5.7.20

Miłość większa niż świat

Arie m den toom





































Na warsztacie: Layla i Majnun


W tym roku miał odbyć się projekt Orfeo i Majnun. Miała być opera, wspaniały pochód, a co istotne dla mnie - warsztaty. Tak się złożyło, że wraz z Agą Batóg z Lufcika na korbkę, mieliśmy poprowadzić cykl spotkań dla kobiet w ramach tego właśnie projektu. niestety zaczęła się nasza kochana pandemia i cały projekt powędrował na rok 2021. Warsztatów więc nie ma, ale za to została opowieść o Majnunie i Layli, a wraz nią kilka przemyśleń.


Kim był Majnun

Zanim przejdziemy do przemyśleń, chciałbym przedstawić Wam głównego bohatera tej historii Quaysa, którego nazywano Majnunem:


Tak naprawdę to nie nazywał się Majnun, bo Majnun znaczy szalony. Nikt przecież nie daje tak dziecku na imię. Naprawdę nazywał się Quays, ale i tak wszyscy mówili na niego Majnun... czyli szalony.  
Skąd wziął się ten przydomek? Najprościej powiedzieć, że chłopak oszalał z miłości. Ale wiadomo - nic na tym świecie nie dzieje się najprościej. Pewnego dnia Quays spotkał Laylę. I zakochał się, bez opamiętania. Tak nie potrafił się opamiętać, że całymi dniami pisał dla swojej ukochanej wiersze, a potem czytał je komu popadnie. Naprawdę - wystawał na rogach ulic i na gościńcach i dzielił się wierszami, które tworzył z miłości do Layli. Ludzie, którzy go mijali, myśleli: "wariat jakiś - nic nie robi, tylko wierszem gada" i tak Quays dorobił się swojego przydomka - szalony. Czyli Majnun. Tak po prawdzie to znaczyło to - "opętany przez dżinny", ale sens jest ten sam. 
Kiedy nadszedł odpowiedni czas, Majnun wybrał się do ojca swojej ukochanej, by poprosić o rękę dziewczyny. Ona chciała, ,bo kochała chłopaka ze wzajemnością, ale ojciec stwierdził, że wariatowi córki nie odda. Za to znalazł dla niej kogoś, kto nie dorobił się żadnego niewygodnego przydomka. Pewnie jakiegoś Jurka, albo Bogdana... mniejsza. Layla została nieszczęśliwą, ale wierną żoną kogoś innego, a zrozpaczony Majnun odsunął się od świata. Zamieszkał na pustyni, gdzie swoje miłosne wiersze recytował napotkanym zwierzętom, albo sobie samemu, albo też zwierzał się piaskom pustyni, zapisując swoje westchnienia i smutki patykiem na piasku.  

Przychodziły do poety różne wiadomości, jedne były złe, inne jeszcze gorsze. A on wędrował w samotności i komponował wiersze. Pewnego jednak dnia, dotarła do niego wiadomość, którą można byłoby odczytywać nawet pozytywnie. Otóż mąż Layli pożegnał się z tym światem (możecie sobie wymyślić jak: wpadł pod wielbłąda, dostał zawału, zadławił się daktylem, pośliznął się na mokrej posadzce - nie krępujcie wyobraźni). Czy to oznaczało, że wreszcie mogą być razem? On przecież przez nią trafił na pustynię, ona przez niego była żoną wierną, ale nieszczęśliwą. Czy to oznaczało, że los wreszcie się do nich uśmiechnął?  

Nie do końca. Tradycja wymagała, by Layla oblekła żałobę po swoim mężu na dwa lata. W tym czasie musiała siedzieć w domu, odizolowana od świata. A przede wszystkim od nadziei połączenia się ze swoim ukochanym. To było za wiele dla biednej kochanki i jej serce nie wytrzymało tego bólu - pękło i Layla zamiast dołączyć do swojego ukochanego, dołączyła raczej do męża.  

Wieść o śmierci ukochanej dotarła oczywiście do Majnuna, który przybył do jej gromu, gdzie z żalu sam umarł. 

I żyli długi i szczęśliwie. 


To jedna z najbardziej znanych perskich opowieści, nazywana czasem Romeem i Julią Wschodu (tak mawiał o niej Byron). Wchodzi w skład tak zwanej Chasme, czyli poematów perskiego poety Nizamiego Gandżawiego i jest chyba tym, który wywarł największy wpływ z całej piątki. Znalazł wielu epigonów i jest naprawdę, naprawdę ponadczasowy. 

Odnotowuję, bo trzeba odnotować, tak samo jak trzeba odnotować fakt, że tekst ten został napisany w ramach programu stypendialnego Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego - "Kultura w sieci". Ale chcę pisać o czymś innym. O politowaniu i zazdrości. O nieumiejętności pójścia dalej i miłości większego formatu niż życie samo... ale po kolei.

Politowanie


Przyznam szczerze, że Majnun jest takim typem człowieka, na którego zawsze patrzę z mieszaniną politowania i zazdrości. Politowania dlatego, że gdzieś w jego zachowaniu ujawnia się fakt, że nigdy nie dorósł. Zatrzymał się w pewnym punkcie swojego życia i ten punkt pochłonął go do reszty. Tym punktem była oczywiście miłość. Quays miał jakieś o niej pojęcie, ale postanowił, że wyrazi ją na swój własny sposób. Patrzę i myślę - co za egzaltacja, co za egoizm i w konsekwencji: co za zmarnowane życie. I jakoś nie potrafię wejść w jego skórę. Gość, który wychodzi na ulicę, żeby chwalić się wierszami do swojej ukochanej - nie do końca szanuje swoją miłość. To zwykły ekshibicjonizm. Być może piękny, ale jednak ekshibicjonizm. I mimo, że być może kocha bardziej niż ktokolwiek przed nim i ktokolwiek po nim (Dante i jego Beatrycze mogą się schować), to i tak wszystko, co robi jest odrobinę karykaturalne.

Kochać - to jedno. Okazywać swoją miłość - to zupełnie inna sprawa. Jeśli miłość nie ma umiaru, to w porządku, natomiast jeśli będziemy obnosić się z nią bez umiaru, możemy napytać sobie biedy. Może nikt nie nauczył Majnuna, co robić z miłością, co mówić, a co przemilczeć (bo to również jest sztuka), a może go to zupełnie nie obchodziło. Ale mniejsza o to - swoim realnym zachowaniem wynikającym z niewątpliwie pięknego uczucia (wystawaniem na ulicy i czytaniem przechodniom miłosnych wierszy), doprowadził do realnych skutków - zyskania przydomku "szalony" i utracenia swojej miłości. Paradoksalnie, przez swoją miłość, stracił swoją miłość. 

Wniosek wyciągnąć z tego bardzo buddyjski - wędruj środkiem, nawet gdy to, co tobą targa jest ekstremalne. Nawet jeśli kochasz ZA BARDZO, nie okazuj tego ZA BARDZO, bo "za bardzo" nigdy nie jest najlepszym pomysłem.

Ze zbiorów Biblioteki Kongresu


Zazdrość


A może się mylę. Może za bardzo to jest właśnie ta najlepsza, a na pewno najpiękniejsza z dróg? I tutaj pojawia się zazdrość. Bo sam nigdy bym tak nie potrafił - rzucić się w wir namiętności nie zważając na konsekwencje. Pozwolić, by ogień mojej miłości, albo pasji trawił mnie do samego końca. Gdzieś za nastolatka chyba mnie to ominęło i teraz, kiedy słucham takich opowieści, czuję, że czegoś jednak brakuje. Majnun nie bał się robić z siebie kompletnego głupka, ale robił to do końca. I z pięknych pobudek. Miłością można przecież wiele wytłumaczyć. I pewnie stąd ta zazdrość. Chociaż - po napisaniu trzech powyższych akapitów, jadnak chyba bardziej politowanie.

Może jest tak, że uczucia to tylko paliwo. Paliwo, dzięki któremu możemy działać. Dobrze wykorzystane uczucia mogłyby przecież napędzić chłopaka do tego, by zmienił świat. Tymczasem on dał się pochłonąć płomieniom. Spalił się i de facto nic dobrego nie wyniknęło z tego dla nikogo. On - był nieszczęśliwy, Layla - nieszczęśliwa, mąż Layli - jeśli znał swoją żonę, też pewnie nie tryskał radością. Nie wspomniałem jeszcze o rodzicach Majnuna - umarli w rozpaczy, że ich syn szlaja się po pustyni i gada do pustynnych lisów. Może nie byłby wspaniałym poetą, ale bilans zysków i strat zdecydowanie byłby korzystniejszy. I być może dlatego nie potrafię spojrzeć na tę postać zbyt łaskawie. Bo w opętaniu swoją miłością nie wziął życia pod uwagę. Jak nastolatek, którego po raz pierwszy zalewa fala nowych doznań i przez którą początkowo jest w stanie robić tylko głupoty. 

Żałoba


Kiedy myślę o tej opowieści, zawsze wraca do mnie pewna baśń braci Grimm: "Śmierć kurki". To opowieść o koguciku, który tak bardzo rozpaczał po stracie swojej żony, że doprowadził tym do anihilacji większości mieszkańców lasu (Tekst o koguciku znajdziecie TUTAJ). Majnun prezentuje dokładnie taki sam mechanizm jak kogucik. Na początku nie potrafi przepracować swojej miłości, a potem, nie potrafi przepracować swojej straty. Jest osobą, która zacięła się w jednym miejscu i wtedy jedynym jej towarzyszem zostaje pustynia. Ta realna i ta metaforyczna. Wypada ze świata ludzi i nie ma dla niego powrotu. Zastanawiam się nawet, co by się stało, gdyby jednak jego miłość do Layli zostałaby spełniona. Jak szybko uciekłby z powrotem w głuszę, by tam snuć swoje przepiękne pieśni. Innymi słowy, jego poezja i postawa była usprawiedliwiona jedynie przez swoje niespełnienie a przez to - pusta. Jeśli Laylę i Majnuna porównuje się do Romea i Julii, tym drugim trzeba jednak bardziej przyklasnąć - kochankowie z Werony być może skończyli parszywie, ale przynajmniej robili wszystko, by być razem (Julia z miłości sfingowała swój pobrzeb!). Majnun tylko gadał.



Myślę, że bardzo istotne jest to, żeby mieć podobnych bohaterów przed oczyma. Niekoniecznie brać z nich przykład, ale raczej traktować jak papierek lakmusowy. Młodość ma swoje prawa, burza emocji zdarza się każdemu, ale kiedy jesteśmy targani huraganem często sprzecznych doznań, warto zadać sobie pytanie - w którą stronę ten huragan nas targa. Czy tak jak Majnuna na pustynię, gdzie nasza żałoba po prostu pożre cały nasz świat (niezależnie jak piękne wiersze będziemy przy tym pisać), albo wrócimy do świata mocniejsi czerpiąc z tego paliwa, którym podsycony został ogień naszej duszy. Może ten drugi proces można po prostu nazwać dorastaniem? Dorastaniem do własnych emocji.

Miłość większa niż świat


A może to, co napisałem powyżej w ogóle nie pasuje do opowieści o Layli i Majnunie. Może to szaleństwo opętanego przez dżinny jest takie właśnie jak powinno być, tylko świat go nie rozumie. Bo pomyślcie: to, w jaki sposób kochał Majnun było absolutne. Nie robił nic innego poza tym kochaniem (no może pisał jeszcze wiersze, ale były one przecież wypadkową jego uczuć). A to rozsadza przecież społeczne normy. Bo czy nie jest czasem tak, że społeczeństwo pozwala nam kochać "odtąd-dotąd", a wszystko, co wykracza poza te ramy jest nie do zaakceptowania? Podobnie z żałobą - można rozpaczać tylko trochę, ale najlepiej niepublicznie, bo brzydko wygląda. A już płakać i o zgrozo nie iść do pracy, to w ogóle nie wypada. Albo z anarchią - można tak trochę się buntować, powiedzieć na przykład "jestem oburzony", ale po tym "jestem oburzony" to już nie można, bo nie wypada i do tego mandat można dostać. W tej sytuacji Majnun nie będzie tylko niedojrzałym gościem, który postawił na złą kartę, ale prawdziwym tytanem, który nie bał się kochać do końca i który tę swoją miłość potrafił też do końca donieść - tak jak potrafił. I być może dlatego właśnie to o nim, a nie o tych wszystkich rozsądnych ludziach pozostał poemat, który przetrwał dobrych kilka wieków... I być może dlatego właśnie mu zazdroszczę.

***

Zrealizowano w ramach programu stypendialnego Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego - Kultura w Sieci. 

***

 PS. Po przejrzeniu tekstu, naszła mnie jeszcze jedna myśl dotycząca tej miłości większej niż świat. Jeśli Majnun był tytanem swojej miłości. To pamiętajmy o tym, że był właśnie tym - tytanem. I nie przykładajmy jego miary do naszych własnych burz. Bo może się okazać, że to tylko burze w szklance wody, a nasze rozczulanie się nad swoją sytuacją - to jedynie wymówka, żeby uciec. Pamiętajmy, że istnieje ryzyko, że my akurat nie jesteśmy tytanami.






Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza