11.10.19

Impresja Początku

foto. Kami

Na warsztacie: początki baśni

Wyruszyliśmy kilka godzin przed wschodem słońca. Ogólne zaspanie sprawiło, że co rusz musieliśmy się zatrzymywać, żeby sprawdzić, czy spakowaliśmy wszystko, albo wyciągnąć jakiś „bardzo ważny” dla dalszego przebiegu podróż drobiazg. 


Jeden z naszych pierwszych postojów wypadł przed bramą nieczynnego jeszcze sklepu ogrodniczego. My w pomarańczowej smudze światła wyznaczanej przez uliczne latarnie, w tle cienie drzew oliwnych, a dalej niewidoczny, ale bezsprzecznie obecny masyw górski. Ponad nami rozgwieżdżone dość rozrzutnie niebo. Kami szukała jednego z tych „bardzo ważnych drobiazgów” w podręcznej torbie, a jak walczyłem ze snem oparty o burtę samochodu. 



Przez ciemność przedzierało się pianie pierwszych kogutów, któremu wtórowało poszczekiwanie niewidocznym psów. Na to wszystko z kolei nałożył się jeszcze jeden głos. Być może puszczyki, być może inne sowopodobne ptaki (bardziej jak szczekanie szczeniaka, niż klasyczne „hu-hu”). Trzy dźwięki przelewały się przez siebie tak harmonijnie, jakby stanowiły część jednego utworu. Ta sama tonacja, ten sam rytm, tylko różne instrumenty. Czasem przebijał się jakiś solista, czasem wszystkie głosy dźwięczały unisono. 

„A gdyby tak - pomyślałem, słuchając dziejącej się w ciemności muzyki - gdyby tak codziennie słuchać podobnych dźwięków, gdyby tak budzić się z nimi, zaczynać dzień przy ich akompaniamencie? Przecież to nie mogło przejść bez odciśnięcia piętna na wyobraźni. Bo przecież pies, kogut i puszczyk potrafią się dogadać, żeby razem muzykować! To nie jest normalne. To musi rodzić pytania: Jak to możliwe? Czy to prawda? A jeśli tak: Gdzie się spotykają? Skąd znają swoje piosenki? A do tego - kto jeszcze z nimi muzykuje?”.

Stałem tak oparty o samochód, a ilość pytań w mojej głowie puchła, jak łydka po użądleniu szerszenia. Trochę żałując, że ta muzyka nie jest moją codziennością (zamiast tego: prysznic w łazience sąsiadów, buczenie lodówki, telewizor piętro niżej i koparka za oknem), a trochę hamując swoje podekscytowanie myślałem dalej:

„Przecież to musiało inspirować, do tworzenia historii, do ich opowiadania. Przecież ktoś musiał to zauważyć, ktoś spróbować odpowiedzieć na te najprostsze pytania. Wyjaśnić po swojemu ten fenomen zwierzęcej harmonii. Ktoś, mógł na przykład stwierdzić, że poza psem i kogutem, był jeszcze, powiedzmy osioł i powiedzmy kot. I te zwierzęta postanowiły, że założą zespół. I wyruszą muzykować w świat, albo chociaż do Bremy…”

Z tą myślą, wsiadłem z powrotem do samochodu. Choć sen wciąż nie dawał za wygraną, czułem, że teraz baśnie zaczęły czaić się w ciemnościach. I zawsze się tam czaiły. Początki tych małych-wielkich historii zawsze zahaczały o codzienność. Wystarczyło tylko wyciągnąć po nie rękę. I bynajmniej nie przez skrupulatne studiowanie, a raczej uchwycenie momentu olśnienia. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz