14.1.16

Jak przekonać do siebie słuchacza?


Na warsztacie: sztuka opowieści, wystąpienia publiczne

Ten wpis miał mieć zupełnie inny charakter, ale w związku z paroma wydarzeniami jakie miały miejsce pomiędzy jego pierwszym szkicem, a dziś, pewnie będzie dłuższy niż się spodziewałem. 

Dziś o udanych i nieudanych wystąpieniach publicznych... głównie moich. 


Po warsztatach w Międzynarodowym Centrum Kultury podszedł do mnie Artur, żeby zapytać, jakie książki mogę mu polecić na temat baśni i opowiadania baśni. Rozmowa szybko przeszła z baśni na wystąpienia publiczne i na pytanie, jak przekonać do siebie słuchacza. Jak zdobyć jego zaufanie? 

I jeśli miałbym podać swoją jedną, jedyną i najlepszą formułę byłaby ona prosta: SZCZEROŚĆ. 

Możecie to sobie wyhaftować na serwetce: 



Pół szczerości i drugie pół szczerości


Szczerość, o której mówię składa się z dwóch komponentów. Pierwszy to mówienie rzeczy, które ma się do powiedzenia, niekoniecznie tych, które widz chciałby usłyszeć. Dlaczego? Bo jeśli mówilibyśmy to, czego oczekuje słuchacz, nie bylibyśmy interesujący. Skoro mówię, coś co mój słuchacz i tak już wie, po co ma mnie słuchać (i płacić za moje gadanie). Nawet jeśli opowiadamy znaną wszystkim historię, co w przypadku bajarstwa jest częstym procederem, to musimy opowiadać tę wersję bajki, którą mamy w głowie, co niekoniecznie zawsze się pokrywa z oczekiwaniami naszego słuchacza. Szczerość jako indywidualne podejście do tematu, o którym mówimy. 


Po pierwsze więc - opowiadamy to, co mamy opowiedzieć. A po drugie, opowiadamy tak, jak potrafimy, a dokładniej - opowiadamy tym, kim jesteśmy. 

Musisz wyjść przed publiczność, a bardzo się jej boisz. To wyjdź. Bój się. Nie udawaj, że nie ma w tobie strachu. Nie udawaj szczególnie przed sobą samym. Jak mawiała pewna znajoma: bój się i rób. 

Nie graj. Nie próbuj być przed ludźmi kimś wymyślonym. Bądź na scenie najbardziej sobą! Opowiadanie czegokolwiek, jest opowiadaniem przez samego siebie. Jeśli w twoim charakterze nie ma czegoś takiego, jak umiejętność zmiany głosów - nie ma sensu ich zmieniać. Dobra historia pozostanie dobrą historią bez zmiany głosów. Jeśli masz naturę introwertycznego informatyka, trzymajmy się jej. Stań przed mikrofonem jako "introwertyczny informatyk" i powiedz to coś ważnego z czym przyszedłeś. 


Na moim przykładnie - nie potrafię snuć patetycznych opowieści. Nie potrafię budować długich, klimatycznych scen, które przenoszą słuchacza na zaczarowane góry, w wilgotne równikowe lasy, czy do starych zamczysk. Ktoś kto mnie już zna, doskonale wie, że kiedy wędrujemy po rubieżach wyobraźni, zawsze robimy to z przymrużeniem oka. Słowa są bardziej pretekstem do swobodnej gry skojarzeń. Zabawą wyobraźni. Sceny są krótkie, pocięte, często przerywane dygresjami. Rzadko udaje mi się zachować powagę przez całą baśń. Jestem dzieckiem komedii i kabaretu*. Do tego nie potrafię ustać na miejscu i notorycznie macham rękami. W tym czuję się dobrze. Mam więc z tego rezygnować? Czy może właśnie z tego robić swoją mocną stronę? Szczerość w odpowiadaniu na pytanie, jak coś robić, polega na umiejscowieniu siebie jak najbliżej swoich najmocniejszych cech. To miejsce, w którym czujemy się najswobodniej. Dopiero, jeśli znajdziemy to miejsce i siebie w tym miejscu, zaczyna się nasza praca nad warsztatem.

Przez warsztat mam na myśli szlifowanie umiejętności w dowolny sposób, niekoniecznie przez zorganizowane warsztaty. Te są oczywiście pożyteczne, bo spotkanie ze specjalistą zawsze otwiera nowe przestrzenie i perspektywy, ale jest też z nimi pewien problem. Zauważyłem, że ludzie, którzy na nie chodzą, zapominają o swojej własnej szczerości. Zamiast tego próbują stworzyć w sobie sztuczny twór (opowiadacza/tancerza/wojownika/pisarza/cokolwiek) odpowiadający potrzebom danych warsztatów. Na wszelki wypadek więc napiszę - warsztaty są po to, żeby poprawić to, kim już jesteśmy, nie po to, żeby to wyrugować i zamienić na coś innego. I mam szczerą nadzieję, że kiedy czytacie ten akapit, traktujecie go jak banał, o którym wiecie od milionów lat. 

Pamiętam pewne olśnienie, którego przyczyną stała się książka Baśnie latynoamerykańskie (z serii Baśnie Etniczne National Geographic). To chyba najsłabsza z części serii, przy lekturze której miałem wrażenie, że zbierający baśnie, po prostu robi transkrypcję z taśmy, wkładając w obróbkę historii niewiele wysiłku. Składnia przepełniona zaimkami i powtórzeniami, rwała się raz za razem, przez co zbliżała całość do urodzinowej opowieści wyjątkowo gadatliwej ciotki... wszystko było strasznie nieliterackie, prostackie wręcz. I co ciekawe, pomimo mojego zżymania się na formę, sama opowieść niewiele na tym traciła. Był to zapis czyjejś szczerości. I to wciągało. Ludzie, którzy zostali tam zapisani mówili w sposób, w jaki potrafili mówić. Opowieści były opowiadający w jego najczystszej formie. 

Próbowałem potem to powtórzyć. Na jednym ze spotkań, chciałem przejąć ten styl opowiadania i wyszło nic innego jak parodia. Bo mój język jest inny. I słuchacze od razu to wyniuchali. Nie było sensu udawać, że jestem opowiadaczem jak z tej książki. 

O kamerze i konkursach


I jeszcze jedna, dość bolesna przygoda, związana ze szczerością. Nagrywałem ostatnio filmik na konkurs. Ot musiałem opowiedzieć bajkę, albo dwie jako próbkę tego, jak pracuję. Próba nagrania materiału w samotności okazała się być totalną klapą. Nie potrafiłem swobodnie mówić do martwego pudełka ustawionego na statywie nieopodal. Szybko więc zadzwoniłem do właściciela Sofy, czy nie mógłbym zorganizować spotkania, podczas którego zarejestrowalibyśmy moje gadanie. I wierzcie mi, naprawdę chciałem dobrze wypaść. I to moje chcenie, połączone z obecnością dwóch kamer, sprawiło, że cała moja szczerość poszła sobie na spacer. Próbowałem być fajny względem oczekiwań (pewnego jury, siedzącego gdzieś tam). W konsekwencji fajny być przestałem. Potem skończył się set "konkursowy" i w podzięce opowiedziałem tym, którzy zdecydowali się przyjść jeszcze jedną historię. Choć całe napięcie tej próby ciągle się we mnie kumulowało, o wiele łatwiej było mi znów być sobą. I była to najlepiej opowiedziana historia tamtego wieczoru. 

W związku z tym, moim zadaniem warsztatowym na najbliższy czas jest praca z kamerą. I nie polega ona na stworzeniu jakiegoś nowego obrazu siebie. Polega na tym, żeby przenosić swoją szczerość w miejsce, gdzie nie czuję się komfortowo. 

Być spójnym. Inaczej jestem tylko oszustem. A bycie oszustem jest niczym innym, jak marnowaniem swojego naturalnego potencjału. 

***


*Lubię myśleć o swoich opowieściach, jak Woody Allen myśli o swoich filmach. Żeby nie było, że się porównuję... w jednym z wywiadów powiedział, że jego technikę kręcenia filmów można określić jednym słowem - "sloppy", co w wolnym tłumaczeniu znaczyć może: rozlazły, niechlujny, niestaranny. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz