24.1.17

Sześć miedziaków


Na warsztacie: Chłopak i kot, baśń islandzka. 

Dziś islandzka bajka, która choć dość słaba, od ostatniego wtorku wraca do mnie, jak kauczukowa piłeczka rzucona w ścianę. Historia, która w telegraficznym skrócie brzmi tak:

Pewien człowiek, wraz z całą swoją rodziną żył w chlewie. Nie znaczy to jednak, że był biedakiem. W starym skórzanym worku trzymał on cały stos złotych monet. Ale miał też tę przywarę, bardzo ludzką przywarę, że blask złota milszy był mu niż czyste ubranie, pełny brzuch czy szczęście rodziny. Żona mu od tego jego bogactwa umarłą, a i on sam się rozchorował i zmarł. 

Został po nim syn, który, co tu dużo opowiadać, po śmierci ojca odetchnął z ulgą, bo miłość nie miłość, szacunek nie szacunek, ale jednak wreszcie mógł się najeść, wreszcie żyć, jak na człowieka przystało, a kto wie - może i na człowieka majętnego. Planował otworzyć skórzany worek ojca, kupić normalne jedzeni, normalne ubranie i wyprowadzić się z tego przeklętego chlewu. 

Tak się jednak nie stało, gdyż pewnej nocy, tuż po śmierci ojca, młodzieńcowi przyśnił się dziwny mężczyzna, który powiedział, by połowę skarbu oddać ubogim, drugą zaś wyrzucić w takim a takim miejscu do morza. A potem patrzeć na powierzchnię, bo cokolwiek się na niej pojawi, będzie zbawieniem dla chłopaka. Nie była to dobra wiadomość, bo przecież tak blisko był młodzieniec od wyjścia z nędzy, a tutaj nagle nadprzyrodzone znaki mówią mu, że wcale nie. 

Cóż miał jednak robić? Znaki z góry to w końcu znaki z góry, więc sprzeciwiać im się nie ma jak. Ze skórzanego wora rozdał więc połowę podobnym sobie, a potem stanął z pozostałymi pieniędzmi na wskazanym przez senną marę miejscu i z ciężkim sercem cisnął worek w morze. A potem wytężył wzrok i patrzył na falującą w oddali wodę. Nagle w falach zamigotało coś białego - chyba kartka papieru. Jak cokolwiek, to cokolwiek, powiedział do siebie i popłynął po dryfującą kartkę. Okazało się, że była to koperta, w której znajdowało się sześć miedziaków. 

Chłopiec schował je za pazuchę i ruszył w świat - bo co miał innego robić? Wreszcie dotarł do chatki, w której poprosił o nocleg i misę zupy. Podczas posiłku zobaczył dziwne zwierzę, jakiego wcześniej jeszcze nie spotkał. Był to kot. Gospodarze, którzy mieli już dość miauczenia futrzastego stwora zaproponowali, że jeśli młodzieniec zechce, to sprzedadzą mu tego zwierzę za, powiedzmy, sześć miedziaków. Ta niezwykła zbieżności trzymanych za pazuchą pieniędzy i ceny kota sprawiły, że młodzieniec ani chwili się nie wahał. 

A potem - i to opowiem wam już w skrócie - trafił na królewski zamek, gdzie zamiast monarchy rządziła horda bezczelnych szczurów. Kiedy kot naszego wędrowca to zobaczył, odezwały się w nim wszystkie instynkty, jakie mieszkają w małych niewinnych kocich oczach. Król nie zdążył mrugnąć oczami, gdy po stole walały się już tylko resztki przykrych towarzyszy każdego obiadu. Młodzieniec otrzymał za to rękę królewny i wszyscy, prócz szczurów, żyli długo i szczęśliwie. Koniec. 

Sny biedaków


Nasz bohater miał wielką potrzebę. Chciał wyjść z biedy. Pożegnać się z chlewem, w którym mieszkał, pożegnać swój pusty brzuch i potargane ubranie, które nosił na sobie. I jego sytuacja byłaby może zwyczajna, gdyby nie to, że jej rozwiązanie tkwiło przez cały czas pod nosem - w skórzanym worku jego ojca. Idę o zakład, że chłopiec niejedną noc przeleżał w kącie chlewika, marząc o choćby jednej monecie strzeżonej przez ojca. Pewnie marzył o tym, co mógłby za tę monetę kupić do jedzenia. Jak odmieniłaby ona jego nędzne życie. Pewnie marzył, jak marzą biedacy o wygranej w totka. Gdybym wygrał 12 milionów...

Ta wygrana nagle nadeszła, jak czasem trafia się szóstkę w lotto i wtedy... i wtedy zaczyna się największy problem każdego zwycięzcy. Czy nasz bohater byłby sobie w stanie poradzić z takimi pieniędzmi? Pewnie by mógł - wszak niewielki procent tych, którzy wygrywają jakoś sobie radzi. W przypadku większości jednak, nagła zmiana sytuacji doprowadza ich do moralnej ruiny. Nie wiedzą, co zrobić z aż tak dużymi pieniędzmi - trwonią je w najrozmaitszy sposób: Rozdają, topią w z góry skazanych na niepowodzenia biznesach, czy przepijają, przećpywają, lub marnotrawią na inne czcze uciechy*. Internety są pełne historii ludzi, których zdobycie olbrzymich pieniędzy najzwyczajniej zniszczyło. Być może nasz bohater należał do grupy podwyższonego ryzyka (na co wskazywać może to, w jaki sposób zachowywał się jego ojciec), dlatego w chwili największej pokusy musiał pojawić się nadnaturalny znak.



Wracając na chwilę do naszego worka złotych monet i porzucając porównanie do wygranej w totka, nim przejdziemy dalej, chciałbym jeszcze raz podsumować - nasz dobrobyt i nasze wybawienie z nędzy, obojętnie, czy jest to nędza materialna, czy duchowa, często nie znajduje się tam, gdzie akurat patrzymy, a to, co często podsuwane jest nam pod nos jako rozwiązanie, może być dla nas nie wybawieniem, a zgubą.

Duch Marlowa


Nasz młodzieniec miał na tyle szczęścia, że ochroniła go niewidzialna siła. Czym duch, nawiedzający go we śnie był - nie wiadomo. Może elf jakiś, dobra wróżka, a może po prostu to coś, co gniecie nas w środku i tylko w snach może otrzymać twarz napotkanego dzień wcześniej przechodnia. Może to ktoś na kształt ducha Marlowa z Opowieści Wigilijnej, który z zza grobu ostrzega swojego towarzysza przed przyszłą niedolą beznadziejnym pobrzękiwaniem łańcucha. Może sam ojciec. To nie jest aż tak istotne, o wiele ważniejsze jest chyba samo to, że ów nieznajomy przybył. Być może w młodzieńcu od dawna narastała ta dusząca sprzeczność, w której jedynym wyzwoleniem z nędzy jest śmierć ojca. I czekał z utęsknieniem na tę śmierć i czuł się z tym swoim czekaniem źle. Ta śmierć wiązała się też z tym, że to syn zajmuje miejsce ojca, przy worku z pieniędzmi. Wydawanie równałoby się wtedy z profanacją pamięci po zmarłym... być może. A może młodzieniec nasłuchał się za dużo o feralnych zwycięzcach w lotto i po prostu się bał... albo zjawa pojawiła się w snach ze zgoła odmiennego powodu.

Grunt, że dowiedział się, że droga jego ocalenia jest całkiem inna niż ta, której mógłby się spodziewać.

Ocalenie


Postać ze snów kazała mu wyrzucić pieniądze, co mniej więcej miało znaczyć tyle, że ocalenie znajduje się poza znanym młodzieńcowi światem. "Rzuć to wszystko" - zdawał się mówić duch. I jest to rada na wagę złota. Bynajmniej jednak nie dodał "a potem wyjedź w Bieszczady". Nie! To co musiał zrobić młodzieniec to skończyć ze swoim starym życiem i starym sposobem myślenia. Zamknąć pewien etap w sposób wyjątkowo bolesny. Połowę pieniędzy miał oddać tym, którzy znajdowali się w podobnej do niego sytuacji. Nie był to więc dla młodzieńca gest łaski, fanaberia bogacza - on, jak nikt inny rozumiał, co znaczy bieda i to właśnie tę biedę musiał podratować. To był trudny test, bo podczas jego wykonywania musiał dawać innym tego, co sam sobie odmawiał, ale to nie było najtrudniejsze. Drugą część skarbu miał przecież po prostu wyrzucić.

Nie wiem, jak sam zachowałbym się w sytuacji młodzieńca, ale gdybym był jednym z tych natrętnych doradców, którzy znajdują się w każdej bajce pewnie powiedziałbym mu - sam sobie wystarczysz za wszystkie te skarby. Rzucaj... a jak nie chcesz rzucać, to możesz mnie oddać tę skrzynkę. Bo może o to właśnie chodziło w tej próbie. By młodzieniec postawił na siebie. Wyszedł z zaklętego kręgu skarbu swojego ojca i stał się tym, kim mógł być najlepiej na świecie - sobą samym.

W baśni nic takiego jednak się nie pojawia, zamiast gadającego za plecami starca - samotność. Zamiast worka ze złotem papierek z sześcioma nędznymi pieniążkami. Masz - to Ci wystarczy. Oto ostatnie słowa "ducha Marlowa" - sześć miedzianych monet i tyle. Dlaczego tyle? Bo to jest suma, z którą ktoś w takim położeniu wiedział, co można zrobić. To nie były grube miliony, od których mógł postradać rozum i moralność. To było coś, z czego on mógł zrobić więcej. Gdyby w tamtym momencie rozsupłał worek ojca, pomiędzy nim, a przyszłością mogłaby pojawić się przyszłość nie do przeskoczenia. Za duży plan na zbyt krótkie nóżki. sześć miedziaków było akurat. To przecież dzięki nim nasz bohater osiągnął bogactwo o wiele większe niż to, które pozostawił mu ojciec.



I to jest największa nauka tej baśni. Kiedy spojrzymy w ten sposób na siebie będziemy musieli rozeznać dwie rzeczy - po pierwsze w czym pokładamy swoje nadzieje. Gdzie nasze plany są za wielkie w stosunku do środków, którymi dysponujemy. Czy rozwiązania, które mamy przed oczami na nasze bolączki to te właściwe rozwiązania. Czy kiedy żona nas wnerwia, czy tylko rozwód jest rozwiązaniem? Czy na problemy z szefem pomóc może zmiana pracy? Albo alkohol? Albo kupienie lepszego samochodu? Czy wszystko się zmieni w naszej relacji z mężem, jeśli pojedziemy na egzotyczne wakacje? Czy na problemy z sobą samym najlepsze rozwiązanie to samobójstwo? Każdy ma jakiś pomysł, ale często droga od miejsca, w którym stoimy do pozytywnego rozwiązania to dla nas za dużo. Patrząc na takie rozwiązanie okłamujemy się, krzywdzimy, zabijamy. 

O wiele rozsądniej jest rozejrzeć się za tym najmniejszym czymś, co mamy pod ręką i co w zupełności wystarczy, żeby ruszyć w stronę rozwiązania. Czasem to nic, czasem bardzo niewiele. Wystarczy sześć miedziaków. I zgoda na to - że tyle wystarczy. Bo tyle właśnie wystarczy.

***


Ilustacje do dzisiejszego wpisu sponsoruje Mykel A.D.

Przypisy i myśli rozsypane:

*aż ciśnie się na usta, że może pieniądze można podzielić na pieniądze biedaków i pieniądze ludzi bogatych. Jaka jest różnica pomiędzy jednymi a drugimi. Jeśli biedak dostanie w swoje ręce milon złotych, to wyda go, na potrzeby i marzenia biedaków. I nie jest ważna wielkość kwoty. Ważne jest to, w jaką drogę są one wysyłane przez rękę, która nimi gospodaruje. Gdzie skarb twój tam serce twoje. Jak powiedział Jezus (Mt 6, 21)



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz