaka złotego podprowadził. Wszystko złote jemu przypadło. 
I to głównie dzięki lisowi.  Pyta więc go królewicz:

- Jak mogę Ci się odwdzięczyć?
- Zabij mnie i poćwiartuj – usłyszał w odpowiedzi.

Czego oczywiście nie zrobił. Zasmucony lis odszedł więc do lasu zostawiając chłopcu przestrogę:
- Nie kupuj wisielców i nie siadaj na skraju studni.

Królewicz i tej przestrogi nie wysłuchał. Bo oto wieszać mieli jego braci. Więc kupił. A potem siadł na studni. Więc bracia go wepchnęli do środka i zdobycz całą nieszczęśnika uwieźli na ojcowski zamek.

Studnia była łaskawa – wyschnięta i mchem napełniona. Królewicz przeżył tylko ni jak nie mógł wyjść ze środka. Pomógł mu nie kto inny jak lis. Oczywiście najpierw nawrzucał do studni to, co myśli o przyjacielu – cóż – od tego są właśnie bliskie nam osoby.

Królewicz ubrał się w żebraczy strój i przeknął do zamku, gdzie szybko wszystko wróciło do normy. On odzyskał ukochaną, niedobrych braci powiesili.

A co z lisem? Jakiś czas później królewicz wędrował przez las, gdzie spotkał swojego przyjaciela. Zastrzelił go i odrąbał mu głowe i łapki – tak, jak lis go prosił.

I wtedy lis zamienił się w pięknego młodzieńca – brata królewny. I już nic nie stało na przeszkodzie, żeby bohaterowie tej opowieści żyli długo i szczęśliwie. 

Czerwony Kapturek


Wszystko zaczęło się od matki. Pewnego wieczoru wyciągnęła ze starej skrzyni czerwoną pelerynę, akurat na mój rozmiar. Wręczyła mi ją i powiedziała tak:

- Już czas. Już nadszedł czas, byś zaczęła ją nosić, bądź uprzejma dla ludzi i pamiętaj kim jesteś.

Nie bardzo wiedziałam, o czym mama mówi, ale przytaknęłam. W końcu prosiła mnie, żebym była uprzejma dla ludzi. Mogłam więc zacząć od niej.

Potem byłam już tylko miła i uprzejma. Dla niej, dla rodziny, dla sąsiadów, znajomych i nieznajomych. Dla wszystkich! Czerwona pelerynka przypominała mi o tym, jak bardzo mogę być uprzejma. W duchu powtarzałam sobie tylko „Staraj się! Staraj! Możesz jeszcze bardziej!”.  I tak co dnia, przez wiele miesięcy.

Podobno mama dostała tę pelerynkę od babci, czyli swojej matki, a ta z kolei dostała ją od swojej matki, czyli babki mojej matki, czyli mojej prababki. A ta z kolei…  i tak dalej.

-  Historia tej pelerynki to cały łańcuch połączonych ze sobą kobiet – mówiła mama – a ty jesteś ostatnia.

A co z mężczyznami? Nie wiem. Nie było ich. Tylko kobiety w czerwonej pelerynce. Raz zapytałam nawet mamę, co z mężczyznami, ale coś stało się z jej twarzą, potem zaczęła nawet płakać, a ja miałam być przecież uprzejma, więc nie pytałam już więcej. W końcu przestało mnie to interesować.

Do tego babcia się rozchorowała. Nikt nie wiedział, czy to coś poważnego, czy po prostu umiera, bo przyszła na nią kolej. Leżała tylko w swoim domku za lasem i stękała, żebyśmy ją odwiedzały. I czasem szła mama, a czasem odwiedzałyśmy ją razem. Babcia, podobnie jak mama, a teraz też ja – była bardzo uprzejmą kobietą. Choć coś zżerało ją od środka i każdy najmniejszy ruch odciskał się grymasem bólu na jej twarzy, nie pokazywała tego po sobie. To znaczy próbowała nie pokazywać, bo bardzo trudno jest ukryć umieranie. My z mamą jednak nic o tym nie wspominałyśmy. Nie chciałyśmy babci sprawić przykrości. Niech się cieszy biedaczka na koniec, że my się cieszymy. A jak ona będzie szczęśliwa, że my się cieszymy, to i my będziemy szczęśliwe, że ona jest.

Pewnego dnia, a dzień ten był jednym z dni kwietniowych lub też majowych (nie pamiętam dokładnie), mama musiała zostać dłużej w pracy, a może gdzieś indziej, a może po prostu miała dość tego całego umierania, więc poprosiła mnie, żebym poszła zanieść babci jakąś przekąskę i wino.

- Tylko nie zbaczaj z drogi ani na prawo, ani na lewo, żebyś nie potłukła wina albo jeszcze czegoś nie narobiła – ostrzegała mnie mama.

Przytaknęłam, bo dobrze jest przytakiwać, kiedy ktoś wykazuje o nas troskę. Zawsze wtedy przytakuję – noszę w końcu czerwoną pelerynę, prawda? Zabrałam koszyczek i niezwłocznie ruszyłam w stronę domu babci tą samą ścieżką, którą zawsze chodziłyśmy z mamą. Coś się jednak zmieniło. Te same ścieżki, gdy wędruje się nimi całkiem samemu, znaczą zupełnie coś innego.

Las, którym teraz szłam, był mi znany, a jakby inny. Moja czerwona pelerynka, przy mocnej zieleni koron drzew nagle straciła na mocy. Słyszałam, jakby między drzewami, coś pulsowało. „Chodź! Chodź” dzwoniło mi w uszach, a ja nie mogłam się powstrzymać. W powietrzu, słychać było śpiew ptaków, w śpiewie ptaków, szelest liści, w szeleście liści zaś coś, jakby mój własny głos, który za czymś woła.
- Chodź! Chodź…

Więc szłam. Mniej więcej w stronę domu babci, mniej więcej nie zbaczając ze ścieżki. Dlaczego nie widziałam tego lasu nigdy wcześniej? Gdzie ja miałam oczy? Gdzie uszy? Dlaczego nigdy wcześniej nie dostrzegałam, że las tak pełen jest kolorów, życia, kwiatów?

„Kwiaty umierają krócej od babci, więc babcia może zaczekać” – pomyślałam. I krok za krokiem, zaczęłam zbierać co piękniejsze okazy. Fiołki, fiołki przede wszystkim. W tym zbieraniu nieprędko zorientowałam się, że ktoś mi się przygląda. Szczelniej owinęłam się w swoją czerwoną pelerynę i najgrzeczniej, jak umiała, ukłoniłam się.

Był bardzo miły, pytał gdzie zmierzam, co robię tak piękna i samotna w lesie, a ja, najgrzeczniej jak umiałam, odpowiadałam, że do babci, że babcia chora, że w odwiedziny i że za lasem, zupełnie niedaleko...  najpiękniej, jak umiałam uśmiechałam się, a w środku coś we mnie krzyczało, krzykiem wcześniej mi nieznanym. Poczułam, jak ciężka, duszna i czerwona jest moja pelerynka.

Cóż oznaczał ten krzyk? Jakiś typ strachu, choć sama nie wiem, czy bardziej był to strach z powodu tego, że spotkałam nieznajomego w lesie, czy z tego powodu, że nieznajomy właśnie zniknął pomiędzy drzewami. „Daj spokój!” powiedziałam do siebie w myślach, po czym ruszyłam do domu babci.

Drzwi były otwarte. Pachniało dziwnie. Co prawda u babci od dłuższego czasu pachniało dziwnie, bo umieraniem, ale do tego umierania zdążyłam się już przyzwyczaić. Tym razem powietrze przepełnione było zapachem ostrym, jak świst brzytwy. Poczułam, że tak właśnie może pachnieć mój niepokój.

Owinęłam się szczelniej w swoją pelerynkę.
Babcia leżała nakryta po czubek swoich szpiczastych uszu kołdrą. Miała wielkie oczy.
- Babciu? Dlaczego masz takie wielkie oczy? – zapytałam.
A potem zreflektowałam się, że to nieuprzejmie tak ani się nie przywitać, ani nie zapytać babci o zdrowie.
- Żeby Cię lepiej widzieć – odpowiedziała babcia zachrypniętym głosem, a ja poczułam ten sam strach, co wcześniej w lesie.

A przecież to była tylko moja babcia. Do tego umierająca.
- A uszy? Dlaczego dziś są tak wielkie – zmów mi się wyrwało (na nic się zdawała moja czerwona pelerynka w tamtej chwili, na nic).
- Żeby słyszeć – odchrapnęła babcia.
O zębach nie zdążyłam nawet wspomnieć. Tylko skok, szarpnięcie i ciemność. Ciasna, duszna ciemność, o zapachu mojej umierającej babci. W tej ciemności było też coś z mojego własnego umierania. Z paniki... i spokoju. 

Coś działo się poza tą ciemnością, jakieś szarpanie, jakaś walka. A może nie było walki. Może ta światłość, która nagle mnie oślepiła, ten chłód stali, który znalazł się tak blisko mojej twarzy i który rozluźnił ciasnotę śmierci. Moje wychodzenie z wnętrza wilka i babcia obok. Może to wszystko działo się zupełnie miękko, tylko ja nie byłam na to gotowa.


Z czerwonej pelerynki niewiele zostało. Zresztą, teraz to ta pelerynka była najmniej czerwona. A ja cała w wilczej krwi. Obok mnie babcia, pode mną wilk, a przede mną ten mężczyzna, który wszystko zmienił… a co najważniejsze. Byłam ja – cała we krwi, a jednak czysta, czysta jak po deszczu.   

ŚPIĄCA KRÓLEWNA

W królewskim zamku poruszenie. Oto przyszła na świat długo wyczekiwana królewska córka. Tak czerwoniutka i słodziutka, że nadano jej imię Różyczka. Poruszenie to przybrało kształt wielkiej imprezy, na którą zaproszono 12 wróżek, a jednej nie (niestety zamek, choć królewski miał tylko 12 złotych talerzy). Wróżki dawały Różyczce prezenty. A to pomyślność, a to urodę, a to roztropność. 

Wtem wpada wróżka, której nikt nie zaprosił. Zła, albo i nie zła. Wszystko jedno. Na pewno wkurzona wyjątkowo. I ona złożyła swój prezent. Powiedziała: Kiedy dziewczyna osiągnie wiek 15 lat ukłuje się wrzecionem i umrze. I pewnie umarłaby, gdyby nie 12 wróżka, która zamiast życzyć dziewczynie czegoś naprawdę fantastycznego, musiała jakoś wyratować z opresji Różyczkę. "Nie śmierć a 100 lat spania" - wykrzyknęła. I tyle, jeśli chodzi o złe zamiary trzynastej wróżki. 


Król przeraził się i kazał spalić wszystkie wrzeciona w królestwie. Na nic się to jednak zdało, bo wrzeciona sprytne są i mieszkają w miejscach, do których dostęp mają tylko piętnastoletnie dziewczynki. Tuż pod nosem króla, w najwyższej wieży jego własnego zamku, za małymi drzwiczkami, królewna spotkała staruszkę, która przędła. I Różyczka chciała prząść. I dziabnęla się w palec. I do łóżeczka. Na sto lat. 


Wraz z nią zasnął cały dwór. Zamek porósł cierniem tak nieprzebytym, że wszyscy którzy próbowali sforsować ten naturalny mur, kończyli na nim jak bombki choinkowe - zawieszeni i martwi. 

Wreszcie znalazł się ten, który postanowił, że to będzie właśnie on. Że jemu się uda. A działo się to dokładnie sto lat po wypadku na wieży. Kiedy stanął przed cierniami, te rozstąpiły się. Nic nie trzeba było forsowań, żadnych przeszkód, żadnych smoków. Prosta droga do pięknej dziewczyny. Jeden buziak i wszystko wraca do normy. Bo przyszedł czas. wystarczyło trochę poczekać. Ot 100 lat. I wierzyć, że się uda. 

O Śpiącej Królewnie pisałem tutaj: Strategie rodzicielskie

TRZY ŚWINKI (ta część bajki, której się nie opowiada)

Stoimy przed domkiem trzeciej świnki. Choć wilk srodze dmucha w ceglane mury, te nawet nie drgną. Konstrukcja jest solidna. W środku siedzi ostatnia ze świnek. Pozostałe dwie przeciskają się właśnie przez przewód pokarmowy wilka, by raz jeszcze zobaczyć światło dzienne - w nieco zmienionej już formie. Być może przez procesy trawienne wilk nie ma w płucach wystarczającej pary, by zmieść ceglany domek z powierzchni ziemi. Dmucha i chucha, i chucha, i dmucha i nic. Domek stoi jak stał, a świnka żyje, jak żyła. Tylko doniczki z parapetów pospadały. 

Wilk nie jest jednak w ciemię bity, żeby płuca sobie wypluć. To nie działa - trzeba spróbować czegoś innego. Mówi więc do świnki tak:
- Hej malutka, mam dla Ciebie propozycję. Znam miejsce, za górką, gdzie rosną świetne marchewki. Możemy tam jutro pójść, nazbieramy co nieco razem, pośpiewamy sobie dumki.
- Okej - odpowiedziała świnka. 
- No to super. Będę jutro o 12. Ciao Bambino. 
Po czym zarzucając z lekka ogonem odmaszerował w stronę swojego ciemnego lasu. 

Świnka do tych głupich należeć nie należała, bo po pierwsze żyła, po drugie - całkiem nieźle jej to wychodziło. Podstęp wilka wyczuła po sposobie, w jaki bestia się pociła, postanowiła więc sama wilka przechytrzyć. Nim słońce wstało ona wybrała się za górkę, gdzie odnalazła pole ślicznych marchewek, nazbierała ile się dało i zanim wybiła dwunasta, była już w domu. 

Wilka to rozeźliło, ale nie tracił rezonu, spróbował raz jeszcze z jabłkami i raz jeszcze świnka wpuściła go w maliny. Za trzecim razem wilk olał już zabawę w sklep warzywny. Postanowił skusić świnkę wyprawą na targowisko. Wielkim światem, pięknymi chustami, kiecami jak z żurnala mody powiatowej. Koloryzował, jak się dało, aż powietrze zaczęło nieprzyjemnie pachnieć od tej słodkości... jak przypalone ciasto. 

- Okej - powiedziała świnka - umawiamy się na 10. 

Wilk wiedział, że świnka go oszuka i świnka wiedziała, że wilk wie. Zaczął się więc wyścig z czasem. Kto będzie pierwszy? Drapieżnik czy jego ofiara? Okazało się, że drapieżnik. Spotkali się na górce, tuż przed domem świnki. "Wreszcie" - pomyślała bestia "zmów paciorek dziecino!". Świnka miała jednak w głowie inny plan. Wskoczyła do świeżo zakupionej bańki na mleko i tocząc się z góry staranowała wilka, a potem wylądowała prosto pod drzwiami swojego domku. Szybkim skokiem znalazła się w środku i zaryglowała drzwi.

Tej zniewagi wilk już nie wytrzymał. Cała jego zmyślność, cały spryt przestały się liczyć. Liczyło się tylko to, żeby dorwać tego małego prosiaka i zrobić sobie z niego ucztę... najboleśniej jak się da. Nikt nie może nabijać się z wilka. I to go zgubiło. Zaczął wyć i dobijać się z do domku z każdej strony. Na nic to jednak było, bo murarka solidna a i głód zaczynał już trochę doskwierać. Wspiął się więc zwierz na komin, którym miał zamiar dostać się do środka. 

I dostał się... do środka domu, a potem do środka brytfanki pełnej wrzątku. Świnka błyskawicznie zatrzasnęła brytfankę pokrywką i wilk ugotował się żywcem. 

Ostatnia z ocalałych sióstr wyszła przed dom, żeby rozkoszować się ostatnimi promieniami słońca. Ostatnie tego dnia. Dla niej przyjdzie kolejny wschód. Była bezpieczna... i do tego miała cały garniec porządnej, wilczej zupy.

O świnkach pisałem tutaj: Morały baśniŚwinki w wersji Noir, Poszukiwanie Baby Jagi (dygresja), Trzy Świnki do Koryntian, Krwawa brutalność - brutalna krwawość

EDERLAND

Była sobie Ederland, dziewczynka o sercu dobrym i dwóch wrednych siostrach. Siostrach tak wrednych, że kiedy ich wspólna matka umarła, wyśmiewały biedną Ederland z powodu spadku jaki dziewczynka otrzymała - sztyla od miotły, starego fartucha i stolnicy. Cóż, trudno się siostrą dziwić. Wyglądało to jakby na koniec życia matka postanowiła zrobić sobie dowcip, kosztem najmłodszej. Ederland jednak wierzyła, że matka miała w tym dobre intencje. 

Po śmierci matki, wszystkie siostry najęły się do pracy u księcia, dwie starsze usługiwały na salonach, a Ederland trafiła do kur. Wkrótce okazało się, że kurnik to najlepiej zadbane miejsce w całym zamku, kurki są szczęśliwe, dobrze niosą, cieszą się, śpiewają i nie jest im do tego potrzebny żaden Mozart. Wystarczyła mała Ederland. Książę wychwalał swoje jajka przy każdej możliwej sposobności - że takie eko, że taki wspaniałe, duże, że żółtka żółtsze, a białka białtsze, co przyprawiało siostry Ederland o wrzody żołądka. 

Za każdym razem kiedy książę mówił do jednego ze swoich gości - "a jadłeś już jajeczko?" siostry czuły, że na ich głowie pojawia się jeden nowy siwy włos.  Postanowiły, że nie osiwieją doszczętnie i wcześniej pozbędą się swojej najmłodszej. Przy nadarzającej się sposobności przekonały księcia, że Ederland potrafi wykombinować nigdy nie gasnący świecznik. Książę, jako gadżeciarz, od razu łyknął przynętę i obiecał, że jeśli Ederland przyniesie mu taki świecznik, dostanie od niego dwie miarki złota. Zapłakana Ederland siadła na grobie swojej matki, bo nie wiedziała gdzie się udać. Wtem z grobu wychynął duch nieboszczki i poinstruował dziewczynkę, co ma robić. Ze stolnicy, sztyla i fartuszka miała sobie sprokurować łódkę, od księcia zabrać dwie miarki soli i wyruszyć przed siebie. 

Dziewczynka zrobiła podług matczynych słów i dotarła do wysp magicznych, gdzie władzę sprawowała rodzina czarnoksiężników. Synowie, stara matka i stary ojciec. Dzięki fortelowi, Ederland, zdobywa świecznik a przy okazji zabija starą wiedźmę, wpychając ją do studni. Książę dostał swój świecznik, a siostry posiwiały jeszcze bardziej. Znów podrzuciły księciu genialny, supergadżeciarski pomysł. Ederland miała przywieźć mu zaczarowanego konia. I znów dzięki pomocy matki udaje jej się przechytrzyć złych czarowników, choć tym razem są o włos od schwytania jej. 

Druga wyprawa kończy się sukcesem Ederland i potężnym wkurzeniem tak czarowników jak i sióstr. Te drugie postanawiają, że tym razem ośmieszą dziewczynę na tip top i mówią księciu, że może mu załatwić świnię, którą można ciąć, a ona odrasta i jej mięso nigdy się nie kończy. Perspektywa posiadania rogu obfitości tak ucieszyła księcia, że aż obiecał wzięć Ederland za żonę, gdyby udało jej się sprostać tej misji. Cóż - świnia to nie to samo co koń i nawet jeśli udało się przechytrzyć pastuchów, to trudno uciekać na świni przed ścigającymi ją czarownikami. Wpada w ich ręce i skończyłaby jako potrawka, gdyby nie jej wrodzone szczęście i spryt. Rozprawia się z ojcem czarowników, obcinając mu głowę i wrzucając resztę do garnka. Czarownicy długo nie orientują się, że właśnie zjadają własnego ojca, tymczasem Ederland zaciąga świnię na swoją łódkę i odpływa. 

Siostry są niemal tak niepocieszone jak czarownicy, gdy Ederland wraca cała i zdrowa do pałacu. Książę zaś jest w siódmym niebie, nie dość, że żonka zapowiada się obrotna, to i sprowadzone przez nią zabawki cieszą oczy i inne dzieciaki z klasy doprowadzają do szaleńczej wściekłości. Siostry wpadają na pomysł, żeby popłynąć w zaczarowane krainy, gdzie stają się daniem głównym dla czarowników. A Ederland żyje długo i szczęśliwie u boku księcia. 

O Ederland pisałem w: Grób matki, Przerwana Opowieść