8.6.18

Sztuka opowieści w działaniu - Strach (cz. II)

Kay Nielsen

Na warsztacie: Storytelling, sztuka opowieści, strach, warsztat opowiadacza, opowieści grozy




W poprzednim wpisie rozpocząłem rozważania na temat strachu. Pokrótce starałem się zebrać swoje spostrzeżenia na temat tego, dlaczego warto opowiadać dzieciakom straszne historie. Wpis znajdziecie, klikając TUTAJ.

Dziś, tak jak obiecałem, skupię się na kilu technikach, którymi sam posługuję się, kiedy chcę stworzyć straszną historię. Zaznaczam jednak, że to moje sposoby działania, przez co rozumiem, że nie są one żadną uniwersalną metodą na stworzenie strasznej historii. Piszę po prostu o tym, w czym sam czuję się dobrze, kiedy opowiadam. I o tym, w jaki sposób opowiadam, żeby czuć się dobrze. Miejcie to proszę z tyłu głowy podczas lektury poniższych kilku punktów i na bieżąco starajcie się odpowiadać na kilka pytań:

 - czy taka technika mi pasuje? 
Jeśli tak - dlaczego? 
Jeśli nie - co jest w niej nie tak i co bym zmienił/zmieniła, żeby skroić ją na własną miarę?

Jedno pytanie, które należy do moich ulubionych i któremu przyjdzie mi kiedyś poświęcić osobny tekst: Co jeszcze mogę zrobić, żeby dana technika była jeszcze lepsza?

W związku z tym, że konspekt tego tekstu okazał się bardzo obszerny, to z pewnością nie będzie ostatni artykuł poświęcony temu tematowi. 

Czego się boimy?


Zanim zaczniecie budować swoje indywidualne instrumentarium budowania grozy, zastanówcie się, czego Wy się boicie. Co sprawia, że wstrzymujecie oddech, w których momentach jeży Wam się skóra na rękach, a po plecach przebiegają dreszcze? Kiedy najwyżej podskakujecie w kinowym fotelu podczas seansu horroru. Zastanówcie się, jakie kategorie strachów są dla Was znośne, a jakich  nie jesteś w stanie nawet zaakceptować. To pomoże Wam zdeterminować, jakie tematy są najbardziej odpowiednie, by w nich rozpocząć swoją przygodę z opowieściami z dreszczykiem.

Podam swój przykład: historie z zombie są dla mnie raczej zabawne, lubię je, ale nie wzbudzają we mnie strachu, raczej zestaw innych odczuć (np. mieszankę obrzydzenia i rozbawienia). Podobnie jest z historiami o wampirach i psychopatycznych mordercach. Ciut wyżej w skali stoją wilkołaki i inne stwory, których ślepia mogą gapić się na mnie spomiędzy drzew -  ten strach rozumiem i jest mi dość bliski. Jeszcze wyżej na skali stoją duchy - dusze zmarłych, które wracają by się zemścić (taka Oiwa na przykład), albo te, które zamieszkują nawiedzone domy. Na skali strachów, to są rzeczy, które u mnie wywołują największy znośny strach. Jednak na nich skala się nie kończy. Dalej są wszelkiego typu opętania i czarownice. Nie czuję się z tymi historiami komfortowo i stopień grozy jakim mnie napełniają jest za duży, żebym mógł swobodnie się w nich poruszać.

strona fun-pic-space.com


Optymalnymi tematami dla mnie są więc te związane ze stworami i duchami. Ten kto mnie zna, wie, że jeśli można gdzieś wsadzić żart, to nie ma siły, która mnie przed tym powstrzyma. Zombiaki, skazane są więc w moim wykonaniu na pastisz, a więc nie ma mowy o grozie. Z kolei dochodząc do tego, czego naprawdę się boję (pierwsze miejsce zajmują zdecydowanie historie o  opętaniach) nie mogę swobodnie badać materiału, który powinienem mieć na warsztacie. Będę przyjmować do niego postawę obronną, co w moim przypadku oznacza... uciekanie w żart. Ci, którzy widzieli Alucardę, w wydaniu Teofila i moim doskonale wiedzą, o co chodzi.

Kiedy już uda się nam wyznaczyć ten złoty środek strachów własnych, zacznijmy się nim bawić. Wybierzmy jedną, albo dwie historie i testujmy na znajomych. Szukajmy swojej ulubionej wersji tej historii. Proponuję zacząć od odpowiedniego ustawienia perspektywy narracyjnej. Jaka jest najlepsza perspektywa tej opowieści dla nas. Opowiadajcie wybrana historię za każdym razem próbujmy dorzucić kolejne punkty, które sprawią, że historia stanie się niepokojąca.

Do czego dążymy?


To właśnie o niepokój nam przede wszystkim chodzi. Pomyślcie o tym tak - horror jest najbardziej przerażający nie wtedy, kiedy wydarzają się najokropniejsze rzeczy, ale zanim one się wydarzą. Najstraszniejszy jest wtedy, kiedy jeszcze wszystko jest zakryte. 

To trochę jak spacer dookoła budynku - za każdym rogiem może czaić się coś naprawdę groźnego. Im bliżej rogu więc jesteśmy, tym ostrożniej idziemy. I kiedy już staniemy, żeby wychylić się zza węgła, kiedy już prawie mamy spojrzeć, cóż - to jest to miejsce, w którym emocje gotują się w nas najbardziej. I to jest właśnie to miejsce na które my - opowiadacze - polujemy. A potem wychylamy się i... nic tam nie ma. Musimy iść dalej, do następnego rogu. I znów to samo - za chwilę coś może na nas wyskoczyć. Ale nikt nie gwarantuje, że tak właśnie się stanie.


Sztuka polega na tym, żeby jak najdłużej prowadzić widza dookoła takiego budynku i możliwie długo nie dawać mu odetchnąć.

Doskonałym przykładem takiego naciągania struny jest dmuchanie balonika. Im jest większy tym większe prawdopodobieństwo, że pęknie. I my musimy opowiadać tak, żeby nasz słuchacz czekał, aż balonik pęknie. I żeby balon nie pękał. I nie pękał... i nie pękał. Poniżej filmik poglądowy ;)



Tak na marginesie - zawsze, kiedy mam opowiadać historię, w taki właśnie sposób, gdzieś z tyłu głowy włącza mi się jedna melodia z kultowego horroru. Kto zgadnie jaka?

Co sprawia, że odczuwamy dyskomfort?


Znacie motyw z wsiadaniem do windy, w której ktoś stoi, ale twarzą do ściany? Ponoć przejażdżka z kimś takim między piętrami to jedno z najbardziej nieprzyjemnych doświadczeń, jakie można sobie zafundować i mało kto je wytrzymuje. Snucie opowieści grozy, to wstawianie takiego kolesia w zwyczajny świat.

Można to robić małymi przestawieniami w krajobrazie, sugestiami czegoś niepokojącego, ale bez widocznej intencji straszenia. Te drobne nic nie znaczące niepokoje będą jak pompowanie balonika. Choć najpierw wygląda on niegroźnie, naszym zadaniem jest od początku, sugerować że zaraz groźnie będzie. Że zaraz coś się stanie. Jednocześnie nie możemy przesadzać z mówieniem o sednie naszej historii otwarcie. Ale pozostawiony gdzieś kluczyk, cień o ludzkim kształcie przemykający przez salon w samo południe, komentarz rzucony półgębkiem przez postacie epizodyczne - to samo w sobie rozbija komfort słuchacza.  Im więcej powrzucamy do naszego balonika, tym więcej z niego wyleci, kiedy już pęknie.

Nie śpieszmy się i nie przesadzajmy. Dobra groza to taka, którą dobrze nasączymy naszego odbiorcę. Jeśli przesadzimy - będzie czuł się niekomfortowo, jeśli zbytnio popędzimy z opowieścią, nie zdążymy wybudować odpowiedniego nastroju i nasz słuchacz może nie zarejestrować tego, co ma być straszne.

Jak ukryć świat przed słuchaczem?


Jeśli najwięcej grozy jest w samym oczekiwaniu, to znaczy, że nasz strach dotyczy tego, czego nie widzimy. To w jaki sposób stworzymy niedopowiedziany świat, zależy od naszych umiejętności operowania językiem. Pozwólcie, że temu zagadnieniu poświęcę jeden z kolejnych wpisów, a dziś zostawię Was tylko z jednym, skutecznym sposobem maskowania rzeczywistości. A sposób ten zwie się... zaimek. Spójrzcie:

Coś zastukało. Tam, opodal. Tam, tam blisko. Ale nie mógł dojrzeć, co to. Po tym czymś, co przed chwilą, jak mu się wydawało, został tylko nieprzyjemny zapach, jakby to coś, przebiegło tamtędy…

Brzmi jak pójście na łatwiznę. Nie ma tu prawie żadnego opisu, a wszędzie tam, gdzie moglibyśmy poczęstować słuchacza opisem, zostaje rozbabrana plama zaimka. I byłaby to prawda, gdybyśmy źle balansowali swoją historię. Byłaby to prawda, gdybyśmy zamiast używać wyobraźni ratowali się wstawianiem w puste miejsca niewiele mówiących zastępczych części mowy.


Lucy Fleming

Zaimek może być jednak bardzo potężną bronią. Jego niekonkretność idealnie nadaje się do budowania dwuznacznych sytuacji. Sytuacji, w których nasza wyobraźnia zacznie galopować w swoje najmroczniejsze rejony. „To” czy „Coś” już same w sobie mają ładunek suspensu – dopóki my, jako opowiadający historię, nie rozwiążemy zagadki i nie odpowiemy, co konkretnie za nim stoi, nasz słuchacz jest zdany na naszą łaskę. Np.: 

...i nagle stanęło przed nimi właśnie to coś, coś czego szukali, a jednocześnie coś, czego tak bardzo nie chcieli spotkać – gigantyczna... gumowa... kura.

Dzięki zaimkom jesteśmy w stanie budować bardzo mgliste przestrzenie, które stają się zadaniem dla słuchacza. I może to być zadanie otwarte, albo quiz z kilkoma możliwymi odpowiedziami. Przy zabawie z zaimkami warto zaszczepić sugestie, czym może być to, co kryje się pod „coś”. Na przykład:

W lesie było wzgórze, z którego nikt jeszcze nie wrócił żywy. Niektórzy mówili, że mieszka tam niedźwiedź-ludojad, inni, że to wilkołak, a jeszcze inni posuwali się nawet do tego, żeby opowiadać o tym, jak na wzgórzu demon jakiś upatrzył sobie siedzibę, albo inna moc nieczysta.

Kiedy więc wyślemy bohatera na takie wzgórze i nagle coś zacznie poruszać się w pobliskich zaroślach, to... no właśnie – którą z powyższych opcji wybralibyście jako pierwszą? Niedźwiedzia, wilkołaka, czy może jakiegoś diabła… a ja Wam powiem, że to była tylko sarna.


Zaimek to świetne narzędzie do poruszenia wyobraźni. Używaj go, lecz nie nadużywaj. Bo jeśli w twojej opowieści pojawi się za dużo zaimków – może się okazać, że słuchacz czuje, że tak naprawdę nic mu nie dajesz, a obrazy które powstają w jego głowie, to zaledwie szkic.


... i na tym dziś poprzestanę. 

W następnej części opowiem trochę więcej o języku i o tym, czego nie warto robić w historiach z dreszczykiem. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz