1.2.15

Klub Latających Podróżników - Życie w siodle

Dziennik Kapitana Hermana, Baśnie na warsztacie, Mateusz Świstak, Muzeum Etnograficzne, MEK, Warsztaty dla dzieci, Klub latających podróżników, Mongolia, Tajlandia,

Na warsztacie: Klub Podróżników, Muzeum Etnograficzne, zajęcia dla dzieci, Kapitan Herman, Mongolia

Odlatujemy we wtorek, 3 lutego, o godzinie 17.00 


Nim kapitan Herman zakończy swoją podróż, odwiedzimy wraz z nim jeszcze jedno miejsce. Miejsce niezwykłe. Miejsce, gdzie wzrok ledwie sięga horyzontu. Miejsce wielkich stepów i gór, gdzieś w oddali. Miejsce, gdzie bez konia człowiek nie mógłby przetrwać. Wraz z kapitanem i Pimplem poznamy uroki życia w siodle pomiędzy mongolskimi ludźmi stepu. Posłuchamy ich pieśni, dowiemy się czym jest jurta i ważna była w niej kobieta. Posłuchamy także opowieści, które snute były przy mongolskich ogniskach.


Z dziennika kapitana Hermana

1913 rok, 10 grudnia, Bangkok, albo jak kto woli:

Krung Thep Mahanakhon Amon Rattanakosin Mahinthara Ayuthaya Mahadilok Phop Noppharat Ratchathani Burirom Udomratchaniwet Mahasathan Amon Piman Awatan Sathit Sakkathattiya Witsanukam Prasit

W garnizonie chodzą pogłoski, że do Europy zbliża się wielkimi krokami. I to nie byle jaka wojna, ale coś naprawdę dużego. Już teraz dostaliśmy rozkaz powrotu do Europy. Część żołnierzy odpłynęła statkiem, a mnie czeka podróż do Chin i dalej przez Mongolię do Rosji. Tam czekać mam na dalsze rozkazy. Co będzie dalej?Tego nie wie nikt. 

Tutaj, w Bangkoku nikt nie interesuje się wojną. Ludzie przechodzą obok mojego stolika i znikają w tłumie wielkiego targowiska. Można tam kupić wiele niezwykłych rzeczy. Na przykład kwiaty. Tajowie uwielbiają kwiaty, a targ w Bangkoku, to najlepsze miejsce, żeby zatonąć w ich wszystkich kolorach. To miasto pełne jest kwiatów i większość pochodzi zapewne z tego właśnie miejsca. 

Można też kupić tutaj szczura, albo tarantulę... a potem je zjeść. 

Są tutaj pająki w karmelu albo na ostro. Są sałatki z małymi jaszczurkami i są żuki. Są też ryby, które wyglądają jak węże (to chyba jakaś odmiana węgorza), podawane z trawą cytrynową i solą. Zresztą. węże też są... i też można je zjeść. 

To bardzo ciekawe miejsce. Zastanawia mnie, jak zareagowaliby na posiłek z, powiedzmy, szczura w Europie. Tam pewnie byłoby to coś obrzydliwego. Tutaj, na twarzach widać uśmiech.

Zresztą, tutaj bardzo dużo się uśmiechają. I sam nie wiem dlaczego. A skoro nie wiem, trzeba zapytać. 

Pytam więc pracującą w najbliższym straganie kobietę, ale ona nie rozumie po angielsku, więc... uśmiecha się. Pytam stojącego opodal sprzedawcę kaczek (takich do zjedzenia). Ten rozumie i mówi, że Tajowie uśmiechają się, kiedy czegoś nie potrafią, albo kiedy się wstydzą, albo czują się skrępowani... no i oczywiście uśmiechają się, kiedy chcą się do kogoś uśmiechnąć... bo go lubią. 

- Więc uśmiechają się zawsze? - zapytałem
- O nie. Nie uśmiechamy się, kiedy ktoś obraża naszego króla, albo jego rodzinę. Nie uśmiechamy się, kiedy ktoś obcy dotknie nas w głowę, nie uśmiechamy się, kiedy ktoś pokaże na kogoś stopą... albo dotknie mnicha... albo... 

Okazało się, że jest tego całkiem sporo... wyciągnąłem więc notes, żeby wszystko sobie dokładnie zapisać. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz