27.4.16

Słowa z datą ważności (na marginesach zajęć)




W poczekalni siedzą już prawie gotowe dwa teksty mniej więcej o Sinobrodym. Zanim jednak dotrą do Was, dziś mam potrzebę wpisu w stylu "mój drogi pamiętniczku". Czyli kilka zdań na temat pracy opowiadcza. Zatem:

Mój Drogi Pamiętniczku, w skrytości przed wszystkimi, chciałbym na twe kartki przelać smętki swego serca. Bo widzisz, wydarzenia ostatnich dni sprawiły, że zacząłem poważnie zastanawiać się nad swoją pracą, nad tym czym miała być, czym jest i czym być może. Te rozważania wspierane były przez kolejne spotkania z opowieściami i solidną porcję antybiotyków. I chyba nie chciałbym, żeby dotarły do kogoś niewtajemniczonego. Ale Ty, Pamiętniczku, jesteś cierpliwy, nie szukasz poklasku, nie unosisz się pychą itd. 

Widzisz, w tej swojej malignie muszę przyznać, że wszedłem ze swoim opowiadaniem w dość dziwny okres. Po spotkaniach podchodzą do mnie ludzie i mówią, że było super, ekstra i fajowsko. Ja im ładnie dziękuję, ale w głębi duszy jestem niezadowolony. Czuję, że to nie to, co chciałem im przynieść. Tak jakby sprały się słowa, których zazwyczaj używałem a nowy język jeszcze się nie wykrystalizował, nie nabrał wyrazistości ani miąższu. Obawiałem się zawsze, że po prostu moja wyobraźnia nie jest w stanie wyprodukować odpowiednich obrazów, by o nich opowiadać, ale to nieprawda. W głowie przewalają mi się takie rzeczy, o które wcześniej sam siebie nie podejrzewałem. Problem leży nie w obrazach, ale słowach, które te obrazy mogą oddać. Poprzeczka podniosła się, teraz trzeba ją przeskoczyć. W zasadzie cieszę się, że przyszła ta chwila. Trochę niespodziewanie, ale to znaczy, że warsztat nie jest skończony. Możesz się śmiać, Drogi Pamiętniczku, ale dla mnie to odkrycie. Trzeba szkolić warsztat nie dlatego, żeby być lepszym, ale dlatego, że to co potrafimy, zużywa się szybciej niż to, co robimy. 

Pocieszające jest to, że w tym morzu występów wzbudzających moje samookropneniezadowolenie, pojawiają się baśnie, których sam się po sobie nie spodziewałem. Historie w ich najlepszych wersjach. Tak zdarzyło się ostatnio podczas spotkania z baśniami północy, tak zdarzyło się w piątek, gdy opowiadałem Dom Słowików. Baśnie weszły na ścieżkę, której ja wcześniej nie znałem. Chociaż więc po omacku, sam podążyłem za nimi. Zadziwiony. Te opowieści zapadły się w klimat dla mnie obcy, ale świeży. Stały się o wiele bardziej emocjonalne, nawet w obliczu prostoty słów, z której powstały. Być może to nowy kierunek opowieści... mam nadzieję. Mam też nadzieję, że te najlepsze wersje zaczną się kleić do mojego języka częściej. Tylko, Drogi Pamiętniczku, jak to zrobić?


Dzieje się wiele opowieści, ale poza tym, dzieją się też inne rzeczy. Zabawy ze słowem prowadzą w rozmaitych kierunkach, od tekstów autorskich, przez pisanie piosenek, aż do prób realizacji wielkiego marzenia, jakim jest pełnowymiarowa, teatralna sztuka, najlepiej musical. Co do tego ostatniego projektu, na szczęście znalazłem fantastycznego kompana, ale, bądźmy szczerzy, zanim to wszystko się urzeczywistni, minie sporo czasu. Pytanie więc, czy nie robić tych rzeczy i nie oddawać im czasu, który należy się baśniom, czy raczej pozwolić baśniom dryfować w swoim kierunku, by inne rzeczy, za miesiąc, pół roku, albo rok mogły zakwitnąć? 

Bo wiesz co? Mam wrażenie, że coraz więcej rzeczy jest cennych. Ważnych. I bardzo trudno jest wybrać, powiedzieć niektórym z nich "Nie". Zapewne pozwolę rzeczą dziać się, bo lepiej być wyrozumiałym dla rzeczywistości, niż bezsensownie się z nią szarpać. Być bardziej wiatrem, który zmienia tor strzały niż ręką, która próbuje tę strzałę złapać... ech marzenia. I to wyrażone w dość grafomańskiej manierze. Widzisz sam - słowa stają się niepokorne. 

Zawsze myślałem o tym, co robię (o swojej drodze zawodowej) jako o wielkim drzewie, z którego wyrasta masa gałęzi. Każda z nich, to źródło potencjalnego dochodu. Problem pojawiał się, kiedy przyszło mi powiedzieć, czym się zajmuję. Okazywało się wtedy, że żadna z tych gałęzi nie jest na tyle mocna, by stanąć na niej bez obawy o to, że się pode mną nie zarwie i nie potłukę sobie wiadomej części ciała. Z Baśniami jest inaczej. One wyrosły już dość solidnie, do tego na boki zaczęły odstrzeliwać nowe gałęzie. Choć to przecież naturalne, że jak drzewo rośnie, to rośnie, ale mnie - mieszczucha - tego typu naturalne procesy zawsze niezmiernie to dziwią. Szczególnie, że to pierwsze drzewko, które podlewałem z taką pieczołowitością. 

Do także praca bardzo inspirująca. Pozwala na przykład tworzyć. Na koniec więc zapiszę tutaj kawałek bardzo poważnej poezji, którą zdarzyło mi się popełnić właśnie przez inne słowa, które zalewają mnie co dnia: 

Wlazł kotek na płotek 
i wlazła stonoga, 
Ładna to piosenka niedroga. 
nie droga, nie tania
lecz w sam raz
Pani jeleń to łania, 
pan koza to cap!

Ot, do tego prowadzi zbyt wzmożone obcowanie z dobrą literaturą - do natchnienia. 










Brak komentarzy:

Prześlij komentarz