17.9.15

Coś naprawdę wielkiego

Cz.1 Dom. 

Na warsztacie: Młody Olbrzym (Grimm)


Druga część tekstu TUTAJ


Wszyscy rodzimy się mali. Tak mali, że aż zbędni. I czasem zostajemy mali do końca życia, a czasem nie. Co sprawia, że mamy szansę urosnąć i jakie mogą być tego konsekwencje - o tym jest dzisiejsza baśń:


Pewnej chłopskiej parze przydarzył się syn. Malutki jak kciuk. Tak mały, że ojcu przydać się do niczego nie mógł. Bo ani to krowy wydoić nie umiało, ani pola zaorać, a i w szklance mleka mogło maleństwo swój żywot zakończyć.

Raz chłopiec uparł się, że chce z ojcem pójść do pracy. Ojciec trochę pod wąsem pomarudził, ale ostatecznie się zgodził. Kiedy jednak ojciec i syn byli w polu, na horyzoncie pojawił się olbrzym. Ojciec straszył nim chłopca, a wtedy stwór w kilku krokach podszedł na pole chłopa, zabrał dzieciaka i tyle ich widziano. Ojciec nie zrobił nic...

Olbrzym wziął chłopca do siebie, karmił własną piersią i wkrótce z malca zrobił się młody, silny olbrzym. Poddawał próbie stary olbrzym młodego co jakiś czas, każąc mu znaleźć dla siebie w lesie witkę, a kiedy okazywało się, że witka jest nie dość (tzn. że młody za małe drzewa wyrywa), brał go do siebie stary i dalej karmił piersią. Kiedy wreszcie młody wyrwał najtęższy w lesie dąb, stary olbrzym był zadowolony, odprowadził chłopca z powrotem do rodziny.

Rodzina przeraziła się widokiem byczka, którym stało się ich maleństwo i przepędziłaby syna, gdyby nie to, że był olbrzymem i wzbudzał w ojcu strach. Kiedy na przykład młody chciał zaorać za ojca pole, ten powiedział mu "idź precz, orać nie potrafisz", po czym siadł sobie z boku i tylko krygował chłopaka, gdy ten orał, że nie tak, że źle, że do luftu z taką pracą. A młody orał i to orał naprawdę świetnie. Podobnież matka chciała go przepędzić. Ale się bała, więc zamiast więcej krzyczeć, nagotowała mu strawy. Tylko, że młody był olbrzym i strawa jego rodziców w ogóle nie była dlań pożywna. Niesmaczna, a przede wszystkim - było jej za mało. Wykoncypował więc olbrzym, że ten dom nie jest miejscem dla niego. Postanowił ruszyć w świat, jak stał, bez laski, bo ojciec nie był w stanie zrobić takiej, która dałaby synowi podparcie. 

...i ruszył.


Małe okoliczności 


To nie jest opowieść o Tomciu Paluchu - małym jak palec, ale sprytnym i odważnym dzieciaku, którego nieduży wzrost i niezwykła błyskotliwość ratują z każdej opresji. Tomcio pomimo wzrostu, jest wielki. Tego samego nie można powiedzieć o naszym bohaterze. Nasz przyszły olbrzym jest po prostu mały. I to mały nie tylko ze względu na swój wzrost. Jego rozmiar jest objawem wszelkiego niedorozwoju - małość, którą reprezentuje to kalectwo. Fizyczne, duchowe i intelektualne. Jego wzrost oznacza mniej więcej tyle, że nie poradzi sobie w świecie. Tak przynajmniej myślą jego rodzice. A skoro tak o nim myślą, tak go też traktują. Ciągłe powtarzanie - nie potrafisz, nie dasz rady, nie ma sensu, żebyś się za coś zabierał. Za tą myślą i za tymi słowami idzie zaś izolowanie malca od rzeczywistości. Dziecko jest zdecydowanie upośledzone. Urodziło się małe, takie pozostało. Nikt w domu nie dbał o to, żeby było większe.

W tej baśni opisana jest sytuacja totalna, co w życiu zdarza się raczej rzadko. Rzadko spotykamy się z rodzicami, którzy aż tak intensywnie sadzą w dziecko kamieniami negatywnej krytyki, przez co dziecko, zamiast patrzeć w niebo i marzyć o gwiazdach, chowa głowę w piasek.


Dlaczego tak się dzieje, nie sposób wnikać. Myślę, że w Polsce kurs rzucania kamieniami defetyzmu na prawo i lewo wliczony jest w tożsamość narodową i dzieciaki dostające nimi po głowie, chcąc czy nie chcąc, szybko uczą się kamieniem posługiwać. Ale to tak na marginesie. Od samego początku odpowiedzialność za rozwój roślinki, jaką jest dziecko leży w rękach ogrodników jakimi są rodzice. Jeśli nie podlewają...

Dziecko nie rośnie, bo rodzic jest niedojrzały, emocjonalnie rozchwiany, widzi ze strony dziecka zagrożenie. Kronos zjadał swoje potomstwo. Lajos wyrzucił Edypa na śmietnik. Klasyczna grecka fabuła. Młody Olbrzym pokazuje trochę inny mechanizm. Jego bohater nie ma wgranego oprogramowania, przez co jest zawadą w poprawnym funkcjonowaniu gospodarstwa. Jego małość to całkowity brak doświadczenia.

Weźmy taki młotek. Ojciec mówi do synka: "Wbij gwóźdź!". Czy syn potrafi to zrobić? Za pierwszym razem, wielce prawdopodobne, że nie. Zanim zrozumie, jak działa młotek, będzie posługiwał się nim nieporadnie, będzie giął gwoździe i walił się po paluchach - tak wygląda nauka. Z perspektywy rodzica - ojca z wieloletnim doświadczeniem posługiwania się młotkiem - syn jest totalnym nieudacznikiem. Wyrywa mu więc młotek, wyręcza go, syn nadal nie umie, a jako bonus dostaje bardzo negatywne myślenie na swój temat. Przykład młotka być może jest prozaiczny, ale teraz przełóżcie go sobie na całą skrzynkę narzędziową, na prace domowe, na kontakty z urzędami i służbą zdrowia, na pracę zawodową, na te wszystkie dziedziny, w których dorosły już coś, a dziecko jeszcze nic. A teraz przełóżcie to sobie na poczucie własnej siły jakie buduje się w malcu. Dziecko zostaje dzieckiem... nie większym od kciuka. Całkowicie nieprzydatnym społecznie.

Krzyk malca i widmo olbrzyma


Bohater naszej opowieści jest w sytuacji małości totalnej, nie potrafi wiele. Być może nie potrafi nic, poza jednym. Potrafi krzyknąć! Potrafi powiedzieć - tu jestem. Patrz. Zauważ. Zabierz. Nie udowadnia w ten sposób, że jest zdolny zaorać pole, czy postawić chałupę, ale jest w stanie pokazać, że chce czegoś innego niż to, co własnie ma. Nie akceptuje swojej sytuacji i jedyny sposób, w jaki potrafi to wyrazić to krzyk. I ten krzyk jest początkiem jego przygody. Malec jest pięknym przykładem tego, że nawet jeśli świat nas nie chce, to my musimy chcieć świata, całą swoją piersią. Niezależnie jak mała by ta pierś była.

Ojciec zabiera malca na pole.

Co ciekawe, na tym polu wcale chłopiec nie uczy się podstawowych gospodarskich prac. Po prostu jest. Tak bezużyteczny, jak był w chałupie. Do tego, kiedy pojawia się olbrzym, ojciec mówi tylko, że jak będzie niegrzeczny, to olbrzym go porwie. Czy był niegrzeczny, czy grzeczny, nie wiadomo, olbrzym i tak przychodzi. Bo taka jest jego rola... cały czas gdzieś tam czeka. Na malca.

Dla ojca olbrzym jest czymś niebezpiecznym. Czymś, co może jemu i chłopcu zrobić "krzywdę", albo jeszcze gorzej - olbrzym jest czymś, co może chłopcu zrobić "coś" - może bolesnego, może strasznego, na pewno "coś", czego ojciec nie jest w stanie pojąć. A jeśli nie jest w stanie pojąć, to "coś" musi być niebezpieczne. Z perspektywy czasu, to dzięki olbrzymowi malec mógł rosnąć, ale ojciec... ojciec olbrzyma może się tylko bać. Wszczepia ten strach w dziecko. Skutkiem tego może być to, że kiedy olbrzym tylko się pojawia, dziecko ucieka w drugą stronę.

Często to my jesteśmy takim dzieciakiem. Definicja olbrzyma, którą dostaliśmy wraz z wychowaniem i którą w sobie nosimy mówi nam, że olbrzym to coś złego. Coś, co może nam zrobić krzywdę... Coś tak złego,  jak podróże, albo jak na przykład wybranie niestandardowego trybu życia, bez stałej pensji, bez ubezpieczenia i obowiązkowych składek ZUS. Albo tak przerażającego, jak pójście na studia od czapy, które nie zapewnią wam dobrej pracy ani góry forsy. Albo wyjście za kogoś, kto na pierwszy rzut oka nie rokuje przyszłości. Albo... dopiszcie sami, każdy wie, przed jakimi olbrzymami przestrzegają go rodzice... co wędruje po horyzoncie ich przyszłości, co jest "najgorsze", "okropne", "niepotrzebne" i "bez sensu". Na szczęście matka i ojciec wiedzą swoje, a olbrzymy wie swoje.


Zanim przejdziemy dalej, drobny przypis. Kiedy mówię "rodzice" nie mam na myśli tylko tych faktycznych, biologicznych rodziców. Chodzi raczej mentalny stan ojca, prezentowany w tej bajce. W takiej sytuacji "rodzicem" równie dobrze może być grupa społeczna, najlepszy przyjaciel, siostra, ciotka, albo ulubiony bloger. Rodzic, to każdy, kto ma na nas wychowawczy wpływ, każdy, kto powinien sprawić, że rośniemy i kto niestety, czasem rzuca w nas kamieniami. Pokazuje, że tam, gdzie jest coś naprawdę wielkiego, gdzie powinno być nasze serce, nie ma dla nas miejsca.


Pierś olbrzyma


Czym jest olbrzym? Po pierwsze jest on czymś naprawdę wielkim. Wielkim w życiu chłopca. Coś, co my, nawet jeśli jesteśmy malutcy i niedorozwinięci widzimy z daleka. I nawet jeżeli ktoś będzie nam mówił, to jest złe, nie patrz, zostaw, bezsprzecznie olbrzym pozostanie tym, co przyciąga naszą uwagę najbardziej. Pozostanie czymś naprawdę wielkim.

Druga rzecz, którą wiemy o olbrzymie jest następująca. Olbrzym jest w jakiś sposób z chłopcem połączony. Kiedy pojawia się na horyzoncie, nie zwraca uwagi na ojca. W kilku wielkich krokach zmierza prosto do naszego bohatera. Jest w tej opowieści dla chłopca i przez niego. Zabiera malca ze strefy wpływu ojca, do zupełnie innego świata.

I trzecia rzecz - olbrzym jest czymś, co karmi. Jest jak matka, jest jak ojciec, jak wszystko, czego nie dała chłopcu rodzina. Jest tym, co pozwala mu wejść w życie.

Coś wielkiego... jak sztuka, jak nasze powołanie? Coś co nas zmienia. Każdy z nas ma coś takiego swojego. Kiedyś byliśmy malutcy i to coś pojawiło się na horyzoncie, wiedzieliśmy, że to jest nasze, bardziej niż cokolwiek innego. Nie tyle Bóg, co talenty, które w nas zaszczepił. Dziedzina, w obrębie której rosną nasze własne skrzydła, rośnie nasze serce. Ta melodia, od której nogi same rwą się do tańca... to nasze. To najbardziej nasze coś. Nasz olbrzym. Przychodzi po nas i mamy szczęście, jeśli po prostu nas porwie tak zupełnie, jak porwał chłopca z omawianej baśni.


Nawet jeśli wejściowe warunki chłopca były beznadziejne, olbrzym odcina go od nich. Kim był ojciec malca - nieważne. Jakie krzywdy mu wyrządził- nieważne. Jak bardzo go ograniczał - wszystko jedno. Olbrzym jest dla chłopca tym czym ojciec, ale i tym, czym matka. Ze swoją życiodajną piersią, która eliminuje wszystkie szkody, wyrządzone dziecku przez rodziców.

Chłopiec karmi się czymś naprawdę wielkim. Jego ojciec nigdy nie mógłby pojąć misterium olbrzymowej piersi. Nigdy nie czerpał z tego źródła. Może nie mógł, a gdyby nawet to zrobił po prostu by umarł. Bardziej prawdopodobne jest to, że po prostu nigdy się nie odważył. A chłopiec pił. Stracił swoje nikczemne rozmiary, a zamiast tego stał się tym, czym się żywił. Czymś naprawdę wielkim. Podpiął się do źródła, które dało mu siłę i moc, i które sprawiło, że teraz on widoczny był z bardzo bardzo daleka.

Rwanie drzew


Proces wzrostu miał jednak swoje etapy. Olbrzym dobrze wiedział, że trochę duży, to nie znaczy naprawdę duży. Wiedział, że nawet jeśli jego podopieczny wzmocnił się mlekiem, to nie znaczy, że jest gotowy wyjść w świat. Karmił go dwa lata, potem jeszcze dwa i jeszcze dwa. Dopiero wtedy pozwolił chłopcu odejść. Cały proces stawania się wielkim trwał sześć lat. Po pierwszych sukcesach, mentor naszego bohatera mówił - jeszcze nie.

Chłopiec stawał przed dziwacznym zadaniem. Olbrzym kazał mu w lesie wybrać sobie "witkę". Kij, być może podróżny. Chłopiec wyrywał drzewo, odpowiadające jego potrzebom. I choć robił to z łatwością, próba kończyła się niepowodzeniem. Dlaczego? Zawsze wybierał za małe drzewo. Zawsze była przeszkoda, z którą mógł sobie nie poradzić. Olbrzym mówił  "wybierz sobie kij". Więc chłopiec szukał kija, skrojonego na swoje potrzeby. I kiedy chłopiec wybierał drzewo, olbrzym widział w jego reakcjach niepewność. Wybór chłopca to ciągle jeszcze było za mało. "To nie tyle, na ile pozwala twój potencjał - zdawał się mówić - Jeszcze potrzebujesz czasu".

Wielka tkwi w tym nauka, zwłaszcza, w czasach, kiedy żarcie podaje się z mikrofalówki, a sukcesy odnosi w kilka miesięcy. Oczywiście można, ale kiedy tak się stanie, nikt nie zagwarantuje, że za chwilę nie zwali się na nas drzewo trochę większe, którego nie będziemy w stanie udźwignąć. Nawet jeśli odnajdziemy swojego olbrzyma, jest taki moment, kiedy nie jesteśmy jeszcze gotowi, by sami olbrzymami się stać. Na początku, kiedy coś nam wychodzi, jest zawsze zachłyśnięcie się tym, ile już możemy. Bez opiekuńczego oka olbrzyma nad nami, możemy pomyśleć, że mamy już wszystko, że świat stoi przed nami otworem. A potem, po roku, może dwóch - nikt już o nas nie pamięta.

To trochę jak z gościem, który zaczyna swoją przygodę z siłownią. Robi masę, łyka białko, szybko rośnie. Wygląda fenomenalnie, do tego jest jest silny jak cztery muły. A rzeźba... jak w mydle. Ma wielki potencjał, na strongmana, mistrza świata w kulturystyce. cokolwiek. I nagle przestaje mu się chcieć. Dalej wcina swoje proteinki, ale już nie za często bywa na siłowni. Dalej jest duży, ale wielkością materaca, z którego spuszczono powietrze. Sflaczała góra mięsa. Pozostał olbrzymem, owszem. Ale przestał być czymś naprawdę wielkim.*


Olbrzym trzyma nad chłopakiem pieczę. I to on nadaje nam perspektywę tego, co znaczy gotowość. Jest tym, kto ma pełny obraz świata. Jest najbliżej ostateczności, która wieńczy każdą drogę. Jeśli coś robicie, nie patrzcie na tych, którzy właśnie odnieśli sukces. To wszystko młode olbrzymy i nie wiadomo jak długo żywiły się mlekiem. Nie wiadomo, czy są tylko pokaźnych rozmiarów, czy też tam w środku są czymś naprawdę wielkim. Spójrzcie raczej na tych, którzy w tym sukcesie wytrwali kilkanaście, albo kilkadziesiąt lat. Olbrzymów, którym udało się wyrwać swoje drzewa. Te najtęższe. Jeśli szukasz olbrzyma, znajdź największego.

Powrót


Młody olbrzym przechodzi swój test koncertowo. Największe drzewo w lesie, jest dla niego witką. Stary olbrzym jest zadowolony i pozwala chłopcu wracać... do domu. O konsekwencjach powrotu będzie część druga. Natomiast w tym miejscu, chciałbym zwrócić uwagę na pewien niezwykle istotny aspekt całej historii. Kiedy chłopiec wraca, pomimo, że jest olbrzymem, pozostaje synem. Być może odrzuconym, ale wciąż pokornym ojcu. Po sześciu latach spędzonych na swojej olbrzymowej edukacji, z całkiem nowym ciałem i umysłem wraca dokładnie w to samo miejsce, z którego został zabrany. Kiedy był malcem chciał pójść na pole, żeby pomagać ojcu, teraz ojcu pomaga. Relacja syn ojciec, pomimo wszystkich zmian, jakie zaszły w chłopaku, pozostała niezmieniona. Znał swoje miejsce i dalej przede wszystkim chciał być pożyteczny... dla swoich najbliższych.

A jak realizowała się ta pożyteczność? Cóż, kiedy stajemy się czymś naprawdę wielkim, rzeczy odrobinę się upraszczają... i odrobinę komplikują. Ale o tym - niebawem.


***

Przypis, albo myśl mimochodna:

*Jeszcze jedno skojarzenie z trochę innej beczki: kiedy rozmawiam z zapalonymi studenciakami polonistyki (lub czegokolwiek innego), którzy dopiero co wchłonęli teksty Barthesa, Derridy, Eliadego, Junga, albo kogoś, kto aktualnie jest na intelektualnym czerwony dywanie, odnoszę wrażenie, że mówią z wyżyn, które ich nie dotyczą. Zachłysnęli się mądrością, siłą swoich młodych mózgów zdolną przeczytać czyjś tekst ze zrozumieniem. To trochę irytujące, ale jednocześnie bardzo piękne. Aspirują wysoko, grają brawurowo... a potem. Potem znikają. Praca, nudne zajęcia dnia powszedniego i wszelkie górnolotności (w tym ideały) parują z nich, jak woda po przelotnym deszczu w lipcowy skwar. Stali się olbrzymami, ale nie stali się niczym wielkim. Na szczęście wśród nich są też ci, którzy zostali przy piersi wystarczająco długo.

dzisiejsze ilustracje sponsorują: Lava360.com, Elisabeth o Dulemba, Ilya Pozin, Bamillustration Internet,






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz